Przegląd pudełek pełnych przeszłości. Nostalgia #4

Ach te wspomnienia. Można w nich grzebać i grzebać bez końca, zwłaszcza jeśli jest się osobą przywiązującą wagę do pamiątek i prowadzącą pamiętniki po to, by za pięćdziesiąt lat móc odtworzyć sobie obraz przeszłej siebie z ogromną dokładnością. Innymi słowy: jeśli jest się mną. (Pozdrawiam osoby o podobnym podejściu do przeszłości. Może i nie jesteście mną, ale mnie zrozumiecie).

To już czwarta część wspominek. Pierwsza nosi tytuł Młodzi nie znajo, druga Rzeczy osobiste, trzecia zaś To pamięta każdy!. Jeśli ich nie przeczytaliście, nadróbcie zaległości! Dzisiejszy zbiór pamiątek postanowiłam opatrzyć hasłem: Wspomnienia znad morza. Poświęciłam morzu cały wpis, ponieważ jest dla mnie miejscem szczególnym. Jako dziecko jeździłam tam co roku na wakacje – raz do Pobierowa, a później lato w lato do Trzęsacza. Dziś kocham polskie morze równie mocno. To mój wakacyjny numer jeden.

Wsiadamy do wehikułu i ruszamy. Miłej podróży!

Gwoździe znad morza - łamigłówki metalowe

Gwoździe znad morza (łamigłówki metalowe)

Oto jeden z gadżetów, które pod koniec lat 90 cieszyły się nad morzem dużą olbrzymią popularnością. Niestety do Trzęsacza liczącego po trzy kroki wszerz i wzdłuż nie wszystko docierało. Z tego powodu gwoździe AKA łamigłówki metalowe (to nazwa oficjalna, którą znalazłam dopiero w trakcie przygotowywania wpisu) poznałam dzięki mojej przyjaciółce. K. przywiozła je do Wrocławia i pokazywała wszystkim, ciekawa, komu uda się rozwiązać łamigłówkę. Zabawa bowiem polega na tym, że gwoździe są połączone, co widać na zdjęciu. Da się je jednak ustawić tak, by bez używania dużej siły rozłączyły się.

W ostatnich latach podstawówki ja i K. zachwycałyśmy się grami logicznymi (np. Motas) i zręcznościowymi (np. Speedy Eggbert), w które grałyśmy wspólnie, omawiając etapy na Gadu-Gadu. Kiedy więc zobaczyłam jej logiczno-zręcznościowe gwoździe, zamarzyłam o własnych. Czekałam cały rok (!) na to, aż K. wróci nad morze – ja co roku jeździłam do Trzęsacza, ona do Jastarni – i kupi mi prosty komplet za 5 zł (istnieją też o wiele bardziej skomplikowane, złożone z wielu gwoździ). Postanowiłam Musiałam je zachować.

Piasek i muszelki znad Bałtyku

Piasek i muszelki znad Bałtyku

Morze to – obok jeziora – mój ulubiony region Polski. Jestem absolutnie zakochana w bezkresnej wodzie. Uwielbiam płynąć tak daleko, że opadam z sił i boję się, że utonę, a potem kłaść się na plecach i odpoczywać, pozwalając nieść się falom. Uwielbiam leżeć na gorącym piasku i smażyć się w złocistym słońcu. Mam słabość do nadmorskiego przepychu: głównych ulic, przy których ciągną się kilometry stoisk z kompletnie nieprzydatnymi pierdołami, które muszę kupić, bo nagle zdają mi się niezbędne do życia. Kocham jarmarczne kolory, mieszające się hity wakacyjne, światełka po zmroku i aurę wolności.

