W cieniu jabłoni

cz. 1: Pustynia ze szkła
cz. 2: Odnalezienie rubinu

***

Leżała i patrzyła w ścianę. Wiedziała, że właśnie minęła równa godzina, odkąd próbuje zasnąć, bo sześćdziesięciominutowa płyta dobiegła końca, a spokojne dźwięki ustąpiły miejsca nieco szybszym, należącym do innego wykonawcy i innego gatunku. Wszystko na nic – westchnęła. W jej brzuchu przelewało się ciepłe mleko, które miało pomóc zasnąć, a zamiast tego wzmogło irytację i spowodowało uczucie przepełnienia. Była to kolejna noc, dziesiąta, a może tysiączna z rzędu, gdy nie mogła przejść na drugą stronę. Niejednokrotnie obiecywała sobie, że tym razem na pewno pójdzie do apteki i kupi tabletki, nawet ziołowe, w których działanie nie wierzyła. Cokolwiek, co dałoby choć cień szansy na zaśnięcie. Ale potem nastawał poranek, jakoś udawało jej się zwlec z łóżka i podejmowała decyzję, że jednak odłoży tę całą farmakologię. Czego się bała? Co miała do stracenia? Nie chodziło przecież o kilka marnych złotych. Znacznie więcej potrafiła wydać na czekoladę czy różowe, zupełnie niepotrzebne gadżety do domu. Coś ją jednak powstrzymywało. Bała się zasnąć snem kamiennym, pozbawionym obrazów. Bała się tego, że nie dotrze na skraj przepaści i nie zacznie spadać. Oczywiście, nie lubiła ciemnej otchłani i ginięcia w niej. Bała się mroku i tego, co mogło ją w nim spotkać. Znacznie bardziej bała się jednak dnia, w którym wszystko zniknie, a ona stanie się zwyczajna. Jej głowa przestanie rodzić opowieści, umysł nigdy więcej nie będzie brzemienny. Czy mogły to spowodować tabletki, twórcza antykoncepcja? Nie wiedziała i nie chciała się dowiedzieć. W końcu przecież, prędzej czy później, zasypiała.

Tym razem, gdy udało jej się zasnąć, nie zobaczyła otchłani ani pustyni ze szkła. Znalazła się na samym środku sawanny, gdzie rosła trawa podobna do tej, z której cudem udało jej się ujść z życiem. Była jednak znacząco krótsza, zminiaturyzowana, mniej ostra. Ot, zwyczajna sucha trawa. Gdzieniegdzie stały niewielkie drzewa, które nie dawały cienia. Było bardzo gorąco, niemal nie do wytrzymania.

– Gdzie ja jestem? – rzuciła pytanie w bezwietrzną przestrzeń.

Obejrzała się dookoła, ale nigdzie nie widziała śladu ludzi ani zwierząt. Nie było też zbiorników wodnych, w których mogłaby przemyć twarz. Stojąc na środku wielkiego pola, czuła, jak robi się jej gorąco. O wiele za gorąco. Rozpięła różową bluzę, ściągnęła ją i przewiązała się w pasie, jak za czasów podstawówki. Dziś nikt już tak nie robi – pomyślała. Poczuła się niemodna i niewpasowana w rzeczywistość. Zachciało jej się śmiać, bo wyobraziła sobie miny dziewczyn, które każdego dnia biegają po galeriach handlowych, by nie przegapić żadnej modowej nowinki. Co by powiedziały na jej widok? Zdjęła również skórzane trampki, których czerń skupiała promienie słońca i sprawiała, że stopy się gotowały. Po krótkiej trawie z powodzeniem mogła iść boso. Sięgnęła ręką do prawej kieszeni, by upewnić się, że rubinowy pies nie wypadnie, po czym ruszyła przed siebie, by znaleźć osobę lub miejsce, które ją wezwało.

Na sawannie, tak jak na pustyni ze szkła, nie było zegarów ani godzin. Mogła iść pięć minut, a mogła iść i pięć godzin. Dzień nie zamierzał się kończyć, nigdy nie miał przejść w noc. Słońce wisiało wysoko na niebie, na samym jego środku. Było to jego stałe miejsce. Jedyną miarę czasu, do jakiej mogła się odnieść, stanowiła wielkość pokrywającego skórę rumieńca. Przydałby mi się krem z filtrem – pomyślała i przypomniała sobie wszystkie letnie dni, gdy opalała się pełna nadziei na szybki i ładny kolor, dlatego nie stosowała kremu. Potem jednak wracała do domu i gorzko tego żałowała, łagodząc wściekle czerwone łaty chłodną wodą, lekką mgiełką i balsamem. Teraz nie popełniłaby tego błędu. Mogła ubrać bluzę, która na pewno by jej pomogła, ale wolała trochę się spiec niż zgrzać i dostać potówek.

