Rzeczy, które nas określają #1

Nastał wrzesień, czas regularnej pracy na etat i chodzenia do szkoły. Zbliża się również początek roku akademickiego, a wraz z nim jesień. Choć temperatura zdaje się temu przeczyć, zwłaszcza w dniu pisania dzisiejszego tekstu, już niebawem zaszeleszczą nam pod nogami wielobarwne liście. Szykuje się piękna i złota polska jesień, podczas której promienie słońca będą czule gładziły nas po policzku, a delikatnie zimny wiatr będzie buszował w puszczonych luzem, nieuwięzionych jeszcze pod czapką włosach. Jeśli taka jesień nie nadejdzie, czekać nas może drugie oblicze pory roku: deszczowe, zimne, mokre, błotniste. Póki co trzeba żyć nadzieją i nastawiać się optymistycznie, ale też nie nazbyt. Małe zakupy przygotowawcze, nowa parasolka, para butów bez dziur i jakiś płaszczyk, nikomu jeszcze nie zaszkodziły. Lepiej być zabezpieczonym niż później dać się zaskoczyć. Ubrać zeszłoroczną kurtkę i odkryć, że zapomniało się, iż zamek zepsuty. Wsunąć stopy w kalosze i poczuć, że w lewym brakuje podeszwy, która zginęła w żołądku sprowadzonego po wakacjach szczeniaka.

Z myślami o zbliżającej się jesieni można sobie radzić także w inny sposób, mianowicie oddając się kontemplacji filozoficznych tematów, które przez letni okres spychaliśmy na bok, bo za gorąco, bo pot się leje po czole, bo piwo się nagrzewa, bo z grilla już pachnie przypieczoną kiełbaską. Im zimniej i ciemniej dookoła, tym mniej mamy wymówek. Jesień i zima to bowiem czas depresji, smutku i życiowych dylematów, rozmyślań nad nimi. Oczywiście generalizuję, zakładając, że wszyscy wolą wiosnę i lato. Piszę z perspektywy własnej, jak każdy tekst. Nawet, jeśli w dolnym rogu nie widnieje moje imię i nazwisko, proszę każdorazowo pamiętać, że one tam są. Dlatego w najbliższym czasie, przez najbliższe pół roku, czeka was mniej wpisów sympatycznych i lekkich, a więcej refleksyjnych. Na pierwszy ruszt idą

rzeczy, które nas określają.

A czasem również ograniczają. Nie przesądzają może o tym, kim i jacy jesteśmy, ale dają nam pewną podstawę, bazę, fundament osobowości. Nasz charakter w stosunku do nich jest czymś narośniętym, dodanym. Możemy być pracowici albo leniwi, ambitni albo lekkoduszni, hojni albo skąpi – to wszystko cechy naszego charakteru. Wady i zalety, nad którymi możemy pracować. Za młodu jesteśmy energiczni, z czasem tracąc zapał i stając się ludźmi markotnymi. I możemy to zmienić w każdej chwili, wystarczy chcieć. Chęć to zawsze pierwszy krok do zmiany. Nie rodzimy się dumni, bezradni, pewni siebie ani zazdrośni. Tacy się stajemy w toku życia. Są jednak i rzeczy, z którymi się rodzimy lub dostajemy je zaraz po narodzinach, nie mając na nie wpływu. Pierwszą z takich rzeczy jest

imię.

Pierwsze zazwyczaj pochodzi od rodziców i jest wynikiem długich wieczornych posiedzeń mamy i taty (lub mamy bądź taty i tak dalej), którzy chcą dla swojego dziecka jak najlepiej. Jednym imię przychodzi do głowy we śnie, inni znają je już od najmłodszych lat, bo będąc dziesięcioletnim chłystkiem, zakochali się w Marysi lub Józku i tak postanowili nazwać swojego pierworodnego. Imię niewątpliwie jest rzeczą, którą zmienić można, trzeba tylko ukończyć osiemnaście lat i dobrze to uargumentować. Cokolwiek jednak zrobimy, by się go pozbyć, nigdy nie pozbędziemy się pamięci. Naszej i osób wokoło, które w najmniej fortunnym momencie przypomną nam, że kiedyś nazywaliśmy się Fifianna.

Imię jest zatem pierwszą rzeczą, która nas określa, a która jest nadana przez kogoś innego. Może nam w życiu przysporzyć wiele nieprzyjemności, jak i pomóc. W dzieciństwie zazwyczaj nie lubimy tego, jak się nazywamy. Bo imię jest zbyt rzadkie, bo się rytmuje z głupim słowem (a dzieci kochają to wykorzystywać!), bo w radiu właśnie leci fatalna piosenka z nim w refrenie, bo jest zbyt pospolite. Ja jestem dobrym przykładem tego twierdzenia, jako że w dzieciństwie swojego imienia nienawidziłam. Olga, jak tak się w ogóle można nazywać? W domu wołano na mnie Oleśka, Olesianka, Ola. Raz pani w przedszkolu próbowała mi wytłumaczyć, że Ola to tylko zdrobnienie, a naprawdę nazywam się Aleksandra. Tak zresztą napisała na dyplomie z języka angielskiego. Płakałam i mówiłam jej, że jestem Ola (zapomniałam, że Olga), ale na pewno nie Aleksandra. Z pobłażaniem poklepała mnie po głowie i tyle. Dopiero później interweniowała moja mama, tłumacząc pani, jak jest (a dyplom został brzydko pokreślony). Obecnie zaś moje imię bardzo lubię, wręcz uwielbiam. Mało osób takie ma, dlatego ja noszę je z dumą. I na przekór mojemu wcieleniu z czasów dzieciństwa, dziś nie lubię i źle się czuję, jak ktoś mówi do mnie Ola. Pełnej formie należy się szacunek, zwłaszcza że nie posiadam

drugiego ani trzeciego imienia.

One bowiem są kolejnymi otrzymanymi wartościami, które w jakiś sposób wpływają na nasze życie. Drugie nadawane jest zwyczajowo i nie musi być podporządkowane płci dziecka (Jan Maria), trzecie zaś wybiera się lub otrzymuje podczas bierzmowania. Jeśli człowiek nie lubi swojego pierwszego imienia, może przedstawiać się drugim, a z biegiem lat zamienić ich kolejność. O tym zaś, żeby ktoś przedstawiał się trzecim, jeszcze nie słyszałam. Poza tym trzecie imię jest oznaką wyznawania konkretnej religii. Chrzczą nas, gdy jeszcze nie mamy na to wpływu, do komunii też idziemy hurtem, ale bierzmowanie jest już dorosłą, autonomiczną decyzją. Żeby jednak nie wchodzić na tematy religijne i nie narzekać po raz kolejny na hipokryzję, przejdę od razu do ostatniej otrzymanej wartości nazewniczej, jaką jest

nazwisko.

