Raz, dwa, trzy… Baba Jaga patrzy!

Na trasie mojego codziennego spaceru z Rubi znajdują się trzy place zabaw. Żadnego z nich nie mijamy na tyle blisko, by móc przyjrzeć się zabawom, jakim oddają się dziś dzieci. Czasem nadkładamy jednak kawałek drogi, fundując sobie przechadzkę dookoła całego osiedla. Pod jej koniec przecinamy podwórko z górką, gdzie mamy całkiem niezły wgląd w poczynania rodziców i ich latorośli. Przeważnie nie zwracam na nie uwagi, gdyż dla młodej i bezdzietnej osoby dzieci są tematem równie pasjonującym, co manicure dla japońskiego zapaśnika sumo.

- French poproszę [fot. Fabien (Flickr)]
– French poproszę [fot. Fabien (Flickr)]

Na jednym z ostatnich spacerów sprawy przybrały jednak inny bieg. Rubi jak to Rubi – zatrzymywała się co chwilę i na chwilę w różnych miejscach, ale to w końcu ja przystanęłam na dłużej. Usłyszałam bowiem słowa, które dobrych kilkanaście, a nawet i -dzieścia lat temu wypowiadała moja mama. Odwróciłam się i zobaczyłam liczącą do trzech kobietę oraz czające się za jej plecami dzieci, próbujące przybrać nieruchome pozy, gdy ta się odwracała. Muszę przyznać, że był to miły widok. Uświadomił mi, że gdy dorastamy i przestajemy się bawić, przestajemy jednocześnie myśleć o tych wszystkich grach i wygłupach, które były naszą dziecięcą codziennością. Kiedy jednak zbiera nam się na wspominki, z przyjemnością odgrzebujemy sytuacje z przeszłości, sięgamy do zakamarków pamięci i zaczynamy zdania od a pamiętasz wtedy, jak…

Tego dnia, gdy wróciłam do domu, postanowiłam zagłębić się we własny umysł, niczym bohaterowie Łowcy Snów, i wykopać stamtąd najlepsze, najczęściej wybierane i najlepiej zapamiętane zabawy mojego dzieciństwa. Niektóre sięgają młodszych lat, niektóre starszych. Do jednych potrzeba było profesjonalnego sprzętu, jak guma czy kreda, do innych wyłącznie wyobraźni i mięśni. Nie gwarantuję, że nie pokręciłam żadnych nazw i zasad, bo też i dzieci nie zawsze wiedzą, jak grać, chociaż grają. Zabaw jest trzynaście – miejmy nadzieję, że nie pechowo – a dwie z nich są autorskie (może i nie da się ich podpisać jednym konkretnym nazwiskiem, ale z pewnością sygnaturą mogłaby być nasza ówczesna banda). Jeśli w waszym dzieciństwie występowały inne ich warianty bądź zapamiętaliście je w odmienny sposób, zostawcie komentarz z opisem. A teraz jedziem.

ziemniaki na polu
Do you wanna play a game?

Chowanego

Absolutny klasyk dzieciństwa każdego młodego człowieka. Nie trzeba nosić ze sobą żadnego sprzętu, nie musisz tracić pieniędzy, nie potrzebujesz nawet wielu towarzyszy – wystarczy jedna osoba, a zabawa już będzie udana. Jej jedyną słabością jest to, że nie pograsz sobie na pustyni albo na polu ziemniaków (chyba że jesteś kretem), ale każdy inny teren jest już zdatny do użytku. Jeśli grasz z młodszym – dajesz mu fory i liczysz do stu, a jeśli jesteś tym młodszym – oszukujesz. I nie dość, że podglądasz, to jeszcze po doliczeniu do dwudziestu udajesz, że jest już sto. Każdy z nas to przeżył i każdy kantował, bezczelnie upierając się, że to nieprawda. Czyż nie?

***

- Nie-e, nie możesz mnie teraz dotknąć! [fot. Roland Tanglao Flickr)]
– Nie-e, nie możesz mnie teraz dotknąć! [fot. Roland Tanglao Flickr)]

Berek

Kolejny klasyk dzieciństwa, do którego nie trzeba niczego wynosić z domu, poza samym sobą. Tu jednak przydaje się większa liczba osób, jako że zabawa we dwójkę traci jakikolwiek sens, chyba że gra się z rodzicem, który stosuje zasadę zawartą w punkcie pierwszym, a więc „zawsze dawaj dzieciakowi wygrać”. However zabawa ta nie byłaby aż tak popularna, gdyby z czasem nie wymyślono miliona jej odmian, przy czym każda kolejna jest oczywiście żywym oszukiwaniem i wykorzystywaniem niewiedzy pozostałych uczestników, że grają akurat w tego, a nie w tego berka.

