Domy strachów we Wrocławiu – zestawienie

Dom strachu to kolejne – zaraz po wesołym miasteczku – miejsce, które nie znudzi mi się nigdy. Skądinąd domy strachów, od których zaczęłam swą straszną przygodę, zlokalizowane były właśnie w wesołych miasteczkach i wchodziły skład tamtejszych atrakcji. Były dość małe, opierały się na tych samych, napędzanych prądem potworach, poruszało się po nich wagonikiem, a przejażdżka trwała kilka minut i po sprawie. Wystarczyło zamknąć oczy, by przetrwać, z czego parę razy skorzystałam. Dla Oli chodzącej do podstawówki była to frajda, dla Olgi obecnej nuda i strata cennego czasu.

Miejscem, które zrewolucjonizowało moje myślenie o domach strachu, był Horrorwood. Przyjechał do Wrocławia tuż przed lub po tym, jak poszłam do gimnazjum. To pierwszy dom strachu, w którym nie wsiadało się do wagonika, ale szło. Cóż za emocje! Złowieszcza muzyka, mechaniczne strachy, mgiełka buchająca ze ścian, dodatkowe pokoje dla osób nieco odważniejszych i aktor czyhający na końcu ciemnych korytarzy. Ach, byłabym zapomniała, okulary 3D, które miały za zadanie spotęgować grozę w wybranych salach, a z których my nie korzystałyśmy, bo były tekturowe, niewygodne i spadały.

fot. Romero Filho (Flickr)

Choć może się to wydawać zabawne, w Horrorwood byłam dwadzieścia razy, jak nie więcej. Wraz z przyjaciółką poświęcałam ok. 40 minut jazdy autobusem w jedną stronę tylko po to, by wydać kieszonkowe na atrakcję, którą znałam na pamięć. I za każdym razem bałam się tak samo! Pod koniec udało nam się nawet wejść za darmo, bo prowadzącym było już wszystko jedno i nie pilnowali działania strachów, przez co połowa nie działała. Pozwolili nam wówczas wejść i policzyć te niedziałające.

Od czasu podstawówki minęło… trochę lat, a ja wciąż kocham domy strachów. Po Horrorwood trafiałam na same kiepskie i małe, z których korzystałam tylko w przypływie nostalgii i rozpaczy. Na szczęście obecnie jak grzyby po deszczu wyrastać zaczęły alternatywne domy strachów, w których mechaniczne duchy zastąpili aktorzy, muzyka nie występuje lub jest jedynie akcentem, groza zaś opiera się na całokształcie sytuacji. We Wrocławiu – póki co – znajdują się takie trzy. O nich zdecydowałam się dziś opowiedzieć.

Dom Zła

To pierwszy nowoczesny dom strachu, do którego trafiłam. Jak go znalazłam? Co jakiś czas szukam w internecie mocniejszych atrakcji (proszę bez skojarzeń!), dzięki czemu zdarza mi się trafić na perełkę. Sprawdziłam, że znajduje się w dogodnej lokalizacji – wówczas w okolicy Pasażu Niepolda, ale wkrótce przeniósł się na Kazimierza Wielkiego – i uznałam, że nie ma na co czekać.

Do Domu Zła – którego nazwa nie brzmi tak strasznie, jak autorom mogłoby się wydawać – udałam się z trójką przyjaciół: Sylwią, Kasią i Mariuszem. Najpierw został nam przedstawiony regulamin, później zaś mogliśmy zadać pytania i zostawić rzeczy u boku sympatycznego, mówiącego z odpowiednią dozą grozy pana. Jeśli dobrze pamiętam, za zabawę zapłaciliśmy 120 zł, przy czym liczba osób nie miała znaczenia, bo była to stała kwota za przejście grupy liczącej 2-6 osób.

fot. Sweetie187 (Flickr)

Przygoda rozpoczęła się rewelacyjnie. Zostaliśmy zmuszeni do przejścia przez ciemne i wąskie drzwi, za którymi czekał nas koszmar. By przedostać się do kolejnego pomieszczenia, musieliśmy znaleźć klucz. Brzmi niezbyt skomplikowanie? Poczekajcie! Klucz był ukryty, niejednokrotnie należało rozwiązać zagadkę, by go otrzymać. Nie to jednak było najgorsze. Podczas gdy my błądziliśmy po ciemku, starając się wymacać ratujący nas przedmiot, z drugiego końca sali kroczył ku nam jeden z wielu strachów-aktorów. Uwierzcie, że w takiej sytuacji nie pamięta się, że to tylko człowiek.

