Alpen Gold, Chrupek lekko solony

Gdy za oknem zimno i smętnie, sąsiad pali liście, przypominając o kalendarzowej jesieni, a w wyniku nadchodzącej depresji żyletka niebezpiecznie zbliża się ku żyle, jest tylko jedna rzecz, która może cię uratować: czekolada. Napój jesienno-zimowych bogów, tabliczka szczęścia, batonik osłody lub pralinka radości – do wyboru, do koloru. Żyjemy bowiem w czasach dobrobytu, gdzie nie trzeba ratować się wyrobami czekoladopodobnymi, bo istnieją produkty gorsze jakościowo, marek własnych dużych sklepów albo promocyjne, które uratują naszą kieszeń, jednocześnie troszcząc się o wcześniej wspomnianą żyłę (tu wnioskuję o wprowadzenie czekolad do aptek, gdyż niejednemu człowiekowi uratowały już życie; przykładowo wujek Józek któregoś dnia, po wzięciu niemałego kredytu i utracie pracy, wyszedł na dach, stanął na krawędzi i już miał skoczyć, gdy jego żona otworzyła okno i zawołała: Józek, weź ty się kurna nie wygłupiaj i wracaj, bom ci czekolady nakroiła! Wujek Józek natychmiast wykonał krok w tył i podszedł do domu*).

W dużych sklepach działy ze słodyczami są tak ogromne, że nawet najbardziej wyzwolonej kobiecie (lub mężczyźnie, równouprawnienie zawsze spoko) zarumieni się policzek. Znajdziemy tam czekolady Milka, Wedel, Alpen Gold, Terravita, Lindt, Ritter Sport, Schogetten… nie będę dalej wyliczała, bo podejrzewam, że kontakt klawiatury laptopa ze śliną mógłby wywołać ten sam efekt, jak gdyby była to woda. Na pewno rozumiecie, o co mi chodzi – czekoladowego dobrodziejstwa jest tak dużo, że gdyby Baba Jaga miała wybudować swoją chatkę od nowa, z pewnością nie używałaby już starych, przesuszonych pierników.

Zdaję sobie sprawę z tego, jak wiele razy wspominałam już o fakcie, iż czekolad nie kupuję, nie jem i nawet na nie nie patrzę, żeby się niepotrzebnie nie irytować. Nie rozumiem fenomenu jedzenia kostki lub rządku i odkładania reszty na później, gdyż wydaje się to być torturą porównywalną do sypiania soli na żywą ranę lub wbijania szpilek pod paznokieć. Z kolei sto gramów na raz to zbyt dużo (rozłożone na dwa batoniki wygląda inaczej, więc się nie liczy), choć pisząc dużo mam tu na myśli następujące potem wyrzuty sumienia, nie zaś fizyczną niezdolność do obalenia całej tabliczki (pff, pikuś!). AlpenGoldChrLS_1Przy okazji wątku o niekupowaniu czekolad chciałabym jednak dodać jeszcze jedną rzecz, której nie robię: nie trzymam się własnych postanowień (lub inaczej: jestem wybiórczo konsekwentna). Kiedy więc gdzieś tam na początku roku zauważyłam w sklepie nowość od Alpen Gold – czekoladę o nazwie Chrupek lekko solony, wiedziałam już, że przepadłam. Nie tylko miałam w pamięci pyszną tabliczkę toffi tejże marki, ale nowa nazwa zupełnie mnie urzekła. Nie był to bowiem chrupek solony, nie posolony, nie obsypany solą, ale lekko solony – coś pięknego! No i kupiłam dziada, mimo że to prawie 3 zł za 90 g (odjęcie dziesiątki od zwykłej tabliczki dla mnie działa na plus), a potem przeleżał w słodyczowej szafce kolejne miesiące, by wreszcie przekroczyć datę przydatności do spożycia. I wtedy zapadła decyzja: żrem!

Do otwarcia czekolady przygotowywałam się, jak do wystąpienia na uroczystej gali. Ubrałam specjalnie na tę okazję zakupioną garsonkę, skoczyłam do fryzjera na szybkie upięcie włosów, pomalowałam paznokcie, ogoliłam lewą i prawą nogę, wydmuchałam nos i zasiadłam do stołu. Na całe szczęście producent uprzedził mnie, w jaki sposób powinnam otworzyć opakowanie, by czekolada nie wyleciała jak z procy. AlpenGoldChrLS_2Jestem mu za ów fakt bardzo wdzięczna, gdyż w przeciwnym razie mogłabym nigdy nie poradzić sobie z rozerwaniem kawałka plastiku (jak tak sobie pomyślę, to czasem mi tęskno na sreberkami, choć nowe obwoluty umożliwiają dłuższe przetrzymywanie czekolad bez stresu o zasiedlenie ich przez robaki), w związku z czym musiałabym zjeść produkt wraz z nim. Po wykonaniu tej skomplikowanej czynności polegającej na pociągnięciu rogów w przeciwnych kierunkach moim oczom ukazała się tabliczka podzielona na 15 kostek w układzie 3×5. Na każdej z nich malowniczo prezentowała się korona będąca bądź to zapowiedzią królewskiego smaku, bądź ostrzeżeniem, iż czekolada zawiera kawałki metalu szlachetnego. Licząc raczej na to pierwsze, przystąpiłam do konsumpcji.
Uwielbiam płatki kukurydziane, szczególnie te firmy Nestle, a wtopienie ich w mleczną czekoladę i dodanie odrobiny soli wydawało się strzałem w dziesiątkę. AlpenGoldChrLS_3Już przez opakowanie dało się wyczuć, iż producent nie pożałował i sypnął je szczodrą ręką. Do podobnego wniosku doszłam po przełamaniu rządków, gdzie płatki widoczne były gołym okiem. Ale – bo tu pojawił się pierwszy zgrzyt – nie były to wcale cieniutkie kukurydziane płatki, ale raczej grube chrupkocoś. Zwodzona obietnicą śniadaniowego przysmaku, który ukazany został na opakowaniu Alpen Gold, a także opisem: czekolada mleczna z solonymi płatkami kukurydzianymi, dałam się ponieść wyobraźni i ustawiłam poprzeczkę wysoko. Skoczek nie dotarł jednak do szczytu, ba!, opadł na ziemię już w połowie drogi. Choć chrupki były w porządku i rzeczywiście lekko słone, AlpenGoldChrLS_4to jednak były to chrupki, czyli zupełnie inny produkt. W czekoladzie znajdowało się ich sporo, to na plus, ale sama czekolada nie powalała – ot, przeciętna mleczna, do tego słabo rozpuszczająca się w ustach (tu pozdrawiam mleczną Wedla, której nie jadłam już sto lat, ale wciąż pamiętam jej mleczność i rozpuszczalność). Ciekawostką niech będzie zaś to, że w miejscach styku czekolady z chrupkiem pojawiło się po kilka-kilkanaście bąbelków powietrza niczym w Bąboladzie. Zakończywszy konsumpcję odczuwałam dziwny posmak soli na końcu języka, który ani trochę mi nie odpowiadał.

