Jesienne wspominki rodzinne

Nadszedł listopad, szary i zimny miesiąc jesienny, roztaczając dookoła aurę nostalgii. To jeszcze trochę zbyt wcześnie, by myśleć o świętach (choć jak co roku właściciele marketów mają odmienne zdanie), lecz zdecydowanie za późno na wracanie pamięcią do szalonych i gorących wakacji. Myślami i wspomnieniami przyjemniej jest sięgnąć znacznie dalej, może kilka lat wstecz, a może nawet do czasów dzieciństwa. Rozważaniom sprzyja cicha muzyka, kubek gorącej kawy lub czekolady, coraz częściej przychodzący na kolana, spragniony ciepła pies, a także aromat dymu palonych liści, który wlatuje bądź to przez uchylne okno, bądź dziury w niewyremontowanej ścianie bloku.

Mnie nadchodzący listopad natchnął do przypomnienia sobie najmilszych sytuacji, jakie wiążę z członkami najbliższej rodziny. Mogłam to zrobić dla siebie, w papierowym pamiętniku, ale z racji tego, że na co dzień nie piszę o sobie prywatnych rzeczy, a uczuć i emocji nigdy się nie wstydziłam, postanowiłam uchylić rąbka tajemnicy. Jeśli nie chcesz tego czytać, śmiało wróć jutro.

Uwaga: wpis zawiera lokowanie życia osobistego.

Mama

Pierwsze wspomnienie, jakie chciałabym wam przedstawić, wiąże się z połową mojego rodzicielskiego duetu, a dokładnie z mamą. Nie jest to jakaś wielka scena, przeżycie godne uwieńczenia obrazem filmowym lub malarskim, ani też przełomowy moment mojego życia. To raczej przebłyski z dzieciństwa, z tego, jaka mama była kiedyś. Dziś bowiem, choć teoretycznie jest tą samą osobą, zdaje się być inna. Każdy się zmienia, przechodzi przez różne etapy życia, poza tym i my się zmieniamy, przez co inaczej odbieramy naszych bliskich. Mama z dzieciństwa to wesoła, drobna i energiczna blondynka krzątająca się po wielkim domu w jeszcze większych swetrach po moim tacie, zacierająca zmarznięte dłonie i przygotowująca w kuchni pyszności. Najbardziej jednak w głowie utkwił mi jeden obraz, niemal zupełnie pozbawiony ruchu. Salon gościnny, mama siedzi w fotelu przy drzwiach w jednym ze swetrów, białym. Na jej brzuchu leży nasza czarna kotka Lejdi, nieprzerwanie i głośno mrucząc, a także liżąc miejsce tuż obok pachy. Zapamiętałam to zapewne dlatego, że powtarzało się często i w różnych swetrach, ale w tym najbardziej. Lejdi przychodziła do mamy, łasiła się, a potem godzinami mruczała i lizała wełnę.

fot. Dennis Hill (Flickr)

Tata

Drugie wspomnienie dotyczy pozostałej połowy rodzicielskiego duetu, czyli taty. Umiejscowione jest głęboko w lesie, nad jeziorem, gdzie wielka Nokia z dzwonkami monofonicznymi i antenką nie łapała zasięgu. Tylko tam bowiem tata był całkowicie mój, bez pracy, dyżurów i wyjazdów, bez innych osób. Razem oglądaliśmy igrzyska olimpijskie i polską VIVĘ, jeździliśmy na rowerach, schodziliśmy wieczorami do małej kawiarni w ośrodku, gdzie tata pił piwo, a ja jadłam lody. Najbardziej pamiętam jednak, jak po śniadaniu wychodziliśmy na ryby. Tato dawał mi mniejszą wędkę, uczył nabijać robaki i łowić. Nie jestem pewna, czy rozmawialiśmy, w końcu ryby nie lubią hałasu, ale to nieważne, liczyła się bowiem jego obecność tuż przy mnie. To, że pochwali mnie, mimo iż potrafię złowić tylko ukleję, na dodatek sama brzydzę się ściągnąć ją z haczyka, bo zostawia na dłoniach śmierdzący śluz. To, że nawet jeśli wyjem połowę waniliowego ciasta, które miało trafić na haczyk, to i tak będzie się do mnie uśmiechał. To, że nie zostawi mnie i nie pójdzie do poznanych znajomych, bo wakacje są nasze.

