Czego tak naprawdę oczekuję od bliskich osób?

Po kilku niedzielach z rzędu, podczas których na blogu nie pojawiło się nic refleksyjnego, odczułam potrzebę pisania. Od pewnego czasu nosiłam w sobie zalążek rozmyślań o relacjach międzyludzkich i oczekiwaniach, jakie żywimy… jakie ja żywię względem innych. Coś tam się rozwinęło, coś się wykluło. Sformułowałam wnioski. Kiedy jednak zasiadłam do laptopa, uznałam, że nie będę uogólniać. Nie chcę i nie lubię. Zamiast tego – jak zwykle – na warsztat wzięłam samą siebie.

To samo proponuję wam. Uczyńcie z dzisiejszego tekstu punkt wyjścia do refleksji nad własnymi

oczekiwaniami względem ludzi.

Zacznę od banału. Nie czuję się osobą młodą, ale wiem też, że nie jestem stara. Coś tam już przeżyłam, jeszcze więcej zapewne przede mną. Przez długie lata ze spokojem obserwowałam, jak zmieniało się moje postrzeganie wielu rzeczy. W zasadzie to wszystkiego, całego świata. Przykłady? Z osoby rodzinnej i towarzyskiej stałam się aspołecznym dziwadłem, z wierzącej ateistką, na dodatek nie aż tak tolerancyjną wobec wiary innych osób, jak bym tego chciała. Nie ma tragedii, zawsze mogę nad tym pracować. Przynajmniej widzę moje słabości i przyznaję się do nich.

Znalazłam się w punkcie, w którym mam wrażenie, że niewiele od ludzi potrzebuję. Nie czekam na księcia z bajki, który przyjedzie po mnie na białym koniu i porwie ku krainie wiecznego szczęścia. Zamiast tego – w miarę możliwości – na co dzień sama dbam o swoje szczęście, nie opierając go na innych, a jedynie na sobie. Poza tym ostatnie lata nauczyły mnie, że bycie singielką to nie taka straszna rzecz. Nawet wygodna. W XXI wieku w wielkich miastach nie istnieje wstydliwe staropanieństwo.

Tego też nie potrzebuję

Nie potrzebuję niczyjej łaski ani litości – nie cierpię ich. Jeśli nie radzę sobie sama, w ostateczności poproszę o pomoc, ale przychodzi mi to z trudem. Zdecydowanie wolę się złościć i smucić, ale przeżywać moje porażki w samotności. Gdybym miała do wyboru jechać na czyichś plecach i zbierać za tę osobę laury albo zostać wyrzucona z pracy, bez wahania wybrałabym to drugie. Cenię uczciwość i własny wysiłek.

Nie potrzebuję mieszkania, cudzych pieniędzy, robienia mi zakupów ani gotowania rosołków, gdy jestem chora. To też pewnie efekt lat bycia singielką, który niełatwo z siebie wyrwać. Cóż, kolejna rzecz do przepracowania. Albo i nie? Wcale nie czuję się źle z tym, że lubię i chcę radzić sobie sama. W ostateczności, kiedy wszyscy zawiodą albo w życiu dzieje się coś paskudnego, zostaje z nami tylko jedna osoba – my sami.

Nie jest jednak tak, że nie potrzebuję… że nie oczekuję od bliskich niczego. Jeśli są dla mnie naprawdę ważni lub ja jestem ważna dla nich, liczę na to, że będą wykazywać pewne cechy, zachowywać się w konkretny sposób. No dobra, może to nie brzmi zbyt dobrze, że czegoś od nich oczekuję. Powinnam raczej napisać, że zanim człowiek stanie mi się naprawdę bliski, sprawdzam, czy posiada trzy cechy (to niewłaściwe określenie, ale nie wiem, jakiego innego użyć). Są nimi:

1. Zrozumienie

Z jednej strony wydaje mi się, że na zrozumieniu ze strony bliskiej osoby zależy mi szczególnie, ponieważ jestem dziwna i wycofana, z drugiej jednak wiem, że zrozumienie jest ważne dla każdego. Mam dużo zalet, mam również wady, które ze strachu przed brakiem zrozumienia wyolbrzymiam. Podobno wolę nastraszyć drugą osobę, żeby przygotowała się na najgorsze i ewentualnie została miło zaskoczona, niż żeby widziała we mnie anioła, a potem się rozczarowała. Tak słyszałam.