Jako pierwsze do głowy przychodzą mi takie dwie odmiany gry: berek-kibelek i berek-czarodziej. Berek kibelek polegał na tym, że jak ktoś przybrał pozę „kibelka”, to nie można było go dotknąć. Berek czarodziej zaś polegał na „zamarzaniu” dotkniętych osób, których uwolnienia dokonywało się poprzez przejście między ich nogami. O ile sens berka-kibelka opiera się na cwaniactwie, a nie zasadach fair play, o tyle czarodziej jest ciekawą wariacją, w której i tak najczęściej z osoby goniącej robi się frajera, bo – spójrzmy prawdzie w oczy – po jakim czasie uda jej się zamrozić wszystkich, jeśli osób jest kilkanaście, a akcja ratunkowa trwa góra trzy sekundy?

***

- I can seeeee UUUU! [fot. Rod Waddington (Flickr)]
– I can seeeee UUUU! [fot. Rod Waddington (Flickr)]

Baba Jaga patrzy

To zabawa, w której raczej bierze udział rodzic i dzieci, niż same dzieci. Babą Jagą zawsze zostaje dorosły, którego zadaniem jest rozśmieszanie pociech i przymykanie oka na ich ruch, bo – ponownie spójrzmy prawdzie w oczy – ruszają się zawsze. Gra jest rodzinnym spoiwem i sięga się po nią w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym. Jeszcze nigdy nie widziałam grających w Baba Jaga patrzy dwunastolatków (i starszych). W sumie to nic dziwnego – w tym wieku młodzi wolą, żeby patrzył na nich lekarz niż Baba Jaga.

***

– Dlaczego zawsze ja? – zapytał Tejrezjasz [fot. Dynamosquito (Flickr)]
– Dlaczego zawsze ja? – zapytał Tejrezjasz [fot. Dynamosquito (Flickr)]

Ciuciubabka

Tak zwany klasyk dla zaawansowanych, a jednocześnie moja ulubiona zabawa z dzieciństwa. Tu kantowało się równie mocno i często, co w berku, a może jeszcze bardziej. Ciuciubabka (inaczej zwana ślepcem) nie domykała oczu, a uciekający wybiegali za dozwolone pole. Przy tym skrajnym bezprawiu nikt się jednak na nikogo nie obrażał, choć co chwilę krzyczano podglądaaa! albo weeeź!. Jednakowoż podglądać należało z klasą i umiarem. Kiedy ktoś zaczynał przesadzać, bądź chciano tę przesadę z góry ograniczyć – goniącemu na ślepo delikwentowi zawiązywano na oczach chustkę, po czym musiał on powiedzieć nic nie widzę (taa, jasne) i zabawa się zaczynała.

***

Play or eat – that is the question [fot. Jacqui Brown (Flickr)]
Play or eat – that is the question [fot. Jacqui Brown (Flickr)]

Klasy

Osobiście w klasy grałam może z pięć razy w życiu, gdyż za moich czasów i wśród moich znajomych było to już passe. Nigdy też nie narysowaliśmy własnych klas, bo zawsze korzystaliśmy z już zastanych. Skakało się na dwóch nogach, na jednej, potem odwracało i z powrotem – nic ciekawego. Nie mogłam jednak pominąć tej zabawy w moim zestawieniu, jako że prawdopodobnie jest pierwowzorem kolejnej, w którą grało się bardzo często i w którą grać się uwielbiało.

***

Balance, Blueberries and Strawberries Dark with sweetener made from STEVIA plant (3)
– Spróbuj mi podskoczyć!

Czekolada

To moja druga ulubiona zabawa z dzieciństwa, zaraz po ciuciubabce. Jak napisałam wcześniej, wydaje mi się, że stanowi ona wariację na temat klas, gdyż tu także skacze się po bloku (tym razem prostokątnym – stąd nazwa), tyle że oprócz mięśni trzeba używać również głowy. Na każdej kostce wypisywało się zakresy tematyczne, podobnie jak w państwach-miastach, a potem „wyskakiwało” odpowiedzi. Na początku każdej rundy losowało się też literę, a potem skakało przez pola, wypowiadając po dwa razy każde słowo. Jeśli „P” i zwierzę, to: panda-panda, ptak-ptak, puma-puma… potem rośliny: pokrzywa-pokrzywa, pasternak-pasternak itd. Nie można było za długo zwlekać i rozmyślać, bo wypadało się z gry.

