Co ty wyprawiasz?! Koszmary miłośnika i testera słodyczy #1

Witajcie w tę piękną niedzielę, którą postanowiłam poświęcić czystej rozrywce. No dobrze, nie do końca czystej, bo z dawką grozy. Zebrałam dwadzieścia sytuacji, których koszmarność zrozumieją jedynie zagorzali wielbiciele słodyczy, przykładający wielką wagę do spożywanych produktów. Mało tego, część z nich będzie jasna dla jeszcze węższego grona: bloggerów słodyczowych.

Oto pierwsza część koszmarów miłośników oraz testerów słodyczy:

1. Postanawiasz odbyć degustację z kimś bliskim. Wybierasz godny podzielenia produkt o nienagannym składzie i wielowątkowym charakterze. Wprowadzasz gościa w swój świat. Opowiadasz o produkcie i pokazujesz, jak prawidłowo go wąchać i jeść, by nie stracić ani odrobinki cudowności. Sam rozpływasz się w zachwycie. Po degustacji prosisz bliskiego o opinię. Słyszysz: no… smaczne.

2. Wysyłasz bliską osobę po czekoladę, którą bardzo trudno zdobyć. Być może jest dostępna tylko za granicą, być może w sklepie na obrzeżach miasta zostały ostatnie sztuki. Kiedy ją otrzymujesz, ma kartonik zalany piciem, które twoja bliska osoba wsadziła do tej samej siatki, bądź też jest połamana bardziej niż puzzle dla zaawansowanych. Przecież to tylko czekolada, czyż nie?

3. Masz wyłącznie jedną sztukę rzeczy, na której degustację bardzo czekałeś. Niestety twoja bliska osoba robi maślane oczy i nie masz serca odmówić. Dzielisz się i… patrz: sytuacja numer jeden.

4. Masz tylko jedną sztukę rzeczy, na której degustację czekałeś od dawna. Ignorujesz maślane oczy bliskiej osoby, licząc na to, że rozumie twoją pasję i nie obrazi się za ów przejaw egoizmu. Niestety kiedy wyciągasz produkt z opakowania, spada ci na ziemię i porywa go pies (jeśli to baton, ciastko itp.) lub rozpada się i nie nadaje do niczego (jeśli to lód, deser mleczny itp.).

5. Mieszkasz z partnerem, rodziną lub współlokatorami. Nadchodzi długo wyczekiwany dzień otwarcia słodycza, o spróbowaniu którego marzysz od lat. Otwierasz pudełko, a tam wieje wiatr.

6. Mieszkasz sam i nie martwisz się, że ktoś cichaczem na bezczela wyje twoje zbiory. Nadchodzi długo wyczekiwany dzień otwarcia słodycza, o spróbowaniu którego marzysz od lat. Otwierasz pudełko, a tam niespodziewani, wesoło wijący się mali lokatorzy.

7. Mieszkasz z innymi osobami: bliskimi lub znajomymi. Jest niedziela niehandlowa, nadchodzi wieczór. Masz ogromną ochotę na limitowane ciastka, które można było kupić tylko w przez dwa tygodnie, na dodatek parę miesięcy temu. Otwierasz szafkę, a tam pustka. Wyjesz z bezsilności, na co współlokatorzy rzucają tylko: o jejku, nie przesadzaj, kupię ci jakieś ciastka jutro i wyjdzie na to samo.

8. Przygotowujesz się do napisania recenzji. Właśnie zjadłeś wyjątkowy produkt, którego miałeś dwie sztuki, ale dzień wcześniej twoją bliską osobę naszła wielka ochota na coś słodkiego i podarowałeś jej jedną. Jesteś ciekawy opinii i chcesz ją wykorzystać w recenzji. Pytasz więc bliskiego o odczucia, na co otrzymujesz odpowiedź: Jadłem wczoraj coś słodkiego? Nawet nie pamiętam.

