Choroby, urazy i dolegliwości – Story of My Life #3

Zapraszam na trzecią i ostatnią póki co opowieść o chorobach, urazach i dolegliwościach, których względnie szczęśliwie udało mi się w życiu doświadczyć. Podczas przygotowywania poprzednich części przypomniałam sobie o tylu interesujących i zabawnych historiach chorobowych, że mogłabym pociągnąć ów wątek do końca roku, niemniej należy zachować umiar. Myślę, że za jakiś czas do tego wrócimy.

Rozkład jazdy:

Kostki skręcone w tym samym czasie

Trzeba mieć pecha, żeby skręcić kostkę. Żeby jednak skręcić obie naraz, niezbędny jest czarny pas w autodestrukcji. Ja najwyraźniej go mam, ponieważ dwie sztuki posiadanych kostek rozwaliłam na początku tego roku. Niejednokrotnie wspominałam, że nie przepadam za aktywnością fizyczną. Przez pół roku nie ruszam się z fotela, aż nagle dopada mnie poczucie winy, że szkodzę organizmowi, rozrastam się i dziadzieję. W efekcie rzucam się na ćwiczenia jak szalona, bez rozgrzewki i przygotowania.

Jednym z moich ulubionych narzędzi tortur jest domowa trampolina, na której w okresach wzmożonej aktywności fizycznej skaczę podczas oglądania seriali i innych Youtube’ów. Na początku tego roku po kilku dniach beztroskiego skakania poczułam, że bolą mnie kostki. Poskarżyłam się mamie, ale uznała, że to zakwasy i trzeba je rozskakać. No to skakałam dalej, aż któregoś dnia wstałam i… w zasadzie nie wstałam. Moje kostki były niczym pień stuletniego dębu: sztywne i grube, a do tego bolesne. Tak oto przez kolejne tygodnie jechałam na maści z antybiotykiem, nie wychodziłam z domu i głównie leżałam.

Ciało gojące się w tempie ślimaka

Tym razem nie chodzi o jeden konkretny uraz, ale o ogólną przypadłość. Otóż jestem tą szczęściarą, której ciało leczy się w nieprzyzwoicie wolnym tempie. Kiedy się skaleczę, obiję albo zrobię sobie cokolwiek innego, wygojenie ran zajmuje kilkakrotnie razy dłużej niż u przeciętnego człowieka. Nie wiem, z czego to wynika. Przykładowo byłam na łyżwach i obtarł mnie jeden but. Zrobiła mi się niewielka rana, która zanikała… zgadniecie, przez ile? Dwa lata! O nogach w ogóle żal wspominać, bo zawsze są obite jak u kobiety pracującej w kamieniołomie. Przez spowolnione gojenie się ran bardzo obawiam się wszelkich kontuzji, bo inną osobę wyłączyłyby z życia na tydzień, a mnie na miesiąc lub dłużej.

Słaba odporność organizmu

Mój organizm w ogóle nieszczególnie mnie lubi. Nie tylko wolno goją mi się rany, ale na dodatek mam słabą odporność. Obecnie jest milion razy lepiej niż w dzieciństwie, jednak wciąż kilka razy w roku łapię choroby, o których przeciętny człowiek nawet nie słyszał. (Nie przesadzam). W czasach przedszkola i podstawówki miałam minimum pięć angin rocznie. W końcu zachorowałam na zapalenie płuc i rodzice musieli mnie zabrać z przedszkola. Choroby układu oddechowego uspokoiły się w liceum. Zaczęły się za to inne problemy. Nie rozumiem i nie lubię faktu, że mój organizm zdaje się zwalczać sam siebie.