Kwiatkowski lub Nowak. Kamyk lub Trawiecka. Dupa lub Kutasiński. Różnie można trafić. O ile pisałam, że imię przysparza czasem problemów, zwłaszcza w dzieciństwie, gdy wplecione zostaje w obraźliwą rymowankę, o tyle nazwisko… tu sprawy mają się jeszcze gorzej. Jeśli jest rozszerzeniem istniejących słów, dostaniemy przezwisko Kwiatek – od Kwiatkowskiego, Nowy – od Nowaka czy Trawka – od Trawieckiej. Jeśli jednak jest rozszerzeniem słów wulgarnych lub śmiesznych, nam do śmiechu z pewnością nie będzie. Zaczną się pretensje do rodziców, wyklinanie na cały świat, wstyd, a potem wnioski o zmianę. I w niektórych wypadkach naprawdę rozumiem, czemu tak się dzieje. Pomijając wyzwiska, dla samego ucha Nowak będzie lepszym kandydatem na prezesa niż Trąbka lub Szelma.

To na całe szczęście jeszcze nie wszystko. Na szczęście lub też na nieszczęście. Kolejnym czynnikiem określającym lub ograniczającym nas bowiem jest

pochodzenie.

I póki co nie mówię o narodowości. Mam na myśli bliskie otoczenie, własne podwórko, osiedle, rodzinę. Jeśli rodzice od zawsze borykają się z problemami finansowymi, rząd może trąbić o równych szansach ile chce, a my i tak zamiast studiować wymarzoną filozofię pójdziemy do zawodówki na elektryka. Żeby pomóc rodzicie, żeby ich wesprzeć. Niełatwo nam również będzie oswobodzić się z sideł mowy i sposobów myślenia. Jeśli przez całe życie bliscy wkładali nam do głowy, że partia x jest zła, to całkiem możliwe, że tak właśnie będziemy myśleć nawet po przeprowadzce do innego miasta. Jeśli przez całe życie nasz tato mówił poszłem i włanczać, jest szansa, że i my będziemy tak mówić, nie potrafiąc przestawić się na poprawny język. A to dopiero wierzchołek góry lodowej. Jedni nie uczą się i spędzają czas marnie, bo są leniwi i nic im się nie chce, ale drudzy naprawdę nie mają możliwości. Podróżować, zwiedzać, poznawać. Czytać, oglądać, dowiadywać się. A kiedy drzwi się przed nimi otworzą, może już być za późno. Albo przynajmniej o wiele trudniej. O naszej umiejętności szybkiej i skutecznej nauki decyduje bowiem

wiek.

Jest to ostatnia prezentowana dziś wartość, która nas określa i ogranicza, tu nawet z większym naciskiem na ogranicza. Czego nie możemy robić przez pierwsze osiemnaście lat życia, nawet nie będę wyliczać. Potem jednak wcale nie jest lepiej. No dobra, jest lepiej, ale nie doskonale. Osiągając pewien numerek w metryce, nie uda nam się cofnąć do zwyczajów sprzed lat. I można mówić, że czterdziestka to nowa dwudziestka albo kobieta ma tyle lat, na ile się czuje. W rzeczywistości sprawy mają się inaczej. Dwudziestka założy ciuch, który ledwo zakryje strategiczne części jej ciała i będzie wyglądała wystrzałowo. Pięćdziesiątka w tym samym ciuchu będzie śmieszna i niesmaczna. Dziesięciolatek może wrócić do domu utaplany w błocie i pobrudzony trawą, ale jeśli ja wyjdę w biały dzień na dwór i rzucę się prosto w piach, ktoś zadzwoni po pogotowie albo od razu po policję (Mocarz i te sprawy). Jeżeli są osoby, które twierdzą, że wiek nie ogranicza, mylą się. Ogranicza, określa i etykietuje. Nie zostaniesz dwudziestoletnim prezydentem i marne szanse, że jako czterdziestolatka rozpoczniesz karierę światowej top modelki. Trzydziestoletni facet nie pójdzie się bawić do piaskownicy z obcymi dziećmi, bo posądzą go o pedofilię, a dwunastoletni chłopak nie umówi się na randkę z rówieśnicą tego pierwszego. Taki mamy świat i to wcale nie jest złe. Każdy wiek ma swoje prawa i każdy jest z jakiegoś powodu cudowny. Tak samo jak nasze imiona, nazwiska i środowiska, których z pochodzimy. Poza tym są jeszcze…

Kliknij po ciąg dalszy

73 myśli na temat “Rzeczy, które nas określają #1

  1. Jesień to zdecydowanie „moja” pora roku. Deszcze, drzewa pozbawione liści, mgła, szara kolorystyka – wszystko to, co kocham.
    Nie lubię rzeczy, które mnie określają, a na które nie mam wpływu. Imienia kiedyś nie cierpiałam, ale od paru lat zupełnie nie obchodzą mnie imiona, czy nawet nazwiska. Zwłaszcza, gdy w Starbucks’ach w USA mówiłam „..jak 'król', tylko z 'a' na końcu”. Schodzę na tematy żartobliwe, ale ogółem rzecz biorąc, obecnie uwagi na imiona zupełnie nie zwracam.
    Pochodzenie? Także zupełnie mnie nie obchodzi, ale sama nie raz byłam oceniana właśnie przez to. W liceum, wśród dzieci prawników, byłam z zupełnie normalnego domu, nie jakiejś bogatej dzielnicy. Czy to, skąd pochodzimy ma na nas wpływ? Ogromny.
    A co do wieku, także się zgadzam, chociaż osobiście uważam, że jest lepszy wiek i ten nieco gorszy, chociaż nawet błędy kiedyś tam popełnione są dla nas lekcją na przyszłość.

    Już nie mogę doczekać się kolejnych jesiennych wpisów!

    1. A jeszcze co do imion… nie podoba mi się wybieranie innego imienia. O tyle, o ile nie mam pojęcia, o co chodzi w bierzmowaniu (nie przystępowałam), tak sama kwestia przedstawiania się imieniem z tego…? Znałam jedną osobę, która próbowała to wcielić w życie, oczywiście z marnym skutkiem. Drugie imię, nadawane przez rodziców, nie ma według mnie większego sensu, ale… czasem jest to wygodne, gdy w danej grupie kilka osób ma tak samo na imię.
      Imiona są dla mnie jak kartki w zeszycie: potrzebne, żeby coś tam było, ale zupełnie bez znaczenia, bo nie liczą się puste kartki, a to, co na nich napisane.

      1. drugie imię czasami ma znaczenie :) moje córki na przykład mają bardzo nietypowe imiona, więc postanowiliśmy z mężem, że na drugie damy im takie trochę hmm normalniejsze, ale nadal nietypowe, żeby w przyszłości mogły sobie wybrać :)

        Oba imiona mają dla nas bardzo dużą wartość i bardzo pasują do ich charakterów, dlatego ja nie jestem za zmianą z imion, bo się komuś nie podoba. Nazwisko możesz zmienić, ale imię raczej nie.

        1. Kimiko, nie rozumiem, jak można lubić deszcz, wiatr i zimno. Ciemność, dym palonych liści, mgłę i szelest za to jak najbardziej, sama je uwielbiam. Co do imienia, na szczęście nie muszę nikomu tłumaczyć pisowni, za to nazwisko… dwie sylaby, a połowa ludzi i tak walnie byka, bo zje jedną literkę. W ogóle to nazwiska w dzieciństwie nie lubiłam tak samo jak imienia. Dziś jestem z nich dumna, a nazwisko chcę zachować, jeśli kiedykolwiek będę brała ślub. Drugich imion też nie rozumiem, bo całe życie żyję bez i nie mam z tego powodu żadnych… hmm… braków. A znajomym, którzy mają, i tak się ono nie przydaje.