fot. Kamil Porembiński (Flickr)

Mariusz

Rodziny się nie wybiera – tak się mówi zawsze wtedy, gdy coś nie gra. A jednak, moje życie potoczyło się tak niestandardowo, że zaczęłam wierzyć w to, że rodzinę jednak wybierać można. W pewnych warunkach. Nie musi mieć tej samej krwi, genów, wspólnych praojców. Dla mnie taką rodziną z wyboru jest Mariusz, obecnie o statusie bliżej nieokreślonym, być może stanowiący już tylko echo rodziny. Przez wiele lat uczestniczył w procesie wychowywania mnie, a potem był moim przyjacielem, bratem i chłopakiem w jednym. Przyjacielem, bo jeśli kocha się kogoś tak po prostu i za to, że jest, to musi być przyjacielem. Bratem, bo był przy mnie zawsze wtedy, kiedy go potrzebowałam. Chłopakiem, bo kiedy się z nim widywałam, nie miałam ochoty poznawać nikogo innego, bo tylko zabrałoby mi to cenny czas, który mogłam poświęcić jemu. Najmilsze wspomnienie, jakie z nim wiążę, to całe nasze nadmorskie wakacje. Jedna chwila jednak była szczególna: pożegnanie z morzem. Późnym wieczorem z zakupionymi wcześniej lampionami poszliśmy na plażę, gdzie inni ludzie zgromadzili się w tym samym celu. Przez pół godziny nie mogliśmy odpalić zapalniczki, a kiedy już się udało, lampion wypełnił się powietrzem i był gotowy do lotu, wiatr miotnął nim prosto w drzewa, gdzie zdechł jak mucha po spotkaniu z packą. Najpierw się wystraszyliśmy, że podpaliliśmy okoliczny las, a potem nie mogliśmy przestać się śmiać i uznaliśmy, że lepiej nie mówić nikomu o tym zajściu i opowiadać, jak pięknie i wysoko poleciał nasz lampion.

fot. L Blasco (Flickr)

Julka

Czwarte wspomnienie należy się siostrze – najstarszej z posiadanego przeze mnie rodzeństwa. Niestety, takich wspomnień nie mam za dużo, bo Julka jest osobą, z którą nie potrafiłam się dogadać od najwcześniejszych lat. Określenie „siostrzana miłość” tak bardzo do nas nie pasuje, jak nazwanie banana czołgiem (nic bardziej irracjonalnego nie przyszło mi do głowy). Przez bardzo długi okres, liczony w latach, w ogóle się do siebie nie odzywałyśmy. Żadnego cześć, pa, proszę, dziękuję. Nic. Nawet w święta. Dopiero około roku temu, gdy zobaczyłam ją na dworze i zrozumiałam, że czasu nigdy nie uda się cofnąć, postanowiłam z nią porozmawiać. Poczekałam do dnia, gdy mama wyjechała na szkolenie do innego miasta i zaprosiłam Julkę do baru. Był wieczór, wszędzie ciemno, a wzrok barmanek i osób w lokalu sugerował, że właśnie zwątpili w rzeczywistość. Ja piłam piwo z sokiem lawendowym, ona jadła lody w pucharku. I rozmawiałyśmy, tak po prostu. Nie da sie przekreślić lat milczenia i wyrwać z serca niechęci. Nie kocham mojej siostry i bardzo żałuję, że nie możemy być inne, normalne. I że ona nie chce zachowywać się inaczej, zwłaszcza względem mamy, nie chce szanować swojej rodziny. Na domiar złego nie potrafię chcieć nawiązać relacji z pozostałą częścią rodzeństwa, bo boję się powtórki z rozrywki. Nie rozumiem dzieci i nie wiem, jak się z nimi obchodzić. Pozostają mi więc miłe i wyrywkowe wspomnienia, jak to o barze i naszej pierwszej po długich latach nieodzywania się rozmowie.

fot. Yoshihide Nomura (Flickr)

Babcia H.

