Przegląd pudełek pełnych przeszłości. Nostalgia #5

Z niecierpliwością wyczekiwaliście kolejnego wpisu z cyklu Nostalgia? Mam nadzieję, bo niczego innego w dzisiejszym menu livingowym nie dostaniecie. (Ale to już ostatnia część w najbliższym czasie, więc kto czuje się zmęczony, może odetchnąć z ulgą. Zawiedzionej reszcie zaś pozostaje złożyć wniosek o kontynuację).

Motyw przewodni zaprezentowanych dziś pamiątek to… Ostatki bez motywu przewodniego. Innymi słowy: zebrałam rzeczy, których nie dało się podciągnąć pod poprzednie kategorie i wrzuciłam do bezimiennego worka. Alternatywną nazwą może być Zbiór gadżetów z podstawówki, bo każdy przedmiot pojawił się w mojej kolekcji właśnie w latach podstawówkowych (między 7 a 13 rokiem życia).

Zaczynamy!

Skamieniałe jajo potwora

Jajo Nocozaurusa

Mnie i K. przez wiele lat łączyła taka przyjaźń, jaka w moim odczuciu jest Prawdziwą Przyjaźnią. Nie tylko byłyśmy nierozłączne, ale też miałyśmy siebie na wyłączność – żadna z nas nie przyjaźniła się z nikim innym (chyba że w czasie śmiertelnych kłótni, które trwały aż kilka dni!). Wybudowałyśmy swój świat i miałyśmy tajemnice, których nie wyjawiałyśmy innym. Gdyby nie K., moje dzieciństwo nie byłoby nawet w połowie tak fajne, jak było. Brzmię jak sentymentalna starsza pani, ale naprawdę tak czuję.

Jednym z naszych sekretów był Nocozaurus, czyli potwór mieszkający w betonowej budce z węzłem cieplnym. Wiedziałyśmy o nim tylko my, bo jak wskazuje nazwa, Nocozaurus wychodził na zewnątrz wyłącznie w nocy. Karmiłyśmy go liśćmi i owocami (trującymi, ale kto by zwracał uwagę na szczegóły?), wrzucając je do budki przez dziurę. Założyłyśmy zeszyty z opisami jego zachowań, upodobań itd.

Któregoś dnia znalazłyśmy na dworze jajo Nocozaurusa. Niestety po porzuceniu przez rodzica z jaja nie mogło się nic wykluć (choć próbowałam ogrzać je watą). Zachowałam je w swoich zbiorach, jako że K. w tamtym czasie zabrała do domu inny skarb – worek pełny kości, które uznałyśmy za ludzkie. Miałyśmy żal do jej mamy, gdy odkryła kości schowane pod kaloryferem i kazała je natychmiast wyrzucić.

Reklamowy długopis  strzykawka

Reklamowy długopis strzykawka

W moim pierwszym domu – domku jednorodzinnym, w którym mieszkałam z rodzicami i dziadkami przed rozstaniem tych pierwszych – brakowało wielu rzeczy: słodkich płatków marki Nestle, mojego pokoju, kablówki z fajnymi bajkami, ciepła w zimie czy zwierząt (zawsze były u nas zwierzęta, ale ja marzyłam o całym zoo). Nie brakowało za to bloczków papierowych ani długopisów reklamowych, ponieważ tato jest lekarzem i w domu pojawiały się gadżety firmowe z logo każdego możliwego leku.

Długopisy reklamowe to nic ekscytującego – kto i po co by je zachował? A jednak. Jeden zostawić na pamiątkę po prostu musiałam. Jak widzicie, ma kształt strzykawki i włącza się go tak, jakby robiło się zastrzyk. Między podwójnymi ściankami dawniej znajdowała się czerwona ciecz przypominająca krew. Nie wlano jej do pełna, więc kiedy długopis strzykawkę obracało się do pisania, „krew” przelewała się z jednego końca na drugi. Bardzo żałuję, że z biegiem lat wyschła.

PS Wpisałam w Google: długopis strzykawka, i odkryłam, że da się go kupić! Polecam wszystkim fanom medycyny i krwawych klimatów. Uwaga: wydaje mi się, że jest jednorazowy.