          Cotakpachnie?, zdradzisz, jak się córy nazywają? Lubię nietypowe imiona (ale też bez krzywdy dla dzieciaków, czyli staropolskie raczej tak, Fifianna raczej nie), więc gdybym kiedykolwiek miała dziecko, też sięgnęłabym do worka z etykietą „rzadkie” ;)

          1. moje córy mają na imię Vivien (drugie to Laura-ostatnio popularniejsze) a młodsza ma na imię Madeleine (Madlen- z bajki dziewczynka w żółtym płaszczyku, wiecznie pakująca się w kłopoty, za to odważniejsza niż większość dzieci- również pasuje idealnie, a na drugie Gloria)

              1. Znam bajkę o Madlen! To moje dzieciństwo :) Pamiętam, że była duża, w twardej oprawie i pięknie ilustrowana. Podejrzewam, że musiałaś mieć problemy z zarejestrowaniem takiego imienia, szczególnie że córka starsza, a więc musiało to być dawniej. W Polsce trudno, jeśli nie kończy się na -a. Zresztą druga sprawa to odbiór społeczny. Sama wiem, ile razy muszę odpowiadać ludziom na pytanie, czemu mój chihuahua, który jest suczką, nazywa się Rubi. „To takie imię dla chłopca, czemu tak?”.

                1. Nie cierpię zimna, ale niestety ciągle jest mi zimno (przez cały rok, nawet latem w sypialni, czy korytarzu, panuje u mnie chłód). Uwielbiam deszczowe dni, dźwięk kropli uderzających o szybę samochodu / parapety, ale… przecież nie stoję wtedy gdzieś na dworze. :P Poza tym, jesienią nie zawsze jest aż tak zimno, chłodno – tak, ale zimno jeszcze nie.

                  Co do imion… zmieniania ich nie widzę sensu, mimo, że nie mają dla mnie znaczenia. Obecnie zauważyłam dziwną modę na „nietypowe” imiona, które właśnie przestają być nietypowe. Wychodzę z psem i słyszę, jak matki wołają swoje dzieci, takimi imionami, że czasem człowiek zaczyna tęsknić za jakąś „Kaśką”, „Aśką”, czy coś.

                  Co do Rubi… z mojego Amika kiedyś jakaś znajoma zrobiła Amelkę, bo coś tam jej się pomyliło, więc hm… myślałam, że imię-klasyk, a tu proszę. xD

                  1. O, ja też lubię dźwięk deszczu. I burzy, chociaż trochę się boję, więc wolę być wtedy z kimś (a zawsze jestem sama, living on my own…). I lubię zapach deszczu na asfalcie, ale to latem. Do auta bym wsiadła, przyjedź kiedyś po mnie ;) A zimny dom ma swoje dobre strony, nie trzeba płakać nad roztopionymi czekoladami :P

                    Amik, Amelka… no rzeczywiście, zero różnicy :D

                    1. Ta starsza Vivien ma 3 lata więc nie jest tak źle, myślałam, że w urzędzie będa problemy, tymbardziej, że mieszkamy w mniejszym mieście, a urzędniczka spytała ze spokojem tylko jaką chcemy pisownię. Więcej problemów było z młodszą (10miesięcy), ale się uparłam i jakoś zapisali, chociaż przeboje były :)

  2. „Temperatura zdaje się temu przeczytać” – ha, wyłapałam błąd! ;)

    Kocham jesień w każdej formie. Wiadomo, że złota piękniejsza, ale słotna też ma dla mnie swój urok. Choć oczywiście podczas takiej ciężej ze spacerami, ale pracuje mi sie wtedy nie najgorzej.

    Też nie przepadalam za swoim imieniem będąc dzieckiem. Jako nastolatka również – w okresie buntu przedstawialam i podpisywalam sie strasznie, bo Bacha. Nazwisko panienskie nigdy mi nie przeszkadzało, choć czasem ludzie omyłkowo je przekrecali. Lubilam je, bo bylo dosc rzadkie – a odkąd wzięłam ślub jest jeszcze rzadsze :P. Zwłaszcza, że mój Tata ma same siostry, więc nazwisko w naszym rodzie wyginelo. Co poradzę, że bardzo chcialam byc Barbarą Bajko.

    1. A co, temperatura nie może sobie poczytać? Zabronisz jej? Mamy równouprawnienie :/
      Hihi, dzięki ;*

      Oba nazwiska miałaś cudne, więc nie musiałaś przed niczym traumatycznym uciekać. Swoje zaakceptowałam parę lat temu, bo wcześniej miałam przez nie ksywę kubeł (podstawówka) :P No i oczywiście połowa ludzi je przekręca, bo zjadają literę.

  3. (Musiałam rozbić komentarz na dwa bo coś mi sie zawiesilo. Generalnie mam problemy z przegladaniem Twojego bloga na telefonie…)

    I tak mój Luby nazywa mnie pieszczotliwie Cichor, co uwielbiam.

    Pochodzenie? Najbardziej doceniam to od strony Taty, do którego jakoś bardziej mi po drodze i mam duży sentyment do jego stron…

    Wiek – pewnie, że ogranicza na kazdym etapie w inny sposób, ale akurat teraz wiekowych ograniczeń nie odczuwam zadnych.

    1. A co się dzieje? Napisz mi, proszę, bo może to przez widget, który dostosowuje stronę do przeglądania na smartfonach.

      Ty jesteś wolnym duchem, więc nie dziwię się, że nie czujesz ograniczeń wiekowych. Na szlaku nie ma wieku, co o tym myślisz?

  4. Najbardziej według mnie definiuje człowieka jego wiek. Z każdym rokiem wprostproporcjonalnie rośnie lista rzeczy, jakich mu nie wolno, jakich nie wypada, i tak coraz więcej. Potem człowiek się starzeje i umiera często niespełniony, z marzeniami, które pojawił się gdzieś po środku jego egzystencji, ale ograniczał go wiek, który teraz, z perspektywy niedołężnego starca wydaje się być wiekiem idealnym. Ale mnie wprowadziłaś w melancholię… :P

    1. Tu masz rację. W wieku x lat wydaje nam się, że jest już za późno i na pewno czegoś nie wypada, ale jak przybędzie nam kolejnych 10, 20, 30 lat, myślimy, że przecież mogliśmy to wówczas zrobić, bo byliśmy jeszcze tacy młodzi.

