Wedel, Tiramisu czekolada mleczna o smaku deseru tiramisu

Kiedy w prezencie z okazji bez okazji dostałam mleczną czekoladę Wedla Tiramisu (dziękuję darczyńcy), zaczęłam się zastanawiać, czy warto opublikować na livingu jej recenzję. Jeśli zaglądacie na blog od długiego czasu – liczonego w latach – być może pamiętacie, że tabliczka Tiramisu już się na nim pojawiła. Ponieważ jednak było to dawno, a moje oczekiwania względem słodyczy są dziś inne, nieco surowsze, zdecydowałam ponowić test. (Jak dobrze, że nie czuję przymusu odświeżania starych recenzji. To byłby koszmar. Ba! to byłaby syzyfowa praca. Wyobrażacie to sobie? Brr).

Wedel, Tiramisu czekolada mleczna nadziewana o smaku deseru tiramisu, copyright Olga Kublik

Tiramisu
czekolada mleczna o smaku deseru tiramisu

Pierwszą recenzję czekolady wedlowskiej Tiramisu opublikowałam pod koniec 2014 roku, czyli dosłownie na początku mojej przygody z blogiem (zaczęłam bloggować w sierpniu). Od tamtego czasu słodka bohaterka nie zmieniła się ani wizualnie, ani pod względem składu czy wartości odżywczych. Waży 293 g i liczy 6 rządków po 3 kostki. Na każdy rządek przypada 49 g, co odpowiada mniej więcej połowie klasycznej czekolady – szaleństwo! Tabliczkę można zatem potraktować jako zbiór batonów.

Tiramisu czekolada mleczna o smaku deseru tiramisu marki Wedel dostarcza 524 kcal w 100 g.
Rządek czekolady Tiramisu Wedla waży 49 g i zawiera 257 kcal.
Kostka wedlowskiej czekolady Tiramisu waży 16,3 g i dostarcza 85 kcal.

Wedel, Tiramisu czekolada mleczna nadziewana o smaku deseru tiramisu, copyright Olga Kublik

Mleczna czekolada Tiramisu Wedla pachnie bardzo ładnie i apetycznie. Jest nawet nie słodka, a słodziutka. Oddaje mleczną czekoladę bogato wypełnioną wysokoprocentowym alkoholem i nadzieniem kawowotoffi. Aromat przywiódł mi na myśl nie tytułowy deser tiramisu, lecz batony Pawełki, które pod koniec podstawówki znajdowały się w mojej czołówce batonów. Daleko w tle czai się drobna nutka mdłej margaryny, niemniej całokształt zasługuje na 5 chi. Ujmuje mnie zwłaszcza wyrazista alkoholowość.

Kiedy Wedel zmienił kostki w dużych czekoladach i wprowadził kapsle/kwiatki, byłam do nich nastawiona jednoznacznie negatywnie. Dziś są mi obojętne, bo po pierwsze przywykłam, po drugie nie kupuję dużych czekolad wedlowskich. Nadal nie uważam kostek za atrakcyjne, ale cóż poradzić?

Wedel, Tiramisu czekolada mleczna nadziewana o smaku deseru tiramisu, copyright Olga Kublik

Degustację rządka Tiramsu Wedla zaczęłam od zgryzienia czekolady. Spodziewałam się szybkiego rozpuszczania, gęstości i bagienka, lecz tabliczka mnie zaskoczyła. Rozpuszcza się wolno – wolniej niż propozycje Milki, a także wolniej niż czekolada zwieńczająca najnowszy w portfolio Wedla baton WW Peanut Butter. Jest okrutnie proszkowata proszkiem typu ziarnistego. Innymi słowy: występuje w niej proszek o właściwościach rzężących (cukier puder?). To aspekt, który irytuje mnie w dużych czekoladach Wedla, a którego nie odnajduję w tabliczkach 100-gramowych. Przynajmniej nie we wszystkich.

Wedlowska czekolada mleczna rozpuszcza się zatem wolno i ziarniście, ale gęstawo (ponownie: mniej niż propozycje Milki czy Millano). Brakuje jej bagienkowości. Jest co najwyżej bagienkowawa. Przywodzi na myśl tanią czekoladę no-name. Od dawna uważam, że duże Wedle różnią się od 100-gramowych.

Wedel, Tiramisu czekolada mleczna nadziewana o smaku deseru tiramisu, copyright Olga Kublik

Wnętrze czekolady Tiramisu zostało podzielone na dwie części. Górę zajmuje dziegciowato-gumowata masa. Jest jej mniej niż dolnego nadzienia. Daje się poznać jako gęsta, plastyczna i zwarta. Sprawia wrażenie skondensowanej pod względem konsystencji. Przywodzi na myśl twór, z którego odparowano wodę, by pozostała sama esencja. W niej również pojawia się ziarnistość. Smakuje odrobinę kawowo, jednak głównym wątkiem jest bezsmak. O deserze tiramisu zapomnijcie, chyba że lubicie rozczarowania.

