Kartka z pamiętnika #4, czyli list do Świętego Mikołaja

Dzisiejsza kartka z pamiętnika pochodzi z liceum, prawdopodobnie z początku drugiej klasy. Postanowiłam opublikować ją na blogu, jako że każdego roku w moim mieście, choć chyba w każdym z większych miast Polski, rozstawiany jest Jarmark Bożonarodzeniowy. Startuje pod koniec listopada (tym razem 21.11), kończy się zaś tuż przed Wigilią. Kupimy na nim wszystko: od prezentów oraz zupełnie nieprzydatnych bibelotów, na ubraniach i wyposażeniu wnętrz kończąc. Ponadto w kilku punktach napijemy się pysznego grzanego wina po zawyżonej cenie, równie znakomitego miodu pitnego, skosztujemy wykwintnych prażonych orzechów, gorących kasztanów jadalnych, nieco bardziej pospolitych gofrów i wat cukrowych, a także ordynarnych kiełbach z grilla i karczków ociekających tłuszczem wprost na nasze zimowe kurtki.

Kiedy pójdziemy na jarmark po raz pierwszy, pod koniec listopada, będzie już ciemno i zimno, ale jeszcze nie śnieżnie. Kiedy jednak znajdziemy się tam po raz ostatni, pod nogami będzie nam już chrupał ubity, względnie rozmemłany pod milionem podeszew (co za obrzydliwa odmiana słowa!), śnieg. Z głośników rozleją się męczące świąteczne piosenki, w Bajkowym Lasku zaatakują nas przerażające ruchome kukły opowiadające znane na całym świecie bajki, nieopodal pomnika na wesołomiasteczkowej kolejce będą jeździły jazgoczące dzieci, a oburzone starsze panie nie raz przyłożą nam z bara, by dopchać się do wybranego domku z pamiątkami. Po drodze dostaniemy kijem od waty cukrowej w oko, ktoś przydepnie nam nowego buta wspaniałomyślnie wgniatając jego czubek, zgubimy ze dwie pięciozłotówki, a na koniec, w wyniku leniwie poruszających się tłumów, nie dotrzemy na czas na autobus (kolejny odjeżdża za godzinę).
To wszystko odbędzie się jednak we wszechobecnej atmosferze tumiwisizmu, który ogarnia ludzi podczas pobytu na Jarmarku Bożonarodzeniowym. Wtedy to stres związany z nieskompletowaniem prezentów dla rodziny znika, dwanaście potraw jawi się jako pikuś do zrobienia w godzinę, a znienawidzoną ciotkę Anastazję zaczynamy porównywać do pryszcza, który może i pojawi się na Wigilii, ale potem zostanie wyciśnięty wprost do swojego domu. Tak bowiem działa jarmark. Tak bowiem działa jego aura, atmosfera… sprzedawane na nim wino?

Dzisiejszy fragment z pamiętnika jest opowieścią licealistki marzącej o nadchodzącym jarmarku oraz pojawieniu się na nim w innym czasie i rzeczywistości. Fragment ów jest jednocześnie smutną refleksją na temat zbliżających się świąt oraz listem do Świętego Mikołaja, który – śmiejcie się lub nie – sporządzam każdego roku.

fot. Olin Gilbert (Flickr)

Drogi Mikołaju!