  5. Ech kocham te kulturoznawcze wywody :D Trzeba faktycznie już się hartować na studia. Ale jesieni nie lubię… przygnębia mnie i w dodatku trzeba się szykować na studia. Ale koniec marudzenia :)
    Z imieniem kurde to zawsze miałam jakiś kompleks, ale mimo wszystko uważam, że potrzebne jest 2 i 3 imię. Banalne? Ale np. dla mnie ważne jest np. by odziedziczyć imie jedno po babci czy wujku, a mimo wszystko wybrać jedno specjalnie zarezerwowane dla dziecka :) Trzecie dla mnie było bardzo ważne ze względu na patronkę ( wybacz :<) Wybrałam Ritę od ,,spraw trudnych i beznadziejnych". Choć mój kolega wybrał Alfons :D A niestety z pochodzeniem możemy zaprzeczać ile chcemy, ale ma ogromny wpływ na nasze życie i przede wszystkim prestiż i zawód. Wiek… ostatnio coraz mniej dla mnie ma znaczenie, kiedyś był wyznacznikiem wszystkiego, ale odkąd 40 latki wyglądają na 20, a 20 latki jak 40… to nic dla mnie, nie jest już takie samo :D

    1. O widzisz, jak mi wyjaśniłaś powód nadawania/przybierania 2. i 3. imienia w Twojej rodzinie, to jestem w stanie to zrozumieć. Jeśli czcicie w ten sposób pamięć po przodkach, jest ok. Jeśli wierzysz w patronat, a wiem, że jesteś religijna, to też ok. Tylko pierwsze masz normalne, cóż mogłaś od niego chcieć? :P

      O studiach nic mi lepiej nie pisz, bo od jutra cisnę magisterkę, jak obiecałam w czerwcu promotorce.

      1. Nie lubię tego pierwszego xDD Wolałabym: Jagienka, Joanna czy coś. Choć słyszałam, że w pewnej sekcie nadaje się imiona rzeczy… ale jazda nie? Jakbym np nazywała się czajnik albo coś xDD

        Łącze się w bólu mi też kazała pisać licencjat… a nawet książek nie znalazłam :)

  6. No to tak – swoje imię lubię, mimo że nie jest szczególnie oryginalne, szczególnie wśród dziewczyn w moim wieku (w liceum miałam mieć w klasie 5 Natalii, ostatecznie zostałyśmy 4). Mam koleżankę o zdecydowanie oryginalnym imieniu i miewała przez nie nieprzyjemności w gronie dzieciaków, ale teraz już nie, czasem tylko ktoś je przekręci. Swoje nazwisko też lubię, ono jest już bardziej oryginalne niż moje imię, nie mogę nawet ogarnąć jego pochodzenia. ;) co do mojwgo pochodzenie.. cóż, ma swoje lepsze i gorsze storny. Ogółem też nie mogę szczególnie narzekać. A i wiek mi nie doskiwiera w szczególności, momentami, gdy siedzę w gronie starszych o parę lat znajonych. :)

    1. O rety, jak się do Was ludzie (koledzy, nauczyciele) zwracali, żeby od razu było wiadomo, o kogo chodzi? Trochę maskara :P

      1. Jak siadamy w jednym miejscu (bo się tak zdarzyło – ja zawsze siedzę z jedną moją immienniczkaą, a dwie kolejne przed nami) to czasem nie wiadomo o którą chodzi. To wtedy albo po nazwisku, albo mówią że którakolwiek. W sumie jak mi się nie chce mówić, to udaje że nie wiem, kiedy o mnie chodzi i inna Natalia odpowiada. :p Ogółem to w klasie już raczej nie reaguję na swoje imię, chyba ze ktoś woła drugi-trzeci raz. :D

  7. Jesień bardzo lubię za kolory jakimi maluje świat,ciepłe i miłe dla ciała sweterki otulacze:),pachnącą i ciepłą herbatkę z miodem,brązowe i bordowe pazurki:) . Zaś co do rzeczy które nas określają imię swoje lubię,nazwisko Stolarczyk jakoś zawsze było przekręcane przez dzieci i nauczycieli . Pochodzenie jest istotne bardzo w wieku szkolnym bo wszyscy znają Ciebie i Twoich rodziców i z jakiego domu pochodzisz tak jesteś postrzegany . W wieku już późniejszym można wyrwać się z rodzinnej miejscowości i zaczynać wszystko od nowa nie ważne ,że rodzice są biedni czy pija o tym nowi sąsiedzi nie wiedzą i nie będą Cię przez to postrzegać jako kogoś gorszej kategorii . Miłej niedzieli:)

    1. No tak, zapomniałam o ciepłym kocu i bluzach z kapturem, no i o gorących napojach rozgrzewających łapki i przełyk. Zdecydowanie lubię! Moje nazwisko nadal źle zapisują, bo zjadają literę, więc jak jestem w jakimś urzędzie, to muszę mówić wolno i wyraźnie, jakbym co najmniej cierpiała na paraliż szczęki :P Miłej niedzieli również.

  8. Ja swojego imienia będąc dzieckiem nie lubiłam. Wydawało mi się takie… chłodne, zimne. Teraz jednak uważam, że do mnie pasuje. Miałam być Ewą, więc z dwojga złego wolę Ewelinę. Dobrze, że to ostatecznie tata poszedł do urzędu i zdecydował sam. Natomiast imię na bierzmowanie wybierałam sobie jak każdy sama. Przy jego wyborze to tak naprawdę powinniśmy nie wybierać imię, ale patrona czyli osobę, która ma być naszym stróżem i tak dalej, jednak każdy tak naprawdę wybierał po prostu imię nieważne do jakiego świętego należało. :D Stąd wybrałam Amelię. Wydawało mi się to imię takie silne, dumne. Co z tego, że jest patronką… rybaków i rolników.
    Jednak przy szukaniu czytałam wyjaśnienia poszczególnych nazw i zagłębiając się w to imię ostatecznie się zdecydowałam uznając, że pasuję do mnie w stu procentach gdyż:
    ,,Osoba nosząca imię Amelia to osoba, która ciągle musi być w ruchu, nie znosi stałości i nudy, a z drugiej strony potrafi oddać się stanowi melancholii, medytacji i wnikaniu w tajemnice wiary i okultyzmu. Osoba o imieniu Amelia lubi podróże i ciągłe uczenie się, poznawanie czegoś nowego. Amelia jest osobą wnikliwą, pozytywnie ciekawską, subtelną, czułą, a zarazem pełną temperamentu i sił witalnych. Potrafi kilka rzeczy robić jednocześnie, a co najważniejsze każdą z tych rzeczy robi dokładnie, a nie jak to się mówi po łebkach.” Wypisz wymaluj jestem Amelią!

    1. Amelia to ładne imię, parę lat temu była moda nazywania w ten sposób córek. Po osiedlu biegało wtedy sporo Amelek. W znaczenia jednak, tak samo jak w znaki zodiaku, nie wierzę. Każdy opis można przyporządkować każdej osobie.