Nie chcę się tu rozpisywać, bo o ile przy poprzednim wspomnieniu pozwoliłam się ponieść emocjom, głównie smutkowi, o tyle tu musiałabym wylać całe wiadro łez. Zamiast tego skupię się na wspomnieniu z młodych lat, gdy mieszkałam z mamą i tatą w domku jednorodzinnym, a do babci przyjeżdżałam na niektóre weekendy. Pozwalała mi późno chodzić spać, oglądać i dziecięcy program Czy boisz się ciemności?, i Opowieści z krypty dla dorosłych. Na kolację odsmażała mi ruskie pierogi, na obiad zaś podawała rosół w talerzyku z dziewczynką z jeżykiem, którą można było zobaczyć dopiero wtedy, kiedy się wszystko zjadło. Była jedyną osobą z rodziny, która potrafiła piec karpatkę, a także przyrządzała najpyszniejsze kanapki z białym serem śmietankowym, mielonką oraz pajdy – boki chleba krojonego wzdłuż – z miodem. Najmilej wspominam chwile, kiedy pokonywała ból nóg i siadała ze mną na ziemi, by bawić się pustymi opakowaniami po masłach w gotowanie lub najtańszymi lalkami Barbie w dom.

fot. Missmayoi (Flickr)

Babcia K.

Podczas gdy w dzieciństwie moją ulubioną babcią była babcia H., wraz z wiekiem zaczęłam bardziej doceniać babcię K. i to z nią chętniej spędzałam czas. Pierwsze lata życia mieszkałam z nią pod jednym dachem, bo pierwsze piętro domu należało do niej i do dziadka. Biegłam tam, gdy chciałam zjeść coś słodkiego lub musiałam schować się przed mamą i jej okropnymi lekcjami nauki zegara i pór roku, których nie potrafiłam opanować. Pamiętam też nieliczne wieczory, gdy rodzice gdzieś wychodzili, a babcia usypiała mnie w ich łóżku. Siadała na skraju, głaskała mnie po głowie i opowiadała „bajery”, czyli wymyślane na bieżąco bajki. Była w tym mistrzynią! Jedno z ostatnich wspomnień, jakie z nią wiążę, to poznanie i pokochanie Rubi. Była oczarowana i rozpieszczała ją jak prawnuczkę. Ponieważ po kilku operacjach trudniej było jej się poruszać, choć całe życie biegała i wszędzie było jej pełno, wyciągała obie nogi do przodu, a Rubi wdrapywała się po nich jak po drabinie na brzuch i piersi, żeby lizać twarz. Babcia potrafiła mnie zdenerwować jak mało kto, ale również rozbawić do łez. Wieść o jej śmierci była dla mnie… jest dla mnie niemożliwa do opisania. Gdy to usłyszałam, po prostu się nie odezwałam, a na pogrzebie siedziałam nieobecna, nie potrafiłam nawet płakać. Okropnie mi jej brakuje i dlatego żyję w zaprzeczeniu. Póki o tym nie myślę, wierzę, że nadal jest z dziadkiem na pierwszym piętrze ich domu.

fot. Donisius Agung (Flickr)

Dziadek Z.

Ostatnie wspomnienie powędruje do jedynego dziadka, jakiego miałam, gdyż drugi sam się z naszej rodziny wyrejestrował. Odkąd pamiętam, był to mężczyzna schorowany, wyprostowany jak metalowy pręt, prawie dwumetrowy i poruszający się wolno, z bólem. W czasie wojny sporo wycierpiał, przez co jego organizm nie przypomina ciała, lecz zbroję. Mimo fizycznych niedogodności podarował mi jednak tyle świata, ile mógł. We wczesnym dzieciństwie zaciskał zęby i pozwalał się deptać po stopach, a także buszować po jego szufladach, gdzie były magiczne zegary sprzed stu lat, noże do papieru, dziwne monety, muszle, kuferki, breloki… wszystko. W pokoju dziadka na ścianie wisiało kilka szabli, w tym jedna wykopana w trakcie budowy domu, a także róg, w który dmuchało się na przykład przed polowaniem (uwielbiałam to robić, był taki głośny!). Najmilszym wspomnieniem, jakie przychodzi mi do głowy, było zakradanie sie po schodach tak, by dziadkowie nie zauważyli. Kiedy jednak zauważyli, a ja uciekałam na dół, dziadek wstawał z fotela, podchodził do szczytu schodów i krzyczał coś w rodzaju „pył” (nie było to słowo, po prostu dźwięk). To był nasz prywatny sygnał. Bawił mnie do granic możliwości i oficjalnie wzywał do dziadkowego saloniku, by jeść słodycze i oglądać nigdy niewyłączający się telewizor.