Kiedy rumieniec pokrył znaczną część rąk i ud, ale jeszcze nie sięgnął łydek, dotarła do drzewa. Wyglądało na tak wielkie i rozłożyste, że niemal niemożliwe. Była pewna, że nigdy jeszcze nie widziała czegoś tak wspaniałego. Korona zdawała się sięgać nieba, a pień piął się kilka metrów wzwyż, w obwodzie mając nawet więcej. Na jednej z grubych gałęzi siedziała człekokształtna małpa i patrzyła na nią. Dziewczyna podniosła rękę, by jej pomachać, na co ta zwinnie przeskoczyła na inną gałąź, dając popis swych umiejętności. Dwukrotnie zakręciła się wokół własnej osi, sprężystym ruchem okrążyła gałąź, zrobiła w powietrzu salto i z gracją wylądowała kilka pięter niżej. Dumnie zadarła głowę w oczekiwaniu na uznanie, więc dziewczyna zaczęła klaskać. Małpa jeszcze kilkukrotnie powtórzyła sztuczki, stopniowo podnosząc ich poziom trudności, aż wreszcie wylądowała na ziemi. Stanęła tak, że aby na nią spojrzeć, dziewczyna musiała popatrzyć w słońce. Na moment straciła wzrok, widząc tylko jasne plamki. Jednak kiedy oczy przyzwyczaiły się do nowej sytuacji, nie ujrzały człekokształtnej małpy, a zwykłego człowieka, chłopaka. Chłopak ten nie miał na sobie koszulki, a jego opalone, umięśnione ciało mieniło się na środku beżowej, stonowanej sawanny jak kryształ.

– Wow, co to było?  – zapytała go.

– To tam, na górze? Parkour, zwykła zabawa… – odpowiedział jakby od niechcenia.

Nie do końca chodziło jej o popisy, raczej o przemianę ze zwierzęcia, o jego obecność na środku pustkowia, o całokształt. Ale nie powiedziała już nic. Przyglądała mu się, bo pomimo tego, że sprawiał wrażenie pyszałka, był całkiem… nie, był bardzo przystojny.

– Długo już trenuję, stąd te mięśnie. Moją skórą opiekuje się słońce, więc i kolor mam niezły – powiedział sam z siebie, dokładnie przyglądając się własnemu ciału.

Coraz bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że nie chce mieć z nim nic do czynienia. Kiedy go zobaczyła, kiedy był jeszcze małpą i siedział na drzewie, wydawał się miły, po prostu spragniony pochwał. Ale wyszło szydło z worka – pomyślała. On jednak zupełnie nie zauważył niechęci, przeglądając się w jej oczach jak Narcyz w tafli wody. Widział tylko to, co sam chciał widzieć. Podszedł do niej i objął w pasie, całując. Była zdziwiona, ale dała się pocałować, bo od ostatniej bliskości minęło tyle czasu, że już nawet nie pamiętała, jak to jest czuć ciepło czyichś ust na swoich i delikatny język na języku. Dłonie chłopaka powędrowały na jej plecy, zakradając się pod za dużą bluzkę. Gładził nimi kruche ciało, głaskał brzuch i piersi. W końcu jeden z palców zatrzymał się na granicy majtek w różowe kropki.

– Chcę cię mieć – wyszeptał chłopak.

Próbując wsunąć palec pod materiał, zahaczył o zawiązaną w pasie bluzę z której wypadła mała rubinowa figurka. Schylił się, by ją podnieść i obejrzeć, a ona przecięła mu palec. Pojawiła się kropla krwi, potem następna i następna. W końcu mokra była nie tylko opuszka, ale cała dłoń.

– Co to za głupi pomysł, by trzymać taką szkaradną figurę w kieszeni! – wykrzyknął oburzony, rzucając psa z powrotem na ziemię.

Teraz to ona się schyliła, delikatnie podnosząc i sprawdzając, czy szkło się nie stłukło. Ale figurka była cała, tafla rubinu nie uległa zniszczeniu. Nie miała też żadnych ostrych brzegów, którymi można by się skaleczyć. Dziewczyna pocałowała ją na szczęście i schowała z powrotem do kieszeni, ciaśniej zawiązując bluzę. Nie podobało jej się, że chłopak nazwał jej skarb szkaradnym i nie podobało jej się, że nim rzucił. Nie potrafiła tego jednak powiedzieć. Jeszcze nie wtedy. Cofnęła się o parę kroków, jasno dając do rozumienia, że to koniec całowania, a żadnych innych relacji nawiązać z nim nie zamierza. Na ten widok chłopak wzruszył ramionami, jakby się nie przejął.

