Narodziłam się po to, by za chwilę umrzeć

Narodziłam się po to, by za chwilę umrzeć. Zaplanowano dla mnie życie krótkie, przepełnione zarówno wielkim smutkiem, jak i nieopisaną radością. Skazano mnie na niewiedzę, nieznajomość dnia i godziny. Otworzywszy oczy, miałam je zamknąć dopiero w chwili sądu ostatecznego, pozbawiona ulgi, jaką przynosi mruganie. Ludzie, wyrywając mnie z ciepła matczynego ciała, szeptali prawie bezgłośnie: nie zmarnuj  ani sekundy. Musisz patrzeć, obserwować, widzieć. I widziałam wiele, choć nie dane mi było zobaczyć najważniejszego – twarzy kobiety, która wydała mnie na  świat. Nigdy nie usłyszałam jej głosu, nigdy nie dotknęłam twarzy. Z łona wyrzucona wprost na zimny bruk miasta, zostałam zmuszona do stawiania pierwszych, chwiejnych i nieśmiałych jeszcze kroków.

Spotkałam wtedy kogoś. Nosił długą, czarną pelerynę, w ręce trzymał księgę. W milczeniu ujął moją dłoń i pociągnął za sobą do ceglanego budynku. Nie wiem dlaczego, ale poczułam, że oto kończy się moje dzieciństwo. Usadzono mnie w wielkiej ławce, na drewnianym krześle. Choć znajdowałam się blisko okna, nie mogłam przez nie wyjrzeć. Byłam zbyt mała. Rozumiałam, że jeszcze nie nadszedł odpowiedni czas, musiałam jeszcze na coś zaczekać, czegoś dokonać. Dopiero wtedy wyrosną mi skrzydła, a ci z zewnątrz pozwolą unieść się na nich. Sami otworzą okno i rozkażą lecieć. Lecieć daleko i długo, aż opadnę z sił i stoczę się w przepaść. Nie wiedziałam jednak, co znajduje się za oknem. Nie wiedziałam także, czym właściwie jest świat, czym są morza i oceany, wyspy i kontynenty, o których wielokrotnie mówiono w ceglanym budynku. Zadawano mi wiele pytań i oczekiwano, że odpowiem. Wiedziałam, że powinnam mówić, że powinnam wiedzieć, znać te wszystkie odpowiedzi. Taką dostałam rolę i musiałam odegrać ją dobrze.

To właśnie wtedy odezwałam się po raz pierwszy. W roztargnieniu sklejałam znane mi litery i otwierając usta, rodziłam słowa, potem zdania i wreszcie całe wypowiedzi. Zaczęłam mówić i nie mogłam skończyć. Zaschło mi w ustach, poczułam wielkie pragnienie, a zaraz po nim zmęczenie i senność. Głowa zaczęła układać się na zgiętej ręce, a powieki ciążyły. Wtem z hukiem otworzyły się drzwi. Ktoś przyszedł po mnie i był zły. Zły, że chciałam tak wcześnie zamknąć oczy. Zły, że zapomniał się i nie zareagował w chwili, gdy poczułam zmęczenie. Strącił mnie z krzesła, jak strąca się z drzewa niedojrzałe jeszcze jabłko, i popychając, skierował ku ulicy. Kiedy się obróciłam, już go nie było. Pozostał po nim zielony papierek, na którego widok serce zabiło mi szybciej. Poczułam, że go pragnę, że go potrzebuję, bo bez niego nie przetrwam w tym wielkim świecie.

Na ulicy panował ruch. Tysiące ludzi przechodziło obok, szturchając i potrącając mnie raz po raz. Nie widziałam jednak żadnych twarzy. Tłum wydawał się całkowicie anonimowy, bezimienny. Żadna z osób nie posiadała tożsamości, cienia czy choćby odbicia w sklepowej szybie. Wszyscy byli tacy sami. Brali udział w wyścigu po rzecz, którą od pewnej chwili trzymałam kurczowo w dłoni. Nie rozumiałam jeszcze dlaczego, ale wiedziałam, że też muszę wystartować. Rozpoczęłam wędrówkę, a słońce ruszyło razem ze mną.

Było ciasno, na tyle ciasno, bym w końcu doświadczyła dziwnie znajomego ciepła. Ciepła ludzkiego ciała, jakie czułam w chwili narodzin. To ktoś z tłumu, mężczyzna, podszedł do mnie na tyle blisko, bym zobaczyła jego twarz. Zatrzymaliśmy się, stanęliśmy w tłumie, a wraz z nami w miejscu stanął czas. Nieznajomy ujął mnie za rękę tak czule, jak nikt wcześniej, i pozwolił sobie na odciągnięcie mnie od wyścigu, od mety. Zboczyliśmy z drogi, skręciliśmy w białą alejkę. Poczułam na ustach słodycz, a potem słodycz przepełniła mnie całą. Odchyliłam głowę, by spojrzeć w gwiazdy. Po raz pierwszy zobaczyłam to, o czym wielokrotnie opowiadano w budynku z cegieł. Stałam rozmarzona i obserwowałam ciała niebieskie tańczące po firmamencie, podczas gdy w dole nasilało się dziwne mrowienie, ruch, czasem nawet ból.

