Weekendowa wyprawa w nieznane, czyli o tym, jak zostałam uprowadzona do Energylandii

Dziś merytorycznie krótko, albowiem najważniejsze informacje dotyczące wyprawy zawarte zostały w filmikach, które opublikowałam na moim youtube’owym kanale. Pierwszy ukazuje drogę z Wrocławia do… w zasadzie nadal nie wiem, gdzie mieścił się nasz hotelik. Niech będzie zatem, że do miejsca noclegu. Drugi jest opowieścią o dniu właściwym, w którym Pyszczek odkrył przede mną cel urodzinowej wyprawy – wesołe miasteczko położone w Zatorze, o którym pisałam parę miesięcy wcześniej.

Żeby było zabawniej, zanim dotarliśmy do Energylandii, moje przypuszczenia odnośnie punktu docelowego były mnogie, fantazyjne… i oczywiście błędne. Najpierw sądziłam, że na przekór mojej nienawiści Pyszczek zabiera mnie w góry. Następnie obstawiałam kopalnię, sztolnię, park linowy lub zamek, ewentualnie jakieś opuszczone miejsce lub naturalną grotę, od której można by się włamać. Nic z tego.

Wesołe miasteczko również przeszło mi przez myśl, lecz kiedy minęliśmy Katowice – cały czas miałam w głowie śląską Legendię, w której byłam parę lat temu – upewniłam się, że to nie to. Ponieważ na GPS-ie przez długi czas widniał Oświęcim, i on stał się obiektem podejrzeń, ale nie pasował mi fakt, że Pyszczek kazał spakować sportowe ubrania. A, no i był jeszcze park dinozaurów, lecz też odpadł.

W końcu – w akcie desperacji – uznałam, że jedziemy donikąd, żeby po prostu pobyć.

Droga w nieznane

Po dojechaniu na miejsce trafiliśmy na pewną niezwykłą atrakcję, której – mimo jednego telefonu z dogorywającą baterią i drugiego zapadłego w śpiączkę w wyniku przedawkowania GPS-a – poświęciliśmy osobne nagranie. Opublikuję je na Youtube i blogu niebawem.

Dzień właściwy – wyprawa do wesołego miasteczka

Przez ok. 6 h pobytu – od 12:00 do trochę po 18:00 – skorzystaliśmy z 8 na 9 atrakcji ze strefy ekstremalnej, czyli jedynej, która mnie (nas) interesowała, a także z 1 ze strefy familijnej. Przejażdżkę na najlepszym z roller coasterów powtórzyliśmy dwukrotnie, co daje 10 kolejek. Ostatnie pół godziny pobytu przeznaczyliśmy na pamiątkowe zdjęcia, zakupy i kontemplowanie przyjemnego zmęczenia.

Nasza tabela plusów i minusów Energylandii

PLUSY

  • Wesołe miasteczko jest atrakcyjne wizualnie. Nie tylko nowe, świeżo odmalowane, żywe oraz urozmaicone kolorystycznie, ale także plastyczne, półokrągłe (murki i ściany ma się ochotę pogłaskać), przeurocze. Całość sprawia wrażenie stworzonej z ciasta.
  • Uznanie należy się parkowi za podział na krainy tematyczne. W Energylandii są główne 3 strefy rozrywki, a każda z nich została skierowana do innej grupy docelowej. Jest coś dla miłośników silnych wrażeń, rodzin oraz dzieci. (Ponadto są strefy gier i zabaw, widowisk i pokazów oraz gastronomiczna). Alternatywny podział miasteczka opiera się o tematykę – w jednym sektorze znajdziecie atrakcje i sklepy wróżkowe, w innym krasnalowe lub babczkowo-pączkowe, a w jeszcze innym unicornowe (!).
  • Atrakcji jest naprawdę dużo, bo ponad 130. Tylko ostatni malkontent nie znajdzie niczego dla siebie.
  • Bilety są całkiem przyzwoite cenowo, bo cały dzień zabawy wyniesie osobę dorosłą 109 zł. Oprócz tego jest dużo zniżek, ulg okolicznościowych (np. urodzinowych) i promocji.
  • Na szczególną uwagę i uznanie zasługuje Formuła Roller Coaster – według mnie i Pyszczka absolutny numer jeden wśród atrakcji Energylandii.
  • Na terenie parku rozrywki znajduje się dużo punków gastronomicznych. Jedzenie nie jest specjalnie zróżnicowane, a weganie i osoby na diecie mogą mieć problem, żeby zjeść bezstresowo, za to ceny są niskie, zapachy kuszące, a smaki zacne (Pyszczek poleca zapiekankę).
  • Ceny w sklepikach tematycznych oraz w sferze gastronomicznej są przyzwoite. Za atrakcje oczywiście dodatkowo się nie płaci, wystarczy zakupić bilet wstępu do wesołego miasteczka.
  • Oczekiwanie na atrakcje umila zespół wesołych tancerek, które przy okazji aktywizują dzieci.
  • Przy każdej atrakcji stoją szafeczki, do których można schować plecak, torbę, buty, żołądek itd.
  • Przy każdej atrakcji umieszczony został elektroniczny licznik, który informuje, ile minut będzie trzeba czekać w kolejce. Oprócz tego na ziemi namalowane zostały linie mówiące, że od tego miejsca poczekacie jeszcze godzinę, od tego 45 minut, 30 minut, 15…
  • W kilku miejscach Energylandii stoją soczyste spryskiwacze, które ratują ludzi podczas upałów (korzystałam – super uczucie morskiej bryzy).
  • Parking przed wesołym miasteczkiem jest ogromny, pomieści nawet milion milionów aut.
  • W specjalnych punktach można zakupić zdjęcia pamiątkowe, które przerażonym podczas ekstremalnych przejażdżek ludziom pstryka automat. Każde zdjęcie to koszt 10 zł.
  • Energylandia otwarta jest w dogodnych godzinach, bo w lipcu i sierpniu od 10:00 do 20:00, wcześniej i później zaś od 10:00 do 18:00.