– Jak musisz iść, to idź. Nie chce mi się ciebie odprowadzać – rzucił, po czym wskoczył z powrotem na drzewo, by – jako małpa – znów ćwiczyć swoje piękne i trudne figury.

Poszła dalej, nie rozwodząc się zbyt długo nad zdarzeniem. Cieszyła się, że rubinowa figurka wypadła z kieszeni, bo dzięki temu uchroniła ją od jednego z błędów, których żałuje się długo i przez które nie chce się patrzeć w lustro. Tymczasem kroczyła naprzód, oczekując tego właściwego spotkania. Wiedziała bowiem, że z tak błahego powodu i dla tak krótkiej, nieistotnej relacji nie zostałaby tu wezwana.

Miała rację. Kilka kilometrów dalej, na środku piaskowo-trawiastego oceanu, kwitło drzewo. Nie było to jedno z małych i zabawnie powykręcanych drzewek, jakie można spotkać na sawannie. Nie było to również drzewo tak pokaźne i zapierające dech jak poprzednie, na którym spotkała chłopaka-małpę. Była to zwyczajna jabłoń o dość rozłożystej koronie, nieposiadająca żadnych dojrzałych owoców. Zmęczona drogą dziewczyna usiadła w jej cieniu, opierając się o miękką niczym puch korę.

– Nie wiem, jabłonko, dokąd mam tym razem iść – powiedziała, nie licząc na odpowiedź.

– Niestety, ja nie mogę wskazać ci drogi – odpowiedziała jabłoń.

Dziewczyna była zbyt zmęczona i spalona słońcem, by poderwać się na nogi. Starczyło jej jednak sił, by wydać stłumiony okrzyk zaskoczenia. Nie, nie bała się. W końcu kto normalny bałby się jabłoni? Nie sądziła jednak, że to właśnie drzewo będzie jej kolejnym towarzyszem rozmowy.

– Co ty tutaj robisz, jabłonko? Na sawannie musi być ci strasznie gorąco – powiedziała.

– Owszem, jest mi gorąco i samotnie. Nie zawsze jednak mamy wpływ na to, gdzie przyjdzie nam rosnąć.

– Nam? Były tu jakieś inne jabłonie, zanim zostałaś sama?

– Nie, byłam tylko ja i moje jabłka. Obejrzyj się za siebie, to je dostrzeżesz.

Odwróciła głowę i zobaczyła, że z tyłu, gdzie liście drzewa niemal dosięgały trawy, leżało kilka jabłek. Tylko jedno z nich było całe, choć jeszcze niedojrzałe. Widać, że spadło z gałęzi dopiero niedawno. Reszta jabłek zaś, a było ich sześć sztuk, wyglądała nie tyle na stare i zgniłe, co nigdy niewykształcone, przypominające raczej drobną pesteczkę niż dorodny owoc.

– Powiedz mi,  jabłonko, co się stało z tymi jabłkami? Dlaczego tylko jedno jest wyrośnięte? Dlaczego przy tym tak małe i nieidealne?

– Tak, to prawda, tylko jedno jabłko z tych, które widzisz, wyrosło. Nie jest jeszcze zbyt duże, bo dopiero spadło na ziemię i musi dojrzeć we własnym tempie. To zaś, że jest nieidealne… co z tego? Kocham je, bo jest moje. Jest drugim jabłkiem, które zrodziło się na tych gałęziach. Dbałam o nie i doglądałam go, a jak czegoś się dogląda, to się to kocha. A jak się kocha, trzeba dać temu spaść.

Pogrążyła się w myślach, próbując zebrać wszystko do kupy. Czy możliwe było, że to właśnie jabłoń ściągnęła ją na sawannę? Nawet jeśli nie wiedziała lub nie chciała odpowiedzieć, dokąd dziewczyna ma iść? Jak miała wykorzystać enigmatyczną wiedzę, którą przekazało jej drzewo, co z nią zrobić? Jak zwykle pytań było zbyt wiele, za dużo chciała wiedzieć naraz.

– Chyba rozumiem, co chcesz mi przekazać. Ja też miałam w życiu coś, o co dbałam i co kochałam, dlatego musiała pozwolić temu… odpaść. Owoc, o którym mówię, potoczył się daleko i wyrosło z niego duże drzewo. Drzewo, w którego cieniu nie mogę się skryć – powiedziała po chwili.