44 myśli na temat “Jesienne wspominki rodzinne

  1. Jejku, piękne wspomnienia! Mi też się łezka w oku kręci, jak myślę sobie o moich rodzicach, babci i dzaidzu, do których codziennie od przedszkola chodzę po szkole… Zawsze u nich mam ciepły obiad po ciężkim dniu nauki i mogę odpocząć do następnych zajęć pozalekcyjcnych, ale dopóki mama nie odbierze mnie po pracy….

    1. Korzystaj, póki możesz, bo pewnego dnia zostaną tylko wspomnienia. Refleksja, że tyle rzeczy można było zrobić inaczej, przychodzi zawsze za późno.

  2. Wspaniałe wspomnienia :) Zgadzam się z osobą powyżej – aż łezka w oku się kręci… Takie wspominania pozostają z nami do końca życia :)
    Widzę, że miałaś taką prawdziwą babcię :) Moja babcia ze strony taty nie lubiła dzieci co sama wielokrotnie wspominała… zamykała mnie i siostrę w pokoju (byśmy nie hałasowały podczas zabawy), kazała nam ciągle spać i najlepiej jakbyśmy się nie odzywały. Nigdy niczego nam nie upiekła – jeśli coś upiekła to dla dziadka i to były kichliki.. Mimo tego kochałyśmy ją jak babcię i jak odeszła płakałam – brakuje mi Jej. Z dziadkiem miałyśmy lepszy kontakt a i dziadek miał inne podejście do dzieci – często z siostrą i dziadkiem siadaliśmy pod starym orzechem i słuchałyśmy Jego opowieści :) Z dziadkami ze strony mamy miałyśmy gorszy kontakt – rzadko tam jeździliśmy, ponieważ dla taty „ważniejsi” byli jego rodzice (mimo iż mieszkali bardzo blisko siebie) a poza tym to u nich rodzice pracowali na polu. (dziadkowie ze strony mamy w większości opiekowali się wnukami innych swoich dzieci). Dopiero kiedy rodzice taty odeszli kontakty z rodzicami mamy uległy poprawie i razem z siostrą nawiązałyśmy z Nimi silniejszą więź, ponieważ już częściej jeździliśmy do Nich.

    1. Coś czuję, że byłabym taką samą babcią (i mamą), jak Twoja ze strony taty. Dlatego na wszelki wypadek nie planuję mieć dzieci, nie mam do nich serca ani cierpliwości. Cieszę się za to, że po latach same zawalczyłyście o kontakt z zaniedbaną rodziną.

  3. ah jaki sentymentalny wpis.. aż przypomniało mi się jak ja jedziłam do babci i robila mi nalesniki z nutella, które kroiłam jak pizzę, też oglądałam czy boisz się ciemności, kupowała mi krówki, które mogłam zjeść od razu całą papierową torebkę ale ja wolałam sobie dozować po 1-2 dziennie, żeby za szybko się nie skończyły. Pamiętam jak dziadka nigdy nie widziałam bo pracował ale rano znajdowałam od niego czekoladę koło łóżka. Pierwszy raz jadłam wtedy trudkawkowego wedla… ah co to był za smak, miałam 4 lata i byłam u babci przez ponad 4 miesiące, mama wysłała mnie żebym „odżyła” po 4 latach wędrowania szpital-dom-szpital. Babcia mieszkała 400km od nas i kontakt miałam tylko telefoniczny z mamą i do dziś pamiętam jak mama zadzwoniła i pytała co mi przysłać jakąś zabawkę, pieniądze cokolwiek, to ja jej odpowiedziałam, żeby przysłała mi w liście moje ulubione malutkie cukiereczki bo u babci w sklepie ich nie ma.. Był to czas kiedy łapałam u babci na działce w strumyku kijanki i hodowałam je w pudełku po delmie.