  9. Co do jesieni, to mam nadzieję, że w tym roku czeka nas jej optymistyczny wariant, ale i tak sama wizja tego, że ona nadchodzi bardzo mnie martwi :/

    A w kwestii imion to ja też mam jedno (mama ponoć już na studiach wiedziała, że będą Anią :P) i nie wydaję mi się, żeby więcej mi było potrzebnych do szczęścia (tata jest przeciwnikiem 2 imienia, bo jego dziadek miał 2 i nikt do końca nie wiedział, które jest pierwsze, a które drugie i jak się okazało, to którego używał na co dzień było tym drugim :P). I nie pamiętam do końca, jakie imię wybrałam na bierzmowaniu (wydaje mi się, że Natalia), więc chyba szczególnego znaczenia się w nim nie doszukiwałam. Ale wydaje mi się, że tym co najbardziej nas określa jest wiek i pochodzenie…

    A co do Twojego imienia, to mam koleżankę Olgę, która miała dokładnie jak Ty – teraz swoje imię lubi, ale w dzieciństwie, jak ktoś powiedział na nią inaczej niż Ola lub Olusia to było jej bardzo smutno :P

    1. Optymistyczny… dziś za oknami wrocławskich domostw od rana leje. Chcesz o tym pogadać? :D

      U mnie imię wymyślił tata, też wcześnie, bo chyba w liceum. On zbyt wylewny nie jest, więc historię słyszałam od mamy, ale podobno od zawsze interesował go sport (to akurat prawda) i podobała mu się jakaś tenisistka, która miała na imię Olga. Coś w tym stylu. No a mama uznała, że rzeczywiście ładne i wyraziła zgodę. Co do ilości imion, moi rodzice też mają po jednym. Tzn. mama na pewno, ale tata… niee, on chyba też.

      W dzieciństwie mi się wydawało, że Olga to obraza. Jakoś tako dorośle, staro, cholera wie :D Do Kasiek nigdy nie mówiło się per Katarzyno. Zresztą nadal się tak nie mówi, bo brzmi zbyt wyniośle, zbyt oficjalnie. Za to Olga ma mniej skrótów, więc wolę być Olgą.

      1. Rozczaruje Cie, Olgo.
        Jarek mowi do mnie per 'Katarzyno'. Za kazdym razem mam ochote mu strzelic baranka… :(

        Matko, sorry ale o imionach moglabym godzinami. Kocham imiona.

          1. Bo Kasia, to piękne imię i każdej przystoi dziewczynie ;) Kocham swoje imię. Można powiedzieć: Kasia, Katarzynka, Kachna, Kasia, Kasieńka, Kasiunia, KasiK. Nie lubiłam i chyba dalej nie lubię, gdy mówi się do nie Kaśka, bo wtedy wydaje mi się, że ktoś jest na mnie zły.

            1. Ja przez Ciebie mam to samo z Olką. Mówiłaś tak do mnie tylko jak byłaś zła, ewentualnie parę razy w żartach. Nie pasuje mi ta forma, w ogóle jakoś nie przystoi mojej zacnej personie :D

  10. Bardzo fajny post. Czekam na cd :)
    Ja niestety nie lubię swojego imienia, drugiego imienia i nazwiska. Dostałam Karolina ponieważ mojemu tacie właśnie ono się przyśniło, a miałam być… Wiktorią. Zawszę nad tym rozpaczam bo Wiktoria to moje marzenie eh… A to Karolina boże, jak ono brzmi. Kara, Karola, co to ma być!? Fuj!
    A wiek niestety cały czas rośnie, i rośnie. Nie ma szansy go zatrzymać. U mnie już ponad 15 na karku. Niby mało, ale… ja nie miałam dzieciństwa :(

    1. Karolina bardzo ładne imię! Naprawdę, podoba mi się. Mogłabym tak nazwać córkę. Albo syna, w końcu równouprawnienie :D

      „U mnie już ponad 15 na karku” JAK TO BRZMI!!! Nie załamuj mnie, bo jestem prawie 10 lat starsza i co ja mam powiedzieć? Od osiemnastki czas mi dosłownie przepływa przez palce. Chciałabym mieć 20 i nigdy więcej.

      1. Ja tam staram się nie myśleć o moim imieniu :D może kiedyś je polubię, tak jak Ty swoje :)

        No nie powiesz mi chyba że nie pamiętasz kiedy to miałaś 15 lat i uważałaś się za „dorosłą”. Ja właśnie mam taki etap. Chociaż psychicznie rożnie się od rówieśników i widzę że jestem dużo bardziej dojrzała. Często mi to przeszkadza w kontaktach.

        1. Ja też zawsze uważałam się za bardziej dojrzałą od reszty, a teraz to w ogóle jestem mentalnie starym dziadem. Wszyscy normalni ludzie w moim wieku wiodą studenckie życie, kiedy mnie na myśl o wyjściu na całą noc na imprezę skręca ze śmiechu. Wolę film we własnych czterech ścianach, ewentualnie wyjście do kina, spacer i spokojne, niezabierające zbyt wielu godzin atrakcje. Ale rzeczywiście, pamiętam, jak mając 15 lat, byłam już zupełnie dorosła i denerwowałam się, że jeszcze tak wiele mi nie wolno. Mamo, ja jestem już PRAWIE DOROSŁA, pozwól mi!

  11. Słusznie zauważyłaś, że określenie bywa często ograniczeniem. Często też zaszufladkowaniem. W przeszłości spotkałem się z opiniami, że dane imię wśród męskiej części oznacza świnię. Świnię, która wcześniej czy później wyjdzie na jaw. Jeśli nie zdradą to podniesieniem ręki.

    Sam ze swoją rozpoznawalnością miałem problem. Moje imię niekoniecznie było powodem do dumy. Fakt, że tak trzymałem się z dala od wszystkiego, pewnie nieraz zrzucałem właśnie na nazewnictwo. Taki Przemek albo Michał, to dopiero przebojowo brzmi!

    Drugie imię to u mnie kompletna porażka. Otrzymałem je, zgodnie z niepisaną tradycja, po kimś z rodziny. I nie byłoby w tym nic złego gdyby nie fakt, że sama osoba jest dla mnie… cóż. Wie ten, kto ma wiedzieć. Wkurwia mnie, serio, moment gdy muszę czasem w różnych papierach je wpisywać. Świadomość, że to nie patron a „pamiątka”, dobija. Dlatego nigdy nie zacznę stosować go jako zamiennika. A jeśli tak, to będzie oznaczało, że mózg przestał pracować i należy mnie odstrzelić (swoją drogą w pełni popieram eutanazję na wniosek osoby schorowanej).

    W liceum miałem, ze mną, trzech Marcinów. Rozbieżność charakterów chyba największa jaka może być. Popularności i umiejętności nawiązywania kontaktów też. Taka zbieżność przednazwisk musiała też swoje powodować. Do tej poty pamiętam sytuację z lekcji matematyki gdy nauczycielka * wywoływała po imieniu do tablicy.

    – Marcin, do tablicy [Na pewno to o D. chodzi – myśląc zanurzam wzrok w zeszyt i rozpisując sobie na kartce skład, który kupię w FIFIE tuż po powrocie do domu]
    – Marcin, chodź do tablicy! [To jednak o K. chodziło – niech idzie… zadanie z kosmosu, a on przecież wybiera się na Polibudę]
    – Marcin! [O kur…. – oczom ukazała się ciemność towarzysząca dziesiątkom spojrzeń klasy „czemu ten debil nie szedł do tablicy jak go wołała?!”]

    Wiem. Zanudzam. Każdy z nas ma takie opowieści. Ponadto czytanie wypocin osoby obcej to takie nijakie jest. Własne przygody są najlepsze. Najbardziej pokręcone. Najbardziej niesamowite. Ach. Ponadto były dwie Agnieszki… o tym samym nazwisku. Żeby było śmieszniej, papiery składała także i trzecia. Pierwsze odczytywanie listy obecności było komiczne. Sytuacja podobna: dwa różne charaktery.

