12 piekielnych zabaw z dzieciństwa #2

Zeszłej niedzieli podzieliłam się z wami pierwszą częścią listy dwunastu piekielnych zabaw, którym oddawałam się w podstawówce i gimnazjum wraz z przyjaciółką. Dziś czas na kolejną szóstkę akcji z piekła rodem. Nawet nie starałam się ustawić ich w hierarchii, to niemożliwe. Sami oceńcie, które opowieści przekraczają wasz próg akceptacji i wspomnijcie o nich w komentarzu.

Ponieważ z zaprezentowanych historii może wynikać, że za dzieciaka byłyśmy z K. strasznymi osobami i dręczycielkami słabszych, pragnę coś wyjaśnić. Nasze akcje nigdy, przenigdy nie były skierowane ku jednej osobie ani – wbrew pozorom – nie miały na celu dręczenia ludzi. Żadna z nas nie była typem bully. Robiłyśmy pranki komukolwiek, każdemu i wszystkim. Chodziło o żart związany z sytuacją, a nie konkretną osobą. Kto nigdy nie zrobił czegoś podobnego, niech pierwszy rzuci kamieniem…

…byle nie w samochód.

Tę część również dedykuję K.

Co pan musiał, panie Musiał?

Złote czasy telefonów stacjonarnych bez wyświetlacza i książek telefonicznych. Nie ma chyba osoby urodzonej w XX wieku, która nie wiedziałaby, że książka telefoniczna + telefon + dzieci + pusty dom to jedna z najgorszych kombinacji. My z K. udowadniałyśmy to wielokrotnie. Kiedy nam się nudziło, dzwoniłyśmy do ludzi o śmiesznych nazwiskach (np. Edwarda Musiała, pytając: Co pan musiał, panie Musiał?, kolejnym razem zaś: Co pan musiał, panie Edwardzie Nożycoręki?), a także innych, przypadkowych. W dniu zakończenia roku szkolnego dzwoniłyśmy z informacją, że jesteśmy ze stacji radiowej i przeprowadzamy atrakcyjny konkurs z supernagrodami. Mówiłyśmy: Proszę odpowiedzieć na pytanie: Co ważnego dla dzieci ma dziś miejsce? Do wygrania jest mały Cygan. A jeśli nie odpowie pani/pan na pytanie, wyślemy całą rodzinę.

Śmiało, odbierz!

Wydzwanianie do ludzi ze śmiesznymi nazwiskami to nie jedyna telefoniczna uciecha, jakiej oddawałyśmy się w podstawówce. W późniejszych latach – 5-6 klasa? – gdy K. wprowadziła się do nowego mieszkania na dziesiątym piętrze, zyskałyśmy świetny punkt obserwacyjny. Naprzeciwko jej okien, po drugiej stronie podwórka, stała budka telefoniczna. Spisałyśmy do niej numer i dzwoniłyśmy, jak tylko ktoś przechodził obok. Czasem ludzie odbierali, a my gadałyśmy głupoty i się rozłączałyśmy.

Żur przepisu K.

Nie ma lepszego i większego kucharzo-laboranta z piekła rodem niż K. Kiedy potrzeba było stworzyć najobrzydliwszą, najgorzej wyglądającą i najbardziej śmierdzącą substancję, zwracało się z prośbą właśnie do niej. Nic więc dziwnego, że to K. była odpowiedzialna za coroczną mieszankę halloweenową, którą uprzejmie rozsmarowywałyśmy na dzwonkach i klamkach osób, które – jak twierdziły – nie uznają tego okropnego amerykańskiego Halloween. Cóż, wystarczy, że my uznawałyśmy. I liczyłyśmy na słodycze.

Do dziś moją ulubioną mieszanką pozostaje pamiętny żur, który wyglądał jak rzygi. K. zrobiła go z majonezu, ketchupu, środków chemicznych, kawy, pasty do zębów, przypraw… cholera wie, bo tylko ona znała piekielne receptury. To był czas, gdy mieszkała na parterze, więc 2-3 klasa podstawówki. Byłyśmy u niej same. Rozlałyśmy żur w windzie i czekałyśmy za drzwiami, aż ktoś będzie wchodził do bramy. Kiedy nadjeżdżała winda, wychodziłyśmy z mieszkania, oburzałyśmy się, że ktoś puścił pawia, i wracałyśmy. Na pewno nikt się nie zorientował, że dziwna substancja pokrywająca podłogę to nasza sprawka.

