Jego Wysokość Magnum – cz. 1

Na początku lipca 2011 roku opublikowałam na Facebooku wiadomość, że wyjdę za faceta, który da mi sklepową zamrażarkę Magnumów. Miałam wówczas chłopaka, ale kto by się tym przejmował, stojąc w obliczu możliwości otrzymania całej zamrażarki lodów na literę M., szczególnie że mój własny zamrażalnik świecił pustkami, nie licząc smętnych pierogów ruskich z Lidla upchniętych w kąt, kilku porcji cycków kurczęcych i mrożonych warzyw zachowanych na czarną godzinę.

Chłopak może spowodować przyrost brzucha, Magnum bioder i tyłka
Chłopak może spowodować przyrost brzucha, Magnum bioder i tyłka

Od tamtego momentu minęły jednak ponad trzy lata, w czasie których wiele się zmieniło. Głównie to, że dziś nie mam już chłopaka, w zamian za to mój zamrażalnik jeszcze pachnie mleczną czekoladą z dopiero co pochłoniętej serii Magnumów. I bynajmniej nie świadczy to zaręczynach, a tym bardziej o rychłym ślubie. Przynajmniej nie z facetem, ani w ogóle żadną osobą trzecią. Jeżeli ktokolwiek mi się oświadczył, to albo o tym nie wiem, albo byłam to ja sama. Tak, właściwie to oświadczyłam się sobie sama, korzystając z obchodzonych w tym roku 25. urodzin lodów Magnum. Z przyjemnością dałam się złapać na wszelkie możliwe promocje: leclercowe, biedronkowe, tescowe, żabkowe, społemowe, no-nameshopowe… Po latach gloryfikowania Tak Dobrego I Tak Drogiego Loda, jakim jawił mi się Magnum, wreszcie otrzymałam realną szansę ocenić, o co ten cały szum i czy rzeczywiście warto szumieć nadal.

Zanim jednak przejdę do wrażeń smakowych i innych, pragnę ostrzec, że jest to wpis ocenowo-spożywczy, więc wszyscy odczuwający lęk w związku ze słowami skład, kalorie, gramy i tak dalej, proszeni są o opuszczenie bloga, zanim ich psychika dozna poważnego uszczerbku, a ja zostanę pociągnięta do odpowiedzialności i zmuszona wypłacić odszkodowania. Zdecydowanie bardziej wolałabym za te pieniądze kupić kolejne Magnumy… albo i nie? Zacznijmy jednak od początku, czyli dzieciństwa i mojego Wyobrażenia O Magnumie.

Zapp stoi na straży komfortu psychicznego każdego dziecka
Zapp stoi na straży komfortu psychicznego każdego dziecka

Każda rodzina jest inna. Wiem, że nie jest to odkrycie roku, ale żaden inny, bardziej inteligentny początek akapitu nie przychodzi mi do głowy. Moja jest (była) taka, że ceniła sobie to, co domowe. Nie jest to do końca trafne określenie, ale lepszego nie znajdę. Chodzi o to, że sernik zawsze wygrywał z batonikiem ze sklepu, owsianka i kasza manna ze słodkimi płatkami, lody gałkowe z tymi na patyku, getry z Królem Lwem z firmowymi ubraniami (czy w latach dziewięćdziesiątych w ogóle jakiekolwiek dziecko stroiło się tak, jak dziś?), zabawki po starszych znajomych i maskotki no name ze szpanerskimi zabawkami z kolorowych, drogich sklepów i tak dalej. Nie byliśmy biedni, ale wychowywano mnie jak zwykłą dziewczynkę, a nie rozkapryszonego stwora, który szczyci się mieszkaniem w jednorodzinnym domku, podczas gdy większość przyjaciółek, szczególnie te od serca, przychodziły do naszego ogródka z bloku na przeciwko. To było naturalne, że jesteśmy równi jako ludzie, że te same rzeczy wywołują w nas podziw, te same obiekty stają się symbolami czegoś. Czego? Ano różnych rzeczy. Jednym z takich symboli był właśnie Magnum, którego wybierali ludzie z klasą, gustem i wyższym wykształceniem objawiającym się poprzez kubki smakowe. Tak, Magnum to był lód dla koneserów, dla ludzi lepszych. Nie można było tak po prostu pójść do sklepu i poprosić o niego. Do tego służyła paleta innych produktów: gum balonowych, wafelków, małych paczek chipsów… a jeśli chodzi o lody, to dziecku wypadało kupić raczej jakiegoś rożka, lizaka wodnego czy Zappa.

