Lindt, Mocca

Pod koniec czerwca tego roku, kiedy młodzież świętowała uzyskanie promocji do następnej klasy (jak ja nie lubię określenia promocja użytego w niniejszym kontekście!), studenci zdanie egzaminów i zaliczenie kolejnego semestru, dorośli planowali wakacyjne wyjazdy lub dopinali wszystko na ostatni guzik, a staruszkowie kończyli pielić grządki na swoich działkach, ja ze zmarszczonym czołem przeglądałam listę słodyczy i zastanawiałam się, co warto znieść do piwnicy mamy, co z niej zabrać, a co zjeść od razu. O ile jednak podobne myśli towarzyszą mi każdego miesiąca i są spokojne – cóż to takiego pójść do piwnicy i coś z niej wyciągnąć? – o tyle czerwcowe spokojne być nie mogły. W połowie lipca miał się zacząć remont, a ja musiałam sprytnie wszystko rozplanować, żeby po powrocie nie zastać miliona przeterminowańców. Szczęściem w nieszczęściu był fakt, że w okresie wakacyjnym termin ważności kończyło mniej więcej dziesięć słodyczy, które spokojnie dało się zjeść w pierwszej połowie lipca, jeszcze przed opuszczeniem domu. Wśród słodkości tych znalazły się aż dwa Lindty, z których jeden pojawi się w czasie bliżej nieokreślonym, drugiego zaś prezentuję dziś – półtora tygodnia po zakończeniu remontu.

Lindt, Mocca (1)

Mocca

Tabliczkę Mocca dostałam wraz z Irish Cream na mikołajki od mikomamy. Zresztą nie tyle dostałam, co sama ją sobie wymacałam i wybrałam. Kierowały mną wówczas dwie żądze: alkoholu i kawy, obie zaś miała dopełnić słodycz mlecznej czekolady. Z pierwszą się nie powiodło, bo smak wymarzonego likierowego kremu pozostawiał wiele do życzenia, względem drugiej natomiast wciąż żywiłam spore nadzieje. Tym bardziej, że należała do innej linii, dzięki czemu jej kostki nie były kapsułkowe, ale płaskie i pokryte lindtowymi zdobieniami. Tabliczka dzieliła się w systemie sześć rządków po dwa prostokąty.

Lindt, Mocca (3)

Pomimo upałów, jakie panowały od połowy maja, z tabliczką nie stało się nic złego. Nie rozpuściła się, nie splastelinowiała, nie przecisnęła się przez palce, by z rozpędem uderzyć o podłogę. Krótko mówiąc: nie przejawiała skłonności do samozagłady. Albo jeszcze inaczej: w każdym jej milimetrze widać było jakość. Pachniała słodką mleczną czekoladą i gorzkawą kawą – idealnie! Przy okazji uzmysłowiłam sobie, że jeszcze nigdy nie jadłam słodyczy o smaku mocca, a nawet nie do końca wiem, z czego ów napój się składa (wg Wikipedii: z espresso, gorącego mleka oraz ciemnej lub mlecznej czekolady). Do tej pory – w ramach blogowej przygody – miałam do czynienia jedynie z trzema Ritterami: Kaffee + Nuss, Espresso, Eiscafe, tabliczkami Zottera: Cognac + Coffee, Coffee Toffee, obleśną Heidi Iced Coffee, batonikiem My name is Coffee Blast i jakimiś pomniejszymi słodyczami. W lodówce czekają na mnie jeszcze dwa fragmenty cudownych kawowych czekolad od Mistyffikacji i jedna cała od taty, ale ich nazw zdradzać póki co nie będę.

Lindt, Mocca (4)

Zewnętrzna powłoka smakowała dokładnie tak, jak się spodziewałam. Była mleczna, słodka, typowo lindtowa. Rozpuszczała się szybko i tworzyła obłędnie gęste, najcudowniejsze na świecie bagienko. Skryty pod nią krem niemal nie różnił się konsystencją, był tylko nieco tłustszy i topniał na języku jeszcze szybciej. Był jak zgęstniały krem z Lindorów. Smakował kawą z mlekiem, przez co całość kompozycji wypadła wyraziście i gorzko-słodko-mlecznie. Po zniknięciu kostki na języku zostawała kawowa goryczka.

