4 domowe miejsca wstydu i śmieci wszelakich

Dzięki wpisom z dwóch ostatnich niedziel zaliczyliśmy nieco smutku i filozofii, czas więc wrócić do tematów lekkich i żartobliwych. Podkreślam ostatnie słowo: żartobliwych. Tym razem bowiem na warsztat wzięłam cztery domowe miejsca, w których trzymamy różnego rodzaju śmieci. Co ważne: nie chcemy się ich pozbyć z uwagi na sentyment, chomikarstwo albo irracjonalną pewność, że to się teraz nie przyda, może nawet nie będzie potrzebne w ciągu najbliższych dziesięciu lat, ale w jedenastym roku docenię, że to zostawiłem/-am!

Naturalnie nie wszyscy mają w domu wymienione cztery miejsca. Rzadko trafia się coś, co rzeczywiście robiliby wszyscy. Proponuję zatem podejść do wpisu z dystansem i humorem, zamiast sadzić się niczym jajko sadzone na patelni i pąsowieć z oburzenia. Tyle tytułem wstępu. Zaczynamy!

Krzesło bałaganu

Większość osób – bez względu na to, jak są życiowo i mieszkaniowo poukładane – ma w domu to jedno krzesło (lub inny mebel), na którym brakuje jedynie dziada z babą. Można tam znaleźć wszystko, co zostało użyte i nie może wrócić do szafy. Albo po prostu nie mieliśmy czasu lub nie chciało nam się tego schować. Kupa bałaganu rośnie, bo zamiast poświęcić kilka minut na czystki, dokładamy kolejne rzeczy.

U mnie funkcję krzesła bałaganu przejęła kanapa w większym pokoju, jako że nie mam w domu krzeseł. (Kiedy ktoś ma mnie odwiedzić, przekładam graty na stolik przy wieszaku, gdzie są mniej widoczne. Taadaa!). Gromadzą się na niej ubrania, które założyłam raz albo dwa. Nie schowam ich do szafy, bo noszą ślady użycia, nawet jeśli niewidoczne. Do pralki też nie wrzucę, ponieważ żyjemy w czasach, w których ciuch wyprany trzy razy nadaje się do śmieci. Poza tym nie zebrało się tyle ciemnych/białych/kolorowych rzeczy, żeby uruchomić pralkę. Za jakiś czas założę je ponownie i wtedy wypiorę.

Krzesła bałaganu są solą w oku osób, które dbają o porządek. To właśnie u nich widać je najbardziej. Moje mieszkanie lśni niczym psi worek, bo nie lubię brudu ani bałaganu. Tylko ta nieszczęsna kanapa… W chwili pisania mam na niej trzy pary krótkich spodenek z początków jesieni, kiedy jeszcze było przyjemnie ciepło, z pięć albo więcej napoczętych bluz, swetry i t-shirty, które ściągnęłam po powrocie do domu.

Reklamówka z reklamówkami

Każdy szanujący się Polak – a może to wcale nie jest przypadłość narodowa? – ma w domu reklamówkę pełną reklamówek. Zazwyczaj znajduje się w kuchni. Kiedy wracamy z zakupów, np. ubraniowych, przynosimy miliony reklamówek w dobrym stanie, które głupio wyrzucić, bo po pierwsze dajemy w pysk środowisku, a po drugie na pewno się przydadzą! Do reklamówek można schować słodycze zbierane dla kogoś znajomego, ubrania zanoszone potrzebującym, plastiki z recyklingu i masę innych rzeczy.

O ile w ostatnim zdaniu wymieniłam racjonalne zastosowania reklamówek, o tyle w praktyce reklamówki wcale nie zużywają się tak łatwo ani szybko. Mało tego: rozmnażają się jak króliki! Uda nam się pozbyć jednej, a na jej miejscu wyrastają trzy kolejne. Moje najstarsze reklamówki sięgają początków studiów. Nie wątpię, że w pokaźnej kolekcji znajduje się kilka reklamówek z nieistniejących już sklepów.

