12 piekielnych zabaw z dzieciństwa #1

Wzięło mnie niedawno na wspominki. I to wspominki nie byle jakie, bo sięgające piekielnych lat podstawówki i gimnazjum. Dlaczego piekielnych? Mogłabym napisać, że rzeczy, które wówczas robiłam… sytuacje, w których uczestniczyłam… akcje, które wymyślałam lub na które się zgadzałam… że wszystko wchodzi w standard dzieciaka. Wiem jednak, że to nie do końca prawda.

Z moją największą życiową przyjaciółką – K. – dobrałam się lepiej niż z kimkolwiek innym. W pierwszej klasie podstawówki nie mogłyśmy się znieść, a późnej wprowadziłam się na osiedle, na którym mieszkała, i straciłyśmy dla siebie serca. Piekielność jednej tylko podsycała piekielność drugiej. Każdego roku u wychowawczyni, pani pedagog i dyrektora lądowały klasowe rozrabiaki… i my dwie. Na osiedlu też nie dawałyśmy sąsiadom taryfy ulgowej. Byłyśmy małymi szatanami.

Poniżej prezentuję pierwszą połowę listy dwunastu piekielnych uciech, którym oddawałyśmy się w swoim towarzystwie. Sytuacje miały miejsce w latach podstawówkowych (8-12 lat) i gimnazjalnych (13-14 lat). Chciałam ustawić je od najłagodniejszej do najbardziej hardcore’owej, jednak nie potrafię tego zrobić. Jeśli macie ochotę, zróbcie to za mnie – napiszcie w komentarzu, która historia jest śmieszna, a która mrozi krew w żyłach. Ustawcie je na miejscach od pierwszego do dwunastego.

Wpis dedykuję K.

Drzwi ketchupem wymasowane

Ta historia wydarzyła się pod koniec podstawówki, pewnie po piątej albo szóstej klasie. Były wakacje, gorący i jasny wieczór. Nie miałyśmy co robić, a jak to zwykle bywa, z nudy rodzą się najgorsze pomysły. Poszłyśmy do Lidla, który dopiero co powstał, i kupiłyśmy najtańszy ketchup. Wzięłyśmy też jednorazowe siateczki, bo w małych marketach nie było wówczas foliowych rękawiczek. Zakradłyśmy się pod szkołę i sprawdziłyśmy, czy drzwi są zamknięte. Były. Wylałyśmy na nie ketchup i rozsmarowałyśmy przez siatki, chichrając się jak dwie hieny. Nie zazdroszczę osobie sprzątającej po nas.

Brzegi od pizzy tanio sprzedam

Na moim osiedlu są dwa przeklęte miejsca. Lokale, przez które przewinęło się już tylu właścicieli z odmiennymi koncepcjami, że trudno spamiętać nazwy. Jednym z nich jest obecny Fresh Market. Dawniej było tam dużo różnego rodzaju punktów gastronomicznych, w tym pizzeria. Chodziłyśmy do niej na najtańszą margheritę. K. nie lubiła brzegów, więc zabierałyśmy je w chusteczkach, spacerowałyśmy po osiedlu i odwieszałyśmy słuchawki w budkach telefonicznych, zamiast nich wieszając na widełkach brzegi. Oprócz tego raz darłyśmy się na całe gardło: Brzegi od pizzy tanio sprzedam!, co bawi mnie do dziś.

Pizza o ble, ble, ble

Skoro już jesteśmy przy uciechach gastronomicznych, niech zaserwuję wam jeszcze jedną opowieść o zabawie, której regularnie oddawałyśmy się we wspomnianym wyżej lokalu. Kiedy miałyśmy ekstremalnie mało pieniędzy, chodziłyśmy doń na grzanki z masłem czosnkowym, bo były najtańsze. Nie zjadałyśmy ich do końca. Kawałki kładłyśmy na brzegach stołu i strzelałyśmy nimi po całym lokalu. Dosypywałyśmy też sól do cukru. Któregoś bogatszego dnia, gdy stać nas było na pizzę, po wyjściu z lokalu K. nie miała już siły jeść i wpadła na coś, na co tylko jedna z nas wpaść mogła. Otóż kiedy zbliżałyśmy się do przechodnia, brała dużo kęsów naraz, by tuż przy biednym człowieku wypluć wszystko naraz, krzycząc: o ble, ble, ble. Do dziś pamiętam, że byłam bliska popuszczenia w majtki ze śmiechu.