Migdałki do wycięcia

Wspomniałam, że w dzieciństwie zapadałam na choroby układu oddechowego częściej niż dziś. W zasadzie od paru lat nie łapię ani anginy, ani grypy. Co najwyżej przeziębienie, z którym szybko wygrywam. W młodości jednak przeżywałam niekończący się koszmar terapii antybiotykowych, zastrzyków w dupsko i zabiegów. Raz trafiłam do szpitala z przerostem migdałów. Miałam do wycięcia dwa: prawy albo lewy i środkowy. Boczny pękł w nocy i oszczędzono mi katuszy. Ze środkowym niestety trafiłam pod skalpel. Podczas zabiegu siedziałam z unieruchomionymi rękami i szczęką. Musiałam być przytomna, choć dostałam znieczulenie. Lekarka cięła mi gardło, a ja tak przeraźliwie płakałam, że krew z migdałka bryzgała jej na twarz, co ją denerwowało. W ogóle tamten pobyt w szpitalu wspominam bardzo źle, bo leżałam na sali z niemiłymi dziećmi, które zabrały moją maskotkę i rzucały do siebie, nie chcąc mi jej oddać.

Choroba wrzodowa żołądka

Jedno z największych nieszczęść zdrowotnych mojego życia to choroba wrzodowa, a dokładnie: nadżerkowe zapalenie żołądka i dwunastnicy drugiego stopnia z refluksem. Jak owo dziadostwo powstało, nie wiadomo. Helicobacter pylori to bakteria, którą ma do 80% dorosłych ludzi, przy czym u jednych wywoła chorobę układu trawiennego, u innych nie. Czynniki sprzyjające chorobie to stres, picie kawy na pusty żołądek, picie alkoholu, osłabiony organizm… miliony rzeczy, ale akurat te występowały u mnie.

Przez wiele miesięcy piłam przed snem kieliszek czerwonego wytrawnego, aż któregoś razu nie mogłam, bo w kolejnych dniach czułam ból, jakiego dotąd nie znałam. Tato sądził, że to tylko zapalenie żołądka, jednak gastroskopia – którą musiałam robić po znajomości, bo lekarka w przychodni uparła się, że w moim wieku nie można mieć wrzodów i nie dała mi skierowania – wykazała nadżerkę żołądka i dwunastnicy z refluksem. Przez kilka lat bałam leki (IPP różnych generacji), niestety niczego nie zmieniły. Jedyną ulgę dawało i wciąż daje trzymanie się diety dla wrzodowców, stąd moja obsesja na punkcie jedzenia o konkretnych godzinach i zachowywania odpowiednich odstępów czasowych pomiędzy posiłkami.

Na początku tego roku byłam na ponownej gastroskopii, która nie dość, że nie wykazała zmian, to jeszcze była koszmarem, bo lekarz wykonywał ją na siedząco – miał wypadek i nie może chodzić – i czułam niewyobrażalny ból. Płakałam jak dziecko, a pielęgniarka głaskała mnie i mówiła, żebym jeszcze chwilę wytrzymała. Helicobacter pylori od dawna nie mam, niestety rany w ścianach organów nie chcą zniknąć.

***

Cierpicie na jakieś choroby przewlekłe? Mieliście operacje albo zabiegi, o których wolelibyście nie pamiętać? A może odkładacie w czasie badania, które powinniście wykonać, bo czujecie, że coś jest nie w porządku? Jeśli macie ochotę, podzielcie się swoimi nieszczęściami.

21 myśli na temat “Choroby, urazy i dolegliwości – Story of My Life #3

  1. Dolegliwości żołądkowe są straszne. Paraliżują całe Twoje życie. Moje „przygody” są związane z bólami brzucha, ale spowodowane głodówkami wywoływanymi przez anoreksję. Każdego dnia walczę z tym uzależnieniem, ale jest lepiej. To dobrze, że pieszesz takie wpisy. Pozdrawiam.

    1. Przykro mi :( Dorobiłaś się konkretnej choroby żołądka czy boli/bolało Cię, bo nie jesz/jadłaś? Pozdrawiam również.

    2. Kochana, nigdy nie myślałam, że napiszę o tym w internecie, ale ośmieliłaś mnie. Mam podobne doświadczenia. Nie mogę powiedzieć, że pożegnałam się z chorobą, ale pozbyłam się dolegliwości ze strony układu pokarmowego. Doradzam Ci jedzenie jogurtów, namoczonego siemienia lnianego i wszelkiego rodzaju kiszonek. To uratowało moje jelita. Jeśli tak jak u mnie Twoja dieta jest bogata w błonnik, pij dużo wody. Ja nieustannie byłam za słabo nawodniona, co nasilało moje bóle brzucha. Cieszę się, że walczysz. Mnie też jest trudno, ale wychodzę z założenia, że każdy dzień walki mimo że bardzo ciężki, jest lepszy od kolejnego dnia tkwienia w tym.

