Wedel, Creme Brulee

Wedel, Wedel, znowu ten Wedel…

Faktycznie, coś się ostatnio na blogu zawedliło, spieszę jednak wyjaśnić – zwłaszcza malkontentom lubiącym zostawiać złośliwe komentarze i wysyłać równie złośliwe maile – że nadal za publikację recenzji nie pobieram opłat, nie jestem przekupywana wakacjami na Hawajach, ani obdarowywana koszami z drogim winami i homarami. Powód zagęszczenia recenzji produktów jednej firmy jest całkiem prozaiczny. Nie od dziś bowiem wiadomo, że posiadane produkty wyjadam datami ważności, nie chcąc natknąć się na robaka czy skamielinę. Chwilowo jesteście więc zalewani słodyczami producenta na W, za jakiś czas czeka was za to powódź fioletowych krów. Żadnych zawiłych filozofii czy spisków.

Wedel, Creme Brulee (1)

Creme Brulee

Pamiętam czas, kiedy wedlowska seria czekolad pojawiła się w sklepach, a wkrótce potem zrobiono na nią promocję. To było czyste szaleństwo, przynajmniej dla mnie. Każdą z tabliczek (no, może nie każdą, Panna Cotty nie) brałam do rąk jakieś sto razy, po czym odkładałam z powrotem (później ktoś kupował takie zmacane przeze mnie). A to za duży rozmiar, a to za wysoka cena, a to zbyt przytłaczający zbiór już posiadanych słodyczy. Wymówek było wiele i trwałyby one pewnie do dziś, gdyby nie przyjaciel. Jest to bowiem człowiek bez cierpliwości dla mojego zakupowego stuporu i alejaniewiemczytochcęjeństwa. Kiedy więc po raz setny kręciłam się obok Wedli, wcisnął mi banknot w dłoń i przykazał: idź i sobie kup.

Poszłam więc i sobie kupiłam.

Wedel, Creme Brulee (7)

Ze wszystkich tabliczek (pozostałe: Tiramisu, Brownie), to właśnie Creme Brulee grzała moje serce najbardziej, jako że nie ma drugiego tak cudownego dodatku do czekolady mlecznej jak karmel. Nie bez powodu zresztą to Milka Toffee Wholenut jako pierwsza otrzymała unicorna smaku.

Pomimo wielbienia karmelu, do otwarcia czekolady zbierałam się długo, a to z racji onieśmielającej gramatury (290 g żywej wagi). W końcu nadszedł jednak dzień, w którym zabrakło mi produktów z terminem ważności krótszym od Creme Brulee. Uznałam, że czas się przełamać.

Wedel, Creme Brulee (6)

Po rozerwaniu opakowania, skądinąd o optymistycznym kolorze i atrakcyjnej szacie graficznej (jak cała seria), zobaczyłam tabliczkę podzieloną na sześć rządków po trzy kostki. Kostki, albo raczej kosty, z racji że trzy ważą ok. 50 g. Ich kształt mnie nie urzekł, zdecydowanie wolę starowedlowskie, bardziej płaskie, ale co zrobić? Kijem Wisły nie zawrócę. Szczególnie, że we Wrocławiu mam tylko Odrę.

Zapach Creme Brulee był za to jednoznacznie obłędny. Od razu pomyślałam, że to coś pomiędzy Marsem a Pawełkiem toffi, ze wskazaniem na ten drugi produkt. Nie byłam jednak co do mojego skojarzenia przekonana, więc na wszelki wypadek nie blokowałam gonitwy myśli.

Wedel, Creme Brulee (5)

Dół nadzienia Creme Brulee to jasny, zwarty i twardy, subtelnie karmelowy krem z wetkniętymi weń kawałkami krystalizowanego cukru lub karmelu (taki pokruszony Daim), góra zaś jest ciemniejszym i wyraziście karmelowym mazidłem. Nie mogę napisać, że samym karmelem, bo minęłabym się z prawdą. Przypominała mi ona raczej karmelowy krem do kanapek, może karmelowy mus.