– Pamiętaj, że w moim cieniu możesz skryć się zawsze, ilekroć będziesz miała problem lub poczujesz się samotna. A jeśli pewnego dnia nie będziesz mogła mnie znaleźć, mam nadzieję, że cienia użyczy ci to jabłko, które wkrótce dojrzeje i zakwitnie.

Pogłaskała miękką korę i wstała. I tak siedziała już za długo, nadużywając gościnności jabłoni. Doceniając jej rady i obiecując sobie przemyślenie ich sensu, skinęła drzewu głową i ruszyła z powrotem w kierunku, z którego przyszła. Po kilku krokach zatrzymała się jednak i obróciła.

– Mam jeszcze jedno pytanie. Skoro nie możesz mi pomóc w odnalezieniu drogi, to może chociaż powiesz, kto ukrywał się w wysokiej trawie? Kto obserwował mnie spomiędzy suchych łodyg, by w końcu je podpalić i zmusić do ucieczki?

– Tego niestety również nie mogę ci powiedzieć. To jeden z demonów, ale jaki i dlaczego za tobą szedł… to wiesz tylko ty. Jestem pewna, że niedługo znajdziesz rozwiązanie.

Podziękowała jabłoni i tym razem ruszyła naprawdę. Odwiązała bluzę z pasa i założyła kaptur na głowę, okrywając się różowym materiałem jak kocem. Nie chciała spalić już wystarczająco spalonej skóry, nie chciała również dostać udaru. Szła przed siebie chwilę, a może parę chwil, aż dotarła do końca sawanny. Okazało się bowiem, że nieskończone pole trawy miało jednak swój koniec, a była nim otchłań. Za cienką granicą, która wyglądała jakby ziemię od linijki odkrojono nożem, znajdowała się mgława ciemność. Czy znów będę musiała skoczyć? – zapytała siebie. Była na to przygotowana, w końcu robiła to niezliczenie wiele razy. Podeszła do krawędzi i wystawiła nogę. Poczuła chłód. Włożyła ręce do rękawów bluzy, zacisnęła prawą dłoń na rubinowym psie w kieszeni i skoczyła. W ciemności mignęła jej sylwetka czegoś wielkiego. Demon? – pomyślała. Ale nie czuła strachu. Miała wrażenie, że było to coś dobrego, opiekuńczego. Wielki kłębek miękkiej włóczki albo czarny, skradający się w mroku kot.

Był dzień, prawie pół godziny po dziesiątej. Spała dłużej niż planowała, na dodatek wcale się nie wyspała. Straciła cenny czas, który mogła przeznaczyć na robienie czegoś, co sprawiłoby jej więcej przyjemności niż walka ze sobą. Pies już dawno był na nogach, a teraz przybiegł do łóżka, by dać znać, że jest gotowy na śniadanie. Pozwoliła powiekom opaść jeszcze na kilka minut, by wyrównać ciśnienie w czaszce i pozbyć się tego okropnego uczucia ciężkości. Wiedziała jednak, że to nie przejdzie. Musi minąć co najmniej kwadrans, żeby organizm przestawił się na tryb dzienny, a krew w żyłach zaczęła poprawnie krążyć. Do tego czasu mogła na szczęście wykonywać regularne czynności. Te same, co każdego dnia. Postawiła więc nogi na ziemi i podążyła za psem do miski.

***

cz. 4:  Wielka burza

25 myśli na temat “W cieniu jabłoni

  1. Zaskakujesz! Jak czytalam o tym chlopaku, to myslalam, ze jak w kazdej historii, pocaluja sie pod koniec ksiazki, a tutaj taki zwrot akcji :O. Ale kolejna czesc znowu swietna

    0
  2. Naprawdę fajne opowiadanie. Jesteś bardzo kreatywna :)
    Ja w sumie też piszę, ale książkę coby ćwiczyć ortografię i pisanie, ale jest to dramat życiowy z dodatkiem miłości :)

    Tak mnie tylko zastanawia dlaczego publikujesz swoje teksty? Nie chciałabyś później wydać ich jako książki?

    0
    1. publikuj testy publikuj! Zanim książke wyda się to mija multum załatwien i formalności, a tak mam chociaż tyle pociechy z twoich opowiadań :) Zajedwabiste :) Motyw chłopaka małpy, majtek w czerwone kropeczki, jabłonki kojarzącej mi się z drzewem z Pohacontas i marzeń sennych to są moje klimaty :) Fantastyczne :D Powinnaś zastrzec sobie prawa autorskie :)

      0
    2. Wiesz, ile to kosztuje? Jak się pisze coś non stop, to czy się opublikuje mały procent z tego, czy będzie kisić wszystko dla siebie… Poza tym teraz każdy wie co i jak pisze. Nie inwestowałby w ciemno, kupując :)

      0
        1. Prawa autorskie oczywiście, że mam. Płacę za serwer i domenę, informacja o prawie jest zresztą umieszczona w bocznym panelu. A majtki mają różowe kropki! ;)

          0
          1. Ja właśnie przeliczyłam ile mi zajmie napisanie… coś około roku :D

            Chciałam tylko poznać Twoje zdanie na temat publikacji bo ja nie wiem czy bym się odważyła. Bałabym się, że ktoś pomysł mi ukradnie, a czerpię je ze… snów.