MINUSY

  • Do każdej atrakcji stoi się w potężnej kolejce. Należy liczyć się z faktem, że przed upływem 30 minut z atrakcji nie skorzystacie. Naszym rekordem było 50 minut. Dramat.
  • Ze względu na rozległość parkingu niektóre miejsca znajdują się ponad kilometr od wejścia do Energylandii. My niestety trafiliśmy na niezbyt dogodne, choć przyjechaliśmy dość wcześnie.
  • Na mapce parku rozrywki nie ma opisów atrakcji. Korzystasz, a raczej stoisz w kolejce, w ciemno.
  • Nikt nie pilnuje kolejek, dróżki zaś są dość szerokie, w związku z czym jeśli nie macie niewyparzonej gęby i nie potraficie zwrócić uwagi nieznajomym, musicie liczyć się z tym, że co chwilę będzie was ktoś wyprzedzał (wieśniaky sie wciskajo). My na szczęście się nie patyczkowaliśmy.
  • Aby oczekiwanie w kolejce było krótsze – przynajmniej w teorii – przejazd na każdej z atrakcji trwa zasmucająco krótko. Szczytem rozczarowania okazał się pod tym względem Space Booster.
  • Strefę ekstremalną oceniliśmy jako słabą, ponieważ tylko 2 na 9 atrakcji udźwignęły wagę tej nazwy: Formuła Roller Coaster oraz Aztec Swing. Godne pożałowania, bo krótkie i niepowodujące nawet cienia dreszczu, były Space Booster i Space Gun.
  • Hit roku 2017, którym skusili część odwiedzających, nie został otwarty, bo prace wciąż  trwają.
  • Na atrakcjach nie można używać selfie sticków, co jest podyktowane oczywistymi względami i rozsądne, ale zakaz dotyczy także korzystania z kamerek GoPro. Szkoda, bo chcieliśmy mieć atrakcyjniejsze filmiki, poza tym Pyszczek specjalnie na tę okazję kupił uprzęże.
  • Na terenie Energylandii nie ma darmowej sieci wi-fi. Mało tego, w ogóle nie łapie tam internet! Jeśli chcecie wrzucić coś na Facebooka lub Instagrama, musicie doczłapać się na obrzeża i wykazać dużą cierpliwością. Mnie jej zabrakło, ale Pyszczek dzielnie walczył.
  • Na terenie parku rozrywki można kupować i spożywać alkohol. Mało tego, można potem korzystać z atrakcji, narażając siebie i innych na niebezpieczeństwo (lub plask ciepłego pawia o niczego niepodejrzewającą facjatę innego uczestnika zabawy). Raz byliśmy świadkami sytuacji, w której mężczyzna był tak pijany, że zgubił buta, a przemieszczać się w kolejce pomagał mu kolega.
  • Wspomniany wcześniej zespół aktywizujący dzieci wymyślił genialną zabawę, która polegała na rzucaniu w ludzi czekających w kolejce balonami wypełnionymi po brzegi wodą. Balony pękały.
  • Część punktów gastronomicznych, na dodatek głównych, cierpiała na kiepskie oznaczenie okienek z przyjmowaniem zamówień oraz wydawaniem posiłków.

Opis atrakcji Energylandii, z których skorzystaliśmy

Mayan

To druga atrakcja, na którą się tego dnia zdecydowaliśmy. Przejazd był krótki, ale ciekawy. Po raz pierwszy mieliśmy okazję skorzystać z roller coastera, z którego siedzenia zwisały.

