Heidi, Winter Delight Creme Brulee

Na dzień dzisiejszy Heidi to dla mnie czekolada-zagadka. Z jednej strony wygląda jak Lindt i próbuje go naśladować, podrabiać, z drugiej zaś posiada uchybienia, które rażą w oczy i zniechęcają konsumenta do ponownego zakupu. Cenowo jest atrakcyjniejsza od konkurenta, rozmiarowo jednak niedomaga, choć kartonik projektowany jest na jego wzór – a nuż nieopatrzni ludzie nie zorientują się, że brakuje 40 gramów. Ponadto występuje w podobnych wariantach smakowych, przybiera lindtową kolorystykę i pojawia się na tych samych regałach. Czy posiada własnych miłośników? A może żeruje wyłącznie na tych, którym żal wydać 15 zł na droższą koleżankę? To tylko początek mojej listy pytań. Dalej znajduje się chociażby kwestia smaku. Do tej pory jadłam tylko jedną Heidi: Gourmette Orange & Seeds. Muszę przyznać, że w pierwszej chwili mnie zaskoczyła i zaczarowała, gdyż był to mój pierwszy kontakt z tak niepospolitą tabliczką, ale kiedy opadły emocje, zauważyłam, że czekolada nie posiada wyraźnego smaku, a dodatki są okropne i włażą w zęby. Czy tak powinna zachowywać się godna przeciwniczka Lindta? Nie sądzę. Średnie wrażenia nie zraziły mnie jednak do firmy, a czekoladzie postanowiłam dać kolejną szansę. Z zimowych wersji limitowanych wybrałam Creme Brulee, mój ukochany wariant smakowy, letnie zaś kupiłam wszystkie trzy. I póki co to by było na tyle. Cztery szanse dla Heidi. Jeśli przejdzie test pomyślnie, będę kupowała kolejne tabliczki. Jeśli nie, zaoszczędzę pieniądze i nerwy.

Heidi, Winter Delight Creme Brulee (1)

Winter Delight
Creme Brulee

Niedługo nastanie zima 2015/2016, a ja dopiero otwieram limitkę z zimy 2014/2015. Nie ma to jak być na czasie. Pociesza mnie jedynie fakt, że przynajmniej w swoich zbiorach nie posiadam niczego jednoznacznie bożonarodzeniowego ani wielkanocnego, więc nie będę się musiała tłumaczyć, czemu tak długo trzymam słodycze. Po prostu tak wypada, jak ma się ich dużo. Dużo za dużo. Przyjemnie za dużo.

Heidi, Winter Delight Creme Brulee (6)

Otworzyłam kartonik stworzony na podobieństwo Lindta Creme Brulee, by zobaczyć 110-gramową tabliczkę, również imitującą sąsiedzki produkt z wyższej półki. Podzielona została na dziesięć dużych kostek, na których na zmianę pojawiało się bądź to logo firmy, bądź napis „Heidi”. Czekolada miała bardzo ciemną barwę, przez co sądziłam, że jest deserowa, ale odwróciwszy opakowanie, przekonałam się, że jednak nie. Ach, i jeszcze jedna ważna sprawa: folia. Nienawidzę czekolad w zapieczętowanej folii, ale o ile Lindta jeszcze jako tako dało się otworzyć, o tyle Heidi wyszarpałam jak Reksio szynkę, zanim w ogóle udało się przerwać ciągłość sreberka. Na tym etapie dramat.

Heidi, Winter Delight Creme Brulee (7)

Zbliżenie czekolady do nosa i… fuj, co za smród! Creme Brulee miała zapach zaduchu starej kanciapy przemieszanego z przeleżanym o dziesięć lat za długo kinowym popcornem. Niezrażona tą wadą, zaczęłam fotografować bohaterkę, w pewnym momencie ją rozkrawając. Wtedy też w oczy me rzuciła się druga poważna wada – brak urozmaicenia w kremie i ogólny jego wygląd. Spojrzałam na opakowanie, gdzie na obrazku kostkę wypełniało morze kremu, a potem przeniosłam wzrok na marny i smętny słodycz spoczywający na kuchennym blacie. Jedyna zgodność istniała na poziomie konsystencji. Na obrazku bowiem rzeczywiście nie występowały kawałki migdałów, choć w opisie czekolady się pojawiły.