    Apropo siostry (tej starszej) to nigdy nie miałyśmy dobrych kontaktów.. zawsze była chyba o mnie zazdrosna bo zawsze jak byłam w szpitalu to chciałam mieć mamę tylko dla siebie.. miałyśmy wspólny pokój przez 10lat i nienawidziłyśmy się. Tzn ona nienawidziła mnie. Zaczęłyśmy ze sobą rozmawiać dopiero jak 3 lata temu urodziłam moją 1 córeczkę, ale było to takie rozmawiamy bo wypada. Mimo to i tak pilnowałam często jej synka, pomagałam jej, ogólnie ostatnio nasze relacje zaczęły być „normalne” Ale dopiero wczoraj, naprawdę wczoraj przyszła do nas bo jej męża zabrała karetka, taka zapłakana, nie wiedziała co będzie dalej i rozmawiałyśmy i powiedziała, że chce mi coś powiedzieć bo zbiera się do tego od dawna.. powiedziała, że mnie kocha i że dziękuje mi za wszystko co dla niej robię mimo iż była dla mnie taka. I wiesz co? zaskoczyła mnie bardzo, byłam wzruszona ale nie potrafiłam jej odpowiedzieć, mogłam ją tylko przytulić i to wystarczyło.

    Ahh rozpisałam się a tych wspomnień nazbierało mi się jeszcze więcej.. o zmarłym przyjacielu, o pierwszej miłości która najpierw była przez 5 lat najlepszym przyjacielem.. dużo tego

    1. Dziękuję za te wspomnienia, zwłaszcza o siostrze. Tyle lat życia w niechęci do siebie, aż wyobraziłam sobie mnie i Julkę. Może nam kiedyś też uda się naprawdę porozmawiać, a nie tylko tak pro forma. Trudno mi jednak zdusić urazę w sercu. Nie przez to, jaka jest dla mnie, bo mi nic złego nie robi, ale gdybyś widziała i słyszała, jaka ona jest względem naszej mamy… coś potwornego. Nie mogę jej lubić, gdy poniewiera osobą, którą kocham. Tak się nie da.

      1. to taka z kolei jest moja młodsza siostra.. a mama zwala wszystko na fakt, że jak była mała to była wychowywana przez babcię, ale babci zbyt dużo szacunku też nie okazuje. Widać w każdej rodzinie musi być taka osoba. Ale ona kiedyś przejrzy na oczy. Oby. :)

  4. Fajnie jest tak czasem powspominać. Ja nie mam aż tak barwnych przeżyć z przeszłych lat, ale pamietam wycieczki oraz co roczne sylwestry w gronie rodziców, ich znajomych i dzieci :) O babciach i dziadkach za dużo sie nie rozpiszę bo za bardzo za nimi nie przepadam a już w szczególności tymi od strony mamy. Natomiast rodzeństwa oraz osoby podobnej do Mariusza nie mam :)

    1. Nie mów, że nie masz barwnych przeżyć. Oczywiście, że masz! W taki sam plastyczny sposób mogłabym opisać każdy dzień Twojego życia. Wystarczy dać się ponieść wspomnieniom :)

  5. Kurczę, czasem w tym pędzie dobrze jest się zatrzymać, na chwilę chociaż. Ten post, był właśnie dla mnie takim zatrzymaniem – czas stanął w miejscu. Pokazałaś, tak jakby, cząstkę swojej duszy, a wydaje mi się, że właśnie czasem najciężej mówić jest o swoich uczuciach, takich… bardziej prywatnych, które często wolałoby się zatrzymać tylko dla siebie. Dlatego chyba mnie te wspomnienia tak poruszyły. Smuci troszkę ta część o siostrze, bezsilność, bezradność, obojętność to okropne uczucia, gorsze od jakichkolwiek innych. Trzymam kciuki, żeby Wam się kiedyś udało, tak po prostu, bardziej dogadać. :))

    1. Dziękuję za życzenia i dziękuję za to, że się zatrzymałaś. Pewnie później myślałaś o swojej rodzinie i swoich przeżyciach. Dobrze jest od czasu do czasu odświeżyć pamięć, zrobić rekonesans, mały rachunek sumienia. No i wywalić z siebie wszystko to, co się trzyma w środku, ewentualnie spisuje do papierowego pamiętnika. Takie wspomnienia to czasem więcej niż „kocham cię”. Myślę, że tak jest w moim przypadku. Dużo zdań mówi tu, że kocham, cieszę się, tęsknię, jestem smutna…