Zabawka myszka ze sklepu zoologicznego

Myszka ze sklepu zoologicznego

Całe życie kochałam zwierzęta i chciałam ich mieć jak najwięcej. W podstawówce zafascynowałam się myszami. Zanim kupiłam żywą – bez konsultacji z mamą, ale to historia na osobny wpis – zaczęłam kolekcjonować sztuczne (nie pamiętam, czy z K, czy z A.). Niedługo później do sklepu zoologicznego po puchate maleństwa pobiegły koleżanki. Nazywałyśmy nasze myszki i udawałyśmy, że są żywe. Nosiłyśmy je do szkoły. Bawiłyśmy się nimi na przerwach i lekcjach.

Jeśli mnie pamięć nie myli, miałam trzy myszki: szarą, białą i czarną. Biała wyglądała nieprzyjemnie sztucznie, a z czarną nie wiem, co się stało. Najładniejsza wydawała mi się szara, toteż właśnie ją nosiłam do szkoły najczęściej, kiedy zaś moda przeminęła, postanowiłam zatrzymać. Nadal uważam, że ta myszka jest przepiękna. (Jedna z moich żywych myszek miała ten sam kolor, nazywała się Nokia).

Kauczuk z kotem

Kauczuk z kotem

W późnej podstawówce (klasy 4-6) panowało tyle mód, że pewnie nie udałoby mi się wszystkich wymienić. W jednej z poprzednich części z cyklu Nostalgia zaprezentowałam breloczek z kolorowych żyłek. Były też sztuczne papierosy, omówione wyżej myszki, rurki, przez które chłopacy pluli oślinionymi karteczkami w dziewczyny (bez komentarza), papierowe pukawki, Złote Myśli, skakanki udające konie (modę na konie przyniosłam do klasy, kiedy zaczęłam jeździć), kapsle z Pokemonami i tak dalej.

Była też moda na duże kauczuki, koniecznie z wtopionymi figurkami kotów. Kupowało się je w sklepie papierniczym znajdującym się tuż przy szkole. Chodziłyśmy z koleżankami po korytarzach jak w transie i odbijałyśmy kauczuki od ziemi i ścian. Nie brzmi to może szczególnie ekscytująco, ale uwierzcie, że było!

Niestety mój pierwszy kauczuk z czarnym kotem wystrzelił tak daleko, że zanim dobiegłam do miejsca, w którym się zatrzymał, buchnęło go jakieś głupie dziecko, którego znajomi zgodnie stwierdzili, że żadnego kauczuku nie widzieli. No jasne… rozpłynął się. Zaprezentowany kauczuk z kotem – nie tak ładny jak pierwszy – jest moim drugim nabytkiem, który odbijałam już ostrożniej.

Bombka kot na choinkę

Bombka kot na choinkę

Obecnie jestem zagorzałą psiarą, która nie przepada za kotami (lubię tylko nieliczne miłe koty, tak samo jak nieliczne grzeczne dzieci). W dzieciństwie było inaczej. Szalałam za kotami i absolutnie wszystko musiałam mieć w koty. Zaprezentowaną na zdjęciu bombkę z kotem co roku zawieszałam na choince z dumą, mimo iż już wtedy była zniszczona. Możliwe, że jest to bombka z młodości mamy, ale nie mam pewności.

Któregoś roku mama powiedziała, że bombka z kotem jest zbyt brzydka i nie będziemy jej już wieszać. Byłam starsza – chodziłam do gimnazjum albo liceum – więc było mi wszystko jedno. Zresztą i tak mama przez kilka lat uparcie wieszała na choince przepiękne słomiane ozdoby, które według mnie wyglądały jak psie odchody w środku śniegu. Nie przepadała też za czarnymi bombkami, które kupiłam w fabryce bombek w Miliczu podczas wycieczki klasowej, ponieważ kto to widział czarne bombki?!

Bombka z kotem zasiliła moje zbiory z pamiątkami, bo choć jest skrajnie zniszczona, uwielbiam ją i nadal uważam za ładną. Zresztą to tylko jedna z miliona rzeczy, które osiągają 0% w skali przydatności, ale nie potrafię ich wyrzucić. Urok pamiątek nie tkwi w użyteczności.

***

Jakie starocie z dzieciństwa składujecie w kartonach i workach? Co można wyszperać w waszych pawlaczach, piwnicach i na strychach? Macie przedmioty, o które musieliście walczyć, bo według waszych bliskich nadawały się jedynie do śmieci?