Poza tym już nie raz dano mi do zrozumienia, że naprawdę jestem toksyczna i krzywdzę ludzi, bo najbardziej zależy mi na mnie samej. Zdaję sobie wówczas sprawę z tego, że jeśli mam w sobie choć odrobinę przyzwoitości, nie powinnam próbować się do nikogo zbliżyć. I że lepiej będzie, jeśli nie pozwolę się sobie zakochać, ani nawet zdobyć nowych przyjaciół. Czasem tę walkę (ze sobą) przegrywam.

Twoje zrozumienie daje mi ulgę i spokój ducha.

Mam swoje dziwne rytuały i całą listę rzeczy, których zrobić nie chcę, nie potrafię lub sama sobie nie pozwalam. Pokrętne sekrety są tym, co boję się wypuścić na światło dzienne, żeby nie wyjść na bardziej zdziwaczałą, niż jestem podczas powierzchownych spotkań w pracy, komunikacji miejskiej czy na ulicy. Kocham siebie, a jednocześnie nienawidzę tego, że jestem sobą.

2. Akceptacja

Drugim poziomem zrozumienia jest akceptacja. Nawet jeśli ktoś wykazuje zrozumienie dla moich dziwactw, nie oznacza jeszcze, że je akceptuje. Może kazać mi spadać na drzewo albo odprawiać rytuały z dala od niego. Akceptacja następuje wtedy, gdy na chwilę schodzi mi z drogi lub trzyma mnie za rękę, pomagając przejść przez sytuacje, które są dziwne, niekomfortowe, smutne, złe i straszne nawet dla mnie.

Tylko przy osobie, która ma zrozumienie dla moich wyborów i przyzwyczajeń – co nie oznacza, że je rozumie, to zupełnie inna rzecz – oraz akceptuje mnie taką, jaką jestem, mogę być prawdziwą sobą. Nie pilnować się, nie powstrzymywać, nie myśleć o wszystkim, co mówię i robię.

Twoja akceptacja daje mi poczucie bezpieczeństwa i komfort bycia sobą.

Jeśli zaczynam traktować drugą osobę jak mebel – co brzmi okropnie, ale chodzi mi o swobodne bycie przy niej, a nie o ignorowanie jej – wiem, że jesteśmy na dobrej drodze do bycia dla siebie kimś ważnym. Albo już jesteśmy dla siebie ważni. Bo tylko przy niej mogę chodzić bez makijażu, w majtkach i rozprutej koszulce, głośno bekając, jedząc surówkę z cebulą i drapiąc się w nosie tak, jakbym była sama.

3. Posiadanie własnego zdania

Ostatnimi czasy zdałam sobie sprawę z tego, że bardo denerwują mnie ludzie, którzy są nijacy. Albo tak bardzo przerażeni byciem sobą, że zaczyna im być wszystko jedno, co, kiedy i jak robią. Na pytanie, co mają ochotę oglądać, odpowiadają: ty wybierz, gdzie chcą iść wieczorem: tam, gdzie ty, co robić: obojętnie.

Lubię planować, spisywać listy, organizować. Lubię, gdy druga osoba daje mi porządzić lub coś wybrać. Nawet codziennie. Pozostawanie flakiem bez własnego zdania to jednak coś zupełnie innego. Kiedy czuję, że drugiej osobie bardziej zależy na mnie niż na samej sobie, odechciewa mi się chcieć.

Twoje zdecydowanie rodzi między nami partnerstwo.