Masz kiełbasę albo ogórka?

Historyjka ciągnie historyjkę, dosłownie. Oto kolejna zabawa związana z jedzeniem. Tym razem pomysłodawcą byłam ja. Czasem nosiłam do szkoły kanapki z plastrami kiełbasy. Nie wiem, jak na to wpadłam, ale uznałam, że taki plaster będzie zabawnie wyglądał na ścianie szkolnego korytarza. I tak oto zaczęłam rzucać jedzeniem o ścianę za każdym razem, gdy miałam kanapki z kiełbasą. Potem odkryłyśmy z K., że ogórki mają podobną właściwość. Cienkie dodatki śniadaniowe kleiły się do ściany z uwagi na margarynę i zalegały tam przez długi czas. Kiedy uznałyśmy, że zabawa przestała być śmieszna, zaczęłyśmy rzucać jedzeniem w tłum ludzi, gdy zaczynała się przerwa lub lekcja (wyrzucałyśmy jedzenie w górę, żeby spadło na nieświadomego zagrożenia anonima). Raz rzuciłam też pinezką, ale kiedy zobaczyłam, że trafiła komuś kilka centymetrów pod oko, zorientowałam się, że to jednak nierozsądne.

Ach, byłabym zapomniała! W podstawówce na szkolnych schodach wrzuciłyśmy z K. komuś, kto szedł przed nami, całą sałatę wyciągniętą z kanapek i wysmarowaną margaryną do tornistra. Nawet się nie zorientował, że odpięłyśmy i zapięłyśmy zamek.

Uwaga, przepuśćcie jajko!

Dobra, zostańmy przy szkole. Tym razem opowiem o wycinku z czasu gimnazjalnego. To musiała być pierwsza klasa, bo jeszcze nie mieliśmy darmowych szafek i wszystkie ubrania wierzchnie wieszaliśmy we wspólnych boksach. Któregoś dnia miałyśmy na późniejszą godzinę albo odwołali nam pierwszą lekcję. Siedziałyśmy u K. i chillowałyśmy. Uznałyśmy, że wypadałoby coś odwalić. Za bohatera obrałyśmy surowe jajko. Zabrałyśmy je do szkoły. Była jesień albo zima, więc wszyscy chodzili w kurtkach. Poprzednia lekcja jeszcze się nie skończyła, w szatni pustka. K. jak gdyby nigdy nic weszła boksu równoległej klasy i wsadziła komuś nasze kochane jajko do kieszeni. Powiedziała jednak, że nie da rady go stłuc, że to zbyt wiele. Wyręczyłam ją. Po lekcjach skręcałyśmy się ze śmiechu, patrząc, jak jakaś biedna dziewczyna trzyma kieszeń z jajkiem od zewnątrz kurtki i biegnie w stronę wyjścia ze szkoły.

MO!

I na koniec części pierwszej prezentacji piekielnych zabaw ostatnia już historyjka rozgrywająca się w szkole. Akcja dzieje się na lekcji angielskiego, na której jest cała klasa, bo nauczycielka grupy zaawansowanej nie przyszła i mamy zajęcia z nauczycielką grupy początkującej. Kobieta jest dziwna, zagubiona i niezorientowana, co się wokół niej dzieje. Urządzamy więc konkurs, w którym udział bierze kilka dziewczyn. Pierwsze zadanie: która podejdzie bliżej tablicy, kiedy facetka stoi tyłem. Okazuje się tak proste do wykonania, że każda bez problemu podchodzi do tablicy, a nawet po niej bazgrze. Wymyślamy zadanie drugie: stawanie na krześle lub na ławce, gdy nauczycielka notuje na tablicy. Pestka. I w końcu zadanie numer trzy, które brzmi: powiedz MO! Ponieważ wygrywa ta, która powie najgłośniej, po kilku minutach drzemy się MO!, a pani tylko odwraca się, rozgląda po klasie i nie wie, co zrobić.