Pamiętam też, że na jednych wakacjach uczepiłam się firmy Algida, wygrywając w jakimś konkursie trójwymiarowe logo firmy (wow, ale zaszczyt) i czapeczkę z daszkiem czy coś podobnego. W tamtym czasie największym przeciwnikiem Algidy był Manhattan, a ja – przekupiona trójwymiarowym gadżetem – ostro hejtowałam ten drugi, decydując się nigdy nie kupować jego produktów (taki to już ze mnie hejter).

I’m so fancy, że nawet dzieci hejtują dla mnie konkurencję
I’m so fancy, że nawet dzieci hejtują dla mnie konkurencję

Wracając do Magnuma – pewnie gdzieś tam, z jeden raz, musiałam go spróbować, skoro zdecydowałam się ślepo podzielać opinię o jego wyższości nad innymi lodami. Z drugiej strony mogło być i tak, że algidowy fanatyzm, a także podatna na sugestie psychika dziecka, która dała się wziąć w obroty, zrobiły ze mnie M-zombie. Tak czy inaczej, w późnej podstawówce królowały lody typu „pałeczki”, za które płaciło się zawrotne 20-50 gr, a później to już nawet nie pamiętam. Chyba w ogóle inne słodycze. Teraz, kiedy do końca studiów mam już bliżej niż do ich początku, lody do mnie powróciły, szczególnie zaś potrzeba spożycia każdego dostępnego na rynku Magnuma. A że nadeszły akurat jego 25. urodziny – tym lepiej, bo taniej, w razie gdyby symbol okazał się być zwykłym znakiem (zboczenie związane z kierunkiem studiów, nie warto pytać).

reklamowka term
Reklamówka wykazująca się rażącą niekompetencją i brakiem profesjonalizmu

Uzbroiwszy się w reklamówkę termoizolacyjną (nie polecam, bo nie działa; co innego profesjonalna torba), dałam nura do ogromnych zamrażarek wielu sklepów, wyławiając co lepsze, dobrze zmrożone sztuki, a przy okazji fundując skórze seanse gęsioskórkoterapii (tu wspomnienie z dzieciństwa: pamięta ktoś Gęsią Skórkę? To było coś! „Już za chwilę mili widzowie, strach wam włosy zjeży na głowie…” – dla zainteresowanych do obejrzenia na Youtube). Upolowałam w nich Magnuma: Classic, Almond, White, Mint, Yoghurt Fresh, Gold?!, Black Espresso, Pink Marc de Champagne, Marc de Champagne w wersji srebrnej, Infinity Chocolate & Caramel oraz na zupełny koniec dwie nowości – lodowe batony: Caramel & Nuts oraz Chocolate & Nuts. Poniżej przedstawiam wrażenia smakowo-innozmysłowe, które odniosłam po ich zjedzeniu. Uwzględniam opisy i kaloryczność, ale ze składem daję sobie spokój, bo – kogo ja chcę oszukać? – i tak nigdy nie zwracam na niego uwagi. Swoją drogą, przypomniał mi się filmik stylizowany na Dzień Świra, którego bohater podczas mycia zębów i czytania składu pasty stwierdził: „Mogliby tam nasrać i napisać »gówno« po łacinie, a i tak połowa społeczeństwa myłaby tym rano zęby” (znów pytanie: widział ktoś, czy tylko ja oglądam takie rzeczy?).

Uwaga: To twoja ostatnia szansa na opuszczenie bloga, jeśli boisz się o swoją psychikę. Nie? To jedziem!

magnum classic
Tak klasyczny, że muzyka klasyczna przy nim wymięka

Magnum Classic

(120 ml/86 g)
Lody waniliowe z polewą z mlecznej czekolady (26%)
Kcal: 220/100 ml & 300/100 g & 260/lód