Idą święta, ale od kilku lat gubią po drodze swój urok. Tak miło było patrzeć w niebo wieczorem, tuż przed 6-grudniowym porankiem, i szukać łuny Twoich sań. Tak magicznie było usłyszeć Twój dzwonek i pochłaniać prosto do dziecięcego serduszka opowieści o Tobie.
W przeciągu tych lat, w procesie dorastania i poznawania twarzy Świata (niestety zarówno tej dobrej, jak i złej), zgubiłam Twój zapach i kształt. Przestałeś być tym, na którego czekałam w tę jedną, grudniową noc. Czuję zapach świąt w powietrzu, czuję go co roku, ale to już nie te same święta. Teraz mój prezent otwieram z wyrazem wdzięczności w oczach dla rodziców. Nie ma już tajemnicy, magii i zaskoczenia.
Tak przykro robi się człowiekowi, gdy dookoła trwają przygotowania do świąt, pojawiają się świąteczne akcenty, a ma się tak niewiele pieniędzy. Jak źle stać się ubogim akurat w czasie świąt. Jeśli spełniasz ludzkie marzenia, to w tym roku poproszę, żebyś przyniósł mamie pracę.
Rynek wygląda bajecznie. Tak pięknych świąt nie widziałam już dawno, choć jeszcze prawie miesiąc do gwiazdki. Poczułam się jak w filmie. Jak w „Opowieści Wigilijnej”, gdzie dzieci oglądały kolorowe wystawy pełne zabawek i słodyczy, nie mogąc ich mieć. Idąc pośród tych wszystkich straganów, czułam zapach gorących pączków, grzanego wina, waty cukrowej i pierników. Patrzyłam na lśniące lizaki-laski, wielkie pluszowe miśki, stoiska z ciastkami, kolczykami, pierścionkami i tysiącami innych przedmiotów. Rozpływałam się w tym wszystkim. Zrobiło mi się przez moment tak błogo, że o mało co się nie popłakałam. Głos stanął mi gdzieś głęboko w gardle, oczy podeszły łzami i szybko uciekłam do przodu. Głębiej w ten cały świąteczny zgiełk, głębiej w tłum przepychających się ludzi, głębiej w niespełnione grudniowe marzenia.
Chciałabym jeszcze raz pojechać do bajkowego rynkowego ogrodu lub w inne miejsce, gdzie nie da się nie zauważyć świąt. Nich sypie lekki, chłodny śnieg. Niech będzie ciemno, a wokół gra muzyka. Może jakaś mniej znana kolęda? Niech zapach barszczu z uszkami miesza się z goździkami i przesłodzoną watą cukrową. Chcę czuć kogoś blisko mnie, złapać go za rękę i jeść piernika, brudząc sobie całą buzię. Spojrzeć w niebo, zobaczyć tylko jedną gwiazdkę. Zrozumieć, że „już czas”, wsiąść w autobus i wrócić do domu, do rodziny. Czuć zapach choinki, widzieć krzątającą się po kuchni mamę i śmiejących się w pokoju M. i babcię. Klęczącą koło prezentów, zniecierpliwioną J. i próbujących ściągnąć coś ze stołu Azę i Karmela. Wśród nich będzie moje miejsce. Miejsce na moją kolędę, moje życzenia i całą mnie. Miejsce na moje święta.

***

 

 

17 myśli na temat “Kartka z pamiętnika #4, czyli list do Świętego Mikołaja

  1. Każdy człowiek powinien znaleźć swoje miejsce na święta, i swoje miejsce w czasie świąt… :) Dobrze, że je mamy obie :)

  2. Jarmark Bożonarodzeniowy to dla nas zagadka. Nigdy nie miałyśmy okazji na nim być i nawet nie wiemy, czy w naszej okolicy w ogóle jest przygotowywany :( Piszesz tak swobodnie, że aż miło i lekko czyta się Twoje wpisy :) Wprowadziłaś nas w świąteczny czas, że nic tylko ubierać choinkę i czekać na śnieg :)

    1. To ja się pochwalę, że w tym roku wreszcie planuję kupić i ubrać choinkę, a nie to małe i krzywe coś! :)

    1. Dziękuję :)
      Ja też, a Jarmark zawsze wprowadza mnie z jednej strony w spokój, z drugiej w radosne podniecenie.

  3. Widać, ze przykładałaś uwagę do tego jak piszesz i by wszystko było spójne…. Pewnie jeszcze tam kaligrafowałaś w pamiętniku? ;) Byłaś moze na profilu humanistycznym? :)

    1. Przykłada(ła)m i każdy mój tekst traktuję jak własne dziecko, dlatego krytyka boli podwójnie, ale jeśli jest konstruktywna, to wiadomo – dobrze. Kaligrafować nie kaligrafowałam, całe życie piszę jak kura pazurem. Chociaż nie, kłamię. W podstawówce (1-3) moje zeszyty były pokazywane innym uczniom w ramach wzoru do naśladowania. Późniejsze klasy (aż do dziś), to już masakra. W klasie humanistycznej nie byłam, ale za to miałam indywidualny tok nauczania z polskiego, co oznaczało dodatkowe godziny zajęć w ramach przygotowań do konkursów etc. + chodziłam na kółko, warsztaty dziennikarskie i wszystkie tego typu rzeczy. Dziś studiuję na kierunku należącym do nauk humanistycznych, a więc można powiedzieć, że kontynuuję przygodę z bezrobociem, ale za to jakim przyjemnym i rozwijającym. Kocham pisać!

Dodaj komentarz