    Oczywiście można powiedzieć, że wyjątek potwierdza regułę. Ale niezłym paradoksem jest fakt, że ilekroć spotkałem osoby z nazwiskiem panieńskim mamy, okazały się być cholernie dobre. Dziewczyna z klasy – cicha jak mysz pod miotłą. Znajomy z osiedla – pomocny w tym, co umiał najlepiej. Nawet osoba z drugiej strony słuchawki na zielonej linii pewnej sieci komórkowej załatwiła coś, co innym zajmowało dwa tygodnie, kilkoma kliknięciami myszką.

    Kończąc temat imion i nazwisk, podchodząc do bierzmowania (robione dla rodziców, a nie dla mnie) wybierałem coś, co mi się podoba. Padło na opiekuna rzemieślników czy innych szklarzy – Piotra.

    Pochodzenie? Tu nie da się zaprzeczyć. Grupa pierwotna, grupa wtórna. Jeśli w domu, od kołyski, słyszymy pewne zdania, trudno byśmy nimi nie przesiąkli. Tak samo dzieje się na podwórku. Jednym rzucanie kamieniami pozostaje do dziś, drudzy poszli w stronę zrywania kwiatków i opisywania ich zapachu w pamiętniku, względnie obdarowują nimi swoją ukochaną. Niebagatelny wpływ ma też historia. Historia okolicy w której się wychowujemy. Trójkąt, Plac Grunwaldzki, Leśnica to miejsca ze swoimi zgłoskami. Ktoś urodzony i wychowany na warszawskiej Pradze też ma pewne wartości wpajane od małego. Przeróżne wartości.

    Nie uważam jednak by miejsce narodzin określało nas w sposób ostateczny. Wszystko zależy od podatności na sugestie, jak i tego czy chcemy odnaleźć się gdzie indziej. Samemu trudno wyobrazić mi sobie własne cztery litery w pewnych miejscach. Potrzebuję ruchu za oknem. Hałasu ulic. Chociaż, nie zaprzeczam, dom na wzgórzu ciepłego kraju, z wieeeeelkim i krętym podjazdem, sprawiłbym wiele radości. Tylko nie takim w którym tylko echo odpowiadałoby mi na „dzień dobry”.

    Mówią, że facet rozwija się do piątego roku życia, a potem tylko rośnie. Pomijając na chwilę zgryźliwość tego twierdzenia, trudno zaprzeczyć faktom, że z wiekiem jednak doroślejemy. Zabawa… ok, powiedzmy wprost: nachlej się do nieprzytomności party, już nie jest celem każdego weekendu. Bunt gdzieś zanika. Czy tracimy przez to własnych siebie? Trudno stwierdzić. Wydaje mi się, że wiecznym sprzeciwem żyć się nie da. W pojedynkę świata nie zwołujemy. Anarchii też nie zwołamy. Ten pieprzony dziad, który zawsze wpychał się w kolejkę do autobusu… dziś staje się kompanem do rozmowy. Zresztą sam kilka razy doświadczyłem przyjemnej konwersacji z kimś o wiele starszym od siebie. I to nawet nie o pogodzie czy skurwieniu obecnie rządzącej partii.

    Na wiek patrzymy inaczej… z wiekiem. Wspominaną poprzednio śmierć uczennicy mamy, traktowałem jako coś normalnego. W tym sensie, że może się przydarzyć. Przecież swoje już doświadczyła. Kiedy kilka lat temu poszedłem na jej grób (wiem gdzie leży) i na płycie nagrobkowej przeczytałem (odjąłem właściwie), że umarła w wieku 18 lat… zamarłem. Sam byłem już starszy, a nadal czułem się dzieckiem.

    Niektórych rzeczy nie chcę się wyzbywać. Z chęcią będę wracał (jak nadarzy się okazja) do Wojowniczych Żółwi Ninja (tu historia z drugą nauczycielką TOP4 ;) ), klocków Lego i temu podobnych „uwstecznia czy”. Myślę, że potrzebuje tego dzieciak siedzący w środku. Tak po prostu…
    Tak przy okazji (kto oglądał Przyjaciół, ten skojarzy ;) ), pamiętacie kiedy ostatni raz biegliście po ulicy, podskakując radośnie z nogi na nogę? Ja też nie…

    O tym co i w jakim stopniu nas kształtuje można napisać wiele. Doświadczenie życiowe kształtuje chyba najmocniej. Zwłaszcza te najgorsze. I nie chodzi mi tu o złamane serduszko w przedszkolu (z czasem sami dostrzegamy banał spraw),a coś zdecydowanie mocniejszego. To pewnie będzie tematem następnej niedzieli, więc wybijał się przed szereg nie mam zamiaru. Bo nawet nie ma po co.

    * cholernie wymagająca, ale zajebiście sprawiedliwa i sumienna kobieta. Kto normalny oddaje -trzem klasom – sprawdziany w czwartek, jeśli te były przeprowadzane w poniedziałek? Ale mówiąc poważnie: to był nauczyciel z powołania. Umiał przekazać wiedzę, jeśli tylko młody i głupi łeb chciał ją wchłonąć. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jest w mojej TOP4, które będę z szacunkiem wspominał do końca życia.

    PS. Moje nazwisko na wielu rachunkach brzmi inaczej. Brzmiało dopóki nie zacząłem tego prostować. Pisany przez „u”,”e”,”a”… tylko nie, jak powinno być, „o” ;)

    1. Też znam takie imiona, które w opinii społecznej z góry przesądzają o charakterze człowieka. Ukradł? Aaaa, bo na imię ma… Zdradził? Pewnie, czego innego się spodziewałaś po facecie o imieniu…? I tak dalej. Żeby było śmiesznie, kobiecych „imion naznaczonych” jest zdecydowanie mniej. A przynajmniej ja znam ich mniej.

      Uwielbiam Twoje imię, nie słodzę. To jedno z moich ulubionych imion męskich. Nawet miałam chłopaka Marcina. W ogóle lubię słowa z „r”. Są mocne, wyraziste. Drugiego imienia za to współczuję z całego serca :/ I za eutanazją również jestem.

      Przestań ciągle pisać, że zanudzasz! Lubię Twoje komentarze, zwłaszcza długie, w których można odkopać dużo wątków do odpowiedzi. Wiesz o tym, że kiedy piszesz, że zanudzasz, jednemu unicornowi odpada róg? Proszę, nie rób tego więcej :(

      Co do podobieństwa nazwisk, w podstawówce mieliśmy dwie takie pary, które różniły się tylko o literkę. Dziewczyna i chłopak – „u” wymieniało się na „y”, wszyscy ich pytali, czy są rodzeństwem, oraz… ja i chłopak, który był klasowym błaznem. W moim nazwisku jest „b”, w jego nie było. Przez lata chodzenia z nim do klasy czułam taki wstyd, że hej. A co do podobieństwa imion, to zawsze mi się chciało śmiać, jak pani wołała „Maciek” i żaden nie wiedział, czy ma się podnieść, czy jednak siedzieć dalej :D Przez lata szkolne najczęstszymi imionami był właśnie Maciek, a oprócz tego Paweł i Krzysiek.