Królowa Nocy

O ile dzisiejsze dzieciaki ciągle siedzą w domach z nosami w smartfonach lub tabletach, o tyle ja i K. byłyśmy typowymi dziećmi osiedla. Trudniej było zastać nas w domu, niż znaleźć choćby w świeżo rozkopanym rowie. (Skądinąd za najlepsze wakacje uważam te, podczas których wymieniali na osiedlu rurociągi i każde podwórko było rozkopane na kilka metrów w głąb. Istny Disneyland dla dzieci osiedla). Piszę o tym nie bez powodu, z racji iż to właśnie w rowie znalazłyśmy Królową Nocy, czyli coś pomiędzy mumią a szkieletem kota, którego właściciel musiał zakopać pod blokiem sporo lat wcześniej. Kot zachował się idealnie, można by go wykorzystywać na zajęciach anatomii na akademii weterynarii. Tym razem to nie my byłyśmy piekielne, bo uznałyśmy, że kotu należy się szacunek i chciałyśmy zakopać go w innym miejscu. Niestety konkurencyjne dzieci osiedla zauważyły nasze znalezisko – niosłyśmy truchło nabite na długi patyk, żeby go czasem nie dotknąć – i odebrały nam je. W ostateczności mumia wylądowała na balkonie rodziny mieszkającej na parterze, a my – po pierwszej fali oburzenia – śmiałyśmy się na myśl o reakcji osoby, która wyjdzie się przewietrzyć i trafi na Królową Nocy.

Uważaj na bryzę

Powrót do zabaw z jedzeniem, bo najwyraźniej – gdy w grę wchodziły żarty – marnowanie produktów spożywczych i pieniędzy niespecjalnie nas w dzieciństwie martwiło. Pewnego dnia kupiłyśmy w sklepie osiedlowym napoje kawowe. Znalazłyśmy na osiedlu kolegę z klasy i zaczęłyśmy robić mu bryzę. Nie wiem, która na to wpadła. Jak tylko dobiegłyśmy do owego biednego kolegi, robiłyśmy pfff, a cały napój zgromadzony w ustach wydostawał się w formie mgiełki i lądował na nim. W końcu kolega się wkurzył – zupełnie nie rozumiem dlaczego – i pobiegł do sklepu po Sprite w puszce, żeby nam się odpłacić. W tym czasie schowałyśmy się w krzakach. Niestety podczas poszukiwania nas kolega stanął blisko krzaków, a my nie zniosłyśmy napięcia i zaczęłyśmy się dziko śmiać. Tak oto dopadła nas zemsta bryzy.

Celny rzut

Na koniec wspomnienie, które mrozi mi krew w żyłach do dziś. Mam wrażenie, że zabawa miała miejsce w tym samym dniu, w którym wylałyśmy w windzie żur. Ponieważ to było za mało, wyszłyśmy na dwór, zebrałyśmy spore kamienie i weszłyśmy na siódme piętro. Otworzyłyśmy okno na półpiętrze i czekałyśmy na ludzi, bo chciałyśmy w nich rzucać. Na całe szczęście nikt nie szedł, bo nie wiem, gdzie byłabym dziś, gdyby ktokolwiek dostał rozpędzonym kamulcem wielkości połowy pięści w głowę. Żeby jednak naboje się nie zmarnowały, zaczęłyśmy rzucać nimi w auta. Po paru minutach amunicja się skończyła i wróciłyśmy do mieszkania. Nadal byłyśmy niepocieszone, więc chciałyśmy iść pobawić się na podwórku, jak na grzeczne dzieci przystało. Niestety w bramie przechwycili nas chłopacy, twierdząc, że jedno z aut jest ich i że ma wgniecenia w karoserii. Zarzekałyśmy się, że to nie my, że K. mieszka na parterze, a na górze jakaś inna dziewczyna. Nie mam pojęcia, jak udało nam się uciec, ale rozbiegłyśmy się każda w inną stronę. Akurat trafiłam na moją mamę spacerującą z psem i przylgnęłam do niej niczym niemowlak. Jeśli mnie pamięć nie myli, przez kilka kolejnych dni nie wychodziłyśmy na podwórko.