Podczas przejazdu zrobiliśmy kilka beczek, aczkolwiek ani nie powodowały one nudności, ani nie fundowały szczególnego dreszczu. Po prostu było miło.

Formuła Roller Coaster

Najlepsza atrakcja Energylandii. Zaczyna się od turbo przyspieszania, potem są beczki i ciągłe podkręcanie prędkości. Na przejazd skusiliśmy się dwukrotnie.

Viking Roller Coaster

Najgorsza atrakcja w moim życiu. Nie dość, że w ogóle nie była ekstremalna, to jeszcze wagonikami tak trzepało na boki, iż obiłam sobie o plastikowe oparcie czaszkę i po zejściu z kolejki głowa bolała mnie na tyle, że zaczęło promieniować na szczękę. Dla mnie kompletna porażka.

Space Gun

Atrakcja przez Pyszczka nazwana „młotami”. Spodziewaliśmy się skurczów żołądka i spazmów ekscytacji, tymczasem nawet wisząc głową w dół, nie poczuliśmy strachu. I nie byliśmy w swoim odczuciu osamotnieni, z atrakcji bowiem korzystało tyle samo dorosłych, ile ledwo mierzących 140 cm dzieci.

Space Booster

Przez Pyszczka zwany „igłą”. Z tej atrakcji korzystaliśmy po raz pierwszy w życiu wiosną, gdy do Wrocławia – jak co roku – przyjechało nieco większe wesołe miasteczko. Przejazd kosztował ok. 35 zł, trwał długo, prędkość była niesamowita, a nasze nogi po zejściu przypominały watę.

Niestety odpowiednik z Energylandii nie fundował nawet cienia wrażeń, które zapewniła nam wrocławska „igła”. Był powolny, a przejazd trwał ok. 1 minuty.

Z tej atrakcji również korzystały dzieci, co jest najlepszym dowodem, że była mizerna.

Aztec Swing

Pierwsza atrakcja, na którą się wybraliśmy. Kocham ją i jak tylko gdzieś widzę, korzystam.

W kolejce po dreszcz staliśmy aż 50 minut (!), przy okazji staczając bitwę o miejsce z nastolatkami z Instagrama, ale opłaciło się. Przejazd był długi i satysfakcjonujący. Gdyby nie morderczy czas oczekiwania, przed wyjściem z parku rozrywki namówiłabym Pyszczka na powtórkę.

Apocalypto

Niezbyt straszne, po prostu zabawne. Rząd foteli, na których ludzie kręcą się do przodu i do tyłu.

Tsunami Dropper

Pyszczek obawiał się o swój żołądek, ale ja byłam zachwycona od samego początku. Jeśli lubicie chwile, gdy samochód się rozpędza i na chwilę traci połączenie z ziemią – wówczas wnętrzności podjeżdżają do góry, co ja nazywam ściskiem macicy, choć to średnie określenie, bo owego uczucia doświadczają również mężczyźni – z Tsunami Droppera skorzystać po prostu musicie.

Wielka szkoda, że przejazd trwa tak krótko. Trzy ściski macicy i koniec.

Boomerang

Oto pierwsza i jedyna atrakcja spoza strefy ekstremalnej, z której skorzystaliśmy, bo wizualnie wydała nam się dość ekstremalna.

Wiele się nie pomyliliśmy, gdyż atrakcja rzeczywiście sprawiła nam większą frajdę niż mizerny Space Gun czy rozczarowujący Space Booster. O bolesnym Viking Roller Coasterze lepiej nawet nie mówić (motto wyjazdu: better nie mówić!).

 

Byliście w Energylandii i macie swoje przemyślenia?
A może chcecie opowiedzieć o innym parku rozrywki lub wesołym miasteczku?
Podoba wam się wpis przeplatany filmikami?

20 myśli na temat “Weekendowa wyprawa w nieznane, czyli o tym, jak zostałam uprowadzona do Energylandii

  1. Ale miałaś super niespodziankę i bardzo podoba mi się relacja ;)
    Miałam jechać do Energylandii wracając gór, ale od koleżanki słyszałam, że w wakacje nie ma sensu, właśnie przez kolejki, więc sobie darowaliśmy, ale może kiedyś (wielkiej potrzeby aby tam jechać póki co nie czuję). Roller coster i Tsunami dropper wydają mi się najciekawsze – uwielbiam jak samochód się rozpędza, a wnętrzności podjeżdżają do góry :)

    1+

    1. Dzięki :)

      Problem w tym, że w wakacje jest najatrakcyjniejsza pogoda, no i moje urodziny. Innym rzeczywiście polecam wyprawę przed czerwcem lub po sierpniu.