Przyznajcie się: macie w domu reklamówkę bądź siatkę z Almy, Plusa, Hitu albo innego sklepu z zamierzchłej przeszłości? A może dysponujecie reklamówką ze starym logo popularnej marki? Używacie ich w ogóle? Moje leżą zapomniane, bo nie mam w nie czego zapakować.

Szafa z ubraniami, które szkoda wywalić

Wielkie, sięgające pępka gacie okresowe. Bluza poplamiona olejem i smarem do warsztatu. Legginsy z rozciągniętą gumą. Skarpety, które cerowaliśmy już dziesięć razy. Spodnie wypchane na kolanach. Zmechacony sweter. Sukienka za ciasna w pasie. Bluzka z wypłowiałym nadrukiem. Każdy z nas ma w szafie przynajmniej jedną rzecz, której za żadne skarby nie ubrałby, wychodząc do miasta, za to w domu… ach!

Wstydliwe, poniszczone i obrzydliwe ubrania trzymamy albo z sentymentu (rzadziej), albo z uwagi na funkcjonalność (tak!). Po co gotować sos pomidorowy w eleganckiej koszuli, skoro mamy wypłowiałą z dziurą pod pachą? Po co naprawiać samochód w nowych dżinsach, skoro można wskoczyć w trwale poplamiony dres? Po co siedzieć w domu w sztywnych ubraniach, które zapewniają mniej więcej 0% komfortu, kiedy zmechacony sweter i rozciągnięte legginsy to zestaw miły, ciepły i wygodny?

Mam masę rzeczy, które już dawno powinny wylądować na wysypisku, ale są zbyt wygodne, bym chciała się z nimi rozstać. Należę do osób, które mają w szafie miejsce na rzeczy do noszenia tylko po domu. Czy mi wstyd? Ani trochę. Ale czy chciałabym, żeby zobaczył mnie w nich ktoś spoza kręgu bliskich? Hell no!

Pudełko skarbów z przeszłości

Jeśli jesteście zwierzami sentymentalnymi, prawdopodobnie macie pudełko pełne drobiazgów, które innym wydają się śmieciami, za to w waszych oczach są cenniejsze od klejnotów. Może jest tam pocztówka otrzymana od pierwszej miłości, może figurka wylosowana w szóstej klasie z automatu z kulkami stojącego nad morzem, a może coś innego, czemu nadajecie wartość dzięki wspomnieniom.

Pudełko to tylko przykład. Pamiątki mogą zająć o wiele więcej miejsca – u mnie zajmują połowę szafy. Na drągu wiszą ubrania, na dole zaś stoi kilkadziesiąt pudełek (dużych po butach i małych po drobnych sprzętach RTV i AGD). Planując wpisy na kolejne niedziele, postanowiłam, że to właśnie tym drobiazgom poświęcę artykuły – wait for it! Zrobię im zdjęcia i napiszę, dlaczego wciąż je trzymam.

Cieszę się, że mam własne mieszkanie. To pozwala mi zapuścić korzenie. Jednym z takich korzeni są właśnie przedmioty z przeszłości – wieloletnia historia spakowana w pudełka po butach. Nieczęsto do nich wracam, bo i po co?, ale lubię świadomość, że mam je pod ręką. Nie w piwnicy mamy ani na strychu taty. Wyciągam je, gdy poznam kogoś, kogo chcę wpuścić do mojego świata.

***

Jakie miejsca wstydu i śmieci wszelakich znajdują się w waszych domach? Macie reklamówkę z reklamówkami albo krzesło bałaganu? A może kolekcjonujecie drobne przedmioty z bardzo, bardzo dawna? Jeśli wpadniecie na coś, czego nie wymieniłam, koniecznie dajcie znać.