  6. Aż mnie coś ukłuło w środku, gdy pisałaś o sobie i siostrze. U mnie sytuacja wygląda trochę podobnie, chociaż może nie ignorujemy siebie tak bardzo, ale jednak.. Czasami mam wrażenie, że ona po prostu mnie nie lubi. Że zazdrości różnych rzeczy. Jakby miała do mnie jakieś ukryte wyrzuty, których nie mogę zrozumieć. Nieprzerwanie łudzę się, że po prostu jej to minie i gdy obie dorośniemy, będziemy umiały rozmawiać. Pytanie tylko, czy taki „magiczny” moment nastąpi..
    Za to wspomnienia o babciach i mamie czytałam z uśmiechem na twarzy. Aż cieplej mi się zrobiło, jakby ktoś mnie otulił taką puchaaatą kołderką. Pomyślałam, że na co dzień nie doceniamy naszych bliskich, tego, kim dla nas są, a zaczynamy o tym myśleć dopiero, gdy już ich z nami nie ma. Chyba pójdę przytulić się do babci…

    1. Koniecznie idź i się przytul. Tul dziś wszystkich, których kochasz, niech o tym wiedzą. A co do magicznego momentu… taki chyba nie istnieje. Jeśli któraś z Was nie poczuje potrzeby w głębi siebie lub jeśli którejś z Was coś nie kliknie w mózgu, to dalej będziecie się wymijać. Wiem to, bo gdybym wtedy nie zaprosiła Julki do baru, nie rozmawiałybyśmy. A i tak niewiele to dało, rok udawanej normalności. Dziś znów jesteśmy w punkcie wyjścia.

  7. to niesamowite, że zrobiłaś przegląd swoich wspomnień i to jeszcze w pozytywny sposób… Naprawdę urosłaś w moich oczach jeszcze bardziej! Przeczytałam wpis z dogłębną analizą i chyba zrobię to jeszcze raz :) Nie wiem skąd to mam, ale mnie bardzo intrygują ludzie, ich prywatne życie jak ich znam, a co dopiero jak wymieniam z nimi codziennie choć parę słów :D

    W każdym razie mnie samej łezka się zakręciła :) Choć nie powiem zbulwersował mnie fakt, że twoja siostra tak się izoluje od rodziny i jej nie szanuje oraz to, że … nie miałam pojęcia, że masz jeszcze rodzeństwo poza nią… Wnioskuję, ( wybacz za insynuacje :<), że to za pewne przyrodnie… Jeżeli mogę tylko spytać… Ile go jeszcze masz? Ja mam tylko starszą siostrę i najstarszego brata.

    Przykro mi z powodu, dziadków… Szczególnie w tym obu babuni… Ale na szczęście masz tak wspaniałe wspomnienia, które pozostaną z Tobą w sercu do końca życia :)

    A Mariusz mnie rozśmieszył, bo tak nazywa się mój brat xDD Ale on nie dorównuje wsparciem, jak ten twój :)

    Wspaniały pomysł na wpis… Moim zdaniem masz talent pisarski. W każdym tekście się odnajdujesz i w każdej tematyce… brawo :)

    1. Ja też lubię poznawać życiorysy i tajemnice osób, które znam. Interesują mnie jednak tylko emocjonalne i głębokie aspekty, a nie ciekawostki w rodzaju „nie lubię ziemniaków”.

      Siostra się nie izoluje, po prostu nie zna znaczenia słowa szacunek. Albo może i zna, ale jakoś nie bardzo ją ono interesuje. I jest to siostra przyrodnia, tak jak reszta rodzeństwa. Nie mam czystych sióstr ani braci. Wszyscy są młodsi, dwie dziewczyny i jeden chłopak.

      Dzięki ;*

      1. a mnie to i to, nawet czy lubi ziemniaki czy nie, taka ciekawska osóbka jestem :D

        dzięki wielkie, dobrze wiedzieć :) Myślałam, że czysta jest Twoja siostra dlatego się zdziwiłam.

        Nie to ja dziękuję ^^

      1. Robię co roku :)
        A rozmyślając bardzo żałuję, że moja Babcia zmarła tyle lat temu i nie miała szansy poznać Jarka.