Niestety nie każdego roku mogę wyjechać, zwłaszcza odkąd pracuję. Ostatnie wakacje po skończeniu studiów poświęciłam na remont, w każde kolejne zaś wolałam pracować (umowa o dzieło w połączeniu ze skłonnościami do pracoholizmu to mieszanka, która uderza do głowy bardziej niż alkohol). Z tego powodu poprosiłam kogoś bliskiego – być może także K., niestety nie pamiętam – żeby przywiózł mi piasek znad morza i muszelki. Nawet jeśli siedzę niemal 500 km od morza i z tęsknotą przeglądam zdjęcia znajomych, którzy pojechali, mam ten mój mały kawałek Bałtyku pod ręką.

Sztuczne papierosy

Sztuczne papierosy

Sztuczne papierosy to kolejny nadmorski gadżet, który był modny na przełomie XX i XXI wieku. Kupowało się je na sztuki za kilka złotych. Z daleka wyglądają jak prawdziwe. Ba! nawet z bliska nietrudno się pomylić. To, co sprawia, że sztuczne papierosy są wyjątkowe, to… wydobywający się z nich dym! No dobra, może nie całkiem dym. Sztuczne papiery napełnia się zwykłą białą mąką, a następnie zatyka wacikiem (?). Kiedy bierze się je do ust i dmucha, mąka wylatuje przodem, tworząc chmurę białego pyłu.

Nigdy nie miałam zamiaru palić. Przez całe życie spaliłam mniej niż paczkę papierosów, może nawet mniej niż pół paczki. Nie mam pojęcia po co, bo papierosy są dla mnie ohydne. Śmierdzą, drapią w gardło, kręci mi się po nich w głowie i jest mi niedobrze. (To samo mam z fajką wodną i innymi roślinami plantacyjnymi). Jako dzieciak jednak – nie tylko ja! – kupowałam kolorowe cukierki i oranżadki w długich rurkach, a potem dzieliłam je na krótkie odcinki i wkładałam do środka papier imitujący kolorystycznie papierosy. Łaziliśmy ze znajomymi z takimi ozdobami po osiedlu i udawaliśmy dorosłych (chyba chcieliśmy szokować sąsiadów). Nic dziwnego, że sztuczne papierosy z dymem z mąki trafiły w mój gust.

Płaska łyżeczka zmiażdżona pod kołami pociągu

Płaska łyżeczka

Dzięki Tibii poznałam masę ludzi, z którymi utrzymuję kontakt do dziś. W paru byłam zakochana, z kilkoma nawet się spotykałam. Moim pierwszym chłopakiem z Tibii, z którym spędzałam czas także w rzeczywistości, był M. Pech chciał, że mieszkał nad morzem, czyli miliony kilometrów ode mnie. Nasze pierwsze spotkanie miało miejsce, gdy do mnie przyjechał. I to na tydzień! Później to ja pojechałam do niego, chyba na 10 dni. Szczegóły każdorazowo ustalali nasi rodzice. Dla mnie bowiem były to wakacje między 1 a 2 klasą gimnazjum, on zaś był starszy o rok. (Wciąż jest, bo żyje i ma się dobrze).

Czas spędzony u M. był cudowny. Znajdowanie się u boku ukochanej osoby w połączeniu z byciem w nadmorskiej scenerii to dla mnie sytuacja rodem z bajki. Jedną z pamiątek, które zostały mi po owym wyjeździe, jest płaska łyżeczka. (Inna to wieloletnia miłość do Grahama Mastertona).

Dom M. stał tuż przy torach kolejowych. Któregoś dnia on i jego siostra opowiedzieli mi, jak to kładą na tory różne małe przedmioty, żeby się spłaszczyły. Na pewno próbowali z monetami i łyżeczkami. Nie pamiętam, z czym jeszcze. Ja też chciałam mieć płaską łyżeczkę, więc podprowadziliśmy jedną z kuchni i poddaliśmy ją spociągowieniu. Skądinąd monetę też mam. Przez wiele lat nosiłam ją w portfelu, ale odkąd przerzuciłam się na płacenie kartą, trzymam w portfelu minimum żelastwa i monetę zostawiłam w domu.

