8 najgorszych sytuacji, które przydarzyły mi się po alkoholu #1

Tworzenie wpisu o piekielnych zabawach z dzieciństwa przyniosło mi ogrom radości. Odkryłam, że grzebanie we własnej historii w poszukiwaniu wydarzeń, które były śmieszne, straszne lub żenujące, umożliwia ponowne ich przeżycie. Tym razem jednak bezpiecznie, ponieważ bez dawki realnego zagrożenia, wydumanej grozy czy palącego policzki wstydu. Polecam spróbować w ramach autoterapii.

Tej niedzieli zapraszam was do zapoznania się z czterema opowieściami, które rozpoczynają dwuczęściowy wpis o Olgi przygodach pijackich. Podczas niektórych – ekhm, większości – byłam nieletnia, co oczywiście nie oznacza, że promuję picie alkoholu przed ukończeniem osiemnastego roku życia. Wręcz przeciwnie: myślę, że to złe, straszne i w ogóle za moich czasów… a nie, przecież to się wydarzyło za moich czasów.

Mam nadzieję, że stosowne wnioski wyciągniecie z lektury sami i na wszelki wypadek nie spróbujecie alkoholu nigdy. A jeśli ktoś postanowi napić się w waszym towarzystwie, śmiało wytrąćcie mu butelkę czy kieliszek z dłoni. Grymasu, który ukaże się na jego twarzy, nie weźcie błędnie za irytację czy gniew. W rzeczywistości będzie to wdzięczność za ratunek i ukazanie lepszej ścieżki życia.

Prezent wigilijny

Od paru lat moja rodzinna Wigilia jest nietypowa, specyficzna. Po pierwsze przy stole nie ma ani jednej osoby wierzącej, po drugie grono liczy od trzech do czterech osób (raz cztery i… pół?), po trzecie zaś mam chory żołądek i nie mogę pić alkoholu, więc to długo wyczekiwany dzień, w którym wreszcie pozwalam sobie na kieliszek butelkę wina bez przejmowania się konsekwencjami.

Efektem owego nieprzejmowania się jest blizna na brodzie, którą mam od lat czterech czy pięciu. Powstała, gdy po wigilijnej popijawie wróciłam do domu i nie miałam siły na dalsze życie, więc wykąpałam się i poszłam spać. Po jakimś czasie obudziła mnie potrzeba pęcherzowa, więc krokiem tropiciela węży i tańcząc pogo ze ścianami oraz meblami – oczywiście w kompletnej ciemności, bo kto normalny zapala w nocy świata? – udałam się do toalety. Normalna sprawa, w niepijackie dni też się budzę i sunę w półśnie do łazienki, ponieważ wypijam stanowczo za dużo tuż przed snem. (Ach te ciekawostki fizjologiczne).

Niestety po dotarciu do toalety rozłączyły mi się w mózgu kabelki. Kiedy połączyły się z powrotem, siedziałam już na podłodze z brodą wbitą w wannę i bardzo mokrą ręką. Uznałam, że może jednak warto zapalić światło. Kiedy spostrzegłam lejącą się z solidnie unerwionej brody krew, zakleiłam ranę plastrem, opłukałam ręce, wysikałam się i poszłam dalej spać. Cóż, są w życiu rzeczy ważne i ważniejsze.

Piwo jak za darmo

Osoby urodzone w XX wieku na pewno pamiętają te piękne czasy, gdy na rynku w dużych miastach można było kupić kufel piwa za jedyne 5 zł, z sokiem zaś za 5,50 zł (dostępny był tylko malinowy, bardzo rzadko trafiało się na alternatywę w postaci imbirowego). W okresie, w którym rozgrywa się ta historia, modne były kluby techno, białe rękawiczki, włosy na żel, C-bool i okazjonalne imprezy tematyczne. Właśnie na jedną z nich wybrałam się z koleżanką z klasy i innymi fajnymi dziewczynami z wyższych roczników.