Zabawa bardzo nam się podobała. Na pewno znaczenie miał fakt, że był to mój pierwszy dom strachu tego typu, uważam jednak, że atrakcje zostały przygotowane naprawdę porządnie. Pokoje można nazwać tematycznymi, strachów było wiele, a wyobraźnia otrzymała pole do popisu.

Po wyjściu zrobiono nam zdjęcie. Wyszliśmy dobrze, bo na szczęście nikt nie narobił w spodnie.

Oficjalna strona Domu Zła

***

House of Fear

Po wizycie w Domu Zła rozsmakowałam się w strasznych atrakcjach i uznałam, że trzeba szukać dalej. No dobra, trochę zakrzywiam czasoprzestrzeń, House of Fear bowiem znalazłam niemal równocześnie z Domem Zła i tylko przypadek zadecydował, że nie wybraliśmy się do niego na dzień dobry. Następujące potem miesiące z kolei nie sprzyjały wyprawie do domu strachów, więc przekładaliśmy ją i przekładaliśmy. Bolało mnie to, bo kiedy przeczytałam w internecie, że House of Fear jest jedynym piętrowym domem strachu we Wrocławiu, byłam chora z potrzeby odwiedzenia go.

W końcu – po roku! – udało mi się zebrać nową ekipę. Tym razem miało być pięć osób: Ania, Sylwia, Pyszczek, moja siostra i ja, jednak Sylwia i siostra odpadły gdzieś tam po drodze. Zarezerwowałam więc termin dla trzech osób, powiadomiłam towarzyszy, że będziemy płacić po 30 zł (kwota za pojedynczą osobę, niezależna od liczebności grupy) i uprzedziłam, żeby zabrali pampersy.

We wrocławskim domu strachów House of Fear, zlokalizowanym na Dworcu Świebodzkim, powitali nas jeszcze lepiej niż we wcześniej odwiedzonym. Pan w recepcji trochę nas nastraszył, wytłumaczył zasady, zapoznał z regulaminem i wziął na przechowanie rzeczy zbędne typu torebki, kurtki itd. Wspomniał, że nie możemy kopać ani bić aktorów, za to oni mogą liznąć nas po uchu.

Na ściance przed wejściem do właściwej części domu strachów znajdowały się podobizny różnych bohaterów z horrorów. Pomyślałam, że może to być wskazówka odnośnie tego, co czeka nas wewnątrz, jednak w chwili, gdy zauważyłam jedyną postać, która jest w stanie wystraszyć mnie na śmierć – z oczywistych względów nie zdradzę, o którą chodzi; chyba nie chcecie zepsuć sobie zabawy? – pożałowałam moich przypuszczeń. Jak się później okazało, wykrakałam…

fot. Dennis Skley (Flickr)

House of Fear nie jest domem strachów dla osób, które lubią bać się lekko lub nie są wysportowane co najmniej umiarkowanie. Rzeczywiście posiada dwa piętra, co wiąże się z czołganiem, wspinaniem, przeskakiwaniem przez barierki i… przekonacie się sami! Warto dodać, że każdą z tych czynności wykonuje się w stresie i pośpiechu, gdyż z przeciwnego końca sali idzie, pełznie, sunie lub biegnie coraz to gorsze straszydło. Jeśli się zamyślisz, złapie cię za nogę, i to naprawdę mocno. Rewelacja!

Grozę w tym domu strachów budują nastrój niepewności oraz pomieszczenia przygotowane z największą dbałością o szczegóły. Wiszące na ścianach lustra powodują, że „nigdy nie wiesz, czy jesteś w korytarzu sam, czy może potwory otaczają cię zewsząd” (opinia Pyszczka). W dowolnym momencie zabawy możesz wykrzyczeć hasło bezpieczeństwa lub pokazać odpowiedni znak do kamery, choć i tak jedyne, o czym myślisz, to ucieczka. Umierasz ze strachu, a jednocześnie bawisz się jak nigdy dotąd.

Końcówka i sposób opuszczenia House of Fear – mistrzostwo świata!