Heidi, Winter Delight Creme Brulee (3)

Zasiadłszy do konsumpcji, postanowiłam powąchać czekoladę raz jeszcze, bo może się pomyliłam, może coś… Ale nie. Nadal śmierdziała kanciapą i starym kremem. Fakt, upały na pewno jej się nie przysłużyły, ale skoro przetrwały Milki i Wedle, na które wiele osób narzeka z racji składu, to podróbka następczyni Lindta tym bardziej powinna trzymać klasę. Zamiast tego była po prostu stara i zużyta jak… (tu niech każdy wstawi sobie słowo, które mu przyszło na myśl). Obronną ręką wyszła na całe szczęście czekolada, która okazała się bardzo mleczna i pyszna, miękka i bagienkowa. Pierwsze kostki wywołały we mnie dziki zachwyt, przy kolejnych odczułam jednak, że jest słodka w sposób cukrowy, a więc nieprzyjemny. Z łatwością oddzieliłam ją do kremu, który był zeschnięty i wypełniał wnętrze w takim procencie, w jakim ogórek wypełnia hamburgera z McDonald’s. Nie zapomniałam również o dodatku chrupiących migdałów w karmelu, których na całą tabliczkę przypadła jedna dziesiąta jednej setnej niewykształconego i na wpół zjedzonego przez wściekłą wiewiórkę migdała.

Heidi, Winter Delight Creme Brulee (5)

Moje drugie spotkanie z Heidi muszę podsumować słowami: to było jedno wielkie rozczarowanie. Czekolada z początku mi odpowiadała, zjadłam zresztą ponad pół tabliczki naraz, ale z czasem zrobiła się cukrowa. Nie to jednak było najgorsze. Zapowiedziane creme brulee istniało wyłącznie w nazwie, bo kremu było tyle, co martwy kot napłakał, a migdałów jeszcze mniej. Ponadto krem był stary i nie miał smaku, a całość pachniała zapyziałą piwnicą pana Józefa. Jadałam czekolady gorsze, jadałam lepsze. Gdyby ktoś w przyszłości mnie nią poczęstował, pewnie bym nie odmówiła. Spotkania z Heidi nie podsumowałam w końcu ani słowem dramat, ani horror. Było po prostu do bólu przeciętnie, a nie tego oczekuje się po czekoladzie, która pretenduje do zostania drugim Lindtem.

skalachi_4Ocena: 4 chi


Skład i wartości odżywcze:

Heidi, Winter Delight Creme Brulee (2)

41 myśli na temat “Heidi, Winter Delight Creme Brulee

  1. Jejku, naprawde trzymasz jeszcze slodycze zimowe z tamtego sezonu? :0 jejku, jak dobrze, ze daty czekolad sa takie dlugie ;).Co do Heidi-rzeczywiscie, baardzo mala I cienka, ona ma 60g?No coz, chyba jej nigdy nie kupie I nie bede zalowac, wole jednak cuudowne czekolady Lindta, ktore okradaja moj ,I tak juz maly, portfel :)

    0

    1. Jakie 60? Nawet na pierwszym zdjęciu w rogu jest 110 :D Zapomniałaś, że Lindty zawsze są większe, bo mają 150 g.

      0

  2. Dobrze,że u mnie ich nie ma bo bym zapewne kupiła ze względu na smak . Tak jak Ty lubię słodycze o smaku Creme Brulee :) . Wczoraj nachodziłaś się w tym deszczu,ja też o 8 szłam zaprowadzić dziecko do przedszkola,o 14 po dziecko i jeszcze później pojechaliśmy do Lidla.