Miałam 13 lat i zdecydowanie nie byłam zaprawiona w alkoholowych bojach. Podobało mi się za to, że przy barze mogę kupować piwo sama, nikt mnie nie prosi o okazanie dowodu, a kiedy idę po ostatnie i ledwo stoję na nogach, ani jedna osoba nie zapyta, czy aby na pewno chcę je wypić. Grunt to zarobić! W ostateczności wypiłam więc trzy piwa z sokiem malinowym i wsiadłam do autobusu do domu.

Dojeżdżając do osiedla, myślałam, że będę musiała wysiąść dwa przystanki wcześniej, bo paw srogo trzepotał skrzydłami tuż przy gardle. Na szczęście ja i mój nowy ptasi przyjaciel dojechaliśmy na miejsce bez szwanku. Godzina była późna, panowała ciemność, nikogo nie było w pobliżu. Siadłam na przystanku, rozejrzałam się, elegancko uwolniłam pawia w dłonie i rzuciłam go pod ławkę. Po drodze do domu rzuciłam jeszcze jednego w krzaki, najwyraźniej poprzedni potrzebował towarzystwa. Miałam nadzieję, że to koniec, niestety nie. Przygoda z fauną kontynuowana była w domu, i to z mamą stojącą pod drzwiami łazienki i martwiącą się o mnie. Powiedziałam jej, że zatrułam się hamburgerem. Uwierzyła.

Bye, bye, vodka & raspberries!

W mojej pierwszej poważnej (długoterminowej) relacji miłosnej byłam w drugiej połowie gimnazjum. Mój ukochany mieszkał pod Poznaniem, więc żebyśmy mogli się widywać, albo na weekendy, święta i dłuższe wolne on przyjeżdżał do mnie, albo ja do niego. Ta historia wydarzyła się u niego, podczas jego osiemnastych urodzin (miałam wówczas dopiero co skończone szesnaście lat).

Na imprezie była banda chłopaków mniej więcej w wieku mojego ukochanego, ja i dziewczyna jego kolegi, która miała lat dziewiętnaście i parę razy już w życiu piła. Polubiłyśmy się i trzymałyśmy tego wieczora bardzo blisko. Najwyraźniej założyła, że mam duże moce przerobowe, ja zaś bardzo chciałam jej zaimponować. W efekcie wypiłam dwanaście wściekłych psów (róbcie nam mocne!), kilka kieliszków wódki w toaście za ukochanego oraz drinka z colą i wódką. Wszystko w przeciągu kilku godzin.

Jak się pewnie domyślacie, zabawa nie skończyła się dla mnie wesoło. Pamiętam jedynie zatroskane twarze imprezowiczów, mnie siedzącą na schodach ze smętnie zwieszoną głową nad miską z rzygowinami, starszą koleżankę karmiącą mnie chlebem maczanym w herbacie i wkładającą palce z tipsami do gardła, żebym wyrzuciła z siebie alkohol (to bolało!), a potem spanie na kanapie na ramieniu ukochanego. Dopiero na drugi dzień dowiedziałam się, że wymiotowali wszyscy – większość na gnojownik, bo łatwiej trafić – najbardziej agresywny kolega zaś po pijaku zatrzymał auto na drodze i wyłamał drzwi przy kierowcy (?!).

Od tego dnia nie tknęłam wódki i mam awersję do malin.

Kup mi tę kurtkę już!

Czwarta historia ma dwie części, na szczęście tym razem kończy się happy endem. Albo przynajmniej neutral endem. Początek to wizyta w galerii handlowej z mamą, jej ówczesnym ukochanym i moją siostrą. Były chłodnawe dni wiosenne, a ja potrzebowałam nowej kurtki. Obejrzałam w sklepie kilka, lecz uparłam się na jedną: białą jak du… udo albinosa, wykończoną milionem ćwieków i przecinaną paskiem z dużą klamrą. W skrócie: wieś tańczy i śpiewa, przed czym ostrzegali mnie bliscy, ale taka panowała wśród nastolatków moda i koniec, kropka. Sceptyczni bliscy uznali, że mam sprawę przemyśleć i jeśli będę chciała, po kurtkę wrócimy. Natychmiast się obraziłam, wyszłam z galerii i poszłam na przystanek. Widząc moje – nazwijmy to – zdecydowanie, bliscy postanowili kurtkę kupić. Chcesz, noś i żałuj.

