Lindt, Mini Goldhase

Święta w rodzinnym domu to niemal gwarancja wejścia w posiadanie nowych słodyczy, nierzadko znalezionych tuż przy własnym talerzyku i przeznaczonych personalnie dla nas. Jeśli mamy silną wolę i zależy nam na zrobieniu zdjęć/trzymaniu diety/…, będziemy musieli patrzeć, jak inni wsuwają pyszności od razu, podczas gdy swoje zapakujemy głęboko do torby. Jeśli nie, tym lepiej dla nas.

Moja najbliżej położona rodzina liczy sobie trzy, a ze mną cztery osoby. W związku z tym, kiedy byłam z mamą w Piotrze i Pawle na przedświątecznych zakupach, wypatrywałyśmy słodyczy, które dałoby się podzielić. Po wejściu do sklepu od razu trafiłyśmy na regał z produktami typowo wielkanocnymi, czyli czekoladowymi królikami, barankami, kurczaczkami, jajkami i im podobnymi. Oczywiście były tam same najdroższe firmy: Lindty, Ferrero, Storcki, które miały wzbogacić kasy fiskalne. Namawiałam mamę, żebyśmy udały się do normalnego działu, ale było już za późno – biedaczka wpadła w pułapkę konsumenta. Dałam za wygraną. Chcesz, kupuj – powiedziałam, bo kto bogatemu zabroni?

Niech was jednak wstęp ten nie zwiedzie, ja wcale na mamine zakupy nie narzekam. Wręcz przeciwnie, to dzięki nim wzbogaciłam się o dwa lindtowe zajączki (pakowane są po pięć sztuk, a jak wspominałam, w rodzinie jest ludzi sztuk cztery… cóż, ktoś musiał zachować się jak cham, wypadło na mnie) i baranka (zdjęć nie ma, bo był brzydki). Oparłam się pokusie otworzenia słodyczy od razu i szybko schowałam je do torby. Z naciskiem na szybko, bo: 1) Figurki towarzyszy znikły w sekundę i jeszcze ktoś gotów byłby doczepić się do moich; ja już ich dobrze znam!, 2) Wolałam, żeby o bezczelnej kradzieży nadprogramowego zająca mama dowiedziała się dopiero z recenzji.

Lindt, Mini Goldhase (1)

Mini Goldhase

Na otwarcie figurki nie czekały zbyt długo. Może i nie rozdziewiczyłam ich tego samego wieczora, wtedy bowiem przyszła kolej czekolady, o której niedługo, ale zrobiłam to dzień później. I choć początkowo myślałam, że nie będę pisała recenzji, bo to zwykła mleczna czekolada, zdanie ostatecznie zmieniłam.

Lindtowskie zajączki to jedne z najpiękniejszych czekoladowych figurek dostępnych na polskim rynku. W przeszłości miałam przyjemność jeść duży rozmiar (100 g? 200 g?) tylko raz, w dodatku wybłagał ją u swojej mamy mój były chłopak, któremu przez całe święta wierciłam dziurę w brzuchu, że czegoś takiego w życiu nie widziałam. Dziś, po wielu latach, mogę sytuację tę podsumować tylko tak, że niektóre rzeczy są trwałe, niektóre nie. Chłopak i czekolada niestety należą do tych drugich, za to cudowne wspomnienia i obróżka z dzwoneczkiem wisząca na lampce przy laptopie zdecydowanie do pierwszych.

Lindt, Mini Goldhase (2)

Jedna sztuka małego zajączka waży 11 g, a biorąc pod uwagę wartości, które wyszperałam w wielkim i głębokim internetowym oceanie, dostarcza nam 63 kcal.

Czekolada pachnie obłędnie: mlecznie, czekoladowo, słodko, przyjemnie… mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. Na górze, czyli w uszach, jest jej najwięcej (najgrubsza warstwa), po bokach zaś najmniej. Podobnie rzecz ma się z baranem, którego głowa jest solidna, a ciałko dość wątłe. Choć trzeba przyznać, że jak na takie maluchy, to tata Lindt wcale jej nie pożałował.

Smak jest wyraźnie kakaowy, a mimo tego mleczny i słodki. Niby podobny do Milki, a jednak zgoła inny, ani trochę nie zmierza bowiem w stronę przesłodzenia. Idealnie pasuje do konsystencji czekolady, która jest dość miękka, plastelinowa, lekko topi się w palcach (w ustach tym bardziej). Co ciekawe, przypomina mi święta Bożego Narodzenia, z racji że ma w sobie aromat i posmak czerwonego barszczu, pierogów z kapustą i grzybami, smażonego karpia, suszu i igliwia z prawdziwej choinki.