***

Przegrał w ziemia parzy [fot. Chris Bede (Flickr)]
Przegrał w ziemia parzy [fot. Chris Bede (Flickr)]

Ziemia parzy

Kolejna gra, do której nie potrzeba zbyt wiele, poza wyobraźnią i paroma elementami przestrzeni, ustawionymi nieco wyżej, niż ziemia, która mogła przecież nagle zacząć parzyć. Najciekawsze jest to, że zazwyczaj osoba, która wymyślała, co akurat będzie patrzyć, też brała udział w grze (musiała być mocno zaskoczona uciekając z powierzchni, która zaczynała się rozgrzewać). Bardziej logicznym wyjściem było dla tegoż nieszczęśnika było posadzenie czterech liter na ławce, wydawanie wrednych rozkazów i czekanie, aż ktoś się sparzy i zajmie jego miejsce. W grę można było grać godzinami, gdyż nigdy się nie nudziła. Można też było tworzyć na jej temat wariacje, jak zrobiła to moja ówczesna banda.

***.

Prawdopodobna geneza Planety Małp [fot. Cosmic Kitty (Flickr)]
Prawdopodobna geneza
Planety Małp [fot. Cosmic Kitty (Flickr)]

Bondziorno

Oto mix ziemia patrzy z ciuciubabką, znany wyłącznie kilku uprzywilejowanym osobom, które w niego grały. Pole zabawy rozpościerało się między drabinkami, z których osoby uciekające w zamyśle nie mogły, a w praktyce nie powinny schodzić. Osoba łapiąca nie mogła za to na nie wchodzić (musiała pozostawać pod spodem/wewnątrz), a ponadto miała zamknięte albo zawiązane przepaską oczy.

Bondziorno-ciuciubabce można było dawać znaki głosowe, naśmiewać się z niej itd., zupełnie jak w oryginalnej grze. Ponieważ złapanie ofiar w takiej sytuacji wydawać by się mogło dziecinnie proste, musiały one robić uniki zwieszając się jak małpy, włażąc na samą górę, gdzie ślepiec nie mógłby ich dotknąć, albo dla zmylenia przeciwnika siadać na najniższych szczeblach. W praktyce jednak obie strony oszukiwały – szukająca podglądając, a uciekające zeskakując w gorących momentach na ziemię. Nikomu nie przeszkadzało to jednak w dobrej zabawie i pytaniu, czy gramy w bondziorno za każdym razem, gdy spotykaliśmy się przy drabinkach.

***

panstwa miasta
– Właśnie, że jest takie miasto jak Włocław! Byłam tam na wakacjach w zeszłym roku!

.Państwa-miasta

To już gra wymagająca sprzętu – kartek i czegoś do pisania – a także przyporządkowana nieco starszym dzieciom, a także dorosłym. Dziecięca jej odmiana ma jednak to do siebie (jak każda poprzednia), że się kantuje. Jak grzyby po deszczu pojawiają się państwa, miasta, przedmioty, rośliny itd., które na naszej planecie nie występują. Wystarczy, że kończy się czas, a nam zostało parę pustych pól. Co się wtedy robi? Wpisuje cokolwiek i może reszta da się nabrać. A jak nie, to trzeba zachować poker face i spokojnie wyjaśnić, że to dopiero odkryty gatunek, mała wieś pod Wrocławiem, odmiana paproci albo wymarły przodek psa. Kto ci udowodni, że kłamiesz?*

* moje dzieciństwo było erą bez internetów

***

- Głęboki Burgund! [fot. Jlhopgood (Flickr)]
– Głęboki Burgund! [fot. Jlhopgood (Flickr)]

Kolory/diabeł

Kolejna gra z wykorzystaniem drabinek, tyle że tym razem zupełnie nie wiem, jak się nazywała. Byłam pewna, że kolory, ale w Internecie znalazłam ją pod nazwą diabeł. Najważniejszą formułką było „puk-puk – kto tam? – diabeł – co chciał? – farbę – jaką?” i tu zaczynało się wyliczanie kolorów. Wcześniej każdy wybierał sobie jeden z nich i zapamiętywał, a gdy diabeł go wymienił, uczestnik musiał uciekać dookoła drabinek. Jeśli diabeł go złapał, zamieniali się miejscami, zupełnie jak w klasycznym berku. I tu nie uniknęło się jednak kantowania, które polegało na wymyślaniu niecodziennych kolorów (top 3: złoty, srebrny i seledynowy) oraz zmienianiu ich, w razie gdyby diabeł któreś odgadł, a uczestnikowi akurat nie chciało się biec. Za długo nie dało się jednak oszukiwać, bo ktoś by się zorientował, a poza tym jaki jest sens w graniu w diabła, jeśli nie chce się uczestnikowi ruszać?

***

- Czerwo... CZARNY! [fot. Matt J Newman (Flickr)]
– Czerwo… CZARNY! [fot. Matt J Newman (Flickr)]

Kolory

Jeżeli zabawa opisania powyżej nie nazywa się kolory, to ta na pewno. Potrzebna jest do niej piłka i znajomość podstawowych barw. Zasady są dziecinnie proste: jeśli twój przeciwnik powie czarny lub biały, nie możesz łapać lecącej do ciebie piłki. Jeśli złapiesz – przegrywasz. Z racji nieskomplikowania i niemożności oszukiwania (choć i tu się próbowało), gra się szybko nudzi i zostaje zamieniona na inną. Nic więcej dodać nie mogę, bo i nie ma czego.