      0

  2. OLGA NA DIDŻEJAAA!

    Najważniejsze, że jest szafka na żołądek. Szkoda, że nie ma takiej na mózg :D A jeśli chodzi o Viking Roller Coaster, to zapomniałaś po prostu hełmu wikingów. Czy jak to się nazywa, lol.

    Nabrałam ochoty, żeby tam pojechać, ale właśnie poza sezonem (choć ciężko wtedy utrafić na dobrą pogodę :D, bo kurczę więcej tam się stoi w tych kolejkach, niż jeździ… Jeśli chodzi o sprzedaż alko w tym miejscu – kompletna porażka.

    1+

    1. Najpierw trzeba mieć mózg. Mnie na przykład by się taka szafka nie przydała (:

      Z alkoholem masz rację – porażka. Niestety opłacalna ($$$), więc nie sądzę, by ze sprzedaży piwa zrezygnowano.

      Za opinię o filmikach dzienki-szczenki ;*

      0

      1. Więc cóż… Zacznijmy od tego, że wypad mi się podobał. Jestem jednak Twoim zupełnym przeciwieństwem w kwestii ekstremalności. (Nie tylko jeżeli o rollercoastery chodzi. Horrory? Dziękuję poczekam przed salą. Domy strachów? Jeżeli płaciliby mi za wejście 1000 zastanowiłabym się. Poniżej tej stawki nie weszłabym na bank :P) Jedyna z wymienionych przez Ciebie atrakcji jakiej spróbowałam to Boomerang. Na inne nawet nie łudziłam się, że byłabym w stanie wejść. A space booster wygladal tak, że było mi gorzej od samego patrzenia :P Za atrakcję 10/10 uznaję Energusia. Nie żartuję, był świetny. Wcale nie tak lajtowy jak po nazwie by się wydawało, ale nie powodował u mnie myśli o testamencie ;) Czysta przyjemność, naprawdę. :)

        Miłego wieczora życzę, z czystą zabawą przez duże Z

        0

        1. I bardzo dobrze, że korzystałaś z tego, co sprawia radość Tobie, a nie komuś o innym guście. Cieszę się, że miałaś super zabawę :) Mam tylko nadzieję, że kolejki były dla Ciebie łaskawsze i stałaś krócej niż 40 min.

          0

            1. Wow. Chyba jednak jestem szczęściarą, bo czekałam „tylko” 40 minut. Podobała im się chociaż przejażdżka?

              0

  3. Ale super trafił ten Twój Pyszczek :D Extra niespodziankę zrobił i brawka dla niego za pomysł :D
    Ale czekanie na każdą atrakcję minimum pół godziny to przesada, no i alkohol zdecydowanie powinien być zabroniony w takich miejscach. Nam by się pewnie co chwilę w kolejkę wpychali xD

    1+

    1. Nie trafił, tylko po prostu mnie zna :) Może i wciąż jeszcze krótko, ale intensywnie.

      E tam. Wzięłybyście pandzie bambusy i okładały nimi wpychaczy.

      0

  4. Te kolejki to w każdym dużym parku na świecie tak funkcjonują. Dziwne, że nie wymyślili jakiegoś lepszego sposobu.

    0

  5. Marzy mi się to miejsce. Parę lat temu byłam w takich parkach w USA i czułam się jak dzieciak, świetnie się tam bawiąc. Chciałabym to sobie przypomnieć. Ciekawi mnie, czy u nas w kolejkach też taka radosna i przyjacielska atmosfera. :> Nie lubię tłumów, nie przepadam za towarzystwem, ale wszelkie roller coastery raz na jakiś czas mnie ciągną.
    Do Energylandii miałam się nawet wybrać parę dni temu, jednak ekipa mi się trochę wykruszyła, więc został mi sam Kraków i towarzystwo Taty, ale… jak widzę, to przyjemne miejsce, więc tak całkiem go sobie nie odpuszczę.

    Wpis tego typu przepleciony filmikami – jak najbardziej, bo to takie dynamiczne, takie inne, ale takie zwyklejsze wpisy wolę bez filmików. To tylko dlatego, że nie jestem typem lubiącym oglądać krótkie filmiki w internecie, sama nie wiem, dlaczego.

    0

    1. Tobie marzy się tego typu wesołe miasteczko? Zaskoczyłaś mnie. Nie pasuje mi do Ciebie cukierkowy świat lunaparku.

      W POLSCE PRZYJEMNA ATMOSFERA W KOLEJCE?! Weź… ;) Każdy stoi sobie, a jak się odezwie do obcego, to tylko po to, żeby go opierdzielić, że stanął mu na bucie czy coś. Zresztą to sytuacja nie tylko kolejkowa. Sama wiesz, jak u nas jest.

      Dzięki, cenna wiedza ;* Poprzez „zwyklejsze” rozumiesz tylko recenzje, czy niedzielne też? Jakie?

      0

Dodaj komentarz