Ponieważ mam trudny charakter, nie potrafię chować dumy do kieszeni, i w ogóle niełatwo ze mną żyć, swojego czasu myślałam, że potrzebuję człowieka, który będzie mi we wszystkim ulegał. Lata samotności przyniosły przeciwny wniosek – jeśli ktoś daje sobą rządzić w pełni, włażę mu na głowę. Nie potrafię inaczej i nigdy nie wychodzi z tego nic dobrego. Ja wylogowuję się z takiej relacji sfrustrowana i zła (zarówno na owego biednego człowieka, jak i na siebie), a on smutny i zawiedziony. Bo przecież dał mi wszystko, czego chciałam. Problem w tym, że sama nie wiedziałam (nie wiem?), czego chcę. Albo tylko mi się wydawało (wydaje?), że wiem. Pomyliłam się. Cały czas się mylę.

Osoba, której (nie) chcę

Nie chcę, żeby bliska osoba – członek rodziny, ukochany, przyjaciel – była wobec mnie okrutna. Nie chcę, żeby mną pomiatała, krzyczała na mnie i sprawiała, że nie będę czuła się pewna, szczęśliwa ani spełniona. Potrzebuję czuć grunt pod nogami, a ten grunt nie może co chwilę się palić. Nie mogę się również czuć się zerem, bo wiem, że nim nie jestem, lecz gdy ktoś za często to powtarza, trudno się oprzeć i nie uwierzyć.

Równie mocno nie chcę nikogo za sobą ciągnąć. Ani wiecznie za kimś gonić. Marzę o komforcie kroczenia z kimś ramię przy ramieniu, podawania sobie ręki, gdy druga osoba się potknie. Nie chcę być gorsza, ale jeszcze bardziej nie chcę czegoś przeciwnego – nie chcę, by choć przez sekundę przeszło mi przez myśl, że może to ta druga osoba jest gorsza ode mnie.

Twoja stanowczość i pewność siebie dają mi poczucie, że liczymy się oboje.

I na koniec – dość przewrotnie, bo na co dzień często myślę, że jestem pępkiem świata – potrzebuję osoby o charakterze na tyle silnym, że nigdy nie wyda mi się bezbarwna i nudna. I że mimo tego, iż na co dzień będę się czuła dla niej całym światem, od czasu do czasu, bardzo delikatnie i czule, ale stanowczo, przypomni mi, że nie wszystko kręci się wokół mnie.

***

Albo to wszystko na nic, a ja powinnam mieć w sobie na tyle dużo dobra, by odsunąć od siebie ludzi.
Nigdy nie chciałam zostać skrzywdzona.
Nigdy nie chciałam nikogo skrzywdzić.

30 myśli na temat “Czego tak naprawdę oczekuję od bliskich osób?

  1. Widzę, że mamy wiele wspólnych cech i podobne uosobienie. Czytajac Twoj wpis czułam się tak jakbym sama go właśnie tworzyła, z jednym wyjątkiem mnie samotność trochę uwiera. Niby człowiek młody i zabiegany, tak tego nie odczuwa, ale fajnie czuć że jest ktoś kto Cię wspiera, a kiedy trzeba upomina i przywraca do pionu, no ktoś o kim wiesz, że Ci pomoże, zna Cię i zrozumie w ciężkich warunkach twojej ocenie chwilach. Tego brak

    1. Szkoda. Wolałabym, żeby mniej ludzi czuło się tak, jak czuję się ja. Byliby szczęśliwsi.

      Samotność odczuwam tylko wtedy, gdy zorientuję się, że można żyć inaczej. Kiedy liznę szczęścia, a potem je tracę. Zanim wrócę z powrotem do bańki samotności, przez moment bardzo boli. A ów moment czasem dłuży się i dłuży.

  2. Piękny wpis. Oddałaś w nim dużą część siebie. Dzięki temu widzę, że jesteś osobą o bardzo silnym charakterze i żadna porażka Cię nie pokona. Niestety nie można tego powiedzieć o mnie. Aczkolwiek grunt to wybierać na swojej drodze odpowoednich ludzi (tak jak robisz to Ty) i dzieki temu nie martwić się życiem

    1. Tak. Myślę, że jestem silna. Że przetrwam nawet najgorszy syf.

      „Wybieranie ludzi” niestety nie gwarantuje braku zmartwień. Ludzie fundują niespodzianki na każdym kroku, ale w sumie to jest w nich fajne. Jasne, że lepsze są miłe niespodzianki, ale niemiłe również wiele uczą. Nawet więcej niż miłe.