Moją przepiękną nową zdobycz zabrałam na wyjazd do ukochanego przedstawionego w poprzedniej historii. Było dość ciepło, więc jak zwykle wieczorami chodziliśmy z jego kolegami pić. Kiedy wracaliśmy, panowała zupełna ciemność. Któregoś razu nie przewidziałam, że droga powrotna będzie prowadzić przez pole pełne błota. Pamiętam, że podczas przemarszu na skos pola potknęłam się o coś, wpadłam do dołu i zamiast wstać, dziko się śmiałam. Śnieżnobiała kurteczka wyglądała, jakbym ją wyjęła psu z.

Happy endem jest to, że nazajutrz mama ukochanego zajęła się moją kurteczką i znów wyglądała jak nowa. Marne to jednak pocieszenie, skoro niebawem koleżanka z klasy kupiła taką samą i wyglądała w niej lepiej. Ponadto przyjrzawszy się odzieży uważniej, dostrzegłam jej jarmarczność. Oczywiście nigdy nie przyznałam bliskim racji – dowiedzą się teraz, jeśli wpadną na blog i przeczytają – ale zupełnym przypadkiem pozwoliłam kurteczce zawieruszyć się w szafie. Po paru latach oddałam ją mamie.

Część druga

***

Koniecznie dajcie znać, czy po wypiciu alkoholu przydarzyła wam się historia podoba do jednej z moich. A może macie zupełnie inną, na wspomnienie której czujecie rozbawienie lub wstyd? Napiszcie ją w komentarzu. Pośmiejmy się z młodzieńczego alkoholizmu wspólnie.

19 myśli na temat “8 najgorszych sytuacji, które przydarzyły mi się po alkoholu #1

  1. Ja nie podzielę się takimi wspomnieniami, bo nigdy się nie upiłam :D 18 kończę dopiero w lipcu, a do alkoholu nigdy mnie nie ciągneło :) ja nawet nie lubie jego smaku w słodyczach :D a co do Twoich historii, pozwolę sobie każdą skomentować osobno ^^
    1. Co to znaczy „cztery i pół” osoby na wigilii? :p powiem Ci ze ja tez sobie kiedyś rozcielam brode… Ale na trzezwo xD bylam malutka, bawilam się z moim starszym bratem a on mnie popchnął na szafkę i nadziałam sie bordą na kant. Mialam potem szytą ;( Ty poszłaś z tym na szwy czy samo Ci się zagoiło?
    2. Moi znajomi z klasy ciągle chodzą do jednego miejsca w Krk gdzie piwo jest za 4 zł :D mama nigdy się nie dowiedziała, że to nie było hamburger? ;)
    3. O kurczę, tutaj to naprawdę musiało być ostro :o co to wściekły pies? Przepraszam, nie znam się na drinkach :p i jak to wyłamał drzwi? Tak po prostu rękami? :o
    4. Mi się czesto zdarzają zakupy których potem żałuję :p nie tylko ciuchow, ale i slodyczy xD mogę spytać jak się skonczyla Twoja znajomość z tym chlopakiem? :)

    Kolejny wpis, ktorym udowadniasz, jak ciekawe masz życie :D ja nie miałam żadnych takich przygód, jestem chyba zbyt cicha i niesmiala :) ale lubię swoje spokojne życie, więc pewnie nie chcialabym się z nikim zamienić :D Ciebie podziwiam za Twoją odwagę i wyluzowanie ^^