Lindt, Mini Goldhase (3)

Sama Goldhase raczej bym nie kupiła (chyba że w promocji, w akcie desperacji), ale Mini Goldhase to już na pewno nie. Nie bawi mnie jedzenie maleńkich czekoladek, które traktuję raczej jako pewien eksperyment niż prawdziwe jedzenie. Niemniej bardzo się cieszę, że mama wydała na nie pieniądze i postanowiła sprawić najbliższej rodzinie radość.

Mleczna czekolada Lindta, choć przy Ritterach zarzekałam się, że żadna zwykła (to znaczy bez chrupiących dodatków bądź kremu) szans na maksimum chi nie ma, celuje prosto w szósteczkę. Jej smak jest tak cudowny, a postać zajączka tak ujmująca, że nie mogę postąpić inaczej.

skalachi_6Ocena: 6 chi

35 myśli na temat “Lindt, Mini Goldhase

    1. Szkoda, że tak szybko znika.
      Dziś prawdopodobnie wzbogacę się o trzy nowe Lindty (tzn. nowe dla mnie, żeby była jasność).
      Dostałam też od mamy po pasku alkoholowych, ale boję się, jak zareaguje na nie żołądek i leżą. Bardzo walą procentami?

      0

        1. Dupa, bo mam tylko jednego z tych, co chciałam. Ale jeden Lindt zawsze lepszy niż żaden ;) I to zwykły z serii Creation, żadna tam rewelacja dla kogoś, kto już zna 90% produktów tego producenta.

          0

  1. Nigdy nie jadłem tego malucha, ale wcinam ich starszych stugramowych braci :D Pycha, porównanie do Milki jest trochę krzywdzące, bo to jednak jak Mercedes i Opel :D

    0

    1. Nie znam się na autach, ale Milkę lubię, stąd porównanie wartościowane pozytywnie. Choć Lindta oczywiście bardziej :)

      0

  2. Widziałam je, widziałam. I już miałam brać.. Ale zając Kinder’a wygrał! :) Od razu mnie kupił!! Szkoda tylko, że zjadłam go bez recenzji. Cóóóż :) Żarłok!
    Musiało być pysznie..

    0

    1. Wiesz co ja zrobiłam z Kider Zającem? Dostałam z 2-3 lata temu, schowałam do szuflady i leżał, i leżał, i leżał… Za każdym razem, jak miałam go otworzyć, przypominała mi się gramatura (100+) i zmieniałam zdanie. Aż pewnego dnia go oddałam. CO ZA WASTE CZEKOLADY!!! Nigdy nie przestanę mieć do siebie za to pretensji.

      0

  3. jadłam takie ale w wersji bożonarodzeniowej kiedy były w kształcie misiów. ja z kolei bardzo lubię takie maleństwa z racji mojego hobby smakowania nowych produktów, dużych mi się zwyczajnie nie opłaca bo chcę tylko spróbować, a co potem zrobić z resztą? :D mlecznych czekolad nie kupuję bo to dla mnie nic nadzwyczajnego ale te lindt kupiłam bo tak to pięknie i uroczo wyglądało, że nie mogłam się oprzeć (Ci producenci to cwane lisy, wiedzą jak na nas działać!). co tu dużo mówić lindt jak zawsze nie zawodzi, czekolada słodka, aksamitna i dokładnie taka jaka być powinna. niby zwykła mleczna, a jednak ma w sobie to coś!

    0

  4. dwa lata temu naciągnęłam tatę w kaufie na dwa takie zające, bardzo drogie… ale smak rekompensuje wszystko ;) no właśnie zjadłam jednego, więc drugi powinien być głęboko gdzieś w domu schowany, jak wrócę na święta majowe, to może się do niego dorwę, ale jak ktoś mnie zobaczy jak się dorywam do słodyczy po terminie ważności to mnie zabiją xD w każdym razie zasłużona ocena ^^

    0

    1. Zjesz czekoladę rok po terminie? Odważnie. Ja Ci powiem, że też zdarzało mi się wpieprzać takie stare rzeczy, nawet starsze (u dziadków) i żyję, więc spoko. Aaale niekoniecznie jest się czym chwalić :D

      0

      1. Rok? Jadłem czekoladę ok. 5 lat po terminie. Miała taki nawet biały nalot. Wspominałem już o tym kiedyś. Krowiasta tabliczka w smaku pozostała taka sama. A i ja, żarłok, żyję dalej :D

        Zając – przez sympatię do ich pralinek (kto jej nie ma?) nawet nie muszę próbować by wiedzieć jak smakuje. Najfajniejsze jest to, że nie łamie się jak te wszystkie figurki, a już same uszy mają swoja grubość.