16 myśli na temat “Przegląd pudełek pełnych przeszłości. Nostalgia #5

  1. Mam mnóstwo przedmiotów które moi rodzice chcieli wyrzucić nie rozumiejąc idei ich zachowania na przyszłość. W zbiorach mam np. Konika z karuzeli nad łóżeczkiem, grabki z piaskownicy które Kupiła mi babcia (nigdy na dworze ich nie miałam z uwagi na konstrukcję bo były średnio efektywne) w raczce miały jakby piasek kolorowy ale taki grubszy niczym żwirek i były zakończone głową misia. W zbiorach mam też kilka ulubionych zabawek z jajek niespodzianki np. Z serii hippo, dino i wampirki :)
    Swoją drogą to taka seria wpisów o zabawkach z Kinder niespodzianki to by było coś :P poniekąd zbieżne z tematyką bloga :)

    1. Żadne ze znanych mi dzieci nie miało tyle figurek z jajek Kinder, ile miałam ja. Kiedy urodziła się siostra, oddałam jej 90% zabawek, i to nie tylko kinderowych. Nawet te, którymi bawiłam się przez kilka lat, wyglądały jak nowe, gdyż mam ogromny szacunek do przedmiotów. Za to u niej wytrzymały może kilka miesięcy. Dziś nie istnieje żadna z zabawek, które po mnie odziedziczyła. Stały się kupą połamanych części albo prochem. Nigdy nie odżałuję decyzji oddania ich.

      1. Współczuję. Łącze się z Tobą w bólu. Ja dlatego swoich ulubionych zabawek nikomu nie oddawalam. Mam ich mnóstwo na strychu u rodziców. Ja też szanowałam zabawki jak zresztą każdy przedmiot po dzień dzisiejszy. Nawet 5 czy 8 letni telefon czy laptop wygląda jak nowy podczas gdy sprzęt moich znajomych po miesiącu nieraz wygląda jak po działaniach wojennych …

  2. Najpierw myślałam że to jajko to jest taka zabawka do wrzucenia w wodę, z którego wykluwa się dinozaur i rośnie ;D ten długopis jest świetny! Ja też miałam sporo gadżetów reklamowych od Taty ale z uczelni, więc takiej strzykawki niestety nie mam :p a myszki jakieś miałam, ale chyba trochę inne niż Twoja. Moja była większa, dłuższa i jak się ją położyło na ziemi i pociągnęło go tyłu to jechała do przodu :) kauczuki podobne też miałam, ale zamiast kota w środku był delfinek ^^ bombki (btw w Krakowie: bańki) z kotem nie mam, za to kiedyś kupiłam piękna w kształcie psa – ja w dzieciństwie byłam psiarą, a teraz mi przeszło na koty :D
    Z takich rzeczy z dzieciństwa przypomniała mi się taka zabawka pająk na sznurku z pompką na drugim końcu, i jak się ścisnęło tę pompkę to pająk skakał bo miał pod spodem taki biały języczek który się prostował :D

    1. Miałam takie jajko! Nawet dwa. W dzieciństwie z dinozaurem (z gazety „Kaczor Donald”, kojarzysz?), dwa lata temu z jednorożcem (dostałam bodajże na urodziny od ówczesnego chłopaka). Mówicie na bombki bańki?! Haha. U nas bańki stawia się na plecach. A raczej stawiało, gdyż to archaiczna forma leczenia (ekhm, torturowania). Z miłością do kotów/psów widzę, że się wymieniłyśmy. Zabawkę pająka oczywiście też miałam. Mój był czarny i miał szaro-niebieski „języczek” do skakania. Chyba miał czerwone oczy. I miałam jeszcze smoka ze styropianu i miękkiego „włosia”, który wisiał na żyłkach. Można było nim chodzić, tańczyć etc. Ciągle plątały mi się żyłki i zatrudniałam dziadków do rozplątywania :P To był hit nadmorski i właśnie tam go kupiłam.

      1. Ja mam prawie wszystkie numery kaczora Donalda, bo dużo odziedziczyłam po starszych kuzynkach i cioci :D miałam banki raz stawiane i to jest okropnee :(( miałam potem paskudne ślady na plecach :/ włosia? Chyba nie miałam czegoś takiego : D