14 myśli na temat “4 domowe miejsca wstydu i śmieci wszelakich

  1. Haha znowu wychodzi nasze połączenie bratnich dusz :* mam tak samo w każdym z tych 4 aspektów :) odkąd mieszkam z rodzicami tymczasowo wszędzie jest pełno gratów a moje noszone ciuchy kłębią się na ławeczce w przedpokoju. Całe mieszkanie jrst zestawione różnymi rzeczami, kartonami itp. No bo gdzie upchnąć kiedyś 2 mieszkania w jedno 50 metrowe?! Tylko mój pokój to istne muzeum bo jest w nim mój kot – on wszystko zniszczy i rozniesie po pomieszczeniu oprócz mebli … więc na wierzchu nigdy nic nie trzymam. W moim starym mieszkaniu sterta ubrań była na koszu w łazience ;) tam kot nie wchodził :)
    Co do znoszonych rzeczy mam ich niestety pełno. Zużywam je w domu i na działce u ciotki no bo przecież nie będę podlewać w garsonce :)
    Mam w szafie też pełno skarbów z dzieciństwa. Są też ulokowane w skrzyni tapczanu. To misie, breloki, pamiątki z zielonych szkół, pierwsze grabki do piaskownicy a nawet kucyk z karuzeli nad łóżeczkiem :) lego bellville itp. Nie wyobrażam sobie że kiedyś mogłoby ich zabraknąć.

    No reklamówki też są :/ z almy również :) ostatnio u ciotki wygrzebałam zaś HITa.

    1. Po remoncie mieszkania kupiłam bardzo wysoki kosz na brudne rzeczy, żeby w łazience nie powstała kolejna wieża ubrań. Jak wypełni się po klapkę, robię 2-3 prania i gotowe. Kupiłam też koszyk do noszenia wypranych rzeczy, ale używam go do trzymania suszarki i piżamy, bo mam za małą łazienkę, żeby zamontować szafkę wiszącą.

      Podoba mi się to, co gromadzisz z przeszłości <3

      Aż tak starych reklamówek nie mam, bo niestety moja kolekcja sięga maksymalnie początku studiów. Wcześniejsze reklamówki zostały w domu mamy.

  2. Oj, takie krzesło miałam w gimnazjum, układałam na nim masę ciuchów (w nocy wyglądało jeszcze straszniej niż za dnia). Teraz mam wieszaczek na takie ubrania, więc krzesło może odpocząć :)
    U mnie w domu reklamówek jest pełno! Mam chyba jeszcze takie ze starym logiem Biedronki i z kefirka. Za to z Almy też mam, ale z zeszłego tygodnia :D zapraszam do Krakowa by odwiedzić ten zabytek ^^
    Oo, takich ciuchów to też mam mnóstwo. Niebieska bluza, której kawałek zaplątał mi się kiedyś w silnik gokartu i teraz jest postrzępiona. Dresy w kropeczki, które są dość dziecinne, ale jakie wygodne. Ogromne, stare bluzy, z których wyrósł mój brat – na mnie są za duże, ale do chodzenia po domu idealne!
    Takich pudełek też miałam bardzo dużo, ale mama w końcu miała dość i kazała tacie wynieść na strych :D u mnie to właśnie głównie pudełka po butach, a w nich: piłeczki i zabawki z automatów, plastikowa biżuteria, zabawki z Kinder niespodzianki, figurki zwierzaków od dentysty, gadżety z Kaczora Donalda… Oj, sporo tego :D
    Co jeszcze mogłabym dodać? U mnie w domu często używa się pudełek po ciastkach do chowania na przykład guzików, igieł, nici. W pudełku po lodach tata chował dla mnie kredę, żebym mogła bazgrać po chodniku. A w pudełku po margarynie miał swoją kolekcję śrubek :D