      Nie pamiętam, kiedy ostatnio biegłam, ale pamiętam, kiedy podskakiwałam. Robię to zawsze, gdy jest jakiekolwiek wzniesienie, a ja mam dobry humor. Tak w ramach pielęgnowania wewnętrznego dziecka właśnie. Schodzę z jezdni i wchodzę na chodnik – hop. Idę na przełaj i mijam krawężnik – hop. Na mojej drodze stoi kałuża – hop. To bardzo sympatyczne. Trochę jakby zatrzymać czas. No i są rzeczy, do których wracam. Nie tylko z sentymentu (gra Golden Axe), ale również z potrzeby. Dwa dni temu, pierwszy raz od roku, poszłam spać z moją ulubioną maskotkę. Nocowała u mnie przez ten tydzień siostra, a Rubi jest sprzedajna, gdy przychodzą goście, więc spała głównie z nią. Czułam się osamotniona i musiałam się do czegoś przytulić, więc ściągnęłam z parapetu Lejdi (tak się nazywa moja maskotka).

      P.S. Moje nazwisko było przez ostatni semestr regularnie przekręcane przez wfistkę. Co zajęcia je korygowałam, w końcu po jakimś czasie wszyscy wyczekiwali na ten moment, a potem się śmiali. Cóż, pani i tak nie zapamiętała ;)

      1. Rubi,
        unicoRn – wcześniej Różowy, teraz czaRny,
        tRuskawki,
        kaRmel,
        kindeR (czekolada) od… feRReRo
        cReme bRulee,
        tRzy bit,
        aeRo,
        espResso – ale tylko Magnum,
        snickeRs – ale tylko peanut butteR,

        Zapewne coś by się jeszcze znalazło ;)

        Nie strasz z tymi nogami. Pamiętaj, że trauma może zostać na całe życie! :(

        BTW: Mój nauczyciel od historii (kurde, trzeci z TOP4 ;) ) łączył przez lata nazwiska dwóch koleżanek z klasy. Powstały twór brzmiał, o dziwo, tak naturalnie, że mógłby służyć komuś w dowodzie osobistym. Robił to bezwiednie, w słodki i pierdołowaty sposób. Pierwszy nauczyciel, który mówił do klasy (szczeniaków przecież) „Proszę Państwa”. Rewelacyjny człowiek z niesamowitą wiedzą. Opowiadając o bitwie pod Grunwaldem (przykładowo oczywiście), jak schodziło na temat koni, potrafił wymienić jakie wtedy rasy były najbardziej popularne, po czym przejść na choroby ogólno zwierzęce kiedyś panujące, by napomknąć – przy okazji – kiedy w Polsce powstał pierwszy gabinet weterynaryjny. Wiedza, którą posiadał była… nawet nie wiem jak to opisać. Nigdy nie czytał z książek (do dyktowania), zawsze chodził i opowiadał. Dobrze, że teraz słuchają go studenci, bo wśród obecnej młodzieży zwyczajnie by się zmarnował.

        1. Nienawidzę historii. Jest długa, skomplikowana, a ja nie potrafię zapamiętać żadnych dat ani nazwisk. Wiem, kiedy był chrzest Polski, zjazd gnieźnieński z Ottonem III i znam daty rozpoczęcia i zakończenia wojen (te polskie, nie te ogólne). I to by było na tyle. Wstyd mi, nie przeczę, ale jakoś nie mogę się przemóc, by wrócić do materiału z lat szkolnych (swoją drogą, mam nadzieję, że czoko nigdy tego nie przeczyta). Co innego nauka o starożytności, ją po prostu KOCHAM. Miałam w podstawówce nauczyciela, który też potrafił opowiadać w ten sposób, jak Twój pan z TOP4. Potrafił… Ze dwa lata temu go zwolnili (albo coś), bo moja siostra miała z nim lekcje i podobno strasznie zmienił podejście do uczenia. Albo go nie było, albo czytał z książki, albo zadawał im ćwiczenia i robić coś tam swojego. Normalnie szok dla moich wspomnień.

  12. Milo jest poczytac takie jesienne rozmyslenia…. Ja swojego imienia w przedzzkolu nie lubilam -Zuzia-Fruzia albo Zuzia Lalka nieduza, szczegolnie to drugie bylo moja zmora, dzieci byly okropne. Z drugim imieniem -tez wyboru nie mialam, Malgorzata, po mamie, bo jest,, tradycja w naszej rodzinie,,.A nazwisko? To juz w ogole! Drozd to ptak, nie czlowiek! Teraz bardzo podoba mi sie jak brzmi razem imie i nazwisko jestem w sumie z tego dumna, ale jednak do takich wnioskow trezba bylo dorsonac :D

    1. Ładne określenie, do imienia i nazwiska się dorasta :) Szczególnie do nazwiska. Ja na przykład chciałabym osiągnąć w życiu sukcesy m.in. właśnie dla nazwiska, które noszę po tacie. Dla rodu… głupio to brzmi, dla niego. No i nie chciałabym go zmieniać. Zawsze to cząstka rodzica, która zostaje, nawet gdy człowieka już nie ma.

      Też pomyślałam o Zuzi, lalce niedużej. Mi z kolei śpiewali Olka-fasolka wpadła do worka, worek dziurawy, wpadła do kawy, kawa gorąca, Olka śmierdząca. Chcesz się licytować? -.-' :D

  13. Co do bierzmowania: trzecie imie wybiera sie po to, zeby obrac sobie 'patrona', powinno byc to imie swietego/swietej, ktorych chcemy sami z roznych powodow sobie obrac. W teorii. W praktyce wyglada to inaczej, kilka przykladow:
    – ja mam na trzecie imie Magdalena, bo od zawsze bardzo mi sie podobalo. I jego brzmienie, i pisownia. Z zadna swieta nie ma nic wspolnego, chyba ze z Maria Magdalena, no ale ona byla najpierw Maria, wiec nie, to nie ta kobieta :P
    – kolega ma na trzecie imie… Lucyfer. Stoczyl batalie z ksiedzem, ale udalo sie. Argumentowal tak dlugo, ze przeszlo. No i jest Lucyfer.
    – znam dziewczyne, ktora ma na trzecie imie… Franciszek :) Nie Franciszka. Franciszek.
    – zona mojego kuzyna razem ze swoja przyjaciolka obie na bierzmowaniu wziely na trzecie imie Irmina. Dlaczego? Bo trzeba bylo sie wyuczyc historii swietego noszacego to imie i Irmina byla najkrotsza :D Osoviscie uwazam, ze Irmina brzmi pieknie. Ale ja mam hopla na punkcie imion :P

    A ja mam cztery imiona. Katarzyna Barbara Magdalena Seweryn. To jest dopiero komfort wyboru, hahahahahah :D

    1. Rozbawiło mnie ostatnie zdanie, ale masz rację :D A co do wybierania imion na bierzmowanie, mama (?) mi opowiadała, że dawno temu na wsi ksiądz robił tak, że wszystkie dziewczyny z danego rocznika były Maria, a chłopcy Józef. I po sprawie. Ekonomiczny ksiądz :D

      1. A innego roku wszystkim dziewczynkom dawano na imię Ewa, a chłopcom Adam. Stąd moja babcia miała na imię z bierzmowania Ewa.