            0
            1. No, niech ktoś spróbuje! Jeszcze nigdy się nie procesowałam, ale kiedyś musi być ten pierwszy raz :D Co do pisania książek i czasu… przez całe życie rozpoczęłam jakieś dziesięć powieści. Nie dochodziłam nawet do połowy i mi się odechciewało. Długa forma póki co to nie dla mnie, choć bardzo bym chciała jakąś napisać. Czytałam zresztą parę powieści polegających na serii powiązanych opowiadań, coś podobnego to tego, co teraz publikuję na blogu. Może to jest właściwy sposób na powieść w moim wykonaniu?

              0
          2. napisałam czerwone!? hahaha miałam na myśli różowe masakra xDD To tak jak ostatnio coś komuś tłumaczyłam powiedziałam, no kupiłam w lidlu, a miałam na myśli biedronke… bo faktycznie to jedno i to samo ;) Wow płacisz naprawdę? wysokie te opłaty? To dlatego twój blog jest taki wypasiony ^^

            0
            1. A nie zauważyłaś, że w adresie nie mam żadnego .wordpress, .eblog, .blog, .blogspot itd? ;> Czy dużo płacę… to pojęcie względne. Według mnie dużo, bo nie pracuję. Ale to jednorazowa opłata (tzn. raz na rok się ją wnosi i potem spokój… aż do kolejnego roku).

              0
  3. Świetnie piszesz, czekam na kolejną część. A co do wydania książki, to myślę, że jeszcze trochę, ale przyjdzie na to czas. Może kiedyś, nie myślałaś o tym? ^^

    0
      1. W takim razie życzę Ci aby udało się je zrealizować, bo Twoje opowiadania są bardzo ciekawe, książkę również z chęcią bym przeczytała ^^

        0
  4. Znowu mam wrażenie uzewnętrznienia własnych przeżyć. To naturalne, bo każdy pisarz (a co, cukier!) stosuję tę metodę. Doświadczenie, które sięgnęło po nasz tyłek często jest najlepszym pomysłem na „powieść”. Tu, jak i w szklanej pustyni, wyczytuję wiele. Zastanawiam się czy nie zbyt wiele, dokładając tym samym swoje pięć groszy tam, gdzie wszystko było wynikiem pomysłu. Czystego pomysłu literackiego, niczego więcej.

    Motyw z małpą mnie zaskoczył. Konkretnie jej zachowania. Myślałem, że bliżej jej będzie do „Asante sana, zjem banana, we we nugu mi mi apana”, a tu taki klops. Ewolucyjny klops. Mam nadzieję, że inspiracja nie była wzięta z życia, a wyssana z palca. Zwłaszcza biorąc pod uwagę niechęć do jubilerstwa. Chociaż te mogło wskazać rysę na zainteresowanym, uprzedzając zawód.

    Największe, najstarsze drzewo.Te, które nas zawsze ochroni, a w razie „odejścia” wskazuje na, nieprzypadkową jak sądzę, konkretną liczbę następców.

    Znów za dużo analizuję, za dużo pewne dopowiadam też. Przepraszam, to się nie powtórzy. Dlatego nie chcąc dalej dokonywać analizy „co autor miał na myśli” milknę i idę po swoją miskę wody.

    PS. W liceum jeden z uczniów (klasa wyżej) wydał swój tomik wierszy. Czytałem go nawet, nie rozumiejąc 99% zawartości. Ale nie to było najważniejsze. Spełnienie swoich marzeń, ta okładka z własnym nazwiskiem. tytułem, na półce…. Przecież to musi dawać takiego kopa do życia, że te wszystkie słodkie unicorny mogą się schować. Czego, chcę, byś za jakiś czas doświadczyła.

    0
    1. Dziękuję za każdego słowo komentarza i nie musisz przepraszać ani pisać, że się to nie powtórzy :)

      0
    1. Gotowa jest już czwarta, za tydzień się pojawi. Czy planuję więcej? Planować – owszem, ale jak wyjdzie, to zobaczymy ;>

      0

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.