        Chrupanie, odgryzanie kawałek po kawałku, uszu… to też ważny element. Niczym lew pożeramy swoją ofiarę ;)

        PS. Gdyby był wypełniony pralinkowym nadzieniem mlecznym, mógłbym się zgodzić: powstałaby figurka, której spożycie by mogło spowodować „przecukrzenie” :D

        0

        1. Tak? A mi się zdaje, że Lindt nie może zasłodzić. Inna sprawa, że mało Lindtów w życiu jadłam (wszystko przede mną!).

          0

          1. Polecam, jeśli masz możliwość, zajrzenia do jednego z ich sklepów. Wtedy zmienisz zdanie ;)

            Czekolady mają pyszne, to prawda. Nie wszystkie mi smakują, co nie znaczy, że bym odmówił ich podczas poczęstunku. Pistacja – jak wspominałem przy Twoich lodach – to jeden z przykładów. Są dobre, ale nie ma tąpnięcia „czuje się jak w niebie” ;)

            Praliny kupowane na wagę – to dobry sposób na poznanie wielu smaków. Karmel, kawa z czekoladą, jest tego mnóstwo. Za pierwszym razem nawet wyszedłem z pustą torbą… bo naładowałem tyle, że się sam przeraziłem. Dopiero drugie podejście było normalne. Para kulek ze smaku. I to nie wszystkich. Samej białej czekolady było z 8 wariacji :D

            0

      2. to prawda bo nie raz współlokatorki i rodzina mają ze mną granie… najgorzej było jak koleżanka wyciągnęła serek wiejski 3 miesiące po terminie, i chciała go wyrzucic, a mnie tak szkoda go było że ugotowałam z niego serniczek co był na niego szał na blogach, nie powiem śmietana to sama z niego była :D potem jak się dowiedziała mało całą noc nie spała, bo się martwiła, że mnie otruła ;) wiesz co szczerze nigdy nie przywiązywałam nie wiem dlaczego uwagi do daty ważności przez co nie raz obrywam po łapach… nie wspominając o mamusi ;)

        0

        1. Nabiału bym nie zjadła po terminie, nooo góra dzień-dwa, gdyby naprawdę było mi szkoda. Suche produkty – praktycznie bez granicy :P

          0

  5. Nie do końca lubię czekolady Lindta, ale pamiętam że zwykle z okazji świąt dostawałam czekoladowe zajączki (często takie) i inne takie słodycze od cioci. Mała uprzejmość, a miło. :>

    0

      1. Źle to ujęłam – nigdy nie należała do moich ulubionych. Może teraz, gdy mam bardziej wysublimowane kubki smakowe ( :P ), smakowała by mi bardziej.

        0

  6. Moja najbliższa rodzina liczy dokładnie 8 osób i 2 koty. Z powodu tej ilości mamuśka zrezygnowała z dawania każdemu po zajączku/jaju/czegoś tam, skupiając się na najmłodszych. Najmłodsze: czyli moje dwie bratanice i ja :D I tak tym sposobem trafiło do mnie wielkie jajo Kinder, które czeka na rozdziewiczenie.
    Zajączek Lindt jest pyszny, jednak mój wewnętrzny sknera protestuje przeciw opcji kupowania go co roku. Raz spróbowałaś i starczy. Szkoda, że nie zaprotestował jak kupowałam jajo Milki.

    0

    1. Ja też chcę figurkę Kinder ;( Za rok muszę złożyć jakieś życzenia na piśmie. Moja rodzina nadal nie wie, które rzeczy lubię, a które nie. Jakoś nikogo to szczególnie nie obchodzi :P

      0

  7. W ubiegłym roku razem z tatą skompletowałyśmy dostępne duże czekoladowe zające znanych firm i poustawialiśmy sobie je w kuchni na półce :) Naprawdę dotrwać do świąt aby żadnemu wcześniej nie stała się z naszej strony krzywda, było strasznie ciężko :P Ostatecznie ostatnie miejsce zajęła figurka z Ferrero Rocher, bo rozczarowaliśmy się tłustą czekoladą smakującą jak podróba :/ No i Terravita też miała ostatnie miejsce ale to było wiadome :) Jednak pierwsze miejsce miał zajączek od Lindta i skutecznie wyprzedził swoich kumpli od Kiner, Milki i Merci :)

    0

      1. To znaczy z tego co pamiętamy to było mniej więcej po równo głosów, bo niektórzy woleli specyficznie słodką Milkę a niektórzy bardziej kakaowe Merci :) A Kinder to w ogóle inna liga, tego smaku z dzieciństwa się nie porównuje ;)

        0

        1. Ach, ok. Ja na początku przygody z blogiem zapisałam sobie, żeby zrobić porównanie wszystkich mlecznych czekolad, potem gorzkich i białych, ale z biegiem czasu zrozumiałam, ile to srania (z fotami, ważeniem, próbowaniem i ponownym próbowaniem, żeby się upewnić i tak dalej…). Nie dość, że zajęłoby mi to cały dzień, to jeszcze pochłonęłoby kupę kasy, no i nic przyjemnego. Dlatego nie będę się mordowała. Blog ma być przyjemnością, nie katorgą, nie? :)

          0

Dodaj komentarz