Nie pamiętam dokładnie, kiedy poczułam się słabo i upadłam na ziemię. Mężczyzna klęczał przy mnie, gładząc po lewej ręce, prawą bowiem ściskałam maleńkie zawiniątko, z którego wystawała równie maleńka główka różowego człowieczka. Położyłam go na bruk i obserwowałam, jak rośnie i odchodzi bez pożegnania. Zostałam sama. Nikt nie przychodził, by zabrać mnie do nowego budynku, a i mężczyzny spotkanego zaledwie chwilę temu w tłumie nie potrafiłam już dostrzec. Odszedł wraz z dzieciątkiem, może trochę później, a może wcześniej. Czas od zawsze był pojęciem względnym.

Nie miałam już sił. Nogi odmawiały posłuszeństwa, wzrok płatał figle, a pamięć zaczęła szwankować. Język zapomniał dawnych słów. Nie były już potrzebne, bo nigdzie poza budynkiem z cegieł ich nie używano. Na ulicy nikt nikogo nie słuchał, nikt nie liczył się z niczyim zdaniem. Narastający ból głowy sprawiał, że nie potrafiłam sobie przypomnieć, jak właściwie znalazłam się pośród tłumu i dlaczego zdecydowałam się iść przed siebie. Ze złotych ambon wołano, że człowiek obdarzony został wolną wolą. Czym była i do czego służyła? Nie wiedziałam. Przeglądając się w sklepowej witrynie, spostrzegłam koryta powstające na bladej i naznaczonej czasem skórze. Moja twarz pozbawiona została wyrazu, upodobniła się do twarzy miliona osób, które wciąż przechodziły obok. Nie potrafiłam już zmusić się do uśmiechu. Dokądkolwiek szłam, ludzie zamykali przede mną drzwi, mówiąc, że nie mogą mnie wpuścić, że jeszcze nie czas.

Włóczyłam się samotnie aż do chwili, w której przed oczami stanął mi obraz kobiety, którą niegdyś powinnam była nazywać matką i której ramiona powinny chronić mnie od zła. Dlaczego po tak długim okresie niepamięci, po spotkaniu setek takich samych ludzi, nagle w moim umyśle zrodziły się jej oczy, jej usta, jej miękkie włosy? Znajdowałam się pod wielką ścianą. Ścianą, za którą nie było nic. Może kiedyś, w przeszłości, stanowiła część jakiegoś budynku. Teraz jednak stała samotna i bezużyteczna, zupełnie jak ja. Tkwiło w niej okno, którego wygląd przyciągał moje spojrzenie. W blasku szyby zauważyłam jakiś ruch, błysk roześmianych ust. Może to ten sam błysk, który przywiódł mi na myśl uśmiech matki? Nie wiedziałam i nie miałam się tego dowiedzieć.

Doczekałam chwili, w której mogłam zamknąć oczy. Zostałam uratowana, zwolniona z męczarni i oczekiwania. Lekki powiew wiatru szarpnął za klamkę i okno otworzyło się na oścież. Poczułam ogromny, lecz bardzo krótki ból, który przysporzył mi więcej radości niż cierpienia. Oto bowiem wyrosły mi skrzydła, na które czekałam, odkąd otworzyłam oczy. Wszystko wydało się błahe i nieważne. Całe to życie, cała droga pośród ludzi nic nie znaczyła i trwała zaledwie kilka minut. Poczułam ulgę i spełnienie, choć nie zostało po mnie nic. Nikt po mnie nie zapłacze i nikt o mnie nie pomyśli, ponieważ nie osiągnęłam niczego. Ciało z mego ciała stanowiło osobny rozdział, osobną historię.

Napełniłam się nadzieją, gdyż nigdy nie posiadłam dostatecznej wiedzy, która dałaby mi pewność. Przyszło mi opuścić świat samotnie. Zupełnie tak, jak przeżyłam całe swoje życie. Nie musiałam się z niczego tłumaczyć, ani nikogo uspokajać i zapewniać, że będzie lepiej. Przecież wcale nie miało być lepiej, nie miało być także niczego nowego – ani gorszego, ani lepszego. Nie czekało na mnie nic więcej prócz okna, otwartego i szerokiego na tyle, by przepuścić mnie i moje wielkie ptasie skrzydła. Wzniosłam się, uleciałam ku chmurom. Przelatując przez okno, zamknęłam oczy, gdyż słońce raziło nadzwyczaj mocno. Czułam jego przytłaczające piękno i potęgę. Pozwoliłam sobą zawładnąć, dałam się oślepić. Z sekundy na sekundę traciłam świadomość. Popadając w stan niebytu, wyraziłam zgodę, by skrzydła niosły mnie wysoko i daleko, gdzie złudne słowo jestem subtelnie ścierało się z rozgrzanym powietrzem dnia.

Przestawałam istnieć.

***

Tekst powstał w 2010 roku (lub wcześniej?), nie pamiętam okoliczności.

13 myśli na temat “Narodziłam się po to, by za chwilę umrzeć

  1. Piękne…. brak słów by to opisać, jednak czasem słowa, długie wywody są zbędne… Twój tekst jest na prawdę piękny….. Dziękuję Ci za to, że podzieliłaś się swoją twórczością

    0
  2. Masz talent, niezaprzeczalnie. Z chęcią poznałabym więcej Twoich tekstów. Nawet w tak krótkiej formie wzruszasz i skłaniasz do refleksji. Samotność, niezrozumienie, chęć poznania prawdy, uwolnienie się od brzemienia. Krótki tekst, a przepełniony tyloma ważnymi aspektami… Liczę na więcej tekstów tutaj :)
    Pozdrawiam.

    0
  3. bez urazy, ale czasem czuje się na tej stronie jakbym czytała zwierzenia gimnazjalistki, która chce zaimponować znajomym jaka to nie jest głęboka i artystyczna…

    0

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.