      PS Lepsze od wybierania ludzi jest uczucie zostania wybranym przez drugą osobę :)

  3. Nawet nie wiesz Olgo, jak wiele mamy ze sobą wspólnego.. :) Bardzo lubię te posty, w których się troszkę uzewnętrzniasz, pokazujesz jaka jesteś. A jesteś naprawdę wartościową i fajną osobą. Myślę, że w realnym życiu byśmy się dogadały :)

    1. Podobne i nie. Na chwilę obecną np. zazdroszczę Ci rodziny i wsparcia, które w niej masz. Ale tak, ja też myślę, że byśmy się dogadały. Jesteś osobą, którą na bank chcę poznać w rl.

      1. oooo bardzo mi miło, dziękuję ;* Ja również chętnie poznałabym Cie w realnym świecie :) Może kiedyś się uda :) z ta rodziną to też bywa róznie, często muszę wyjść gdzies wieczorem sama na spacer, ze słuchawkami w uszach, żeby się uspokoić i wyciszyć Że już nie wspomnę o braku dostępu do tv a na komputerze w spokoju mogę coś poczytać jak jedna jest w przedszkolu a druga śpi, albo późno w nocy :) Ale cieszę się, że mimo wszystko są :)

  4. Jak zobaczyłam tytuł i przeczytałam dwie pierwsze linijki, to aż zapauzowałam muzykę, żeby się skupić, bo trafiłaś w sedno z tematem – który ostatnio mnie męczy i ciągle jest na tapecie.

    Chyba mnie brakuje tych kilku lat doświadczenia i dojrzałości, żeby przestać opierać swojego szczęścia na innych. Żeby przestać mieć wysokie wymagania względem innych, wybrzydzać, kręcić nosem – „Bo mało ambitny”, „Bo nie zrobi tego tak dobrze, jak ja”, „Bo ma we łbie nasrane inaczej niż ja”, „Bo mnie denerwuje jego poczucie humoru, które jest słabe”… To jest chyba też kwestia charakteru – straszna ze mnie perfekcjonistka. I to może męczyć. Męczy mnie samą. I męczy innych ludzi.

    Mamy to samo – z trudem przychodzi mi proszenie o pomoc, a wszelkie zasługi czy sukcesy to efekt mojej pracy. Jednocześnie staram się zachować pokorę i na laurach nie spoczywać. Nie chcę zawieść samej siebie – oraz innych. Także cenię uczciwość, pewną prawość, rozumianą jako trzymanie się jakichś swoich wartości, swojego światopoglądu (a nie „Człowiek-chorągiewka”). Ale także uczciwość rozumianą jako bycie po prostu fair, w porządku – wobec innych i samego siebie.

    Też jestem taką „Zosią-samosią”. Wszystko sama. Zakupy robię sama, gotuję sama, leczę się sama, a jak mnie coś boli, to nie narzekam – robię sama. Też wyprowadzka z domu mnie tego nauczyła. Coraz częściej mówię rodzicom „To jest moja sprawa i sama to załatwię”.

    W kwestii zrozumienia – już to pisałam pod wpisem „Tam dom mój, gdzie serce moje”, że bywam introwertycznym freakiem i czasem po prostu ludzie mnie męczą, chcę być sama. Mam swoje – jak to ujęłaś – rytuały, rutynę i chciałabym, żeby ktoś to uszanował i zrozumiał. Jeśli chodzi o rozczarowanie moją osobą… Ja nie umiem uwierzyć w swoje dobre strony. Że się komuś mogę spodobać (ach, sprowadzam to tylko do związków – ale ostatnio taki mam czas; wiosna, motyle w brzuchu i inne skowronki). Okropnie boję się odrzucenia, a łatwo wzbudzić we mnie nadzieję. Więc co robię? Buduję wokół siebie wał obronny, czy tam inny mur – gruby na kilka metrów i wysoki, jak cholera. Nie wiem, ile taranów trzeba, żeby go rozbroić, na razie nikt nie podjął trudy. I to może zniechęcać. Ale liczę, że znajdą się osoby (dwie przyjaciółki mam, więc jest sukces, a koledzy tego nie dostrzegają ;)), które zrozumieją, że łatwo mnie zranić, choć uchodzę za tą, która „Niczego się nie boi i nie da sobie w kaszę dmuchać”.

