Lindt, Hello my name is Cookies & Cream

Czy jest coś, co opłaca się kupić jeszcze mniej niż lindtowe batoniki Hello my name is…? Jeśli zastanawiacie się nad odpowiedzią, to przedstawię wam parę argumentów, które powinny rozwiać wszelkie wątpliwości: 1) Sprzedają je tylko w Almie i T&J Delikatesy (w Leclercu swojego czasu też były, ale „wyszły”), przy czym oba sklepy oddalone są od mojego domu o hoho* i jeszcze trochę; 2) Za jedną sztukę w przybytku zwanym Almą płaci się nie 1,69 zł, nie 2,69 zł, nawet nie 4,69 zł – co już byłoby przesadą – ale 5,69 zł!; 3) Przypominam, iż batonik waży zaledwie 39 g; 4) Na czas konsumpcji przekłada się to mniej więcej tak, że każde 10 g = minuta jedzenia, wliczając w to oczywiście robienie notatek. Pozwólcie więc, że teraz powtórzę pytanie: Czy jest coś, co opłaca się kupić jeszcze mniej?

Bez względu na wasze odpowiedzi, moja będzie brzmiała: TAK, są tysiące takich rzeczy. Żeby nie być gołosłowną, jako pierwszą podam… tabliczkę Lindta Hello my name is…, którą można dostać w większej ilości sklepów i to po niżej cenie, szczególnie podczas promocji.

Zwariowała – powiecie – zupełnie zdurnowaciała na stare lata (jak to pieszczotliwie mawiała babcia K. o dziadku, używając oczywiście czasownika w rodzaju męskim). Co ciekawe, pewnie się z wami zgodzę. Bo czasem sama siebie (i swoich wyborów) nie rozumiem. Nie omieszkam jednak wyciągnąć tarczy, przedstawiając sprawę tak, jak widzę ją ja. W moich oczach bowiem batoniki Hello my name is… przewyższą czekolady, gdyż: 1) Wiem, że otworzę je od razu, a czekolada będzie leżeć rok, aż niebezpiecznie zbliży się do swej daty przydatności do spożycia. Dopiero wtedy, w wielkiej gorączce i pośpiechu, wrzucę ją w siebie i to na raz; 2) Są absolutnie urocze i ujmują mnie swoją formą, czego nigdy nie zdarzyło mi się odczuć wobec tabliczki; 3) Pieniądze są po to, żeby je wydawać.
Jeśli to was nie przekonuje, to już nie wiem, co mogłabym napisać. Syty głodnego nie zrozumie i na odwrót (podobno). Jeśli więc mimo wszystko wolicie czekolady, kupujcie je, ja zaś pozostanę przy trwonieniu polskich złotych na zupełnie nieopłacalne bardzo opłacalne batony.

Hoho oznacza w ch…hoho daleko, a nie Ho Ho Ho! Świętego Mikołaja.

Hello my name is Cookies & Cream

Oto pierwszy batonik, którego zdecydowałam się otworzyć, wiążąc z nim największe nadzieje. Do tej pory bowiem jadłam tylko jeden smak (Caramel Brownie), który – fakt – zachwycił mnie, ale nadzienie cookies & cream… hmmm… tyle produktów ma je w sobie, a ja żadnego jeszcze nie próbowałam. Nadeszła pora, by to zmienić!

Po otwarciu Hello… moim oczom ukazały się buziaki, serduszka, napisy i pozdrowienia. Miło ci mnie zasłodzić? Ojej, dziękuję! Mi też będzie miło zostać przez ciebie zasłodzoną. Zanim jednak wzięłam do buzi pierwszą kostkę, produkt poddałam ocenie węchowej. Jego zapach momentalnie przywiódł mi na myśl Kinder Czekoladę (klasykę dziecięcych lat). Nie tylko zresztą zapach, bo i wygląd: urzekająco brązowa mleczna czekolada i jasne, w tym wypadku nakrapiane oreowo wnętrze. Mniam! Od razu wiedziałam, że będzie dobrze.

I było. Czekolada okazała się niebem. Słodkim, rozpływającym się w ustach mlecznym niebem. Nie takim o smaku cukru, ale prawdziwej czekolady. Pod jej grubą warstwą skrywała się mleczno-chrupka ambrozja z górną połową wypełnioną gorzkawymi ciasteczkami nadającymi całości lekki posmak kawy (choć możliwe, że to tylko autosugestia i pobożne życzenie). Dolna warstwa była śmietankowa lub mleczna, prawie jednolita, momentami tylko zakłócona przez niedobitki chrupiących drobinek. Smakując obie naraz, w myślach już wystawiałam batonikowi 6 chi, rozważając nawet o unicornie.