***

Jużci kabel w ręce taty, spieprzaj albo zbieraj baty [fot. David Salafia (Flickr)]
Jużci kabel w ręce taty,
spieprzaj albo zbieraj baty [fot. David Salafia (Flickr)]

Guma/kabel/skakanka

Kolejna zabawa (zabawy), w której potrzebne są dobra przyniesione z domu. Na gumę była moda pod koniec podstawówki, każdy miał swój ulubiony wzór i kolor, skakanka stanowiła opcję dla jednej, bądź dwóch osób, kablem zaś kręciliśmy sporadycznie (porównywalnie z grą w klasy). Dziś gumę znajdziecie częściej w majtkach, niż na podwórku, skakanka służy do fitnessu, za to kable popularne są o wiele bardziej, choć w innej postaci. Jedyne, co się nie zmieniło, to zasady – jak kabla dotkniesz, wypadasz z gry, opcjonalnie zostajesz soczyście zbluzgany za zepsucie lub prawie zepsucie magicznej skrzynki, która znajduje się na jego końcu. Ponadto z kablem nie ma żartów, bo jeśli zezłościsz rodzica, z zabawki może przerodzić się w atrybut kata. A nie, sorry, nie te czasy. Teraz bić nie wolno, bluzgajcie zatem do woli.

***

- Siemasz, skarbie [fot. Mike Slichenmyer (Flickr)]
– Siemasz, skarbie [fot. Mike Slichenmyer (Flickr)]

Zabawa w Murzyna

Na koniec najbardziej niepoprawna politycznie, rasistowska i kompromitująca gra, jaką mogą wymyślić dziewczynki w późnej podstawówce. Jest to wariacja na temat zabawy w uciekanie, w którą bawią się miliony zdrowych na umyśle dzieci. Polegała na wyobrażeniu sobie dorosłego mężczyzny, Murzyna, który chciał – nie zagłębiając się w szczegóły – zrobić nam krzywdę, i uciekaniu przed nim cały dzień po osiedlu. Jej jedyną dobrą stroną było pozostawanie w nieustannym ruchu, trzymającym nasze ciała w dobrej kondycji. No i powiedzmy, że wyobraźnia też pracowała, choć powinniście się dwa razy zastanowić, zanim zawiążecie znajomość z którąkolwiek z jej autorek.

To jak, kiedy na idziemy na herbatę?


Tym razem w podsumowaniu nie mam zbyt wiele do dodania, szczególnie po zapoznaniu was z trzynastą zabawą mojego dzieciństwa. Na moją korzyść działa to, że nie byłam przecież sama, a poza tym to było dawno i nieprawda.

Dzieciństwo jest jedno i ostatecznie nie ma po co się go wstydzić. Robiło się różne głupie rzeczy, nie znało się strachu, nie myślało o konsekwencjach i wiecznie bujało w obłokach. To były dobre czasy, które wprost kocham wspominać. Beztroska, śmiech i promienie słońca przez cały rok, chociaż czasem wcale go nie było. To słońce nosiło się w sobie, w sercu, i ogrzewało nim cały świat dookoła.

Jeśli wy też w podobny sposób myślicie o swoich pierwszych kilkunastu latach, albo macie do dodania coś ciekawego, piszcie. Dzieciństwo to skarbnica dosłownie wszystkiego.

Pozdrawiam słonecznie i beztrosko.

4 myśli na temat “Raz, dwa, trzy… Baba Jaga patrzy!

  1. Czytajac, mialam przed oczami wszystko, co wymienilas. Jak doszlam do Murzyna, to mi pomidorowa poszla nosem :D :D :D Wstyd przyznac, ale to bylo swietne! :D

    Byla jeszcze zabawa w konie (skakanie przez krzaki!!!!!!!!!) i w jednorozce (moglas miec brylantowe futro i kopyta z gwiezdnego pylu, aaa kochalam to!) :D

    I rysowanie orzechami po chodniku. Nowa wersja kredy. Domylam rece po tygodniu :)

    0

  2. A gdybys chciala kiedys nas calkowicie skompromitowac w oczach swiata, polecam opisac zabawe w wywolywanie ducha Czeslawa Niemena, ‚Johny!’ w jaśku i zabawe w wilki na osiedlu. Pamietaj, tylko wytarzana w piasku jak kotlet schabowy w bulce tartej jestes niewidoczna dla wilkow!

    Albo szakali. W sumie whatever :D

    0

Dodaj komentarz