    Końcowy akapit o akceptacji – mistrzostwo! Znowu trafiłaś w punkt. Chodzi o swobodę. Ja się często krępuję i mało jest osób, w towarzystwie których czuję się swobodnie. I mogę jeść swobodnie czosnek, haha :D Ale chodzi mi przede wszystkim o swobodę psychiczną – że będę mogła podzielić się swoimi rozkminami i myślami, i ten ktoś nie spojrzy na mnie jak na chorą psychicznie. O dziwo, mojemu tacie z trudem to przychodzi – jeśli przychodzi w ogóle. Dlatego się mu nie zwierzam, bo jak zaczynam mówić jakąś rozkminę, to widzę to zniechęcenie i przestaje – a on wtedy zaczyna nawijać o tym, co ostatnio się zepsuło w samochodzie, jak to naprawiał itp.

    I znowu – zdecydowanie także sobie cenię. Nie mogłabym być z kimś, kto jest zahukany, wyciszony, zacofany. I jak tak analizuję, to… w ogromnej większości faceci, którzy mi się podobali (podobają) byli zdecydowani, z silną osobowością i charakterem. Jakiś czas temu odważyłam się i napisałam do kolegi, czy pójdzie ze mną na spacer. No zgodził się. To się pytam: kiedy? -Obojętne. -Gdzie? -Ty coś wybierz, dostosuję się. -O której godzinie? -Hm, nie wiem.
    No to podałam. Spacer się nie odbył ;)

    Przepraszam, że tak się rozpisałam, ale naprawdę ostatnio mam dużo rozkmin na ten temat. Bo podobam się chłopakom, którzy mnie się nie podobają, a nie podobam się tym, którzy dla mnie są atrakcyjni. I już nie wiem, czy ja za dużo wymagam, czy powinnam bardziej w siebie uwierzyć czy co? (Pytanie retoryczne)

    1. Muzyka towarzyszy mi w niemal każdej minucie życia. Nawet jak zasypiam, włączam wieżę i ustawiam na samoistne wyłączenie się. Wyjątki stanowią chwile, gdy dzieje się coś tak ważnego – ktoś coś pisze lub trafiam na niezwykły tekst – że muszę wcisnąć pauzę, żeby się skupić.

      Ja też mam wymagania wobec ludzi. Zdecydowanie więcej niż zaprezentowałam. W życiu codziennym jednak się one zacierają. Niby chciałabym takiego i takiego faceta, ale jak już się zakocham, a on tych cech nie posiada lub posiada przeciwne, to nagle przestaje mi zależeć, by był idealny. Wolę wówczas, żeby po prostu był.

      Nie cierpię ludzi-chorągiewek. Przy paru okazjach o tym wspominałam, ale może kiedyś poświęcę tematowi cały wpis. Milion razy bardziej wolę człowieka wkurzającego niż żadnego. (Chyba). I takim też sama wolę być. (Na pewno).

      Choroby i porażki najlepiej znosi się w samotności.

      Oj, u mnie też mur obronny jest gigantyczny. Chociażby teraz. Tak boję się odrzucenia, że jestem w innym miejscu, niż chciałabym być. Będę myśleć, płakać i śnić koszmary, ale sama niczego nie zainicjuję, na wypadek gdyby druga strona się rozmyśliła.