9. Przygotowujesz się do testu słodyczy. Chcesz mieć idealne warunki do pełnego skupienia, więc ścielisz łóżko, szukasz odpowiedniego serialu, sprawdzasz, czy się załadował, zalewasz herbatę. Wracasz do pokoju, a na talerzyku pusto. To było do testów? Myśleliśmy, że tak o postawiłeś – słyszysz.

10. Siadasz do degustacji lub pisania recenzji. Potrzebujesz ciszy i spokoju. Niestety twoi współlokatorzy ciągle czegoś chcą, mówią do ciebie, proszą o przysługi. Szturchają cię, wylewasz herbatę. Słodycze spadają na ziemię, a notatka w telefonie się nie zapisuje.

Część druga

***

Dajcie znać w komentarzu, która sytuacja jest bliska waszemu sercu, w której się znaleźliście, a której na szczęście udało wam się uniknąć. Jeżeli wymyślicie inne, napiszcie o nich.

13 myśli na temat “Co ty wyprawiasz?! Koszmary miłośnika i testera słodyczy #1

  1. 1, 3, 4, 7 i 10 to sytuacje które denerwują szczególnie i mnie …
    Moje jedzenie to MOJE JEDZENIE i kropka. Starannie wybrane, przygotowane, czy wielbione. Nienawidzę gdy kiedy już wspaniałomyślnie zdecyduje się z kimś nim podzielić słyszę no dobre albo może być … szlak mnie trafia na miejscu :(
    Najgorsze jest chyba jednak to gdy się rozsiade do degustacji a tu nagle wyskakuje coś albo ktoś i mi przeszkadza w niej tak uporczywie że w ogóle z niej rezugnuje albo upkrzysza tak że całą radość szlak trafia z jedzenia ….
    To że inni nie szanują zakupionych dla Ciebie albo przez Ciebie rzeczy do jedzenia to też inna bajka. Przoduje w tym mój ojciec wrzucając w sklepie zakupy byle szybciej do siatek ale jak ja mu coś kupuje w szczególności chipsy albo paluszki to nie omieszka wspomnieć tylko nies w ręku a nie w torbie na ramieniu bo się pokrusza ….
    No comments

    1. Haha, czyli jesteśmy towarzyszkami w biedzie :D Ja tam samo nie lubię, gdy ktoś mi przeszkadza w oglądaniu filmów albo pisaniu.

  2. Ooo jaki super pomysl na wpis!! Na szczęście nie doświadcylam wszystkich sytuacji :D
    1. Nie testuje slodyczy z nikim, tylko sama :D jak jem z kimś to raczej nie skupiam się na testowaniu tylko na tej drugiej osobie :)
    2. Zazwyczaj sama kupuje sobie słodycze, nawet jesli trzeba po nie jechać gdzieś daleko :p to zbyt delikatna sprawa żeby powierzać ją komuś innemu :D
    3. Z tym też nie mam problemu, mama nie je slodyczy, a brat i tata nawet nie wiedzą gdzie mam pochowane moje lakocie i oni raczej nie zwracają uwagi na rodzaj slodyczy, wystarczyłoby im cokolwiek slodkiego :)
    4. Mój pies na szczęście nie wchodzi mi do pokoju :D poki co jeszcze nic mi nie spadlo i mam nadzieję że tak pozostanie xD
    5. Tak jak wspomniałam w 3 – nikt sie nie dobiera do moich zapasow ^^
    6. Bleeh, robaki?? No, długo czasami leżą u mnie słodycze w szafce, ale nie az tak! :D
    7. Tak samo jak w 3 i 5 – moi bliscy raczej szanują moja własność :)
    8. Raczej zwykle otrzymuje odpowiedź jak w 1 – no smaczne xD
    9. Testuje przy biurku, do picia mam wodę żeby nie zmieniac smaku i nic nie oglądam zeby sie nie rozpraszac… No i żeby nie opuszczac ani na chwilkę mojego obiektu badań ^^
    10. Tu po części sie zgadzam. Zaczynam sobie jeść, i akurat w tej chwili słyszę „Maagdaaaa, choć tu n chwile!!!!” no ludzie! Na szczęście w takich sytuacjach nic mi nie spada, a notatki pisze juz potem w Wordzie i on zapisuje na bieżąco :D
    Chyba w sumie dobrze ze prawie żadnej z tych sytuacji nie doswiadczylam, bo jak je sobie wyobrazam to rzeczywiście są małe koszmarki :D czekam na drugą część! Naprawde super pomysł na wpis :)