Część druga

***

I jak, które z dziś zaprezentowanych opowieści są najgorsze? Ustawcie je od najlżejszego do piekielnego niczym oddech szatana. Napiszcie też, czy w dzieciństwie wymyślaliście lub uczestniczyliście w podobnych akcjach. A może byliście grzeczni i nie lubiliście takich osób jak ja moja przyjaciółka?

20 myśli na temat “12 piekielnych zabaw z dzieciństwa #1

  1. Hahaha, miałaś ciekawe dziecinstwo :D ja zawsze byłam cichutka i niesmiala, wiec nie mam podobnych wspomnień :) wolalam przestrzegac regulaminu szkolnego i nie lubilam robic zartow innym, bo okropnie się czulam jak sprawilam komus przykrosc :p
    A tutaj moj ranking od najlzejszej historii do najcięższej xD
    1. MO! – najlzejsza, bo w sumie nic zlego się nikomu w tej zabawie nie stalo :D
    2. Drzwi wysmarowane keczupem – tutaj tez sie nikomu nic nie stało, jedynie co to trzeba było posprzątać, no i bylyście anonimowe :p
    3. Brzegi od pizzy tanio sprzedam – ja bym się nie odważyła tak drzec na caly glos xD
    4. Uwaga przepuście jajko – no, trochę to juz był wredne xD ale jednak na szczęście nie zrobilyscie nikomu krzywy :D
    5. Masz kielbase albo ogorka? – tutaj najbardziej mnie poruszylo to rzucanie jedzeniem w ludzi, fe xD w ścianę to jeszcze spoko xD ale najgorsza byla ta pinezka… No, tu już moglo się coś stac :p
    6. Pizza o ble ble ble – jejku, tutaj to juz bym się chyba porzygała jakby ktoś mnie opluł pizzą :D byłoby śmiesznie, ale kurczę, wkurzyłabym się xDD

    To ile ma być tych historii? Bo tu jest 6,a miała być połowa, czyli że dasz 12 zamiast 10? ^^ im więcej tym lepiej :D

    1. Chyba byśmy się nie zaprzyjaźniły w dzieciństwie. Ja miałam diabła za skórą i szukałam osób, które też roznosiła energia.

      3. Żeby to był raz, jak darłyśmy papy! Większość naszych zabaw polegała na krzyczeniu. Na przełomie podstawówki i gimnazjum, kiedy nasze koleżanki z klasy czuły się już kobietami i chciały podrywać chłopaków, niektóre wręcz wstydziły się z nami zadawać. Śmieszne, bo nigdy nie miałam problemu z chłopakami. Widocznie jest sporo takich, którzy bardziej cenią naturalność, dacie japy i ciuchy z lumpeksu niż pełen make-up, szpilki i udawanie wielkiej damy w wieku 13 lat.

      6. Nie, nie, K. w nikogo nie pluła. Zawsze byłyśmy kilka metrów od tej osoby. Po prostu jak nas mijała, K. udawała, że rzyga pizzą :P

      Początkowo miało być dziesięć, ale przypomniałam sobie o dwóch kolejnych. Zmieniłam tytuł, jednak zapomniałam przejrzeć wstęp. Dzięki za zawrócenie uwagi na nieścisłość ;*

  2. Te zabawy z jedzeniem mnie nie bawią za dużo osób głoduje a od dziecka uczono mnie szacunku do jedzenia.

    1. Jak się ma 10 lat to kwestia głodu w Afryce jest na podobnym poziomie abstrakcji, co różniczkowanie i małżeństwo.

    2. Mnie też od dziecka uczono szacunku do jedzenia i zdecydowanie nie jestem ani nie byłam osobą, która by je notorycznie i lekkomyślnie marnowała. Nie ma co popadać w skrajność. To, że raz wysmarowałyśmy ketchupem drzwi szkoły, albo że parę razu rzuciłam dla zabawy w kogoś kiełbasą, nie oznacza końca świata. Kiedy nie miałam ochoty na kiełbasę albo K. nie chciała zjeść brzegów pizzy, miałyśmy je spakować w karton i wysłać głodującym? Bez przesady :)