Tu również zrobiono nam zdjęcie, niestety nie pojawiło się na fanpage’u. Widocznie nasze twarze nie nadawały się na ściankę lub wtopiliśmy się w tło (przypominam: podobizny postaci z horrorów).

Oficjalna strona House of Fear

***

House of Horror

W trakcie ponownego googlowania House of Fear trafiłam na kolejny, trzeci wrocławski dom strachów – House of Horror. Od chwili, gdy zarezerwowałam zabawę, jego reklama zaczęła prześladować mnie zarówno na Facebooku, jak i Instagramie. (Czekałam tylko, aż wyskoczy z lodówki). Rozumiem, że remarketing ma za zadanie napędzać marce klientów, ale bez przesady. Oglądając wizytówkę tego samego miejsca codziennie po dziesięć razy, można się naprawdę zirytować.

Próg tego domu strachów przekroczyliśmy w środowy wieczór. Było tuż przed 19:00, z nieba zaczęło kapać, wiatr lekko targał włosami. Pogoda nie sprzyjała zabawie, ale i tak mieliśmy nadzieję na przeżycie czegoś (strasznie) wyjątkowego. Czyż nie mawia się, że apetyt rośnie w miarę jedzenia?

Do wrocławskiego House of Horror wpuszczono nas przed czasem, byśmy niepotrzebnie nie mokli. Tym razem na recepcji stała kobieta. Tak jak w poprzednich domach, poinformowała nas o możliwości przerwania zabawy za pomocą hasła bezpieczeństwa, konieczności szukania kluczy i szansie na znalezienie źródła światła. I tu dochodzimy do elementu, który w poprzednich opisach pominęłam. Otóż w każdym domu było niemal zupełnie ciemno. Jedynym zależnym od nas źródłem światła była mała i w większej części zamalowana na czarno latarka, która dawała minimum światła. Na tyle dużo, byśmy zobaczyli, że coś idzie, ale nie mogli uświadomić sobie, że jest to człowiek. W Domu zła znaleźliśmy ją bez problemu, w House of Fear prawdopodobnie przeoczyliśmy i ktoś nam ją podstawił ponownie, w House of Horror zaś dana była niemal od razu, na dodatek okazała się najgorsza, bo dawała najwięcej światła.

fot. gianluca (Flickr)

Nie wiem, ile minut zajęło nam przejście labiryntu, ale zgodnie uznaliśmy – Ania, Pyszczek i ja – że zabawa trwała za krótko. Tuż po wejściu do nowego pomieszczenia strachy same mówiły nam, jak rozwiązać zagadkę lub w którym miejscu znajduje się przejście (!). Nie mieliśmy czasu ani szansy na szukanie, w efekcie lęk towarzyszył nam jedynie w momentach, w których ktoś wyskakiwał zza rogu. Był to lęk mechaniczny typu coś do ciebie leci, więc się zasłaniasz. Nastrój, który zaczął się budować po wejściu do części właściwej domu strachów, opadł już przez podpowiedzi pierwszego z aktorów.

Właśnie: aktorów. Byli tak dobrze oświetleni, tak rozgadani i tak ludzcy, że nie dało się postrzegać ich inaczej niż jako zwykłych ludzi – pracowników domu strachu. Ania z nimi rozmawiała, ja się uśmiechałam, a Pyszczek po prostu szedł. Odnieśliśmy wrażenie, że przez pogodę i późną porę organizatorzy chcieli się nas pozbyć jak najszybciej, „żeby wrócić do domu i obejrzeć serial” (słowa Ani).

Nie chcę pogrążać tego domu strachów, ale atrakcje też nas zawiodły. Część stanowiła powielenie scenariusza i scenerii z Domu Zła, co było dość przykre dla osób, które miały okazję odwiedzić go wcześniej. Pokoje były przygotowane z pomysłem, ale bez uczucia. Naprędce, jakkolwiek, na odczepnego. W efekcie House of Horror sprawiał wrażenie domu niskobudżetowego.

Po wyjściu nikt nie zaproponował nam zdjęcia. Pani zapytała tylko, jak się bawiliśmy, ale nie mieliśmy serca powiedzieć jej prawdy. Całe szczęście, że za każdą osobę zapłaciliśmy tylko 25 zł.