    1. 1. W trakcie związku nie miałam jak testować sama. Skądinąd towarzystwo bliskiej osoby znoszę całkiem dobrze, ale to musi być naprawdę bliska osoba.
      2. Ja też. Niestety bywa, że produkt jest na obrzeżach miasta, w innym mieście lub za granicą.
      3. 5. 7. Mieszkam sama <3
      4. Rubi nie rzuca się na żarcie, nawet jeśli spadnie mi coś smakowitego. Zje, dopiero gdy jej pozwolę. Za to poprzedni pies... :D
      6. Czasem kupuje się słodycze już z robakami. Przykład: afera z Wawelem, chyba też Wedlem.
      9. Ja tylko na łóżku i z serialem/czymś tam w tle.
      Dziękuję <3

  3. Nikt z mojego otoczenia na szczęście nie bierze moich rzeczy bez pozwolenia – mam specjalny rewir (zarówno u siebie, jak i w kuchni rodziców), z którego nikt nic nie tyka :D Słodyczy nie recenzuję, więc wiele z tych sytuacji mnie nie dotyczy, jednak uszkodzone rzeczy nie smakują tak samo – zalana czy połamana czekolada to smutny widok ;/

    1. Przed wyprowadzką z mieszkania mamy miałam swoją półkę w lodówce, a i tak stojące na niej jogurty czasem znikały w niewyjaśnionych okolicznościach. Ależ mnie to denerwowało…!

      1. Mi jogurty znikały niekiedy na studiach, w paszczy współlokatorki kradziejki, ale ona była niereformowalna. U rodziców z kolei, jak jakiś produkt w lodówce odbiega od powszechnie znanych stałych bywalców, to uznany jest za mój i nietykalny :D

        1. Przy współlokatorce trzeba było wstrzykiwać do jogurtów cienką igłą środek na sraczuchę. Szybko by się oduczyła (:

          1. Trzeba było :D Poza jogurtami notorycznie brała moje mleko i nigdy nie chciała się do tego przyznać. Doszło do tego, że rozcieńczyła mi go wodą, żebym się nie zorientowała w stratach !! No ale wtedy miarka się przebrała i nasypałam do części mleka sporo soli, ciekawe jakie to było przeżycie, gdy dolała go do kawy :P A raz, w przeciągu mojej godzinnej nieobecności w mieszkaniu, zeżarła moje 2 Magnumy (przed wyjściem na shopping sprawdziłam stan zamrażarki, żeby wiedzieć co dokupić) i też oczywiście to nie nie ona (a papierki później widziałam na jej biurku) – masakra żyć z takim człowiekiem.

  4. U mnie czasem jest coś podobnego, jak w punkcie 1. Moja degustacja jednak i tak odbywa się tylko w gronie: ja & czekolada (Luna, choć brzmi to okropnie, wtedy się nie liczy… nie no, serio to zazwyczaj śpi / leży gdzieś w pobliżu, zerka na mnie). Dopiero jak mi nie smakuje lub smakuje, ale nie na tyle, by jeść całe, nudzi itd., oddaję Mamie. Wtedy wypytuję, co ona czuła, jak ocenia. Ją to czasem denerwuje, bo jej ulubione opiniowanie to „smaczne / niesmaczne” w przypadku czekolad. Nie rozbiera na czynniki pierwsze nadzień. Czasem nie obchodzi jej czy wewnątrz są ciasteczka, orzechy czy chrupki. Jak smaczne – to dobrze, jak nie, to nie. A ja magluję, aż jednak wydobędę z niej coś więcej, więc specjalnie dla mnie bardziej się na czekoladach skupia.