        Jako dziecko strasznie lubiłam Wszystkich Świętych. Wiesz, ciemny cmentarz, cała rodzina razem, milion kolorowych światełek, specyficzny zapach, atmosfera i najlepsza zabawa: grzebanie patykami w zniczach :D Teraz też lubię te dwa pierwsze dni listopada, atmosfera na ciemnym cmentarzu jest niesamowita. Ale co roku kupuję jeden znicz więcej. W tym musiałam kupić aż dwa dodatkowe… I wiesz, z trudem powstrzymywałam łzy, bo choć taka jest kolej rzeczy, że żegnamy osoby starsze, bliskich nam dziadków i wujostwo, to jest naturalne i w pewien sposób ‚do przeżycia’, wczoraj zapaliłam gratisowe lampki dwudziestolatce, szesnastolatkowi i Maleństwu, które nie miało szansy nawet poznać głosu swoich rodziców. I przepraszam za wyrażenie, ale to… rozpierdala. Na kawałki…

        1. Mi jest gorzej, odkąd umarła babcia. Nie zapalam aż tylu zniczy, ile zapalasz Ty. Niespecjalnie interesują mnie też pradziadkowie i jakaś tam inna dalsza rodzina, której nie znałam. Liczy się tylko jeden grób, który jest dla mnie symbolem osoby, którą kocham (kochałam? kocham). No i zapalam dla zwierząt, głównie Azy.

  8. Niektóre wpisy są tak szczególne, że nie potrzebują komentarza. Napiszę tylko, że pięknie nam to wszystko opisałaś – niby nic takiego, a to jest takie… chwytające.

    Odniosę się tylko do zdania, że na swój sposób rodzinę wybrać można – tak, zdecydowanie się zgadzam. Nie uważam, że są jakieś „więzy krwi”, które byłyby silniejsze, niż więzy, uczucia do osoby, która, nieformalnie, do rodziny dołączyła. Osobiście nie lubię nawet dzielenia ludzi na „chłopak / przyjaciel czy dziewczyna / przyjaciółka / koleżanka / siostra”. Niektórych relacji nie da się zaklasyfikować.

    1. Tak bardzo prawdziwe jest to, co piszesz. Chodząc z Mariuszem do restauracji, zawsze mieliśmy problem, jak się do siebie zwracać przy innych. „Ja poproszę piwo, a dla…” i chwila zawieszenia. Przyjaciółki? Siostry? Koleżanki? Pani? Olgi? Wspólna krew nie jest potrzebna.

  9. Najbardziej szkoda tego, że Twoje relacje z siostrą nie są zbyt bliskie. Szczególnie my jako bliźniaczki nie wyobrażamy sobie jak to jest mieć tak chłodny stosunek do rodzeństwa, dodatkowo mamy jeszcze młodszą siostrę i co prawda nasze więzi kiedyś były dość zawiłe ale kiedy okres buntu nam się skończył doceniłyśmy siebie nawzajem i nie wyobrażamy sobie życia bez naszych pogaduszek i niemal codziennych relacji co się u nas ciekawego akurat wydarzyło :)

    1. Zazdrosnym okiem patrzę na takie relacji w filmach, czytam o nich w książkach. W moim życiu się nie udało, cóż… Życie nie zawsze jest jak z obrazka ;)

  10. Cudowne wspomnienia, tylko trudnej relacji z siostrą szkoda :/ Ja mam z moją świetny kontakt (ona jedyna zna adres mojego bloga :P) i nawet sobie nie wyobrażam, że bym miała z nią nie rozmawiać całe lata. A może Ty ze swoją jeszcze kiedyś się dogadasz… Życzę Ci, aby tak było ;) Co do dziadków to ja żadnym nie miałam takich relacji, jak Ty ze swoim – jeden umarł jak byłam bardzo mała (wiem tylko z opowieści mamy, że trochę się denerwował jak „majstrowałam” przy uchwytach od szafek), a z drugim, choć umarł kilka lat temu, nie pamiętam, żebym kiedykolwiek rozmawiała dłużej…

    1. Szkoda, że nie masz wspomnień z dziadkami, ale na pewno reszta rodziny nadrobiła :) A adres bloga czemu zna tylko siostra? U mnie wiedzą wszyscy, łącznie ze znajomymi.