    1. Ach, gdyby tylko wiek był wyznacznikiem tego, czy człowiek już pił, czy jeszcze nie… Jak mogłaś przeczytać, ja zaczęłam wcześnie :P Najwięcej piłam w gimnazjum. Później coraz mniej i już rozsądnie. Na studiach miałam kilkumiesięczny okres picia dzień w dzień, tyle że w samotności, w domu. Po winie łatwiej mi się zasypiało. W sumie mogę mieć tendencję do alkoholizmu. Gdybym nie zachorowała na żołądek – co odkryłam właśnie przez to, że któregoś dnia się napiłam i wykręciło mnie z bólu – to bym tak piła i piła do dziś :P

      1. Nie wierzę w służbę zdrowia, więc będę wlekła za sobą chorą nogę tak długo, aż zacznie odpadać. Wtedy pójdę do lekarza. Także broda zagoiła się sama. Pół osoby wynika z faktu, że opuściła rodzinne grono w połowie wieczerzy.
      2. U nas też istnieją takie miejsca. Są stylizowane na knajpę z PRL-u. Piwo kosztuje 4 zł, ale ma 400 ml.
      3. Wściekły pies to drink podawany w kieliszku do wódki. Składa się z wódki, zagęszczonego soku malinowego i tabasco. Pamiętam, że jako dorosłe i doświadczone – pff, zwłaszcza ja – prosiłyśmy o mało soku, dużo wódki i ogrom tabasco. Brr.
      4. Rozstaliśmy się, zanim poszłam do liceum albo tuż po rozpoczęciu. Niestety złamałam mu serducho. Jak późnej jeździłam do jego miasta i odwiedzałam kumpli, jego braci i mamę (rany, jak ja ją kochałam; to byłaby najlepsza teściowa świata, przysięgam), zamykał się w pokoju. Potem tylko pisał smsa ‚pa’, kiedy wychodziłam. Szkoda, bo jednak łączy nas kawał dobrego.

      1. Sama sięgnęłas po raz pierwszy po alkohol czy ktoś Cie zachecil? :)
        Aa to po opisie wscieklego psa dopiero teraz zrozumialam Twoją awersję do malin :D
        Dziękuję że tak dokładnie odpowiedzialas mi na kazde pytanie <3

        1. Zależy, o jaki pierwszy raz pytasz. Pierwszy-pierwszy to pewnie był, kiedy miałam kilka lat i zamoczyłam z ciekawości jęzor w czyimś kieliszku. Pierwszy raz UPIŁAM SIĘ ze znajomymi.

  2. Ja nie miałam tylu przygód, chyba odporna byłam na alkohol w młodzieńczych latach, bo zawsze piłam tyle co inni, a zachowywałam trzeźwość umysłu (pamiętam jak raz moja koleżanka chciała skakać do rzeki, a ja ją powstrzymywałam przez kilka godzin, a wypiłam sporo więcej niż ona :P).
    Pod koniec podstawówki z kolei często chodziłam do koleżanki, która częstowała mnie nalewką swojego dziadka (a ja ją dla odmiany likierem, malibu lub czymś innym co sobie wybrała – rodzice zawsze mieli dobrze wyposażoną szafę z alko :P) i raz trochę przesadziła, na szczęście do powrotu jej rodziców wytrzeźwiała, więc żadnych niesnasek nie miałyśmy ;) I być może dlatego, że od najmłodszych lat testowałam różne % picia, teraz nie czuję takiej potrzeby w ogóle, więc nawet nie jest mi smutno, że nie mogę się alkoholizować :D

    1. Historię o częstowaniu się trunkami z barku i zbiorów piwnicznych dziadka przeczytasz za tydzień, jeśli wpadniesz na living. Kimże bym była, gdybym tego nie praktykowała? :D

  3. Ja pamiętam jak się zgrzałyśmy tequillą w Kredance na Solnym i jak wracałam z Tobą autobusem i pytałam wszystkich gdzie jest mój pierścionek, który oddałam wcześniej Kamie na przechowanie xD