      1. Z siemieniem lnianym potwierdzam, w chorobie wrzodowej też stosuje się kisiel z ziarenek siemienia. Ten glut osłania ścianki żołądka. Trzymam kciuki za poprawę u Was obu <3

  2. Też miałam zapalenie płuc w podstawówce, siedziałam w szpitalu z miesiąc i nie mogli mnie wyleczyć, bo akurat na to lekarstwo które działało najlepiej bylam uczulona – też mam parszywe szczęście. Chociaż ja nie miałam nigdy skręconych obu kostek czy wycinanych migdalkow, chociaż z tymi migdałkami to musiałam często latać do lekarza. Połowę podstawówki spędziłam u laryngologów i na prześwietleniach pluc, bo zawsze miałam problemy z zatokami, płucami i z tymi migdałkami właśnie. A koniec końców i tak mi ich nie wycieli, elo, pozdrawiam moich lekarzy…
    Jesli chodzi o chorowanie i odporność to w sumie rzadko choruję, ale jak już coś złapie to zawsze tak porządnie z gorączką co najmniej 39 stopni, czasem 40 z kawałeczkiem.
    Strasznie współczuję Ci tych wrzodów, nawet nie wyobrażam sobie tego co musiałaś przechodzić. Jak już zostanę lekarzem, to wymyślę na to lekarstwo, zobaczysz ^^

    1. Współczuję snucia się po lekarzach. Sama przeżyłam to samo, choć być może w mniejszym stopniu, bo tato jest lekarzem i z czym mógł, pomagał mi w domu. Co do zatok, mam z nimi problem od ok. 1,5 roku. Nie idę do lekarza, bo to mało upierdliwy problem i czekam, aż sam przejdzie. Codziennie (!) z zatok schodzi mi skrzep wielkości paznokcia. W sylwestra dwa lata temu smarkałam krwią, a parę tygodni/dni temu wyplułam krew. Nic mnie jednak nie boli ani nie mam problemów z oddychaniem. Dziwne.

  3. Dwie skręcone kostki to musiała być prawdziwa udręka ;/ Ja nigdy nic sobie nie skręciłam i wolałabym tego nie przeżywać. Na odporność też nie mogę narzekać, bo na normalne choroby nie choruję wcale, a od wielkiego dzwonu zdarza mi się mini katar (trwa max 3 dni, ze 3 razy dziennie muszę wtedy wysmarkać nos, a w pozycji leżącej całkowicie zanika, więc nie jest uciążliwy :P).
    Co do gojenia się ran, to u mnie jest odwrotnie, bo goją się bardzo szybko, choć powstają – podobnie jak u Ciebie – z dużą łatwością. Jeśli się skaleczę to krew mi leci długo, często nie mogę jej powstrzymać (nawet po pobraniu krwi, z mikroskopijnej dziurki czasem mi leci kilkanaście minut), ale jak już przestanie, to rana w mig się zabliźnia. Gorzej z siniakami, bo te tworzą się u mnie z łatwością, ale zanikają długo i mozolnie (ostatnio ciocia zobaczyła jednego big siniaka na mojej nodze i się zapytała, co ja za fajny tatuaż sobie zrobiłam). Dość szybko mi się goją też rany po oparzeniach (małe, bo jedna większa to już rok mi schodzi, myślałam że blizna zostanie, ale chyba nie), niestety łatwo się oparzam, bo często trzymając coś gorącego w ręku, nie czuję tego ciepła (mogę np. trzymać blachę wyjętą z piekarnika gołą ręką bez trudu), niestety moja skóra nie jest tak odporna ;/
    Z żołądkiem niefajna sprawa, a HP to upierdliwa bakteria. Gastroskopii też sobie nie wyobrażam mieć i tak jak wkłucia w ciało mnie nie przerażają (np. biopsja wątroby czy szpiku), tak rura w przełyku tak ;/ No ale może kiedyś ten żołądek da Ci spokój i tego Ci życzę ;)

    1. Mam to samo z dłońmi – mogę trzymać gorące przedmioty i czuję ból później niż inni. Chyba ma to związek ze złym krążeniem. Moje dłonie i stopy są zimne jak lód. W zimie noszę rękawiczki nawet w pomieszczeniach, jeśli jest za niska temperatura. Wydaje mi się, że odziedziczyłam to po mamie, bo ona marzła całe życie i chodziła po domu, trąc dłonie.