  3. Tajemniczego jaja nigdy nie posiadałam, ale w dzieciństwie przytachałam do domu gruby patyk, który wraz z niewiele młodszym siostrzeńcem nazwaliśmy Kuba. Wcześniej się o niego pokłóciliśmy, bo znalazł go on, ale ja uznałam, że jeśli zrobił to na naszej posesji, to kij należy do naszej rodziny i tak mieszkał w mojej szafie kilka miesięcy, bo o nim zapomniałam :P
    Długopisów i u mnie w domu zawsze było dużo, strzykawkowe też kojarzę.
    Na pomysł posiadania sztucznej myszy nie wpadłam, a przez całą podstawówkę bardzo chciałam mieć w domu jakieś zwierzątko, ale rodzice mi nie pozwalali (teraz wiem, że to było rozsądne, bo ich dużo nie było w domu, ja w sumie też późno wracałam ze szkoły) i dopiero w gimnazjum doczekałam się królika, a później chomika.
    Kauczuków miałam pełno z automatów, ale raczej takich kolorowych i błyszczących.
    A bombki swoje mam dwie – jedną tata mi przywiózł nie wiem skąd, a rok temu dostałam taką wielką na stojaku od rodziców, przywiezioną z Ciechocinka i obydwie zostaną ze mną dopóki się nie potłuką. Do niedawna na rodzinnej choince wisiały bombki z czasów studiów mojej mamy i jej pierwszej pracy, takie ledwo zipiące i chyba zostały już zutylizowane :P
    A na strych rodziców to się muszę kiedyś wybrać, bo może się na nim kryć wiele ciekawych rzeczy…

    1. Któregoś lata nad morzem kupiłam scyzoryk – mam go do dziś! – i strugałam kijki, robiąc z nich bieda-miecze. Potem znosiłam je do domu. Byłam zafascynowana łódkami struganymi z drewna i kory przez znajomego rodziców (?).

      Nie kupowałam kauczuków z automatów. Za to namiętnie trwoniłam kasę na biżuterię i figurki z tychże automatów. Wszystko oczywiście działo się na wakacjach nad morzem.

      Mój królik był głupi jak but. Chomiczka kochana, ale popełniła nieumyślne samobójstwo.

      Miałam dużą czerwoną bombkę na stojaku ze złotym brokatowym napisem „Olga”. Chyba każdy dostał taką po wycieczce szkolnej do fabryki bombek w Miliczu. Pewnie się stłukła. I tak jej nie lubiłam, bo wydawała mi się zwykła i nudna.

      Marzę o strychu pełnym pamiątek, ach…

    1. Ooo, jojo też miałam! Było zielone i miało czerwone diody. Nigdy nie nauczyłam się nim posługiwać. „Piłka z kolcami w stylu jojo” to taka mięciutka gumowa?

  4. Jako wierny czytelnik bloga (oraz ukryty wielbiciel :) ) chciałbym z okazji Świąt Bożego Narodzenia złożyć Ci najserdeczniejsze życzenia, spełnienia wszystkich marzeń, nawet tych najbardziej skrytych, samych sukcesów zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym, dużo zdrowia, szczęścia w życiu codziennym, pogody ducha oraz dużo magicznych chwil spędzonych w gronie najbliższych. :) Wesołych Świąt! :)

    1. Bardzo dziękuję <3 Na święta życzę Ci tego samego, a że Cię nie znam i nie wiem, czego chciałbyś najbardziej, życzę Ci spełnienia największego marzenia w najbliższych dwunastu miesiącach :)

  5. Nocozaurus i jego jajo przypomniało mi Kamień Tajemnic, pod którym było coś, o czym tylko ja i moja wtedy Prawdziwa Przyjaciółka J. wiedziałyśmy. O ile jednak Twój kamień i historia są cudowne, wręcz bajkowe, w komentarzu publicznie chyba nie napiszę, co my tam miałyśmy. Chcesz, to mogę np. na FB napisać. :>

    Długopis strzykawka to kolejna rzecz, której Ci zazdroszczę, jak tego sztucznego papierosa. Kręcą mnie takie rzeczy, mimo że prawdziwe mnie odpychają. Strzykawek nie lubię, nienawidzę zastrzyków itp. Żeby było śmiesznie, lubię być tatuowana. Lubię to uczucie. Zastrzyków jednak Nienawidzę przez duże N.

    Myszek żywych nigdy nie miałam; zawsze szczury. Myszki-zabawki… zawsze było ich u mnie pełno, choć mało który z moich kotów się nimi bawił. Ostatnio kupiłam Lunie piękną złotą myszkę, ale Lila ją przygarnęła, rozgryzła i wytaplała w kałuży sików.