***

Macie już pełne zestawienie piekielnych zabaw z mojego dzieciństwa. (No dobra, przynajmniej spory wycinek). Domyślam się, co o mnie sądzicie. Sama w trakcie pisania nie mogłam uwierzyć w zawartość mojego dziecięcego mózgu. Cóż jednak mogę z tym zrobić dziś? Tylko opowiedzieć, jak było, i przestrzec was przed podobnymi uciechami. Pilnujcie rodzeństwo i dzieci, bo naprawdę nie wiecie, co może im przyjść do głowy. Sądzicie, że moja mama i mama K. wiedziały? W życiu!

Napiszcie, która historia jest najgorsza, a która najlżejsza. Dajcie też znać, która przywołała wspomnienia waszych piekielnych zabaw i koniecznie je opiszcie.

12 myśli na temat “12 piekielnych zabaw z dzieciństwa #2

  1. Chyba się domyslasz, co ustawie na pierwszym miejscu podium najciezszej historii :D
    1. Celny rzut – no, pojechalyscie. Potem nie miałaś zadnych konsekwensji? Nikt nie zglosil na policję tego zniszenia samochodów? :o
    2. Uważaj na bryze – juz ostatnio pisalam, że obrzydliwe jest dla mnie plucie na inne osoby xD chcialabym zobaczyc zemste tego kolegi, haha :D on tez robil Wam bryze czy po prostu wylal na Was tego sprite? :D
    3. Żur przepisu K – już sobie wyobrażam reakcje ludzi, gdy znajdują takie pyszności na swoim domu albo w windzie xD
    4. Krolowa nocy – blee, ja bym w zyciu nie tknela martwego kota :D tym bardziej nie chcialabym go znalezc u siebie na balkonie!
    5. Co pan musiał, panie musiał – ooo, to mi przypomniało, że kiedyś z kolegami zrobiliśmy podobny zart jednemu koledze. Zadzwonilismy do niego i pytalisny, czy zamawial żwir, bo nie wiemy gdzie go zostawić. Nawet nie pamiętam jak zareagował, ale był śmiesznie :p
    6. Śmiało, odbierz – to jest super pomysł na zabawe :D szkoda, ze juz nikt nie używa budek telefonicznych :(
    I znów powtórzę – miałaś wspaniałe, fascynujące dzieciństwo :D no, może poza tą ostatnią historią, bo ona to juz rzeczywiście hardcore :p

    1. 1. Jeśli ktokolwiek zgłosił uszkodzenie auta – czemu wcale bym się nie dziwiła – to nic mi o tym nie wiadomo. Miałyśmy w życiu dużo szczęścia.
      2. Bryzę :P
      3. Zemsta jest słodka. A czasem ma smak żuru.
      4. My też byśmy nie tknęły zdechłego kota. Za to nabicie go na kij to inna sprawa… :D
      5. Tylko raz? U nas dzwonienie na nieznane numery było regularną zabawą.
      6. Więcej czekania niż zabawy, ale faktycznie bywało śmiesznie.

      Nie zamieniłabym się z nikim na dzieciństwo. Kocham wspomnienie o nim.

  2. Dzwonienie z telefonu pod nieznane numery to jedna z moich ulubionych zabaw z dzieciństwa i niezbędny element niemal wszystkich przyjęć urodzinowych :)) Inną podobną było gadanie przez domofon do przechodzących drogą ludzi – np. siostra stała przy oknie i mówiła mi, kiedy ktoś przechodził, a ja wygadywałam różne głupoty – w tym byłam dobra :P
    Fajna historia z żurem :D
    A co do rzucania, to z trochę młodszym siostrzeńcem mieliśmy zabawę, polegającą na rzucaniu piłką w nadjeżdżające samochody – często nie trafialiśmy, ale kilka razy zdarzały się celne rzuty – niekiedy kierowcy zatrzymywali się na oględziny samochodu, a my chowaliśmy się za domem – to dopiero były emocje ;)
    Ja też miałam w dzieciństwie sporo ciekawych przygód, fajne były jednak te czasy bez smartfonów ;))