Czekolada była wyraźnie mleczna, słodka i odniosłam wrażenie, że inna niż w pozostałych tabliczkach z serii. Jedząc ją, nie narzekałam na proszkowatość, niezdolność do rozpuszczenia się i pozostawienia na języku czekoladowego bagienka czy poczucie obcowania z produktem przeciętnej jakości. Była dokładnie taka, jaką lubię, do tego gruba i współpracująca z wnętrzem wprost rewelacyjnie.

Wedel, Creme Brulee (3)

Za pierwszym podejściem zjadłam dwa rządki czekolady (94 g), w dwa kolejne wieczory – choć miałam otworzyć inne produkty – dokończyłam resztę. Od pierwszej kostki wiedziałam bowiem, że Creme Brulee nie podzielę się z rodzinką, mimo że była ogromna i na dobrą sprawę mogłabym nią nakarmić wszystkich sąsiadów w bloku. Są jednak takie chwile i smaki, które pragnę zatrzymać tylko dla siebie.

W czekoladzie podobało mi się wszystko. Zaczynając od jej ogólnej miękkości, przez grubość warstwy zewnętrznej, na obłędnej karmelowości kończąc. Paradaimowe kawałki miło chrupały, dwie warstwy nadzienia uzupełniały się smakiem i konsystencją, a zapach sprawiał, że czułam się jak w raju.

No właśnie, zapach. Jak wspomniałam wcześniej, nie przestałam zastanawiać się, co Creme Brulee tak naprawdę mi przypomina. I choć odpowiedzi nie uzyskałam do końca degustacji, oświeciło mnie chwilę później, gdy z pełnym brzuszkiem i słodkimi wargami usiadłam na podłodze, by dziko wwąchiwać się w resztę tabliczki spoczywającej w opakowaniu.

Eureka! To połączenie Pawełka toffi z Milką Toffee Wholenut!

Wówczas zrozumiałam, że walka o liczbę chi rozegra się na najwyższym pułapie.

Wedel, Creme Brulee (2)

Mimo iż bardzo chciałam, Creme Brulee nie mogłam wystawić unicorna. Choć czekolada już prawie dotykała lewego kopyta mistycznego różowego konia, zabrało jej tego czegoś, co utwierdziłoby mnie w przekonaniu, że warto pomóc jej wskoczyć na grzbiet. Zabrakło jej orzechów z Toffee Wholenut, kruchych ciasteczek z Vanillekipferl, kokosowego szaleństwa z Kokosa. Przyznaję jej jednak notę przewyższającą maksymalną skalę, bo – powtarzam – była bardzo, bardzo blisko.

Zdecydowanie jest to najlepsza czekolada Wedla, jaką jadłam… kiedykolwiek?

skalachi_6Ocena: 6 chi ze wstążką


Skład i wartości odżywcze:

Wedel, Creme Brulee (4)

35 myśli na temat “Wedel, Creme Brulee

  1. O, przyznam bez bicia, że z tych wedlowskich dużych tabliczek ta chyba smakowała mi najbardziej, chociaż nie aż tak, jak Tobie. Właściwie to raczej nie nie smakowała mi aż tak jak reszta.
    Miałam inne odczucia co do niektórych części (czekolada mi nie smakowała, kawałki cukru w ogóle mi nie podeszły), alee… jak wszystkie inne są dla mnie obrzydliwe, tak ta…to ta jest dla mnie tylko przecukrzoną plastikową czekoladą. :P I drugi raz raczej jej nie tknę.

    1. Ja nie też nie kupię ponownie, ale to ze względu na rozmiar. Gdybym dostała ofertę podziału na trzy… :) Bo zwykła 100-gramówka to już to to samo, inna czekolada.

