Muller, Riso o smaku pistacjowym

Oficjalnie wyznaję: mam problem nabiałowy. Jak na przykładnego nałogowca przystało wolę jednak dalej nurzać się w swym uzależnieniu, niż pójść na terapię. Ale hej, ja przynajmniej jestem krok przed tą całą bandą jogurtoćpunów, którzy nie potrafią się przyznać ani nazwać swojego problemu. Ja wiem, że go mam i znam jego imię, a to już coś. Reszta jest milczeniem (i jogurtów dalszym jedzeniem, nanana).

Próbując odejść od Mullera, wpadam w jego ramiona ze zdwojoną siłą, czego w zasadzie można się spodziewać po połączeniu bezwarunkowej miłości z uzależnieniem. Kochanek ów bezwzględny jest i zaborczy, nie chcąc się mną dzielić wymachuje pięściami i krzyczy: nie będziesz jadła żadnych Belriso, kobieto, dla ciebie wyłącznie Riso! Ja myślę, że niepotrzebnie się tak wydziera, bo już od dawna wiem, że pierwszą zasadą w miłości do Mullera jest: „Nie będziesz miał produktów firm innych przede mną”. I taka to jest ta nasza miłość, z jego strony nieco warunkowa, z mojej raczej bez, ale nie narzekam. Ostatecznie kocham nie po to, by mieć z tego jakieś profity – za wszystkie jogurty grzecznie płacę – ale tak po prostu, by kochać. Czyż to nie piękne?

Muller, Riso o smaku pistacjowym (1)

Riso o smaku pistacjowym

Po pierwszym doświadczeniu z Mullermilchem przyszedł czas na pierwsze doświadczenie z Riso o smaku pistacjowym, choć nie z Riso w ogóle. I tak już czuję nieodpuszczony grzech siedzący na mym lewym ramieniu, spowodowany tak późną decyzją o spróbowaniu mullerowego mleka. Nie potrzeba mi dodatkowych zmartwień, że nie jadłam dotąd Riso, dlatego wyjaśnijmy to sobie od razu – jadłam Riso, jadłam dużo i jadłam każde. Pistacjowego nie, bo jest nowe, ale i to szybko nadrobiłam. Teraz zapraszam do zapoznania się z moją opinią, później zaś możecie wybrać się na własne łowy. Proponuję jednak od razu obrać kierunek na Carrefour, gdyż wytropienie pistacjowego dziada ryżu na mleku wcale nie należy do najłatwiejszych zadań i niejedne stępicie podczas wyprawy sidła.

Muller, Riso o smaku pistacjowym (3)

Spotkanie z Riso o smaku pistacjowym przyniosło mi następujące wnioski: po pierwsze, jest to porządna dawka poobiedniego żarła, jako że kubek ma aż 200 g, co na szczęście nie przekłada się na nieprzyjemne uczucie w stylu „o nie, nie mogę się ruszyć, zaraz pęknie mi żołądek”. Nic z tych rzeczy. Po drugie, z przykrością stwierdzam, że choć dobry (o czym za chwilę), jest to deser o smaku, a nie pistacjowy. W składzie nie ma nawet 1% pistacji, ba!, nie ma tam nawet słowa pistacja. Po trzecie… albo nie, nie będę już wyliczać, bo zaczyna mnie to lekko irytować. A zatem… na plus nowego Riso działa pyszny, słodziutki smak przywodzący na myśl lody gałkowe z ul. Zawalnej, które doskonale pamiętam z dzieciństwa i to właśnie z nim kojarzę (czy nie wspominałam ostatnio, że kocham Mullera za spełnianie dziecięcych fantazji?). Smak ów przypominał mi również marcepan, co dla jego miłośników powinno być zaletą (swoją drogą… zjadłabym takie Riso z marcepanem). Na niekorzyść deseru działały za to, poza brakiem pistacji w składzie, niemal zupełny brak zapachu i fluorescencyjny zielony kolor, który nawet na opakowaniu zdawał się być okropnie sztuczny. Oglądałam kiedyś program przyrodniczy, gdzie prowadzący udowadniał, że natura sama daje sygnały, których rzeczy nie powinno się tykać, bo są trujące (a radioaktywne żółte, czerwone i zielone kolory zdecydowanie mówią: nie podchodź). W nawiązaniu do tego sądzę, że gdyby Riso występowało w naturze, np. rosło na drzewie, nawet bym do niego nie podeszła, co najwyżej lekko trąciła kijem, zastanawiając się, czy moje komórki właśnie zostały narażone na promieniowanie i wkrótce umrę na raka, czy może powinnam brać nogi za pas zamiast stać i się nad tym zastanawiać.