    1. Ach, zapomniałam jeszcze o pudłach pełnych starych gazet! U mojej babci do zwłaszcza Angory, detektyw, jakieś poradniki domowe, przepisy no i oczywiście telemagazyny z dorysowanym długopisem zarostem albo makijażem na twarzach na pierwszej stronie :D

      1. Masz Almę?! Łoł. Pracownicy zabarykadowali się i powiedzieli, że nie zwiną interesu? :P

        Drugie życie małych pudełek – taak, to kolejna polska (?) sztuczka w organizowaniu przestrzeni do życia. Moi dziadkowie mieli pudełka po lodach pełne koperku i innych ziół z ich działki. Druga babcia trzymała masę rzeczy w pudełkach po margarynie (to chyba standard :D). Ja trzymam jedzenie Rubi w plastikowym opakowaniu po błonniku. Mam orzechy w słoiku po kawie. Pamiątki w kartonach po butach i innych kartonach. Wkłady do zszywacza w plastiku po patyczkach do uszu. Długopisy w szklance. Sporo się tego znajdzie.

  3. U mnie funkcje krzesła sprawuje fotel, na którym właśnie piętrzy się kilka ciuszków, mimo że wczoraj sprzątałam z grubsza (właśnie naliczyłam dokładnie 9 rzeczy, z czego koszula i sweter powinny znaleźć się w łazience i oczekiwać na pranie (ja z kolei często piorę, wiele rzeczy po jednym użyciu i nie zauważam tak szybko śladów zniszczenia :P Niektóre bluzy mam jeszcze z gimnazjum w stanie dobrym, a one wyjątkowo często są prane, ale niestety u mnie bluza po jednym dniu w domu nie nadaje się do ponownego noszenia, bo jest na niej cały przegląd mojego menu. Mam taką jedną fajną dużą i grubą i na nią trochę uważam, bo zajmuje dużo miejsca w pralce)). Mój tata z kolei swoje ubrania przechowuje na rowerze stacjonarnym do ćwiczeń ulokowanym w jego prasowalni (tak się nazywa ten pokój, bo tata tam prasuje i zrobił dobie specjalne podświetlenie do prasownicy :D)
    Reklamówek nie kolekcjonuję, bo staram się ich nie brać ze sklepów, ale u rodziców jest specjalny reklamówkowy otwierany puf, w którym sporo się mieści.
    A zbędnych rzeczy to chyba nie posiadam… Chyba tylko jedną bluzę bez suwaka, bo nie wiem do których śmieci ją wyrzucić. Ostatnio nawet oddałam kilka ubrań w których nie chodzę, bo zbierali na osiedlu. Wygodne ciuchy po domu lubię najbardziej, ale wszystkie mam w dobrym stanie – spokojnie mogę wyjść w nich na zakupy. Przedmiotów z przeszłości też nie kolekcjonuję jakoś specjalnie. Mam może ze 2 pamiętniki z podstawówki z wpisami koleżanek i taki mój jeden z gimnazjum, w którym takie głupoty pisałam, że zostawię sobie na pamiątkę na stare lata ;)

    1. Prasowalnia :D <3 Czy pierwotna funkcja roweru taty poszła w zapomnienie? Pytam, bo rzeczy gromadzi się przede wszystkim na nieużytkach, żeby nie musieć ich co chwilę przekładać.

      Rzadko brudzę ubrania jedzeniem. Najczęściej w lecie (chyba), bo czekolada się topi i czmycha z ręki. Ach, i wieczorem z kanapek spadają mi warzywa, bo tyle ich ładuję na chleb, że nie sposób utrzymać :P

      Co do trwałości ubrań, moje najtrwalsze pochodzą z lumpa. Sklepowe im nie dorównują.

      Wiedziałam, że jeśli zostawisz mi komentarz, będzie w nim napisane, że nie gromadzisz reklamówek. Szacun :)

      Jestem ciekawa, czy Twoje nietrzymanie pamiątek ma związek z nierozmyślaniem nad kwestiami filozoficznymi. Może to zachowania, które mają źródło w tym samym "miejscu osobowości", którego Ty nie rozwinęłaś, bo poświęciłaś czas na rozwinięcie innych umiejętności/wrażliwości (np. wrażliwości ekologicznej).