  14. Do swojego imienia nigdy nic nie miałam, było, jest i będzie – nie przywiązuję do tego większej wagi. Za to co innego z nazwiskiem, które bardzo lubię. :D Dzięki niemu mam przezwisko, a i sama tworzę mnóstwo słów z przedrostkiem, wrostkiem „gib” typu ,,pogibany”, które weszły do użycia mojego i moich znajomych. A z tą ksywką, sama odruchowo się nią przedstawiam ,, Jestem Gibon(Gibek/Gibsi/Gib itd.itd.) yyy, to znaczy Nikola”. Nawet niektórzy nauczyciele, czy mój trener zwracają się do mnie tym przezwiskiem. (lub kiedy rozmawiają o mnie, żeby od razu było wiadomo, o kogo chodzi).
    Tylko z moim nazwiskiem są zawsze dwa problemy – za każdym razem ktoś je inaczej odmienia. Połowa dyplomów ma końcówkę -kiej, druga -ki. Jednak gorzej jest, kiedy ludzie zapisują moje nazwisko przez literkę P, wtedy nie wiem, czy się śmiać, czy płakać.

    PS. Bardzo fajny post, lubię takie rozważania, coś nad czym trzeba się zastanowić, zatrzymać w tym całym wirze gonitwy za własnymi sprawami. Czekam, czekam na kolejną część. ;-)

    1. Nigdy nie miałam takiej prawdziwej ksywki. Miałam albo przezwiska, albo pseudonimy internetowe, które nadawałam sobie sama dla stworzenia wirtualnego image’u. Dlatego dziś jestem Olga – tylko i aż, po prostu Olga.

      Cieszę się i zapraszam również za tydzień ;)

          1. No a jak na Ciebie wołaliśmy, jak nas wkurzałaś? Jerzy Kubeł! :D Modyfikacje typu Kuglarz xD pominę.
            A poza tym przyjęło się Olcia. Na blokach tak ktoś zaczął mówić i zostało na lata. Dłuuuuugo miałam Cię tak zapisaną w telefonie i na gadu :)

            1. No ok, Olcia było. Jerzy Kubeł chłopacy zawołali max 10 razy, tak to był sam kubeł, ale ja bym tego ksywą nie nazwała. Ksywę się lubi i używa jej się, mówiąc o sobie :P

        1. A tak serio to się nie obżeram, nie podjadam, nie robię odstępstw, od czasu do czasu się poruszam i pilnuję zapotrzebowania.

            1. Nie powiem Ci, ile jem, bo każdy ma inne zapotrzebowanie, nie masz się co sugerować liczbą. Na początku pomoże Ci kalkulator CPM, a potem obserwuj własne ciało. Jedz, kiedy czujesz głód, a nie wpychaj wtedy, kiedy go nie czujesz. Przykład: mądre głowy każą zjeść śniadanie po przebudzeniu, a jak mi się wtedy nie chce, to co? Mam wciskać na siłę? Nie, dziękuję. Ale też nie jestem dietetykiem, więc nie mam dla Ciebie żadnych złotych rad. Nie blogguję o zdrowym odżywianiu, wybacz :)

  15. O matko… zmieniłaś szatę graficzną! Dopiero zajarzyłam xDD No wiesz co… a gdzie ukochany róż!? I sweet kucyki!? Nieee… ale i tak szczerze, jest perfekcyjnie i przejrzyście, super :)

    1. Taaa, bo to logo miałam za małe i za cienkie, ginęło pod naporem masywnego menu. Teraz mi się podoba zdecydowanie bardziej. A sweet uniki po bokach nie pasowały do logo, więc musiałam poszukać czegoś innego. Dzięki :)

  16. Oj jak my bardzo nie chcemy aby dopadła nas melancholia, bo wtedy to już w ogóle nie chce nam się nigdzie wychodzić i najchętniej to byśmy tylko wieczorami jakieś filmy oglądały w piżamie i w cieplutkim łóżku albo szukały inspiracji na wypieki (choć to drugie wcale nie jest takie złe) :P

    My z kolei od zawsze uwielbiałyśmy nasze imiona :D Tata wybrał imię Angelika a mama Monika, do tego na bierzmowanie wymieniłyśmy się imionami, czyli Angelika wybrała imię Monika, a Monika wybrała Anielę :) Chociaż z drugiej strony nasza młodsza siostra Anita mówi, że zawsze chciała żeby mówiono na nią Joanna ;) Jednak i tak dobrze trafiła, bo do dnia narodzin miała być chłopcem o imieniu Krzyś (jak nasz tata) :D

    Nasze nazwisko nigdy nam też nie przeszkadzało choć parę razy w życiu niektórzy nas się pytali czy mamy ukraińskie pochodzenie, bo tak ukraiński polityk się nazywa :P Przezwisk związku z nazwiskiem też nigdy nie miałyśmy od małego zawsze wołali do nas bliźniaczki i tyle :P

    1. Melancholia jest czasem jak najbardziej wskazana. Wtedy powstają najlepsze, najgłębsze teksty (ale nie recenzje). Przynajmniej ja tak mam.

      Moi rodzice wiedzieli, że będę dziewczynką, ale gdybym jednak była chłopcem, to miałam nazywać się Szymon.

  17. Przypomniała mi się jeszcze jedna historia z przedszkola związana z Twoim imieniem. Ponieważ rzeczywiście w domu nazywaliśmy Cię z tatą: Ola, Oleńka, Olesianka Owsianeczka lub Olesia, to rzeczywiście kojarzyłaś, że masz na imię Ola. Pewnego dnia, gdy odbierala Cię z przedszkola, powiedziałaś mi, że więcej nie pójdziesz na rytmikę, bo pan Cię wyzywa. Gdy starałam się zebrać więcej informacji na temat tego, jak Cię wyzywa, opowiedziałaś, że pan wyzywa Cię Olga. Wówczas musiałam Ci tłumaczyć, że tak masz na imię, że to Twoje imię urzędowe i że pan zwraca się do wszytskich dzieci ich imionami, które mają w dzienniku obecności. I tak było rzeczywiście. Do Krzysiów ten pan mówił – Krzysztofie, do Zbyszków – Zbigniewie, do Kaś – Katarzyno, a do Olesianek – Olga. Może nie chciał nikogo wyróżniać, a może taka „była jego uroda”. :)

    Jeśli chodzi o nasze ograniczenia, to znasz mnie i wiesz, że wiek (wypada – nie wypada) dla mnie nie jest żadnym ograniczeniem. Jedynym ograniczeniem jesteśmy dla siebie my sami, nasze myśli i przekonania.

    Taką jesień, jak mamy za oknem – kocham. W końcu urodziłam się jesienią. :)

    1. Hahaha, pamiętam to, ale tylko z Twoich opowieści. Tym bardziej nie będę mu mówiła na ulicy „dzień dobry”! Mógł mnie nie wyzywać, bezczelniak jeden.

      Urodziłaś się, pfy. I może jeszcze sugerujesz, że mam Ci niedługo dać prezent?

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.