  3. A to mój ranking od najmniej niebezpiecznego dla innych:
    1. Pizza o ble ble ble – najlżejsza, bo nikomu nic złego się nie stało, w sumie to raczej Wy najadacie się wstydu ;)
    2. Brzegi od pizzy tanio sprzedam – jedne z lżejszych Waszych wybryków, bo tu też nic złego nikomu się nie dzieje, ani Wy nikomu nic nie robicie. Chociaż miejcie świadomość, że ktoś musiał potem po Was posprzątać i wyczyścić te słuchawki w budce. Tak myślę o konsekwencjach, gdyby ktoś Was złapał, to musiałybyście w ramach resocjalizacji posprzątać np. wszystkie budki w danej dzielnicy lub posprzątać cale osiedle. To byłaby dobra kara ;)
    3. Wysmarowane drzwi keczupem – tutaj też tragizmu nie dostrzegam, bo nikomu nic nie stało, choć widzę zupełny brak szacunku do czyjejś ciężkiej pracy. Rozumiem, że to jednak w tamtym czasie było dla Was abstrakcyjne. W kategoriach konsekwencji dla Was, gdyby ktoś Was złapał, to tu także musiałybyście posprzątać szkołę,umyć może okna no i oczywiście jakieś kary szkolne, natomiast nie było tu zagrożenia żadnego życia. :)
    4. Uwaga przepuście jajko – tutaj to było wredne podobnie jak wrzucanie sałaty z masłem do plecaków :(
    5. MO! – brak szacunku do nauczyciela, to mi podchodzi pod „maltretowanie” nauczyciela…Ciekawe, czy któraś z Was zastanowiła się kiedykolwiek, jak wtedy czuła się ta nauczycielka? Nie chciałabym być w Jej skórze :(
    6. Już wyżej wahałam się między – MO! i Masz kiełbasę albo ogórka? Umieściłam to jednak w takiej kolejności i jako mocniejsze zdarzenie zwyciężyło jednak to drugie czyli Masz kiełbasę albo ogórka?, ze względu na pinezkę – tu zaczyna się już ostra jazda bez trzymanki. Prócz tego, że to był brak szacunku do mienia, do ludzi, którzy dbali o czystość i to żeby Wasze otoczenie jakoś tam wyglądało nie było tu jednak bezpośredniego zagrożenia życia i/lub zdrowia do momentu użycia… pinezki. Szczęście, że nie zrobiłyście nikomu krzywy :) Nawet nie chcę myśleć, co by się wtedy stało…z tym kimś, z Wami i z nami – Waszymi mamami :)
    Cieszę się, że teraz jesteście TAKIE FAJNE I TAKIE WARTOŚCIOWE! Ciekawe na ile tamte historie Was czegoś nauczyły i sprawiły, że potraficie stawać w obronie słabszych, że potraficie walczyć o własne wartości i że jesteście JAKIEŚ, a nie przeźroczyste. <3 <3

    1. 1. My nie znałyśmy wstydu :D
      2. Paskudna kara. Wolę jednak brak konsekwencji, hrhr.
      3. Chciałyśmy dosrać osobom, których nie lubiłyśmy. Faktycznie nie pomyślałyśmy o tym, że być może sprzątać będzie musiała jakaś sympatyczna osoba.
      5. Ja też nie chciałabym być w jej skórze. I uważam, że to gówniarskie zachowanie. Niemniej wciąż zabawne.

      Trudno powiedzieć, czy tamte historie czegokolwiek mnie nauczyły. Na pewno drugi raz nie rzuciłabym pinezką, bo to było bardzo głupie i już wówczas o tym wiedziałam. Natomiast resztę zabaw bym powtórzyła.

      Zdecydowanie stanęłabym w obronie słabszego. Za każdym razem, gdy zauważę grupkę dzieciaków znęcającą się nad jednym, reaguję.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.