Muller, Riso o smaku pistacjowym (4)

Podsumowując: plus za smak, marcepanowość, wielkość, cenę, konsystencję idealnego ryżu na mleku i kubeczek, z którego dobrze się je (po konsumpcji można go wylizać, a brzegi nie ranią języka). Minus za bycie produktem o smaku i brak pistacji w składzie, a także za odstraszający kolor. Ciekawe, czy Muller ma pojęcie, jaki stres funduje ludziom pierwotnym, którzy nie znajdą sztucznych barwników i nie wiedzą, że to, co świeci, czasem nadaje się do jedzenia. Nieładnie, ojj, nieładnie. Ja na szczęście jestem trochę mniej pierwotna niż ludzie pierwotni i śmiało wystawiam nowemu Riso 5 chi, a także wystosowuję cichą prośbę o kolejny wariant – marcepanowy (tylko proszę, nie o smaku).

skalachi_5Ocena: 5 chi


Skład i wartości odżywcze:

Muller, Riso o smaku pistacjowym (2)

9 myśli na temat “Muller, Riso o smaku pistacjowym

  1. Właśnie dziś kupiłam taki w Kauflandzie (ostatni ;> ). Cieszę się, że Ci smakował, bo tym chętniej spróbuję. A i u mnie w najbliższym czasie pewnie pojawi się recenzja :)

    0
    1. Zawsze podejrzliwie patrzę na ostatnie sztuki, bo mam wrażenie, że coś jest z nimi nie tak, skoro akurat one zostały (np. ktoś je wziął, potem odłożył w środku sklepu i dopiero wieczorem ekspedientka z powrotem wstawiła do lodówki) :D

      0
  2. Czyli Ty też jesteś jogurtoćpunem? :D Ja jem chyba z 2 jogurty dziennie! :D
    Co do tego Riso – jadłam ale sos troszkę za słodki :)

    0
    1. Jogurty jem, piję, smaruję się nimi, wstrzykuję w żyły… wszystko :P Bez jogurtów nie mogłabym żyć.

      0
  3. I nagle jakoś straciłam ochotę na ten smak. Wiem, że ci smakował ale ten kolor jest taki odpychający z lekka, no i brak pistacji :( why Muller. Wystarczyłby ułamek żebym nie czuła, ze jem totalną chemię (technika wyparcia czyni cuda), a tak to rozum się oszukać nie da.
    Pewnie jak trafię to i tak kupie, to tak jak z Łatwymi ciachami, rozum mówi, ze to zły pomysł, a apetyt i ciekawość chichocą do siebie, bo wiedzą ze i tak wygrają.

    0
  4. O Matko Boska. Dobrze, że się dziś wygadałem z marcepanem, a Ty mi podesłałaś tę recenzję. Nie cierpię go. Nawet nie patrzę w jego kierunku na półkach, chociaż jest pokryty różnymi polewami. Zupełnie nie trawię.

    Dla Ciebie plus… dla mnie zdecydowany minus :) Dzięki za informację o tym ehkm… „akcencie”, bo deser kusił mnie od tak dawna, że jego kupno było kwestią dwóch tygodni maks.

    A kysz, a kysz! :D

    PS. Tak, wiem – wpis może i stary, ale emocje świeże, stąd komentarz ;)

    0

Dodaj komentarz