      1. Tak, poszła w zapomnienie, tak i jak i pierwotna funkcja tego pokoju, który miał być pokojem do ćwiczeń :P Ale okazało się, że sprzęty są świetnymi wieszakami na koszule, nikomu się nie chce na nich ćwiczyć, a tata nie mieści się nigdzie ze swoimi ciuchami i tak powstała jego osobista garderoba z prasowalnią :P

        To ja jestem brudas jedzeniowy niestety ;/ Jak jem obiad np. z laptopem na kolanach, to miskę z daniem kładę na podkładce między lapim a sobą i pozostaje kilka cm drogi którą łyżka musi pokonać nad ubraniem i kilka razy coś mi tam skapnie. Często ochlapię też ubranie przekładając danie z garnka do miski, a że dodaję kurkumę do większości miszmaszy, to plama jest dość świetlista :P W pracy się nie brudzę, bo tak się z lunchboxami nie rozkładam, poza tym nie nosze płynnych rzeczy, no i wiem, że przez cały dzień muszę pozostać czysta, więc umiem jeść jak cywilizowany człowiek ;)

        Ja to mam wszystko trwałe mam wrażenie… Nawet nie przypominam sobie, żeby ubranie mi się samo zniszczyło, a piorę wszystko dość często (lubię zapach płynu do płukania :P). Fakt, że staram się wybierać porządne rzeczy, wolę mieć ich mniej, a dobrej jakości, żeby nie wyrzucać po kilku praniach. Wszystkie ubrania jakich się pozbyłam oddałam dla biednych w dobrym stanie.

        Wydaje mi się, że to wynik np. przeprowadzek. Najpierw w domu rodziców zmieniłam pokój, więc z tego jednego pół gratów wywaliłam, potem wyprowadziłam się na studia, a i w tym czasie zaliczyłam 2 przeprowadzki, więc tak wszystko na bieżąco wywalałam. Być może trochę zeszytów ze szkoły mam na strychu u rodziców (książki ze studiów trzymam, ale te mi się czasem przydają), stoi tam też klatka królika, dwie dla chomika i akwarium dla rybek, ale to się kiedyś może jeszcze przydać :P I nie wiem, czy jestem wrażliwa ekologicznie. Po prostu staram się żyć, będąc jak najmniejszym obciążeniem dla świata, ale chyba nie mogę nazwać się wrażliwą osobą.

        1. Obiady jem w pozycji podobnej do Twojej, tyle że przy biurku. Zarzucam nogi na biurko i pół siedzę, pół leżę na fotelu, oglądając filmy na laptopie. Czasem mi coś wypadnie, ale jak nie ma na tym dużo sosu, nie zostaje ślad. Za to podczas nakładania obiadu dość często ochlapuję blat, ścianę i siebie burakami, bo jak je przerzucam ze słoika do miseczki, nie udaje mi się odsączyć całej zalewy i kiedy wpadają do naczynia, robią plask :P

          Z własnej woli – nie liczę przeprowadzki po rozstaniu rodziców ani po kupieniu przez mamę większego mieszkania – przeprowadziłam się dwa razy. Z mieszkania mamy do mieszkania (pokoju) wynajmowanego z chłopakiem z czasów licealnych. Potem z tamtego mieszkania do obecnego. Część rzeczy czekała na mnie w piwnicy mamy, a część targałam ze sobą. Tato woził mnie z rzeczami w tę i z powrotem milion razy.

          1. Jak nie jem w łóżku, to nogi zawsze zarzucam na stolik, jakże by inaczej ;) W ogóle to jeśli nie mam gości, to nigdy nie jem siedząc przy stole, jak to się chyba powinno robić :P

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.