    1. Przez domofon rzadko gadałyśmy, bo obie miałyśmy okna ze złej strony. Za to lubiłyśmy dzwonić do kogoś, pieprzyć głupoty i uciekać. Z kolei z samochodem przypomniałaś mi, że raz w Lany Poniedziałek u kuzyna rzucaliśmy w jeżdżące auta balonami z wodą :P

      W czasach bez smartfonów bez wątpienia częściej wchodziło się w rzeczywiste interakcje z ludźmi i relacje z nimi znaczyły więcej. Ponadto to wyobraźnia była materiałem do zabawy, a nie drogie gadżety. Uważam, że urodziłyśmy się w ostatnim dobrym momencie.

      1. W Lany Poniedziałek zwykle toczyliśmy wojnę wodną z dziećmi z sąsiedztwa – zbierało się nas dużo w domu u babci i potem wychodziliśmy uzbrojeni w butelki na bitwę.

        1. Taak, ja też toczyłam wodne wojny <3 Teraz wyglądam przez okno i widuję baaardzo mało dzieciaków. Chyba szkoda im zmoczyć smartfony.

  3. PŁACZĘ, PŁACZĘ!!!!!!!! :D
    Dzisiaj na pewno nie szłabym przez osiedle z kotem nabitym na patyk, niezależnie od poziomu martwości kota. I pewnie bałabym się wejść do wykopu. Ale… kto wie… :D

    1. Ey, ja bym do wykopu wlazła! :D Za to kotem nabitym na patyk też bym nie szła. W końcu od czegoś mam pojemną torebkę, nie?

  4. Naprawdę z Kasią bawiłyście się martwym kotem????? Nie wiem co powiedzieć… Takie małe, grzeczne dziewczynki ;) Historia z kamieniami – przeraża mnie, a w zasadzie to, że chciałyście, że przyszło Wam do głowy, rzucanie nimi w ludzi. Naprawdę jesteście chyba w czepku urodzone. Świadomość tego, co mogłoby się stać, gdyby …. powoduje, że dochodzę do wniosku, że my z mamą Kasi też mamy szczęście, iż wtedy nikt z ludzi i żadnych zwierząt nie pojawił się w Waszym zasięgu. Z drugiej strony rzucanie w samochody też nie jest lepsze, bo gdybyście uszkodziły któreś auto lub gdyby któraś Was została złapana na gorącym uczynku lub przynajmniej rozpoznana to nasze – Wasze życie mogłoby wyglądać inaczej… Urodzone w czepku – powtórzę to raz jeszcze :) Ciekawe na ile rodzice nie widzą tego, a na ile wypierają ze swojej głowy to, że och dzieci nie mogą być złe do szpiku kości. :) <3

    1. Ekhem. Nie możesz posługiwać się imionami osób, które skracam w tekście do literki. Teraz nie edytuję Twojego komentarza, bo Kaśka raczej nie miałaby nic przeciwko napisaniu jej imienia. W przyszłości jednak będę przytaczać osoby, których imion nie chcę widzieć na blogu. Postaraj się pamiętać :)

      PS Doskonale pamiętam, że Ty bawiłaś się w dzieciństwie w „kto się bardziej wysunie z dachu” :P

      1. Oj przepraszam, faktycznie. Będę pamiętać i może lepiej wyedytuj mój komentarz i nanieś poprawkę. :)

        E tam, to było dawno, dawno temu i też uważam dzisiaj z perspektywy czasu, że ja to dopiero miałam pstro w głowie. Tez uwielbiałam doły, wykopaliska i tego typu sprawy. Dzień przed komunią rozwaliłam sobie w takim dole dłoń wykopując skarb w dole 15 m szerokim i jakieś 6 m głębokim. Dlatego na jednej ręce nie miałam rękawiczki tylko bandaż, który opatrywał mi założone na ranę klamry :)

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.