Oho, Malaika

Degustację prezentowanej dziś Malaiki zaplanowałam na wieczór oddalony od dnia otwarcia Mauro dokładnie o tydzień. Nic mi z tego planu jednak nie wyszło, bo niesiona na fali entuzjazmu żywionego wobec Oho postanowiłam poznać drugi i póki co ostatni produkt, jaki firma ma w swojej ofercie, już kolejnego wieczora. Jego skład prezentował się nieco gorzej, bo oprócz tradycyjnych suszonych owoców – z moimi ukochanymi daktylami na czele – pojawiły się w nim także jagody goji i wiórki kokosowe. Skoro jednak przetrwałam spotkanie z kokosową Alohą, a naszpikowany goji Lewy Sierpowy stał się moim ulubionym batonem od Zmiany Zmiany, do degustacji Malaiki podeszłam bez stresów i kręcenia nosem.

Oho, Malaika (2)

Malaika

Recenzji nie mogłabym zacząć inaczej, niż rozpływając się nad szatą graficzną batona. Tu kolor był nieco gorszy niż w Mauro, a plastik wciąż niezbyt ekologiczny, ale reszta? Mistrzostwo i kolejna piątka plus dla projektanta. Tukan urzekł mnie zdecydowanie bardziej niż chiński smok, a kolorowe pnącza porastające białe tło pasowały do egzotycznego ptaka. Produkt przyciągał wzrok i sprytnie namawiał do… grzechu? Niekoniecznie, wszak skład też prezentował się cudownie. Żadnych polepszaczy i kosmicznych śmieci.

Oho, Malaika (4)

Sam baton wyglądał nieco mniej ciekawie. W barwie był brązowo-karmelowy, upstrzony nasionami chia, pesteczkami fig, słonecznikiem i fragmentami jagód goji (wiórków nie zarejestrowałam). Złośliwi mogliby stwierdzić, że przypomina im… coś mało apetycznego. Pachniał podejrzanie, bo trochę jak Petarda – a więc spiruliną (podczas konsumpcji drugiej sztuki już tego nie odnotowałam, ale informacji zdecydowałam się z recenzji nie usuwać), a trochę jak Aloha – zimnymi ogniami, czyli olejem kokosowym. W poniuchu dała o sobie znać naturalna i pyszna miodowo-razowa nuta. Blok bakaliowy łamał się rewelacyjnie, odbiegając konsystencją od wszelkich znanych mi raw barów. Po pierwsze: był supermiękki, po drugie: po ugryzieniu uwydatniała się jego… no właśnie, co? Maślaność? Oleistość? Parafinowość? Z jednej strony czułam, że to przez olej kokosowy, a z drugiej wiedziałam, że śluzowatość batona wynika z obecności nasion chia (wydzieliły taką samą osłonkę jak siemię lniane zalane wrzątkiem). Wiórków niemal nie było czuć.

Oho, Malaika (5)

Kiedy już się przyzwyczaiłam do faktu, że baton oleiście opływa język, zaczęłam zwracać uwagę na smaki. Pierwszy z nich przypisałam olejowi kokosowemu. Był tak wyraźny i dominujący, że nie mógł pochodzić ani od wiórków, ani od żadnego innego składnika. Oleju jednak w składzie nie znalazłam – przeoczenie? A może moje kubki smakowe zachorowały? Niemożliwe. Byłam pewna, że sobie tego nie wymyśliłam. Charakterystyczna nuta, odczuwana przeze mnie jako zimne ognie, wiodła w Malaice prym. Wrednych goji nie było czuć ani trochę – i bardzo dobrze – pozostałych składników też nie. Pesteczki fig i nasiona chia cudownie chrupały, urozmaicając delikatny suszonoowocową papkę.

Oho, Malaika (6)

Muszę przyznać, że konsystencja Malaiki naprawdę mnie zaciekawiła. Nie tylko dlatego, że wyczułam w niej – tak jak i w smaku – składniki, których z tyłu opakowania nie znalazłam, ale również dlatego, że nigdy wcześniej nie jadłam tak delikatnego i śluzowatego* raw bara. Baton był dużo mniej słodki od kakaowego Mauro i intensywnie olejowokokosowy, przez co nawet nieco mydlany. Musiałam przypisać go do kategorii tych produktów, które są tak dziwne, że aż chce się je zjeść do końca i sięgnąć po kolejną sztukę.

* Niezbyt fortunne słowo, wiem. Nie chciałam was obrzydzić, bo i opisany efekt nie był ani trochę obrzydliwy. Po prostu tego, co wydziela siemię lniane lub nasiona chia, nie da się nazwać inaczej, trafniej. To sympatyczny, zdrowy i ochronny śluz. Polecam zwłaszcza tym, którzy mają problemy żołądkowe.

skalachi_4Ocena: 4 chi


Skład i wartości odżywcze:

Oho, Malaika (3)


Oho logo(kliknij na obrazek, by przenieść się na stronę Oho)

26 myśli na temat “Oho, Malaika

  1. Dzieki Beatce Ervishy miałam okazje go sporbowac,ale odebrałam go troche inaczej niz ty XD Ja w nim tego oleju i śluzowatosci nie wyczulam,z kolei mocno odbiły mi sie w pamięci jagody goji i chyba rodzynki XD

    0
  2. Ta zawiesina, gluty, maź, czy jakkolwiek inaczej to nazwać, powstające z zalania siemienia, ostatecznie mnie odciąga od tego batona. Wspomnienia i smak nie pozwoliłyby spojrzeć na niego „czystym” okiem.

    0
    1. Jak się zaleje siemię wrzątkiem, wychodzi coś niejadanego (mam odruch wymiotny). Ale jak się poświęci 15 minut na ugotowanie ziaren w garnku, tworzy się b. gęsty i smaczny kisiel. Której metody próbowałeś?

      0
      1. Czajnik, kubek, woda. Tylko, że nie ja. Sam widok tego gluta źle mi się kojarzy, źle pachnie, ogólnie jest zły. Kisiel to ma być deser. Słodki w cholerę, a nie jakiś taki… zdrowy.

        0
        1. Kisiel z siemienia jest bardzo smaczny. Spróbuj tak, jak Ci napisałam, najwyżej mi wpieprzysz za kłamstwo :)

          0
  3. Jakoś nie mogę się przekonać do takich batoników. Zostaję przy fig barach .którymi zaraziłam mojego szwagra i mu nakupiłam w piątek figusów i mój brat mu zawiózł do Niemiec:)

    0
  4. Jak samo może pamiętasz stwierdziłam, że nie był zły, ale dziwny posmak nieco zepsuł mi przyjemność jedzenia. Mauro zdecydowanie był lepszy.

    0
  5. Faktycznie design opakowań batonów jak dla mnie jest trafiony w punkt. Lubię słodycze o kokosowym posmaku, nawet, gdyby ten miał płynąć wyłącznie z oleju kokosowego (bo przecież musiało coś wpłynąć na tę śluzowatość). Choć akurat słowa „śluzowaty” i „mydlany” sprawiają, że lekko wzdryga mną obrzydzenie. Nie cierpię jednak samych goji i mam nadzieję, że bym ich nie wyczuła.
    Pozdrawiam.

    0
  6. Jak coś już smażę, to na oleju kokosowym, ale jako dominujący smak w batonie… nie koniecznie chciałabym go czuć. Już wcześniej czytając o tych batonach i tylko „na oko patrząc” tak coś czułam, że Zmiany Zmiany to to nie są.

    0

Dodaj komentarz