Pringles, Original

Z lat dzieciństwa i końcówki XX wieku pamiętam wiele cudownych produktów spożywczych. Część z nich ma się całkiem nieźle (Kinder Czekolada, jajko Niespodzianka), część jeszcze się trzyma, ale ledwo zipie (Yogo Wafle, Sękacze), część wyparowała ze sklepowych półek na zawsze (Snickers Cruncher, Alibi, No-name), część zaś zniknęła, ale tylko po to, by pewnego dnia wrócić z wielką pompą (Frugo, Milky Way Magic Stars).

Jednym z produktów, które namiętnie kupowałam jako dziecko, były chipsy marek Star Foods i Pringles. Te pierwsze uważałam za cudowne, bo w paczkach znajdowały się kapsle ze zwierzętami oraz flagami, te drugie zaś przykuły moją uwagę sposobem pakowania i idealnym kształtem każdego listka. Było mi bardzo miło, gdy chrupacze w tubie pojawiły się na rynku ponownie.

Pringles, Original, chipsy solone, copyright Olga Kublik

Pringles Original

Degustację ukochanych w dzieciństwie chipsów rozpoczęłam od wariantu umieszczonego w czerwonej tubie – klasycznego Original – czyli po prostu słonego. Kompletnie nie pamiętałam jego smaku, sentyment jednak podpowiadał, że jest lepszy nie tylko od braci z serii, ale również od tworów konkurencji.

Pringles, Original, chipsy solone, copyright Olga Kublik

Chipsy marki Pringles z czerwonej tuby pachniały solą i tłuszczykiem, całkiem podobnie do Monster Munch. Ucieszyło mnie to, ponieważ w ostatnich latach chipsowej fazy (gimnazjum) to właśnie słony smak był moim ulubionym. Posiadały idealny kształt, co wyglądało atrakcyjnie, acz nie działało na ich korzyść, z racji iż oznaczało produkcję maszynową i niemającą wiele wspólnego ze smażeniem plastrów ziemniaków.

Pringles, Original, chipsy solone, copyright Olga Kublik

Original były kruche i chrupiące, za co należy im się plus. Konsystencją niestety bardzo mnie zawiodły. Tak jak przypuszczałam, powstały z rozdrobnionych płatków ziemniaczanych, nie zaś ciętych ziemniaków. Sprawiło to, że były kremowe i rozpływały się na języku na puree. Okazały się też bardzo, bardzo tłuste.

Pringles, Original, chipsy solone, copyright Olga Kublik

Nie potrafię odnieść się do przeszłości, ale jedno wiem na pewno. Chipsy marki Pingles, które można znaleźć w sklepach chwili obecnej, nie są niczym wyjątkowym. Wariant Original smakuje solą (został posolony tylko lub głównie z jednej strony) oraz tłuszczem (pozytywnie wpłynął na aksamitność i maślaność), a jego papkowa konsystencja rozczarowuje. Chips ma być plastrem ziemniaka, najczęściej usmażonym – wyjątek stanowią doskonałe Prosto z pieca marki Lay’s – i tyle w temacie.

Ocena: 3 chi


Skład i wartości odżywcze:

Pringles, Original, chipsy solone, skład i wartości odżywcze, copyright Olga Kublik

14 myśli na temat “Pringles, Original

  1. U nas nawet nigdy stacjonarnie takich nie było, ale pamiętam, że zawsze ludzie z Litwy przywozili. W całym szale na nie, spróbowałam raz czy dwa smak cebulowy i nie smakowały mi. Obecnie nie lubię takich tworów, więc nie sądzę, by coś tu się zmieniło. Bardzo tłuste ziemniaczane puree… błagam, nie.
    Po Twojej recenzji zastanawiam się, kto normalny chciałby do nich wracać, zwłaszcza przy cenach proponowanych przez sklepy.

    0

    1. Przecież jesteś miłośniczką tłustego ziemniaczanego puree ;o

      Kto? Szaleńcy ślepo podążający za modą! ;>

      0

  2. Nawet nie wiedziałam, że one zniknęły :D
    Jadłam ostatnio kilka paprykowych i smakiem mnie nie porwały, ale złe nie były. Też nie umiem odnieść ich do przeszłości, nie pamiętam ich zbytnio, ale to chyba były moje ulubione chipsy…

    0

  3. Właśnie! Alibi! Matko, przypomniałaś mi o tym batonie. W sumie to on chyba trochę smakował jak Lion, nie? Podobny, ale inny (Lion jest chyba bardziej intensywny w smaku). Podobne były też batony Cadbury – Picnic (je widziałam w Australii też).

    Ja bardzo lubiłam takie „jednakowe”, formowane chipsy. Nie jadłam akurat tych oryginalnych Pringles, ale w Grecji notorycznie kupowałam wariant z zieloną cebulką. W Polsce ich odpowiednikiem, który trafiał do mojego koszyka, były Chipsletten – wariant paprykowy najczęściej.
    Tak czy owak, nie tęsknię za nimi ;)

    0

    1. Tak, Alibi był jak Lion :) A recenzja Picnica na Livingu jest, skądinąd wstawiałam ją całkiem niedawno (we wrześniu ubiegłego roku… ale ten czas zasuwa!). Kiedyś produkował go Wedel, obecnie rzeczywiście Cadbury.

      Ja z „formowanych” jadłam jeszcze jakieś z Żabki, ale marki nie pamiętam. Były w tubie, choć nie leżały na sobie jak Pringles, tylko spoczywały w podłużnym plastiku, takim jak Delicje.

      0

  4. Czipsowym maniakiem nie jestem, zdeydowanie wolę słodkości. Jeżeli jednak miałabym wybrać ulubione to na pewno byłyby to Pringlesy (z originals na czele, ale cała reszta poza octem też jest w porządku) oraz Lays prosto z pieca koniecznie solone. Te zjem z ogromną przyjemnością, pozostałe marki i smaki już niekoniecznie… :p

    0

  5. Przy solonych (słonych), mogę się zgodzić. P nie są wybitne. Dużo bardziej smakują inne, często o 3-krotnie tańsze. Nawet wracając do P nie mierzyłbym w ten smak. Po prostu… zawodzi.

    0

    1. Solone to nawet no-name’y są lepsze, masz rację. Dla mnie jednak Pringles kuleją przede wszystkim w konsystencji.

      0

Dodaj komentarz