Odcięty kantar konia

Odcięty kantar

Ostatnia pamiątka znad morza ukazana dziś to odcięty kantar, który przez wiele lat (!) nosił zapach swojego właściciela. Zacznijmy jednak od wyjaśnienia, czym jest kantar. To taka miękka „obroża” na głowę konia, która nie wymaga wkładania do pyska metalowego wędzidła. Sprawdza się, gdy koń zostaje wypuszczony na padok, bo dzięki niemu można złapać zwierzę i przeprowadzić w inne miejsce.

Wspomniałam już, że w dzieciństwie co roku jeździłam do Trzęsacza. Jedną z głównych atrakcji w tym maleńkim miasteczku jest duża stadnina koni (a przynajmniej zawsze była, może coś się zmieniło). Przez wiele lat ja i kuzynka mogłyśmy przy nich pomagać, bo tamtejszy stajenny – sympatyczny pijaczek z łaciatą, śliczną suczką – kojarzył nas i wpuszczał. Niestety kiedy zmienił się właściciel, nie mogłyśmy już wchodzić do stajni, bo nie płaciłyśmy za przebywanie z końmi, w przeciwieństwie do dzieci z koloni. Raz tylko udało się staremu stajennemu przemycić nas do środka, ponieważ jedna z klaczy dopiero co się oźrebiła i mogłyśmy zobaczyć chudziutką kruszynę mającą dzień, która co chwilę się wywalała.

Odkąd straciłyśmy możliwość wchodzenia do stajni, przez kilka godzin dziennie siedziałyśmy przy padoku i głaskałyśmy konie przez ogrodzenie. Karmiłyśmy je też kostkami cukru. Każda z nas co roku wybierała jednego konia, któremu poświęcała więcej uwagi niż innym. Tuż przed powrotem do Wrocławia upewniłyśmy się, że nikt nie patrzy i ucięłyśmy końcówki kantarów tym dwóm „naszym” koniom.

***

Która z moich dzisiejszych pamiątek podoba wam się najbardziej? Macie takie same, podobne lub utrzymane w zbliżonym stylu? Koniecznie dajcie znać, czy zachowaliście coś znad morza lub z innego miejsca, które kochacie tak, jak ja morze.

20 myśli na temat “Przegląd pudełek pełnych przeszłości. Nostalgia #4

  1. Mi najbardziej podoba się pamiątka dotycząca koni. To urocza historia, a ze jako dziecko kochałam konie ale nigdy nie miałam szansy z nimi obcować tak jak ty to nie mam tak pięknych chwil w pamięci. Ja mam z nad morza piasek, muszelki i kamyczki a moja ciotka pełno szkielek zmatowionych przez wodę w różnych barwach. Są niezwykle :)

    1. Ja też mam parę szkiełek. Czułam się rozczarowana, gdy zostałam uświadomiona, że to nie żadne kamienie szlachetne z głębi morza, a oszlifowane fragmenty butelek po piwie :P

  2. Z dzisiejszego zbioru mam tylko jedną rzecz, a mianowicie piasek i muszelki. Miałam więcej muszelek, ale Mama zawsze kazała mi je wyrzucać po kilku dniach, bo zaczynały jej śmierdzieć xD kilka muszelek nadal mam, ale zamknięte w szczelnym sloiku. Piasek mam z kolei z greckiej wyspy skiatoz? Nie wiem jak się to pisze xD bo tam była piękna plaża z błyszczącym piaskiem (podobno z niego właśnie robi się ten padający śnieżek w szklanych kulach). Zagadek z gwoździ nie kojarzę nawet z widzenia :( sztuczne papierosy też mnie ominęły. Jedyne co to pamiętam gumy w kształcie papierosów, ale one nie były aż tak realistyczne. Ja jeszcze czasami udawałam że paluszki to papierosy :D nigdy nie splaszczalam rzeczy na torach, ale Mama opowiadała mi że robiła tak samo z monetami :) a kantar to naprawdę cudna pamiątka. No i już przynajmniej wiem co to kantar bo nie miałam o tym pojęcia :D

    1. W szklanych kulach jest piasek?! Widywałam różne rzeczy: od czegoś w rodzaju pociętych cekinów i brokatu po granulki sztucznego śniegu. Nigdy nie pomyślałabym, że to może być piasek. Btw, uwielbiam szklane kule.