      Dziękuję za życzenia :) Bardzo, bardzo bym chciała końca choroby wrzodowej. Za tyloma rzeczami tęsknię. Czerwone pesto, ketchup, koncentrat, alkohol, krokiety, czosnek, cebula… Ech, dużo by wymieniać.

      1. Ja też mam zimne dłonie, ale nie aż tak, żeby w pomieszczeniach nosić rękawiczki (no albo nie bywam w tak zimnych miejscach).
        Byłoby super ;) Ja przez chorą wątrobę muszę unikać tylko alkoholu i grzybów, ale nie są to rzeczy bez których mi jakoś szczególnie smutno, Ty masz dużo gorzej pod tym względem ;/

        1. Grzybów też nie mogę. Ani czekolady. Teoretycznie. NA SZCZĘŚCIE po tych dwóch produktach nic mi nie jest. Wybadałam, co mogę, a czego nie mogę jeść. Przykładowo białe wino raz na kilka miesięcy i na pełny żołądek mogę. Czerwonego za nic w świecie, bo ma za dużo garbników czy czegoś tam i cierpię. Wrzodowcom pomaga kawa zbożowa, a mnie wprost przeciwnie. Kiedy wypiję Inkę, czuję ból jak po normalnej kawie.

  4. Chyba podobne przedmioty wywołują u nas podobne nieszczęścia. Najpierw historie z ołówkami, a teraz te trampoliny. W pierwszej klasie liceum pojechałam z nową klasą na wycieczkę, która kończyła się w parku trampolin Jump City. Wszystko szło jak należy, trener przeprowadził porządną rozgrzewkę, dodając, że jest ona po to, by zapobiec kontuzjom. Zakończył hasłem „No to teraz nic nie powinno się wam stać.”. Weszłam na trampoliny i nie minęło 15 minut, jak podczas odbicia zniosło mnie w bok i wylądowałam jedną nogą na twardym podeście. Coś chrupnęło mi w kostce, ale rozmasowałam i poszłam skakać dalej. Zorientowałam się, że to było poważne, dopiero gdy poczułam, jak puchnie mi noga. Poszłam do trenera i nigdy nie zapomnę jego miny, jak usłyszał, że po tym incydencie jeszcze poszłam skakać i nadal nic mnie nie boli. Powiedział mi, że muszę mieć bardzo wysoki próg bólu, bo widział dorosłych facetów, którzy skomleli przy łagodniejszych skręceniach. Dał mi zimny okład i bandaż, bo tylko tyle mógł zrobić, a ja musiałam potem wrócić do domu (a oczywiście znowu byłam na obcasach). Dodatkowo wpadłam na genialny pomysł, że jeszcze po drodze zrobię drobne zakupy spożywcze. Wtedy to już poczułam swoją kostkę.

    Bardzo współczuję Ci choroby wrzodowej żołądka. Z doświadczenia wiem, że dolegliwości ze strony układu pokarmowego mogą bardzo uprzykrzać życie. Niepokoi mnie też, że tak długo goją Ci się rany. Być może jest to kwestia Twojej niskiej odporności, ale może być to też jeden z objawów cukrzycy. :( Jednak nie chcę Cię straszyć, bo też miałam w życiu taki okres, kiedy najmniejsze skaleczenie goiło mi się bardzo wolno, ale było to związane właśnie z tym, że miałam ogromne braki w organizmie, spowodowane nasileniem się mojej choroby.