Oficjalna strona House of Horror

***

fot. Sweetie187 (Flickr)

Domy strachów we Wrocławiu – podsumowanie

Niekwestionowanym numerem jeden wśród wrocławskich domów strachu jest zlokalizowany na Dworcu Świebodzkim House of Fear. Dwa piętra, atmosfera grozy i oryginalne postacie. Scenariusz dopięty na ostatni guzik i zakończenie z piekła rodem. Idąc tam, należy jedynie pamiętać, by założyć wygodne ubranie, którego nie będzie żal pobrudzić. No i trzeba umieć się przeturlać oraz podskoczyć.

Drugie miejsce zdobywa Dom Zła, który w chwili obecnej przechodzi modernizację i zostanie otwarty… nie wiadomo kiedy i gdzie. Jest to dom strachów spokojniejszy, niewymagający tak zaawansowanego ruchu jak dom numer jeden. Co nie znaczy, że daje taryfy ulgowe. Decydując się na przejście jego korytarzami, warto ocenić swą umiejętność działania w obliczu krótkiego czasu i sporego stresu.

Trzecie miejsce – bo nie da się niżej – zdobywa House of Horror. Niestety zawiódł całą naszą trójkę, przez co nie mam ochoty polecić go nikomu. Sama pewnie dam mu drugą szansę za kilka miesięcy lub za rok, do tego czasu jednak wolę pozwiedzać konkurencyjne domy strachów w innych miastach.

fot. Sweetie187 (Flickr)

Do House of Fear nie idź, jeśli masz problemy z sercem lub nie jesteś wysportowany.

Do Domu Zła nie idź, jeśli nie masz doświadczenia z lżejszymi domami strachu i nie znasz swoich możliwości trzeźwego myślenia w obliczu nadciągającej potworności.

Do House of Horror nie idź, jeśli nie chcesz zmarnować pieniędzy.

18 myśli na temat “Domy strachów we Wrocławiu – zestawienie

  1. Trzy ostatnie zdania – idealne podsumowanie.

    Ja już chyba strachu tego rodzaju mam na jakiś czas dość. Przestawiamy się na wesołe miasteczka? :D

    0

  2. Nigdy nie byłam w takim miejscu i jakoś specjalnie mnie do nich nie ciągnie. Nie chodzi tutaj o strach, to czy bym się bała, czy nie, ale po prostu nie jest to atrakcja dla mnie ;) Bardzo dobrze podsumowałaś całosć ;)
    Miłej niedzieli :)

    0

  3. Byłam kilka razy w domach strachu, ale nigdy nic w nich mnie nie przestraszyło – ja chyba nie umiem się bać takich rzeczy (podobnie jak Horrorów) albo byłam w za mało strachowych :P Ale do tego najstraszniejszego wrocławskiego chętnie bym się wybrała i może bym tak zrobiła, gdyby o nim wcześniej wiedziała, bo byłam we Wrocku na początku maja – następnym razem będę to miała na uwadze :D

    0

  4. Ej, nie wiedziałam, że coś takiego istnieje! Myślałam, że to to samo co Escape Room. Brzmi super, muszę tam pójść – tylko sprawdzę w Warszawie, gdzie to jest. Choć najchętniej wybrałabym się z Tobą :D Ten ostatni faktycznie brzmi słabo. Jak miałabym wybierać taki dom strachu we Wrocławiu – to zdecydowanie postawiłabym na House of Fear :D

    Jak mieliśmy otrzęsiny w liceum, to też nam zrobili taką „szkołę życia” – czołganie, chodzenie po ciemku, świecenie latarkami w oczy, chodzenie boso po szyszkach, picie wody z kredą… Niby coś innego, ale emocje były :D

    0

    1. Escape Room to coś zupełnie innego. Ja zdecydowanie wolę dom strachu. I z chęcią poszłabym tam z Tobą. Może kiedyś… ;>

      Taki survival kojarzy mi się z chrztem na kolonii. Jak bywałam z dziadkami nad morzem, często widziałam, jak dzieciaki musiały łazić po szyszkach, jeść ketchup z kolana wychowawcy (dziwne!), znosić chłostanie witkami wierzby itd.

      0

  5. Tolerancja na strach kończy się u mnie na oglądaniu zwiastunów horrorów, także nawet nie chcę sobie wyobrażać, co bym zrobiła gdyby ktoś mnie wsadził do domu strachów xD
    .. spoiler: najpewniej bym kogoś pobiła (:

    Nie sądziłam żeś jest taki kozak :D

    0

Dodaj komentarz