      Mój tato jest identyczny. Poważnie z nim nie pogadam, a jak spróbuję, to i tak wszystko odbije żartem. Czasem mam wrażenie, że boi się słuchać o moich słabościach. Mnie na przykład przerażają sytuacje, w których widzę, jacy moi rodzice są słabi. Wolę myśleć, że zawsze sobie ze wszystkim poradzą i jeśli zajdzie potrzeba, to oni uratują mnie, a nie ja ich. Ja nie dam rady. Przy natłoku problemów wycofuję się i zamykam w domu.

      Chyba nie masz czego żałować, że się ten spacer nie odbył ;)

      Chyba żartujesz, że mnie przepraszasz! Nawet nie wiesz, ile Twoje zaangażowanie sprawiło mi radości. Aż zostawiłam sobie Twój komentarz na koniec.

      PS Pora znów włączyć muzykę :)

      1. Jeszcze mi się przypomniało, że oczekuję wierności, poczucia stabilizacji i bezpieczeństwa. Nie mam na myśli tego, że ktoś ma za mną chodzić jak piesek i spędzać każdą chwilę. Chodzi o takie wyważenie – ma mieć ten człowiek pasję, żeby mógł się czymś zająć, a z drugiej strony nie lubię ludzi, którzy wszystkich dookoła kokietują, chcą zapoznawać (a nie poznawać – wyczuwasz różnicę? :D) jak największą ilość osób bez większego zaangażowania. No ale, ludzie w moim wieku chcą się bawić – a ze względu na różne moje przeżycia osobiste, rozrywek i zabawy mam zanadto. Dlatego… potrzebuję gwarancji (?).

        Też tak mam, że przestaję zwracać uwagę na ten rozdźwięk między oczekiwaniami, a rzeczywistością, jak już się zakocham, tylko że u mnie rodzi to ból – bo mój ideał gwarantuje mi, że mnie nie skrzywdzi, a odstępstwo daje dozę niepewności – a ja boję się zranienia i rozczarowania. Dlatego buduję dystans. Tylko że szukając ideału, będę w efekcie sama.
        Tutaj wchodzi kwestia hierarchizacji pewnych wymagań. Zdecydowanie wolę, żeby facet dawał mi poczucie bezpieczeństwa, niż żeby był zabawny czy rozrywkowy.

        Mój wychowawca (prawicowiec, z czym się nie krył – ale bardzo go za to szanuję, bo spotykał się z szykanami ze strony uczniów i współpracowników), silna osobowość, mawiał: „Trzeba być zimnym albo gorącym. NIGDY letnim.” oraz „Tylko zdechłe ryby płyną z prądem”. Do końca życia to zapamiętam :)

        Jeśli chodzi o mur, to jest to troszeczkę związane ze strefą komfortu (choć nie lubię tego coachingowego sformułowania). Najlepiej jakby ktoś go rozbił. Albo nie – przeskoczył, żeby się chronić za nim we dwójkę :P

        Moi rodzice… Mama gra większą rolę w moim życiu, bo tata nie został nauczony rozmowy o emocjach. Z mamą mam bardzo szczerą relację, choć nie zawsze taka była. Zwierzam jej się z różnych rozterek. Jest silną osobą (a właściwie to pozoruje być silną, bo boi się ujawnić słabości – mam tak samo), dlatego nigdy nie przerzucała na dzieci swoich problemów. Ostatnie wydarzenia sprawiły, że dzwoniła do mnie i musiała mi się wygadać – a ja ze swoim rozkminiającym, analitycznym umysłem wspierałam ją i pocieszałam, jak mogłam. Cieszę się, że widzi we mnie przyjaciółkę, choć zna umiar (mama przyjaciółki mieszka w Anglii i dzwoni do niej codziennie, żaląc się, że ktoś plotkował, ktoś coś zrobił i inne takie). I cieszę się, że mogę jej pomóc. Ja mam tak, że jak są problemy, które mniej mnie dotyczą, to staję na wysokości zadania i je rozwiązuję. Pewnie dlatego studiuję zarządzanie :P

        Bardzo dziękuję, że mogę z Tobą porozmawiać na ten temat. Ja mam taki właśnie rozkminiający umysł, a niewiele osób chce się zastanawiać nad różnymi rzeczami – więc tłumię to w sobie.