    Moje jedzenie to moje jedzenie, Mama go nie rusza, tak samo, jak mi by do głowy nie przyszło wziąć coś jej. Podobnie z pisaniem recenzji. Jak Mama wie, że piszę, to mi nie przeszkadza. Czy Luna mi przeszkadza? Nie. Jeśli piszę, a ona sygnalizuje coś, to zazwyczaj jest to coś ważnego, więc na chwilę przerywam pisanie i idę. Nie postrzegam tego jednak jako przeszkadzanie. Przeszkadzanie to w sumie tylko wtedy gdy akurat w trakcie mojej degustacji pójdzie do kuwety. Wtedy jednak Mama stoi na straży i szybko problem znika. Gdy jej nie ma, no trudno, muszę dupę ruszyć, ale to i tak nie tyle przeszkadzanie. Coś czego nie lubię, ale fakt.

    Na uczelni dostaję szału i robię się wyjątkowo, nawet jak na mnie niekulturalna, gdy np. siedzę sobie jedząc czekoladę (pomijam, że na uczelnię biorę gorsze, ale to i tak jedzenie czekolady), a ktoś się przysiądzie krępująco blisko (zawsze siedzę w słuchawkach – to chyba jasny sygnał) i np. wybierze jakąś kanapkę / sałatkę z czymś, co wali (a niech to i będzie aromatyczna szyneczka – jak jem czekoladę, to mi to wali i przeszkadza).

    Nienawidzę: degustuję / piszę recenzję albo już po prostu kończę jeść coś zdegustowanego, opisanego… albo po prostu jem cokolwiek i słyszę domofon / pukanie. Jak jestem sama, muszę się ruszyć. Pół biedy, gdy to jakaś paczka, coś fajnego, ale jak dziad sprzedający jajca (kręci się często i sprzedaje tylko po 15 sztuk, cham jeden) albo „my porozmawiać o Jezusie” albo żebrząca kobieta… Mogę wygrywać z politykami konkursy na bezczelne zbywanie.

    To mi się nie przytrafiło, ale zawsze się tego boję (ostatnio było bardzo blisko takiej tragedii!): robić zdjęcia czekoladzie w górach i nagle j… łup. Spada ze szczytu daleko w dół albo wpada w błoto / coś obleśnego, czego się wcześniej nie widziało. Ewentualnie napada zbój / wściekła kozica i kradnie – to też by nie było miłe.

    PS Zastanawiałam się jakiś czas temu, czy nie zamówić paru czekolad marki ze zdjęcia z tego posta, ale jednak 17 zł / 100 g za coś zupełnie mi nieznanego, możliwe, że drogiego tylko z racji sprowadzenia odstraszyło.

    1. „Dopiero jak mi nie smakuje lub smakuje, ale nie na tyle, by jeść całe, nudzi itd., oddaję Mamie” – SKĄD JA TO ZNAM? :’D Tylko jak byłam z Łukaszem, kupowałam dobre słodycze dla naszej dwójki. Do rodzinki zawsze lecą te mniej chciane okazy i opakowania zbiorcze.

      „Jej ulubione opiniowanie to „smaczne / niesmaczne” w przypadku czekolad. Nie rozbiera na czynniki pierwsze nadzień. Czasem nie obchodzi jej czy wewnątrz są ciasteczka, orzechy czy chrupki. Jak smaczne – to dobrze, jak nie, to nie” – yep, the same here.

      „Moje jedzenie to moje jedzenie” – tak bardzo to rozumiem! Niestety w domu rodzinnym moje jogurty znikały czasem w niewyjaśnionych okolicznościach. Za to słodycze trzymałam skitrane w szafkach w swoim pokoju. Ależ kocham mieszkać sama.

      Rubinek absolutnie mi nie przeszkadza. Czy siedzi na moim kolanie, czy śpi u siebie, jeden – nomen omen – pies.

      Do mnie nikt nie dzwoni. A przynajmniej nie za często. Jeśli już się zdarzy, jest to ten sam rodzaj atrakcji, co u Ciebie, czyli jezusowe rozmówki. PS „dziad sprzedający jajca” – leżę :’D

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.