    1. Jeździłyśmy tam co roku na andrzejki i robiłyśmy wróżby. Pamiętam, że raz była z nami Kama, a raz Kama i Sylwia.

  4. Ja w Niemczech na pracy sezonowej wypiłam ze Słowaczkami kieliszek wódki i poszłam spać. Rano obudziło mnie zimno okazało sie,ze spałam pod jakimś kocem i podkoszulku . Dziewczyny z pokoju powiedziały mi,że nagle usłyszały jak wymiotuje na śpiwór w którym spałam,zanieśli mnie pod prysznic . Teraz już wiem,że łączenie alkoholu i leków to nie dobra mieszanka bo tego dnia miałam straszną migrenę i w południe łyknęłam ketanol 100,chyba ze dwie tabletki a o 20 wypiłam ten alkohol.
    Teraz pije raz na jakiś czas lampkę wina i na tym koniec,mam za słabą głowę.

    1. Ja też mam słabą głowę. Co zabawne, zawsze miałam. W sumie nie wiem, jak mogłam za młodu wypić sześć piw z rzędu. Obecnie jedno sprawia, że czuję się dobrze. Drugie wypiję, jeśli towarzystwo jest zacne i atmosfera sprzyja. Trzecie to absolutne maksimum, po którym zaczynam żałować, że się urodziłam, a także mam wątpliwości, czy aby przypadkiem nie zamieniłam się w helikopter. Z kolei wina mogę wypić całą butelkę. Dopiero wtedy żałuję.

  5. Hm. Ja alkoholu pierwszy raz spróbowałam na studniówce i to w ilości homeopatycznej.
    Niestety na studiach chciałam dorównać doświadczonym w bojach rówieśnikom i kończył się to tak… że bedę miała co wspominać na stare lata :D

  6. To my jesteśmy kompletnie niepijące :D Raz tylko na weselu (byłyśmy jako osoby towarzyszące) Monika piła z kuzynem wódkę i stanęło na kilkunastu kieliszkach zagryzanych chlebem z masłem :P Ale na szczęście nic się nie wydarzyło do opowiadania, bo okazało się, że Monika ma mocną głowę. Jedynie następnego dnia rano kiedy jechałyśmy z koleżankami do kina to miała pewien dyskomfort w samochodzie ale pawia żadnego nie wypuściła :P

    1. O rany. Obecnie rzygnęłabym już po pierwszym kieliszku czystej wódki, więc winszuję wytrwałości. Nie znoszę jej smaku. Nic gorszego…

  7. Chyba jednak lepiej, że przeczytałam te historie po tamtych z drugiej części. Te wydają się być bardziej hardcorowe. O jaaaaaaaa!!!!! Zawsze miałam wrażenie, ze wiem o Tobie WSZYSTKO, teraz mam poczucie, że jednak nie do końca Cię znam :) Dochodzi do mnie jednak taka pozytywna refleksja, że może to jednak dobrze, że dzieci mają przed rodzicami swoje tajemnice, wtedy wszystkim żyje się prościej, bez komplikacji z oby stron. Pod warunkiem, że dzieci wiedzą, kiedy i jak się w porę ogarnąć, by nie przesadzić. Co o tym myślisz z perspektywy czasu? <3

    1. Myślę, że to bardzo dobrze, że rodzice nie wiedzą o wszystkim. Po pierwsze mniej się stresują – Ty byś przy mnie osiwiała albo umarła na zawał. Po drugie dziecko może się rozwijać poprzez naukę na popełnianych błędach.

      Wcześnie zaczęłam pić, to prawda. W ogóle do wszystkiego było mi w życiu spieszno. Ostatecznie jednak „wyszłam na ludzi” :) No i najważniejsze, że nie skończyłam jak osoby, z którymi kolegowałam się w gimnazjum.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.