      Gumy i paluszki stosowałam jako papierosy również ja. Podczas wigilii klasowych, andrzejek, halloweenów i innych okazji fajczyłyśmy z koleżankami paluszki w ogniu świeczek. Nauczycielki się wpieniały, ale upierałyśmy się, że wolimy jeść takie sczerniałe :D

      1. Niee, nie taki piasek – piasek, nie wiem jak to wytłumaczyć, ale w tym piasku są właśnie takie „błyskotki” dzięki którym ten piątek jest taki błyszczący, które pewnie jakoś oddzielają od normalnego piachu i to właśnie pływa w tych kulach :D

  3. Wszystko widzę pierwszy raz na oczy. Te gwoździe wydają się ciekawe, ale ja nigdy takich nie widziałam, mimo iż pod koniec lat 90 jeszcze jeździłam nad polskie morze na wakacje, i to raczej do większych miast… Muszelek nigdy nie zbierałam, raz kupiłam kuferek nimi wypełniony i być może gdzieś na strychu jeszcze jest. O takich papierosach też pierwsze słyszę, a prawdziwego to nawet nie próbowałam – ich smrodek mnie obrzydza na szczęście :D

  4. Ja pamiętam gumy papierosy z moich czasów takich sztucznych nie widziałam nigdy. Papierosy to coś co nigdy mnie nie ciągnęło nawet nie wiem jak smakują nigdy nie miałam ich w ustach ,ominęła mnie ta wątpliwa przyjemność.

      1. To prawda, ale je się kupowało dla szpanu, kilku dorosłych nawet dało się nabrać i pytali kto mi kupił. :) Teraz uważam że jednak takie coś nie powinno być sprzedawane, bo tylko zachęca dzieciaki do papierosów, na szczęście mnie nie zachęciło. :)

        1. Mnie też nie zachęciły. Papierosy uważam za obrzydliwe. Może więc gumy wcale nie szkodzą? Zaspokajają ciekawość bez konieczności popadania w nałóg.

  5. Wychowałam się nad jeziorami, kochałam je. Nad morze, do Gdyni, z ojcem zdarzało mi się jeździć, bo mieszkają tam dwaj jego bracia. Mała ja i morze lubiła, ale zawsze byłam bardziej słodko wodna. Obecnie moja ulubiona woda to górskie potoki i jeziora. Nie wykąpałabym się w nich jednak, na samą myśl czuję ich przenikliwe zimno.

    Śmieszne te gwoździe.

    Muszelki kiedyś lubiłam, teraz hm… No, fajne są. Lubię takie, i syrenie, motywy w rysunkach. Kiedyś miałam piasek znad Bałtyku w słoiczku, ale obecnie nawet nie pamiętam, co z nim zrobiłam.

    Świetne są te sztuczne papierosy! Pierwszy raz widzę coś takiego. Sprzed lat kojarzę tylko okropne, twarde gumy w papierach-papierosach.
    Też jednak od prawdziwych mnie odrzuca. W życiu, w czasach gimnazjum parę razy próbowałam, ale będzie to mniej niż pół paczki na pewno. Nie spodobały mi się. Fu.

    Czy jest kantar? No przecież widzę, jest jest! (literówka)

    Smutne wydało mi się z tą stadniną, że w końcu zostało tylko głaskanie. W podstawowce i gimnazjum trochę jeździłam konno i uwielbiam wciąż te zwierzęta.

    Papierochy i kantar najbardziej mi się podobają. Pierwsze, bo fajne, a drugie tak znaczeniowo. Jak ktoś się tak w pewien sposób z przedmiotem pozornie nieważnym złączy, to w moich oczach ten przedmiot właśnie staje się jego częścią.