Podsumowując: czekolada jest w sam raz na raz, bo ani nie przyprawia człowieka o mdłości, ani nie powoduje zachwytu. Jeśli przypadkiem trafi do waszego koszyka, o czym zorientujecie się dopiero przy kasie, nie musicie podrzucać jej komuś przed lub za wami, bo nic się nie stanie, jeśli tego popołudnia skosztujecie akurat jej. Proponuję tylko zaparzyć sobie kawę lub herbatę, która zniesie słony posmak pokonsumpcyjny. Ja jednak swojej tabliczki nie dokończyłam, dzięki czemu mogę powiedzieć, iż Alpen Gold dał mi ważną życiową lekcję, że jednak mogę i potrafię zjeść tylko część czekolady, resztę odkładając na później (lub jak w tym przypadku – oddając rodzinie).

* Nie mam wujka Józka, a historia została zmyślona, co nie znaczy, że nie jest prawdopodobna i nie mogła wydarzyć się naprawdę.

Nazwa: Chrupek lekko solony
Opis: Czekolada mleczna z solonymi płatkami kukurydzianymi (6%).
Dystrybutor: Mondelez Polska S.A.
Wartość energetyczna na 100 g: 530 kcal (i 477 kcal w tabliczce)
Wartości odżywcze na 100 g: tłuszcz 29,5 g – w tym kwasy tłuszczowe nasycone 17 g; węglowodany 58,5 g – w tym cukry 54 g; błonnik 2,3 g; białko 6,2 g; sól 0,53 g.
Skład: cukier, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, serwatka w proszku (z mleka), solone płatki kukurydziane (6%) [mąka kukurydziana, olej rzepakowy, sól (0,4%), cukier], tłuszcze roślinne (palmowy, shea), tłuszcz mleczny, emulgatory (lecytyna sojowa, E 476, lecytyna słonecznikowa), aromat. Oprócz tłuszczu kakaowego zawiera tłuszcze roślinne. Masa kakaowa w czekoladzie mlecznej minimum 25%. Może zawierać pszenicę, orzechy oraz orzeszki ziemne.
Waga: 90 g
Upolujesz w: Tesco, Leclerc
Cena: do 3 zł
Ocena: 3 chi
skalachi_3


Pozdrawiam jesiennie

9 myśli na temat “Alpen Gold, Chrupek lekko solony

  1. Hm, nigdy nie przepadałam za Milką i właśnie Alpen Gold. :/

    „Do otwarcia czekolady przygotowywałam się, jak do wystąpienia na uroczystej gali. (…) wydmuchałam nos i zasiadłam do stołu. ” To nie jest śmieszne, ja zawsze muszę się wysmarkać przed jedzeniem, bo inaczej prawie nie czuję smaków. :D

    0

      1. Ja do każdego posiłku muszę mieć wydmuchany nos i uczesane włosy ,wspomnę nawet ,że bez nawilżonych rąk nie zaczynam jeść.. Nie mam nawet pojęcia skąd u mnie takie dziwaczne zwyczaje :D

        0

  2. Hej :) Trafiłam tu przez przypadek i nie żałuje :) Mam jednak nadzieję, że nie spożywasz takiej czekolady za często – ot, choćby ze względu na E476, które w dużych dawkach ma działanie rakotwórcze :( A co do czekolady to ja polecam gorzką :)

    Pozdrawiam i zapraszam do siebie :)

    0

    1. Niee, nie spożywam, ale dzięki za troskę :)
      Gorzką polubiłam parę lat temu i też czasem kupuję.
      Na bloga oczywiście zajrzę.

      0

  3. Alpen Gold stoi na mojej drabinie ciekawości na dolnych szczeblach, razem z Terravitą, Baronem, nadziewanym Wawelem i wyrobami czekoladopodobnymi. Jak dostanę to zjem, jak nie dostanę to płakać nie będę, sama kupować tego za bardzo nie chce.
    Ja to mam problem, bo stojąc przed pełnymi półkami słodyczy w marketach to mam w głowie myśl „Nie mam co kupić”.

    0

    1. E, to ja tak nie mam, bo zawsze jest coś, co bym kupiła (nawet jeśli w domu słodycze aż wypadają z szafek). Problem w tym, że największa ochota jest na rzeczy najdroższe, bo te najrzadziej się jada i najmniej pamięta ich smak.

      0

Dodaj komentarz