        1. Pierwszy akapit równie dobrze mogłabym napisać ja. Rozumiem Cię bardzo dobrze.

          Chyba boję się odrzucenia mniej niż Ty. Czasem wolę zaryzykować, mimo iż jakaś relacja od początku śmierdzi cierpieniem, niż pozbawić się szansy. Ty się w takiej sytuacji od razu wycofujesz?

          Brzmi jak z książek Dmowskiego ;) Pisałam o tym pracę magisterską.

          „Przeskoczył, żeby się chronić za nim we dwójkę” – jak nie lubię cytatów, tak to chyba sobie wydrukuję i zawieszę nad wejściem do mieszkania.

          Moje relacje z rodziną to trudny temat. O wiele trudniejszy od poruszonego we wpisie ;)

          Możemy pogadać poprzez maile, jak masz chęci. W razie czego pisz.

            1. Widziałam, widziałam. Nie otwierałam, bo chcę to zrobić, gdy będę miała więcej czasu i będę mogła porządnie Ci odpisać ;*

  5. Lubię tego typu posty – dzięki nim mogę lepiej Ciebie poznać, dowiedzieć się czegoś więcej o Tobie…. Masz swój charakter, swoje zdanie, poglądy i słusznie – każdy powinien je mieć (i raczej ma)a nie powinien sie ich wstydzić, udawać kogoś kim nie jest. Ty jesteś naturalna i wydajesz się być bardzo fajna, choć najprawdopodobniej nie zawsze dobrze bym Ciebie zrozumiała (ale to można „naprawić” przy bliższym i dłuższym poznaniu :) )

    1. Rzucam ironią i żartuję, mając grobową minę. Faktycznie mogłabyś mnie nie zrozumieć i się wystraszyć. Jesteś bardzo delikatną osobą.

  6. A teraz popatrz na osobę, którą opisałaś. Popatrz na nią z dystansu, jeszcze nie oceniaj. Sklonuj ją, niech porozmawiają, niech… żyją razem. Popatrz na nie… popatrz i powiedz mi co widzisz…

    1. Powiedziałam Ci, że nie chciałabym żyć ze sobą. Podtrzymuję to. Ale czy Ty na to samo pytanie odpowiedziałbyś inaczej? Oboje jesteśmy tak samo nieznośni, tak samo uparci i wkurzeni na cały świat. Problem leży gdzie indziej – czy zniesiemy siebie nawzajem?

  7. Dziwnie jest czytać tekst, który w stu procentach oddaje Twoje myśli i uczucia, a został napisany przez kogoś innego.

      1. Jest mi przykro, że utożsamiasz się z tym dziwactwem. Ale to przez to tak dobrze się rozumiemy, więc jednocześnie – czysto egoistycznie – nie jest mi przykro.

  8. Olcia jesteśmy tak różne, a jednocześnie takie same. Czy to Ty widzisz? Tak bardzo Cię kocham i tak bardzo jestem dumna, że jesteś moją córką. Tak przyszło mi do głowy, że to jest ten czas, właśnie teraz, abyśmy zabrały się za „Miłość jak cztery pory roku”. Co Ty na to?

    1. Nie, mamo. Ty jesteś czystym dobrem, które ja od czasu czasu mącę. Za co przepraszam, ale nie obiecuję, że cokolwiek się zmieni. Nie zmieni się.

      W obecnej sytuacji za wcześnie na przemyślenia. Muszę złapać perspektywę, ale o tym już pogadałyśmy przy piwie, gdy dwa towarzyszące krzesła stały puste.

  9. Po raz kolejny widzę jak wiele nas łączy, a opisanych przez Ciebie cech na pewno oczekuję od drugiej osoby. Niewiele jest osób, które mnie rozumieją (ja też nie wszystkich rozumiem i inne wartości niż większość osób uważam za ważniejsze), ale nie jest mi potrzebny do szczęścia kontakt z mnóstwem ludzi i ciągłe spotkania – nic na to nie poradzę, a kiedyś też byłam rodzinna i towarzyska (nie wiem co w największym stopniu mnie zmieniło, mogę tylko przypuszczać). Nie zmienię się tylko po to, żeby inni bardziej mnie akceptowali.