Na początku zaznaczam, iż nie mogłam zacząć serii (jeść, a tym bardziej opisywać) od wariantu innego niż klasyczny, gdyż byłoby to zbrodnią. Wszystko bowiem, co miłośników Magnumów w nich zachwyca, ten lód ma. Jest to przede wszystkim wspaniała, ale naprawdę wspaniała, gruba, mleczna czekolada. Pisałam już że jest gruba i wspaniała? Oj tak, jest. Środek waniliowy – owszem, całkiem waniliowy, choć muszę przyznać, że lidlowa podróbka smakuje mi bardziej (ALERT. Kubki smakowe plebsu wyniszczone są smakami z Lidla i Biedronki, choć „magnumy” z tego drugiego dyskontu są wstrętne, z wodą na pierwszym miejscu z składzie). Ponadto, na koniec – po spróbowaniu pozostałych wersji – mogę dodać, że środek Calssica wydał mi się bardziej waniliowy niż w pozostałych. Albo tego dnia moje kubki smakowe były łaskawsze, albo coś jest na rzeczy. Całość sympatyczna, szczególnie gruba i pyszna czekolada. Bo wspominałam już, że jest gruba i pyszna?

Magnum Almond – maksimum ceny, minimum migdałów
Magnum Almond – maksimum ceny, minimum migdałów

Magnum Almond

(120 ml/86 g)
Lody waniliowe w mlecznej czekoladzie (28%) z migdałami (5%)
Kcal: 240/100 ml & 330/100 g & 280/lód

Pierwsze, co po wyjęciu z opakowania rzuciło mi się w oczy, to jego niepozorny wygląd. Magnum Almond waży tyle samo, co Classic, ale z racji wtopionych w pyszną, mleczną i grubą czekoladę migdałów (których skądinąd jest jak chihuahua napłakał), powinien być cięższy. Szybkie obliczenia – skoro nie jest, znaczy migdały zostały dodane kosztem czegoś. Na pewno nie grubości pysznej, mlecznej czekolady. Ale kosztem wielkości już tak. I choć mówi się, że rozmiar nie ma znaczenia, nie dajcie się oszukać. Ta zasada nie zawsze działa i zdecydowanie nie do wszystkiego można ją stosować. Kiedy przyjdzie wam płacić ponad 4 zł za takiego mikrusa, odechce wam się wygłaszania podobnych stwierdzeń. W podsumowaniu mam ochotę napisać, że Magnum Almond to przerost formy nad treścią, ale – niestety – i treść, i forma zawodzą. Obietnica orgazmu podniebienia została zastąpiona kilkoma przyjemnymi prądami przechodzącymi podczas zgryzania czekolady (swoją drogą, wy też jadacie magnumopodobne lody najpierw zgryzając całą polewę?), ale nic ponadto. Lidlowa podróbka znów wygrywa. Wygrywa nawet biedronkowa Arietta, tyle że w ilości migdałów, a nie w smaku loda (który, jak pisałam, jest wodnisty i wpędza lodożerców w depresję).

Poliż mnie troszkę, mam taką dobrą skórkę
Poliż mnie troszkę, mam taką dobrą skórkę

Magnum White

(120 ml/86 g)
Lody waniliowe w białej czekoladzie (26%)
Kcal: 220/100 ml & 300/100 g & 260/lód

Rzadko kupuję białą czekoladę, ale jak już to zrobię, potrafię ocenić, czy jest dobra. A magnumowa dobra jest. Pod tym względem wersja White zdecydowanie bije lidlową podróbkę, której zewnętrzna warstwa nie jest aż tak smaczna. Jeśli chodzi o środek loda, to może w zestawieniu ze słodką polewą, a może po prostu sam z siebie, nie ma smaku wanilii, ale rozczarowania. Gdyby tak połączyć magnumową powłokę z wnętrzem lidlowym, powstałoby coś naprawdę dobrego. A tak to… cóż.

magnum mint
Zjedz Magnum Mint, bo ci jeddddźźź

Magnum Mint

(110 ml/88 g)
Lody miętowe w polewie z mlecznej czekolady (25%) z kawałkami karmelizowanego cukru (2,5%)
Kcal: 240/100 ml & 300/100 g & 260/lód