    0

    1. Ja na szczęście Lidla mam po drodze do domu i to już na osiedlu (nie trzeba długo dźwigać), więc jak przedwczoraj do niego szłam, to zmokłam tyle samo, ile bym zmokła, gdybym skierowała się prosto do domu.

      0

          1. ja mam piechotą 3… ale godziny =.= … brak słów… mieszkam na takim zadupiu… chyba celowo to akademik i uczelnia wykminiła :D Co do Heidi… hańba, ale nie jadłam ani jednej… choć twoje recenzje napawają mnie nadzieją, że wiele nie tracę :) Ale za mało o nich nawet czytałam od producenta, ze stron by powiedzieć więcej cokolwiek :)

            0

  3. Dla mnie smakowała nieco bardziej (8/10), ale fakt, że jest przesłodzona. Chociaż tiramisu to dopiero ulepek…
    Na Heidi ostatnio też strasznie się zawiodłam (dwie straszliwie nijakie tabliczki – niedługo recenzje), ale trafiła się i przecudna, cynamonowa czekolada. Ta firma to rosyjska ruletka.

    0

  4. Postanowiłam,z e co jak co ale nadziewanych Heidi z pewnością kupować nie będę. Tej serii w czerwonym kartoniku z dodatkami również odpuszczam.Było kilka dobrych i było kilka niedobrych i słabych i sama nie wiem co myśleć o tej marce.

    0

      1. z karmelizowanymi migdałami, z migdałami w karmelu i jak się nie mylę to karaibską (? jest taka?) kusiła mnie nawet ta z dynią i pomarańczą i, ale na razie się wstrzymuję :)

        0

        1. Karmelizowane migdały i migdały w karmelu to nie jest to samo? :P W temacie rodzajów Heidi nie pomogę, bo sama mało wiem.

          0

  5. Z Heidi jadłam tylko 85 i 70% i były ok, ale czekolady bez dodatków trudniej schrzanić, a ja nie wymagałam od nich cudów. Jednak porównując Lindt 85 z Heidi mogę stwierdzić, że Heidi wiele brakuje :p Też mi się zawsze kojarzyły te czekolady z tańszymi zamiennikami Lindta i z podrabianymi świątecznymi mikołajami (zawsze były one większe od figurek innych, bardziej znanych firm, a sporo tańsze).
    No a po Twojej recenzji już wiem, że nadzianych, przynajmniej tej, kupować nie warto ;)

    0

    1. Nie wiedziałam, że Heidi ma też figurki świąteczne, ale w sumie to całkiem logiczne. Ciemnych Heidi nie jadłam, bo jestem raczej mleczna dziewczyna, ale w przyszłości – czemu nie?

      0

      1. Ma i to takie na wypasie – duże i z bogatymi zdobieniami (przynajmniej w zeszłym roku tak było), ale osobiście nigdy nie jadłam, bo wolę sprawdzone mikołaje :)

        0

  6. Fajno, że zjełczały popcorn, pokryty śmierdzącą margaryną spod pachy Ogra z Gumisiów, smakuje 4-krotnie lepiej niż lodo-kanapka Oreo. Fakt, że oczekiwany smak jest wielkim nieporozumieniem, to tam malutka wpadeczka. Wpadunia. Można przymknąć oko na kompletny zawód. Przecież wybierając tabliczkę CB, kierujemy się czekoladą ją okalającą, a nie wnętrzem – nadzieniem. Pychotka, pełna błotka!

    0

    1. Od kanapki Oreo ta czekolada jest dziesięciokrotnie lepsza, tylko na obrzydliwość wspomnianego loda brakuje skali z lewej strony :P Poza tym czekolada jest wielkim zawodem, a nie wielkim obrzydlistwem. Obrzydliwa w ogóle nie jest.