    Znad morza mam bursztyny, obrazki latarni i parę takich rzeczy typu granat pamiątka, bo przy Westerplatte itp. zawsze kupowałam jakieś różności związane z militariami.

    Wiesz, że chyba nie mam nic z gór? Znaczy, nie liczą się dla mnie takie jakieś pamiątki do kupienia, ale właśnie z samych gór. Hm…

    1. O traktowaniu jako symboli rzeczy, które miały styczność z obiektem umiłowania – jak kawałek kantara symbolizujący konia – uczyłam się na studiach. To były jedne z najciekawszych zajęć.

      Od następnego wyjazdu w góry zacznij zwozić do domu kamyki ;>

      Też się czujesz źle po fajkach i śmierdzi Ci ich dym? Co myślisz o shishy?

      Co do syren, na sesji wiedźmowej (z mieczem itd.) umówiłam się na ten rok na sesję syrenią, ale jakoś rozeszło się po kościach. Plan jednak nadal jest, więc prędzej czy później stanę się syreną.

      „No przecież widzę, jest jest!” :’D <3 Dzieny!

      1. Też się o tym uczyłam. W ogóle kocham wykłady związane z psychologią, tym, jak działamy jako ludzie itp.

        Też. Przyzwyczaiłam się za to do dymu TYLKO I WYŁĄCZNIE miętowych L&M’ów. Pali je Mama i one są mocno miętowe, ponoć najbardziej ze wszystkich, i to się w miarę równoważy. Ale wszystkie inne mi cuchną. Te cuchną tak, że przeżyję, jak włączy się okap i otworzy okno. Shisha jest mniej waląca, ale też do mnie nie przemawia. Tak jak w czasach gimnazjum wchodziło się do niektórych klatek schodowych i waliło trawką – znajomi się zachwycali, mi zbierało się na pawia. Albo w szkolnych kiblach – niee, oczywiście, że nauczyciele nie czuli. -.-

        PS Mam piękną książkę o syrenach. Jak przyjedziesz, pooglądamy. (Kurde, wabię jak pedofil: „Mam małe kotki w piwnicy, chodź, pooglądamy”. xD) Kiedyś chciałam sobie na części nogi łuski wytatuować, ale stanęło na takich o tatuażach z wodą związanych.

        1. Kiedy ktoś idzie z naprzeciwka chodnikiem i pali fajki, biorę wdech tuż przed znalezieniem się obok niego i trzymam powietrze najdłużej, jak mogę. Raz, że dym śmierdzi, dwa – co jest nawet ważniejsze – mam obsesję na punkcie raka. Żadnej choroby nie boję się tak bardzo, jak głupiego nowotworu. Znając moje szczęście do chorób, zdarzy mi się w życiu jakiś rak.

          Haha, wabienie na syreny niczym pedofil na kotki <3 Ale powiem Ci, że dobrze sobie radzisz. Już się nie mogę doczekać oglądania z Tobą tej książki :)

          1. Też tak robię. Raka też się boję i nienawidzę tej choroby. Kiedyś usłyszałam od Mamy, że ona własnie jakby mogła wybierać, to by chciała na raka płuc od fajek umrzeć. A ja bym chciała, by rzuciła. W ogóle z moim „szczęściem” czuję, że umrę na coś wyjątkowo głupiego / strasznego.

            Yeah. :D

            PS Przejście z tematu na temat w moim komentarzu… :>

              1. W mojej rodzinie większość osób ma problemy z sercem, też wiele na nie umarło. Ja miałam jakąś wadę wrodzoną i w ogóle mi dobrze nie rokowali, więc na serio, biorąc pod uwagę mnie ogólnie, także w moim przypadku to prawdopodobne. I akurat uważam, że lepsze serce niż jakieś straszne choroby.

                1. Ostatnie zdanie – sądzę tak samo! Wolę umrzeć na serce niż na raka. Szybki wylew i cacy, a nie miesiące czy lata bólu, chemii i marzenia o szybkiej śmierci.

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.