    1. „No to teraz nic nie powinno się wam stać.” – cóż za ironia losu. Ale brzmi znajomo. Ileż to razy kontynuowałam robienie czegoś, co mi szkodziło, bo nie wiedziałam, że jestem chora/mam kontuzję. Jak zaczęłam chorować na żołądek, przez kilka dobrych miesięcy nadal piłam kawę na czczo i jadłam ostre rzeczy, bo nie miałam pojęcia, co mi jest. Inny przykład: jak nadwyrężę nogę, w drodze do mieszkania i tak wybieram schody. Wychodzę z założenia, że póki kończyna nie odpada, nie trzeba zmieniać nawyków :P

      Jako dziecko lekarza i pielęgniarki zawsze byłam na bieżąco ze swoim stanem zdrowia. Teraz też badam różne rzeczy, sama dla siebie. Nie mam cukrzycy ani anemii, co również wiele osób mi podpowiadało. Moje wyniki – np. krwi – zawsze są idealne, nawet nie zbliżają się do wartości granicznych. Chyba taka specyfika mojego organizmu. Wolne gojenie ran na 99% mam po mamie, bo jak jej wyjdzie siniak, ma go tygodniami. Słabą odporność nie wiem, po kim odziedziczyłam. Zresztą w pewnym wieku podatność na grypy i anginy po prostu mi przeszła, więc nie dociekam, z czego wynikała.

  5. Wreszcie dokładniej wiem, o co u Ciebie z tym żołądkiem chodzi. To naprawdę straszne i to nie tyle sama dolegliwość, to jeszcze badania. Mama ma coś podobnego, ale nie to samo (stąd i pewnie różnice w kwestii co możecie, a co nie jeść).

    U mnie różne rzeczy różnie się goją. Tatuaże znoszę świetnie, że aż wszyscy mi zazdroszczą. Nic nie boli, nie puchnie, NIC. Siniaki mi się nie robią, ewentualnie na parę godzin, ale blizny po np. depilacji… zostają.
    Często mi coś strzyka, w podstawówce ciągle robiło mi się coś w kolanie, ale na szczęście nigdy niczego nie skręciłam.

    Od dziecka jednak miałam jakąś torbiel / przetokę w szyi. Męczyłam się z tym jakieś… 17 lat! Mimo że powinno być szybko wycięte (ale lekarze pierdolnięci się trafiali tam, gdzie mieszkaliśmy). Do dziś mam naturalną dziurę w szyi (już zaszytą), przez którą latami lał mi się jakiś śluz, glut… I bolało jak cholera. W końcu mieli mnie operować, ale odrzucił mnie anestezjolog ze względu na chudość (nie dla mnie narkoza). W szpitalnym ciuszku z gołym dupskiem z takiego łóżka do przewożenia jak worek ziemniaków przerzucili mnie na łóżko na sali, na oczach wielu ludzi. Ale wtedy był to dla mnie problem… Ryczałam. Po głupim jasiu nie wiedziałam, co się dzieje, a groźny guz, którego nie powinnam była mieć od parunastu lat wciąż był. Przytyć nie miałam zamiaru. W końcu już na własną rękę znalazłam sobie lekarza pod Warszawą, podjął się mimo chudości i wszystko jest ok.

    1. Strasznie było na początku. I strasznie bywa, gdy za długo niczego nie zjem – długo = 4 godziny :/ – albo zjem coś zakazanego. To gówno trwa już tyle lat, że nauczyłam się z nim żyć. Człowiek przyzwyczai się do wszystkiego, kiedy nie ma alternatywy.

      Mnie też strzykają/strzelają różne części ciała. Tyle że ja to uwielbiam. Co parę godzin, jak „załaduje mi się kark”, strzelam nim dla przyjemności własnej :P

      Co za okropna historia! Jak dobrze, że już po wszystkim. Ale wiesz co? Cierpienie uodparnia i wzmacnia. Na wielu płaszczyznach życia.

    1. Jestem w stanie spróbować wszystkiego, nawet szamanizmu. To nie żart. Cokolwiek byłoby mnie w stanie wyleczyć po latach pieprzenia się z nadżerkami żołądka, wzięłabym to. Poczytam o specyfiku i zdecyduję. Bardzo dziękuję <3

        1. Jeszcze nie. Zamiast tego zamierzam kupić czysty balsam Szostakowskiego. Zajmę się sprawą w sierpniu, bo będę przez miesiąc wakacjować.

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.