      1. Bo się trochę wstydzę bloga – zdjęć i tego co tam wypisuje, ale myślę, że kiedyś będę gotowa trochę go w rodzinie i wśród znajomych rozpowszechnić ;)

  11. Piękny wpis. Dziękuję Ci za niego. Twoje osobiste przemyślenia są wyjątkowe. Skłaniają mnie one do jednej refleksji, która od jakiegoś czasu moderuje moje życie. To refleksja nie nad moimi wspomnieniami, ale wspomnieniami moich bliskich. Tych bliskich, którzy pozostaną gdy ja odejdę. Dzieci. Nie tylko moich, mam jedynaka, ale tych, z którymi mam w ogóle kontakt. Wiem, że nie mam żadnej mocy by wykreować w nich konkretne emocje czy myśli. Mam jednak moc i siłę by dawać im to co moim zdaniem ma istotny wpływ na kierunek tych emocji i myśli. To skupienie, uwagę, zainteresowanie. Odkładanie na bok swoich spraw by im poświecić czas. By w ten sposób wspomagać budowanie ich poczucia bezpieczeństwa, poczucia własnej wartości, umiejętności wyrażania uczuć, myśli. Pomagać i wspierać, a nie przeszkadzać i sterować. Ze swojego dzieciństwa pamiętam jednego wujka, który miał zawsze dla mnie czas. Ten człowiek nigdy mi nie odmówił rozmowy czy zabawy. Jeżeli mam odwagę, siłę i możliwości, by to samo dawać swojemu synkowi, to moim obowiązkiem jest wykorzystywanie tej szansy codziennie. Nie raz czy dwa. Dopóty, dopóki on będzie tego potrzebował, a nie dopóki mi się będzie chciało. Dlatego w dni, takie jak ten są dla mnie są dla mnie sygnałem do kierowania mojej uwagi na żywych. Ci, którzy odeszli nie potrzebują już mojego czasu. Ci, którzy rosną koło mnie… jak najwięcej.

    1. Ojej, to ja Ci dziękuję za ten komentarz. Nie myślałam nigdy o osobach, które zostaną na świecie, kiedy ja odejdę. Pewnie dlatego, że sama nie mam i nie planuję dzieci, a także z żadnymi nie mam na co dzień do czynienia. Rodzina, z którą spotykam się najczęściej, jest starsza ode mnie, więc to prawdopodobnie oni znikną jako pierwsi i to im poświęcam uwagę. Czas to wartość sama w sobie, ogromna wartość. Tak jak napisałam we wspomnieniu o tacie, czasem nie trzeba rozmów i zabaw, wystarczy siedzieć obok kogoś i wiedzieć, że on tu jest właśnie dla nas. Życzę Ci więc, żebyś tego czasu miał dla syna, jak i wszystkich innych, których kochasz, jak najwięcej.

  12. Wracam z cmentarza a tu taki post czeka :D
    Stanowczo za rzadko piszesz o sobie, tym bardziej, że zawsze przekazujesz to w tak przyjemny sposób..
    Szkoda tylko, że między Tobą a siostrą nieciekawie, jakoś nie mogę sobie wyobrazić, że mieszkałyście w jednym domu i się nie odzywałyście..

    1. Nikt nie potrafi sobie tego wyobrazić i każdy zakłada, że coś tam musiałyśmy do siebie mówić. Jakieś „na zdrowie”, gdy druga kichnęła, jakieś „cześć” rano, jak się budziłyśmy i mijałyśmy w drodze do toalety. Tak jednak nie było. Nie mówiłyśmy absolutnie nic.

  13. A ja coraz częściej dochodzę do wniosku, że instytucja rodziny to coraz bardziej odległe dla mnie wyrażenie… Rodzice są, ok, kocham ich z wszystkimi ich wadami – tak samo Teściową. Wkurzają mnie często, ale jestem im wdzięczna za wiele, choć nie za bardzo umiem to okazywać. Pozostała rodzina praktycznie dla mnie nie istnieje. Najżywsze wspomnienia wiążę z Dziadkiem od strony Taty i za nim rzeczywiście tęsknię. Żałuję, że mój Mąż Go nie poznał.

    Tak naprawdę moją najbliższą i najdroższą rodziną jest mój Mąż.

    1. Dla mnie też rodzina to najbliżsi. Nie mogę wyizolować dziadków, bo jedni mieszkali ze mną w domu, a druga babcia osiedle obok, więc moje kontakty z nimi to nie była wizyta raz na rok w święta. Co innego kuzyni, ciotki, wujkowie – to już rodzina papierowa.

Dodaj komentarz