Na ogół nie lubię rozpuszczać czekolady na języku. Dla serii Hello… uczyniłam jednak wyjątek, by sprawdzić, jak aksamitna jest ich mleczna polewa. I, o mój bobrze, jest… JEST aksamitna. Bardzo. Orgazm dla kubków smakowych. Rozpuszcza się ekspresowo, pozostawiając w ustach drobne ziarenka herbatników. Czy może być coś piękniejszego?

Ostatecznie w batoniku najbardziej czuć właśnie tę czekoladę. Ciastka nadają chrupkości, ale ich smak nie wychodzi na pierwszy, drugi ani nawet trzeci plan. Są zatem urozmaiceniem konsystencji, a nie smaku. Śmietankowy krem też można jako tako wyodrębnić, ale w oglądzie całościowym zanika. I jest tylko czekolada. Morze delikatnej mlecznej czekolady. Inni producenci powinni brać z Lindta przykład!

Opis: Czekolada mleczna nadziewana kawałkami ciasteczka (8%) i śmietanką (36%).
Wartość energetyczna na 100 g: 565 kcal (i 220 w batonie)
Wartości odżywcze na 100 g: białko 7 g; węglowodany 52 g; tłuszcz 37 g.
Skład: cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, tłuszcz roślinny, śmietanka w proszku (3,5%), mąka pszenna, tłuszcz mleczny, kakao w proszku, emulgator (lecytyna sojowa), laktoza (z mleka), odtłuszczone mleko w proszku , sól, aromat (wanilina), ekstrakt słodowy (jęczmień), substancje spulchniające (węglan amonu, wodorowęglan sodu, węglan potasu). Może zawierać śladowe ilości orzechów laskowych i migdałów. Czekolada mleczna: Masa kakaowa: minimum 30%. Masa mleczna: minimum 18%. Oprócz tłuszczu kakaowego zawiera tłuszcze roślinne.
Wyprodukowano: w Niemczech
Dystrybutor: Lindt & Sprüngli (Poland) Sp. z o.o.
Waga: 39 g
Upolujesz w: Alma, Delikatesy T&J
Cena: 5,69 zł
Ocena: 6 chi
skalachi_6

Kliknij po Caramel Brownie oraz Strawberry Cheesecake
Kliknij po Crunchy Nougat oraz Pink Explosion

15 myśli na temat “Lindt, Hello my name is Cookies & Cream

  1. Próbuje sobie przypomnieć czy bardziej mi ta wersja smakowała czy Crunchy Nougat, marnie z moją pamięcią.Wiem, że caramel brownie mnie nie zachwyciło a truskawkowa wiadomo, fujka.
    a batoniki te jeszcze sprzedają w Piotrze i Pawle i w Realu, chociaż cena i tu i tu brzydko wygląda.

    0
    1. Piotr i Paweł… Real… spoko, że oba są równie daleko co Alma i T&J Delikatesy, wrrr.
      Niedługo recenzja Crunchy Nougat, więc może sobie przypomnisz :)

      0
  2. Wnętrze wygląda smakowicie, ale nie wiem czy za taką cenę bym się skusiła. Chociaż jeśli nie dogadzać sobie jedzeniem, to jak..? :D

    1+
  3. Hello Lindt, my old friend :D Im w mniejszej ilości sklepów można je dostać tym są droższe. Z niektórymi produktami to trzeba stać jak za komuny :D

    0
    1. Kartki z przydziałem na Lidnta… hmmm…
      Ostatnio widziałam artykuł (wszyscy zresztą o tym trąbią), że się czekolada kończy. Zobaczysz, Ty tu sobie żartujesz, a po sylwestrze zamiast się cieszyć nowym rokiem, będziemy płakać nad kartkami na jakąkolwiek czekoladę, nawet tę najgorszą. Btw, już widzę minę Barbary, która dowiaduje się z mediów, że czekają ją limity. Tak, powiedzmy, jedna czekolada na miesiąc. I to na parę, żeby nie było.

      0
  4. W Realu za niecałe 5 zl, najbardziej smakuje mi nugat (kojarzy mi sie totalnie z jakimiś innym pysznym slodyczem ale nie wiem jakim) i brownie. A tak w ogole ciekawostka, ze chyba ten baton wazy 44g, jestem na diecie i waze slodkosci i tak mi pokazuje ;)

    0
    1. Ja też ważę każdą zdobycz, te na przykład wahały się między 40 a 42 g, ale takich rzeczy już zapisywać w recenzji nie będę, bo to zależy od sztuki. Tak w ogóle to w życiu znalazłam tylko jeden produkt, który absolutnie zawsze ważył tyle, ile miał napisane na opakowaniu. Były nim Chipsy prosto z pieca, przynajmniej te sprzedawane niegdyś w Lidlu. Teraz nie dość, że sklep (producent, wiadomo, ale wolę zwalić na Lidla) zmienił gramaturę z 70 na 140 g, to jeszcze wycofał moje ukochane solone, więc niech się goni.

      0

Dodaj komentarz