    Zobaczywszy zdjęcie kauczukowej piłki z kotem… Poczułam prawdziwy ból w sercu. Moja piłka! Miałam identyczną i kochałam ją najbardziej z moich wszystkich kauczuków. Zrobiłabym wszystko, by ją znów mieć. Niestety, moja skończyła w tragicznych okolicznościach. Kuzyn, który nie raz mnie bił, strzelał do mnie z pistoletu z paskudnymi żółtymi kulkami, raz dla zabawy na moich oczach rzucił ją swojemu psu dobermanowi, a ten rozgryzł piłkę natychmiast. Płakałam po niej chyba kilka dni. To jedno z moich bardziej traumatycznych przeżyć z dzieciństwa, bo bardzo zabolało mnie psychicznie. Nie miał wtedy kto mi pomóc, ja nie miałam z nim szans, a piłka znaczyła dla mnie wiele. Babcia mi ją kupiła na pocieszenie, niedługo potem, jak dowiedziałam się, że jestem uczulona na koty i nigdy nie będziemy mieli kota birmańskiego, który był mi już wtedy obiecany. Nie raz takich szukałam po olxach i innych internetach, ale widziałam tylko z końmi. A byłabym skłonna zrobić wiele, by taką zdobyć. Nawet bym na jakiś festyn czy do wesołego miasteczka poszła i watę cukrową – całą! – zjadła! Popcornem bym ją zagryzła dla takiej piłki.
    W ogóle to w ciągu ostatnich lat zdarzyło mi się tak przez internet kupić – „odzyskać” – zabawki, które w dzieciństwie miałam i uwielbiałam, a według mnie, utraciłam w tragicznych okolicznościach, bo a to ktoś ukradł, a to Mama uznała, że już się nie bawię i można oddać komuś… Godzinny googlowania, z lalkami łatwiej było, ale w przypadku kauczuku nie udało się.

    Podoba mi się ta bomba. Fakt, ładna nie jest, ale mam słabość do poobdzieranych, właśnie takich „brzydactw”. Według mnie mają swoje piękno. Mama kieeedyś, jak pod małą mnie choinkę ubieraliśmy, lubiła mieć na choince ładne bombki. Tak, niby pode mnie ubierała, ale przecież w salonie coś brzydkiego stać nie będzie, nie? Rok temu trochę dla jaj przywlokłam jej do mieszkania choinkę, ubraną na klatce schodowej, jako żart-niespodzianka. Kupiłam specjalnie różowe i czarne bombki wiedząc, że w pojmowaniu świata Mamy się to nie zmieści. „NO GDZIE TAKIE BOMBKI NA CHOINKĘ?!”.
    Ja niezmiennie od dziecka jestem kociarą. Psiarą w mniejszym stopniu… lubię psy, ale nie mam na ich punkcie hopla. A Lili to nie pies, to córeczka.

    Co do ostatnich pytań… Nie mam pawlaczy (zostały sprzedane wraz ze starym mieszkaniem), nie mam piwnicy, a strych… w sumie to na strychu mieszkam. Mówi się, że moje piętro to właśnie „strychowe”, bo takie dorobione, początkowo nie było tu mieszkań.
    O mojego kauczuka z kotem nie udało mi się zawalczyć i do dziś jak intensywnie zaczynam to rozpamiętywać, potrafią mi się na to wspomnienie łzy furii w oczach jakby prawie zbierać.

    1. Coś zdechłego? :D Napisz na FB koniecznie. Btw, Twoja nazwa „Kamień Tajemnic” przypomniała mi cudowny polski serial dla dzieci „Sagala”.

      Ostatni raz dostałam zastrzyk jako dziecko, ale ze strzykawką miałam do czynienia w ostatnich latach podczas pobierania krwi. Zawsze odwracam głowę, bo gdybym patrzyła, jak igła wchodzi w moje ciało, straciłabym przytomność. Z kolei kiedy sama sobie dłubię w skórze igłą, np. żeby wyjąć drzazgę, nie jest mi ani trochę słabo. Chyba największe znaczenie ma fakt, jak głęboko wchodzi igła i czemu to służy (przebija się przez ścianę żyły i wysysa krew, brr).

      Rubi lubiła rozgryzać pluszaki. Odgryzała im wszytko, co odstawało – oczy, nos, uszy. Potem wyciągała watę i musiałam kupować jej nowe.

      Byłabym w stanie „odkupić” sobie ukradzione przez koleżankę z podwórka tamagotchi. Niestety nie widziałam go na żywo, a japońska wersja z internetu może mieć japońskie symbole i gówno zrozumiem. Przyjaciółka dostała je od cioci z Niemiec, a ja od niej. (To jest moje ukochane tamagotchi: https://sg.carousell.com/p/tamagotchi-p2-clear-yellow-137221871/)

      Przykro mi :( To było okropne przeżycie. We mnie też siedzi wiele krzywd, których doznałam laaata temu.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.