Na początku muszę wyznać, że nienawidzę miętowych słodyczy i szczerze nimi gardzę. Z kupieniem Magnuma Mint zwlekałam więc najdłużej, ostatecznie jednak poddając się mojej naturze, silnie sugerującej przetestowanie całej serii bez robienia wyjątków. Konsumpcję loda zaczęłam standardowo, od grubej i dobrej czekolady, w której tym razem zatopiono twarde kawałki czegoś (karmelizowanego cukru), co właziło między zęby i fundowało mało zabawną zabawę na długo po zjedzeniu loda. Po polewie przyszedł czas na lody… miętowe… nienawidzę mięty, a one były tak intensywne, że z każdym liźnięciem wykręcało mnie z obrzydzenia (musiałam wyglądać przezabawnie). Nie doszłam nawet do połowy, a już miałam dość i bardzo, bardzo chciałam wywalić resztę do śmieci. Niestety, zostałam nauczona, że jedzenia się nie wywala, i dziś biorę to chyba zbyt dosłownie (nie chcielibyście wiedzieć, co raz zeżarłam, brrr). Magnuma Mint zlizałam więc do samego patyczka i – przysięgam – nigdy więcej go nie kupię, nie wezmę za darmo, ani nawet za dopłatą. Było to doświadczenie porównywalne ze zjedzeniem całej paczki żelków anyżkowych, na dodatek w świątecznym, powiększonym wydaniu.

magnum yog fresh
Mmm, jestem taki zdrowy i taki jogurtowy, dzięki mnie będziesz fit w biodrach i w portfelu

Magnum Yoghurt Fresh

(100 ml/86 g)
Lody z jogurtem i sosem malinowym (15%), w polewie z mlecznej czekolady (25%)
Kcal: 230/100 ml & 290/100 g & 250/lód

Po tym Magnumie spodziewałam się naprawdę wiele, szczególnie że na co dzień jestem anonimowym (już nie) pochłaniaczem jogurtów, serków i różnego typu mlecznych deserków. Z racji, że czekoladę ma on standardową, nie będę się już nad nią rozwodzić i przejdę od razu do środeczka, czyli do smaczku lodeczków. Przede wszystkim liczyłam na to, że jako jogurtowe będą lepsze od tych waniliowych-nie-waniliowych, ale się zawiodłam. Nie wiem nawet, czy rzeczywiście były jogurtowe. Wiem za to, że nie były smaczne. Do tego sos malinowy… brrr… dlaczego musiała być to akurat malina?! Po pewnych urodzinach, nie moich zresztą, mam wstręt do malin, ale to opowieść nie na bloga. Podsumowując: jedyne, co jako tako ratowało honor tego loda, to polewa. Ale dla zgryzienia samej czekolady głupio tracić ponad cztery złote.

She takes my money when I'm in need, Oh, she's a gold digga, way over town
She takes my money when I’m in need,
Oh, she’s a gold digga, way over town

Magnum Gold?!

(110 ml/86 g)
Lody waniliowe z nadzieniem karmelowym (7%) w mlecznej czekoladzie (23%) pokrytej złotą polewą (5%)
Kcal: 250/100 ml & 320/100 g & 280/lód

Tu na dzień dobry zachwyca polewa – pyszna czekolada, owszem, ale ten złoty kolor… coś wspaniałego! Można się zakochać w samym wyglądzie. Ponadto smakuje inaczej niż w pozostałych Magnumach i do złudzenia przypomina Kinder Czekoladę. Środek słodki, waniliowy, z sosem głęboko karmelowym, mającym posmak orzechów laskowych (a może to tylko moje spaczone przez Lidla kubki smakowe). Całość okrutnie słodka, ale że o mojej granicy tolerancji słodkości w słodyczach śpiewał Jason Derulo w utworze Sky’s The Limit, zupełnie mi to nie przeszkadzało. Gold?! zajmuje w magnumowym rankingu drugie miejsce, zaraz po… wait for it!

C.D.


Zdjęcia Magnumów pochodzą z oficjalnej strony Algidy, źródłem pozostałych zaś są oferty reklamowe producenta. Reklamówka z Tesco jest moja.

8 myśli na temat “Jego Wysokość Magnum – cz. 1

  1. Białego, malinowego i złotego jeszcze nie spotkałam nigdy. Też muszę je przetestować. PS Gęsia skórka to całe moje dzieciństwo :)

    0

  2. Gold i Classic są orgazmotwórcze!
    Nie wiedziałam, że kosztują tak mało. Poza urodzinową promocją pewnie coś koło 7zł? :(

    0

    1. Na stacji na pewno z 7 zł. W promocji kosztowały niecałe 3 zł, czasem z hakiem. W normalnym okresie i w zwykłych dyskontach ok. 4,50 zł.

      0

  3. Moje ulubione były zawsze Classic i Double Chocolate (o tych drugich chyba nie pisałaś ;) ). Żałuję, że nigdy nie widziałam Mint, bo ja właśnie lubię miętowe słodycze.

    0

Dodaj komentarz