  2. ooo a jej nie jadłam… nie dałam jej szansy po panna cotte xDD a tu takie pozytywne zaskoczenie :) ale z pawełkami mało miałam do czynienia, średnio jest mi sobie wyobrazić czy by mi podpasowała, ale skoro tak blisko było jej do unicorna, to może powinnam się skusić :) jeżeli znalazłabym ją w mniejszej wersji, to się skuszę, jeśli nie, to poczekam jeszcze na odpowiedni czas ^^

  3. O, to ta co jako jedyna z całej serii mi smakowała. Do tej pory nie wiem, czy rzeczywiście była taka dobra, czy mi coś się w kubkach smakowych poprzestawiało ;D
    Serio dostajesz takie maile? Ludzie są dziwni

  4. Aż mi się przypomniała sytuacja, jak z koleżanką wybrałyśmy się do kawiarni i gdy zamówiła Creme Brulee, to przyszedł kelner z palnikiem przygotować (no, dokończyć) deser przy nas. Czy tylko ja uważam, że to takie zabawne i niezręczne..? :>

    1. Gdybym była z koleżanką, a kelner byłby sexy – super! Na randce – odpada, nawet gdyby miał jedno oko na czole i nie stanowił zagrożenia dla chłopaka. Wtedy rzeczywiście jest niezręcznie.

  5. No to koniecznie muszę spróbować! :)

    Ja tam wakacjami na Hawajach czy dodatkowymi pieniążkami za wpisy bym się nie martwiła. Pamiętaj, teraz wszystkie hotblogerki latają do krajów arabskich. I nawet nie chcę mówić po co :)

    1. Gdybym je dostawała, też bym się nie martwiła. Póki co trochę się jednak obawiam, jak przeżyję bez wakacji na wyspie :)

  6. Jestem w szoku aż tak pozytywnej recenzji i nie nie wcale nie dlatego, że jestem uprzedzona do Wedla i skazuje jego wszystkie produkty niemalże na banicję. Raczej dlatego, że te czekolady są bardzo powiedziałabym ,,problematyczne”. :D Zauważyłam, że cała ta seria albo zbiera bardzo pozytywne recenzje albo zupełnie przeciwnie. Te czekolady albo się kocha albo zupełnie nienawidzi. :D Jednak najczęściej czytam i słucham o nich raczej słabe oceny zwłaszcza wariant Tiramisu. Mi zresztą też on nie zasmakował aczkolwiek ja samego tiramisu nie lubię więc jestem nieobiektywna. :D Dla mnie nadzienie w czekoladzie karmelowe prawie zawsze smakuje, stąd myślę, że mi też by bardzo smakowała. Panna cotta była fajna więc tej też nie skreślam, nawet jeżeli to Wedel. :D Jeżeli znajdę w magicznym barku u rodziców nie omieszkam spróbować – sama nie kupię z powodu gramatury. Dla mnie 100g w czekoladach jest problemem bo za szybko mi się jeden smak nudzi, a co dopiero mówić o takim kolosie!

    1. Przypomnialam sobie, ze na poczatku przygody z blogiem nie lubilam czekolad, bo nie umialam ich dzielic. Teraz kupuje glownie czekolady. Czlowiek ewoluuje ;)

  7. Kiedyś mogłam zjeść ją całą! No ok, może połowę. Ale ostatnio otworzyłam tabliczkę zalegającą ze świąt i wystarczyła mi kostka, takie to słodkie! Wolę milkę toffi z orzeszkiem :D

  8. Jestem mooooocno zaskoczony oceną. Po przygodzie z Magnum (które mi też słabo podeszły) myślałem, że wystawisz tu max. 3-4 chi. Jak widać, można ująć smak lepiej.

    Spróbuj, proszę, jeszcze Carte D’or. Jestem ciekaw jak zareagujesz na kawałeczki cukru właśnie. Nie przypuszczałem, że w tej czekoladzie (nie chodzi o firmę, żeby nie było!) znajdziesz tyle dobrego. Fajnie :)

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.