      0

  7. Heidi jadłam dopiero jedną i mi smakowała, bardzo słodka, plastelinowa, wiem, ze nie jest ona szczytem, ale całkiem smaczna, nie wiem jak z innymi, bo nie mam szczególnie ochoty, zawsze mam ważniejsze słodkości o kupienia :DD

    0

    1. Może z czasem trafisz na taką, która Cię porządnie zniechęci. Ta do złych nie należy, raczej do rozczarowujących.

      0

  8. A ja tylko tak o Tobie pomyślałam – dzisiaj miałam okazję spróbować Milki Triolade, a gdzieś przeczytałam ostatnio, że nie jesteś nawet ciekawa tej czekolady. Też nie byłam i podchodziłam do niej mega sceptycznie. I jakież było dziś moje zdziwienie, że taka zwykła czekolada a taka dobra! Polecam Ci jej jednak kiedyś spróbować. Chyba, że mi wybitnie cukier spadł i zadowoliłabym się czymkolwiek…Ale serio, to było DOOBRE.

    0

  9. Mi nigdy nie przyszło do głowy że Heidi naśladuje Lindta :D
    Ten wariant smakowy nie porwał by mnie, szczególnie przez zapach i zbyt mocną słodycz. Aczkolwiek obronnie dodam ze są jeszcze ciekawsze odsłony owej firmy :P

    0

  10. Załamię Cię, bo na mój gust to była najsmaczniejsza nadziewana czekolada Heidi. Z tamtej serii Tiramisu oraz Walnut Brownie to były dla mnie porażki, dlatego nowych letnich nadziewańców nie kupiłam. Mam focha na Heidi przez to, że zlikwidowali ich najlepszą serię czekolad, czyli SummerVenture. Tęsknię za nią bardzo.

    0

      1. Pamiętam Twoje recenzje, bo to dzięki nim nie poszłam do sklepu i nie dokupiłam pozostałych dwóch tabliczek z zimowej serii :) I tak, naprawdę ta czekolada ma według mnie ciemną barwę, czego zupełnie nie widać na zdjęciu. Jak je zobaczyłam na komputerze, to aż mi było głupio, że ktoś porówna słowo „ciemna” z wyglądem, ale musisz mi uwierzyć na słowo – w stosunku do jedzonych namiętnie Milek Heidi jest ciemna.

        0

  11. Rzeczywiście, wyglądem trochę przypomina Lindt. Wiem, że widziałam ją w Carrefour, a tak poza tym to tylko w sklepie ze zdrową żywnością.
    Nigdy nie próbowałam, ale kiedyś to się stanie.
    Dzisiaj jadłam pewien produkt, który był o tym samym smaku.

    0

    1. Heidi w sklepie ze zdrową żywnością?! Wow. W Carrefourze bywam raz na rok, więc widywałam ją wyłącznie w Almie. Ciekawe, czym firma pochwali się w tym roku.

      Ach, no i oczywiście już jej nie spróbujesz, bo to zimowa limitka z zeszłego roku, chyba że – jak Ritter Sport – za parę lat wypuści ją znowu.

      0

  12. A ja jeszcze nigdy nie jadłam nic spod tej marki. Kuszą mnie ich czekolady, ale zawsze gdy dochodzi do zakupu to rezygnuję…Najbardziej czaję się na wersję ”Florentine” albo serię zimową. Jednak mam nadzieję, że dostanę na gwiazdkę, bo kasę oszczędzam ostatnio :D A co do czekolada Creme Brulee, unika, unika jak ognia po 2 niewypałach.

    0

    1. Florentine też jestem ciekawa, ale z racji moich zamiłowań do czekolad z miękkimi nadzieniami, nieprędko ją kupię. Co zaś się tyczy serii zimowej, prezentowana czekolada właśnie z niej pochodzi.

      0

  13. Ona ma dla mnie tak idealne kostki – duże, mięciutkie, niczym plastelinka, że pewnie wybaczyłabym jej te niedociągnięcia dotyczące kremu. Creme brulee to ostatnio popularny wariant w produktach i nie wszyscy sobie z nim radzą niestety, a szkoda, bo jak się uda to już jest petarda. :D Jestem miłośniczką tego smaku podobnie jak Ty zresztą o czym doskonale wiesz. <3

    0

Dodaj komentarz