    W oczach niektórych na pewno jestem aspołecznym dziwadłem (dla niektórych z mojego otoczenia weekend bez najazdu na kilku znajomych się nie liczy :D), ale jeśli na co dzień mam kontakt ze sporą liczbą osób (i co ciekawe obcy ludzie jakich spotykam w pracy mnie lubią i bardzo łatwo nawiązuję kontakt chyba ze wszystkimi, nawet z tymi wydającymi się na pierwszy rzut oka wrednymi :P) to nie widzę nic złego w chęci pobycia z naprawdę bliskimi lub w samotności, jeśli mam ku temu okazję.

    1. Jakie inne cechy ludzkie stawiasz na piedestale? Chodzi mi o te, które mogłyby zostać niezrozumiane. Zdradzisz?

      Weekend wśród dużej liczby ludzi… piątek, sobota i niedziela… a po tygodniu to samo… Wolałabym sobie od razu palnąć w łeb.

      Z obcymi też łapię kontakt i „jest ok”. Po prostu dobrze się maskuję ;)

  10. Czytając wczoraj Twoj wpis i dzisiaj te wszystkie komentarze troszkę się rozchmurzylam. Fajnie poczuć że są inni ludzie o podobnym usposobieniu jak moje. Tak myślę, że nam wszystkim dobrze by się wspólnie konwersowalo. Trzeba pomyśleć o jakiejś grupie albo forum. Miło jest poczuć że nie jest się jedynym dziwadlem na świecie ;)

    1. Tylko czy aspołeczny człowiek będzie chciał się zaangażować we współtworzenie grupy, nawet jeśli będą w niej sami aspołeczni ludzie? :P

  11. Olgo, Twojego bloga czytam od zarania i zawsze z wielką niecierpliwością odliczam dni do niedzieli. Lektura Twoich refleksyjnych wpisów stała się już rytuałem, pozwalajacym uśmierzyć niepokój przed poniedziałkową lawiną ;) Jestem Ci wdzięczna za każdy z nich z osobna, a za ten szczególnie, ponieważ wyzwolił we mnie falę wzruszeń. Okazuje się, że wszystkie wskazane przez Ciebie cechy to podstawa mojej weryfikacji, czy dana osoba zasługuje na to, by ją do siebie dopuścić (czy narazić na współobecność :), lecz do tej pory nie zastanawiałam się nad tym głębiej.
    Obawa przed odtrąceniem i duma są na tyle skutecznym mechanizmem obronnym, że przestałam się łasić, błagać o uwagę, a akceptacja jest kluczowa. Nie potrzebuję przytakiwania, tylko zgody na przyjęcie mnie taką, jaką jestem. Dużo wody jednak upłynęło, zanim to pojęłam. Podobnie, jak i Ty nie jestem też w stanie znieść ludzi polipów, nie mających własnego zdania, konformistów, a słowo „obojętne” po prostu doprowadza mnie do szewskiej pasji :D

    Olgo, nie będę się rozwodzić – wpis doskonały, ubogacający i zaszczepiający refleksje. Dziękuję <3

    1. Ile radości sprawił mi Twój komentarz, to nawet nie masz pojęcia. Jednocześnie czuję smutek, bo – jak już paru osobom wyżej napisałam – wlałabym, żeby ludzie byli inni niż ja, szczęśliwsi i bezproblemowi.

      Jeśli po publikacji wpisu przeszło mi przez myśl, że trochę przesadziłam, wrzucając do sieci coś tak szczerego i osobistego – a przeszło parę razy – to teraz jestem już tylko pewna trafności decyzji.

  12. Bardzo Ci dziękuję za ten wpis. Widzę, że mam podobne zdanie w aspektach oczekiwań od ludzi bliskich. Jak będziesz w Krakowie to zapraszam na kawę i pogaduchy :)

Dodaj komentarz