Lindt, Mocca (5)

Szukam minusów, ale nie potrafię znaleźć. Piękna szata graficzna, jeszcze piękniejszy układ tabliczki, dostojne kostki. Zapach raju, konsystencja wciągającego bagienka, smak łączący mleko, czekoladę i kawę. Choć od początku roku na czekolady patrzyłam spod byka, odczuwając silne recenzenckie przemęczenie, Mocca mnie odprężyła. W liczącym ponad trzydzieści stopni upale była jak mleczno-kawowa Czekotubka, w deszczowym dniu zaś stała i niemal jednolita, ale za każdym razem równie wspaniała. Długo zastanawiałam się, co jej wystawić. Najniższą możliwą oceną było 6 chi ze wstążką, najwyższą oczywiście unicorn smaku. Z jednej strony coś mnie powstrzymywało, bo tabliczki wcale nie chciałabym zjeść drugi raz – nie przez najbliższy rok – z drugiej jednak wiedziałam, że przyznawałam różowe wyróżnienie gorszym produktom, np. ritterowemu Kokosowi*. Ostatecznie uznałam, że skoro jest to najlepsza tabliczka Lindta, jaką jadłam, jednorożca przyznam właśnie za ów fakt. (Kolejne przypadną tabliczkowym Hello?).

* Naturalnie w chwili wystawiani unicorna nie widziałam w kokosowej tabliczce żadnych wad. Dopiero po zmianie gustu i narodzinach wstrętu do przecukrzonych czekolad zmieniłam zdanie.

skalachi_unicornOcena: unicorn smaku


Skład i wartości odżywcze:

Lindt, Mocca (2)

39 myśli na temat “Lindt, Mocca

  1. Nie wiem co o niej sądzić – sama bym jej nie kupiła, ale jak bym ją jadła, to na pewno by mi smakowała. Wyglada pysznie no i miano unicornu na pewno bez powodu by się nie pojawiło no i ten zapach raju :D Choć na pewno dla każdego raj pachnie inczej :)

    0

  2. W czerwcu również powynosiłam czekolady do piwnicy – schowałam je jeszcze do pudełka aby nie złapały niepożądanych zapachów :)
    Słodycze kawowe smakowały mi jak byłam mała a jak dorosłam już nie…. w ogóle nie lubię kawy ale dziś niektóre łakocie z jej dodatkiem mi smakują (np. baton DK). Nie wiem, czy ta przypadła mi do gustu – na bank my mnie zasłodziła bo mleczna czekolada Lindt jest dla mnie przeraźliwie słodka ;P Wiem jedno – moja siostra byłaby zadowolona ;)

    0

    1. Moje są w puszkach, a puszki w torbach – podwójne zabezpieczenie. Nawet potrójne, bo jeszcze ich własne opakowania.

      Baton DK?

      0

  3. Nie mam wątpliwości, ze ta tabliczka by mi smakowała. Dlatego ciągle się zastanawiam czemu jej nie kupiłam jak miałam szansę. Chyba jakieś zaćmienie umysłu.

    0

  4. Fajnie, że kawa ale z mlekiem, bo o ile w kubku pije bez tak w czekoladowych tworach lubię ten posmak niby śmietanki. Że będzie słodko, bagienkowo to się spodziewałam, ale że będzie odwzorowanie smaku kawy to jestem szczerze zdziwiona, bo to jeden z większych problemów w takich słodyczach. Do tego piękna szata graficzna! Oj chciałabym ją ogromnie bardzo niewyobrażalnie mocno.

    0

  5. łoooo chcę tą czekoladę! matko boska, jeszcze smak mocca! no tortury czytać o niej! Kochana a zdjęcia remontu będa prawda? albo jak już umeblujesz? w którąś niedzielę? :)

    0

  6. Moim jedynym źródłem „kawy” w organizmie są słodkości o kawowym posmaku. W połączeniu z Twoją silną rekomendacją, faktem, że lubię słodkości Lindta i moją ostatnią niepohamowaną chęcią na słodycze – postanowiłam ją nabyć. Zwykle jem słodkości tylko w weekend, ale skoro w tym tygodniu już od wtorku codziennie zajadam się sklepowymi pysznościami to czemu by nie przedłużyć jeszcze o jeden dzień tego błogostanu? :D
    Pozdrawiam.

    0

  7. Olga przybij ze mną łapkę :) jadłam tą czekoladę i byłam nią zachwycona:) ach jak bym jeszcze raz ja chciała dostac:(

    0

  8. Mnie nie powaliła ona zbytnio, ale gdzieś z tyłu głowy czułam, że Tobie powinna baardzo przypaść do gustu. No, 5 chi byłam pewna, ale unicorn trochę mnie zaskoczył.. Na plus oczywiście, fajnie widzieć u ciebie jednorożca przy czekoladzie :D (o kokosowym RS’ie nie miałam pojęcia i nawet jak mówisz, że to przeszłość, to nie mogę wyjść z podziwu o.O)

    0

Dodaj komentarz