Dolna część nadzienia nieco wyschła z uwagi na parę tygodni spędzonych w letnich temperaturach poza lodówką. Na szczęście zachowała tłustość i kremowość. Jest pełna twardych chrupek, które potężnie chrupią i przywodzą na myśl zbrylony cukier (mmm, uwielbiam takie. Żarcik). Mają smak amaretto, którego nienawidzę (to już nie żart). Z kolei samo jasne nadzienie smakuje śmietankowym likierem.

Któraś warstwa – a może całokształt? – funduje przyjemny posmak Pawełka toffi. To chyba najprzyjemniejszy aspekt tabliczki Tiramisu, która przywodzi na myśl czekoladę ­no-name.

Wedel, Tiramisu czekolada mleczna nadziewana o smaku deseru tiramisu, copyright Olga Kublik

Po zanotowaniu tegorocznych wrażeń z degustacji wróciłam do starej recenzji. W 2014 roku odebrałam wedlowską czekoladę Tiramisu podobnie. Uśmiechnęłam się, trafiwszy na fragment: Niżej znajdziemy bardzo grubą warstwę jasnego, kremowego nadzienia wypełnionego kryształkami cukru albo karmelu. W smaku jest ono śmietankowe, choć da się wyczuć również migdały w postaci amaretto. Niemal to samo napisałam dziś.

W podsumowaniu poprzedniej publikacji wyznałam: Zdaję sobie sprawę z tego, iż nie należy ona [czekolada] do wyrobów wysokich lotów, ale i tak mi smakuje. Po latach prowadzenia bloga i degustowania rozmaitych słodyczy mogę się podpisać wyłącznie pod pierwszą częścią zdania. Czekolada Tiramisu Wedla to produkt rodem ze środkowej półki. Nie jestem na tyle wyrozumiała, by podtrzymać dawne 4 chi. Dziś zdobywa tyle, ile na nijakiego średniaka przystało. Pozostałe 5 rządków powędrowało do rodzinki.

Ocena: 3 chi


Skład i wartości odżywcze:

Wedel, Tiramisu czekolada mleczna nadziewana o smaku deseru tiramisu, skład i wartości odżywcze, copyright Olga Kublik

6 myśli na temat “Wedel, Tiramisu czekolada mleczna o smaku deseru tiramisu

  1. Rzeczywiście czekolada w dużych tabliczkach Wedla jest jakaś inna niż w mniejszych, niestety trochę gorsza :/ czekolady tiramisu jednak nie jadlam, ale w sumie samo tiramisu bardzo lubię więc z chęcią bym spróbowała, bo ostatnio przekonuje się do słodyczy z kawą (nawet jeżeli ta czekolada jest mało kawową :D) za to amaretto lubię, więc taką nutkę odebrałabym na plus ^^ kiedyś chyba były batoniki z tej czekolady ale teraz ich nie widzę, a szkoda, bo wolałabym kupić batona niż takiego olbrzyma :(

    1. „Trochę” to duży komplement z Twojej strony. Czekolada w dużych Wedlach smakuje jak marketowy no-name, w dodatku jeden z kiepskich.

      Rzeczywiście dawno nie widziałam batonów, ale też specjalnie się za nimi nie rozglądam, więc może dlatego.

  2. Ryję ze śmiechu z Twojego wstępu. Dosłownie przed chwilą napisałam coś bardzo podobnego i to razy dwa – raz we wstępie sprawdzanym, a dwa – w podsumowaniu jednej recenzji.

    Dalej jednak… nie zmieniła się? A opakowanie to co? Zawsze jak widzę jego zmianę, jestem podejrzliwa. Zajęcia z marketingu i zarządzania w ogóle utwierdziły mnie tylko w mej nieomylności (huehue), że koszta zmian samych opakowań (jak oni tam sobie wszystko wyliczają), się nie opłaca, to prawie zawsze wiąże się to z innymi zmianami. Co ciekawe, może chodzić też o sposób produkcji (na gorszy), więc można popsuć jakość, nie ruszając składu. Pocieszyłam, co? Taak, sama ostatnio się tym załamuję.

    Wracając do czekolady – ja ją jadłam daaawno w wersji paluszko-batonika i wystawiłam prawie to samo… Znaczy się 2. Ekhem, ekhem. Moje dwa i… to kiedy. No, ale mlecznych Wedli odkąd pamiętam nie lubię. Za cholerę nie mogę przypomnieć, którą dużą jakoś na krótko przed blogiem próbowałam od rodziców – Brownie czy właśnie Tiramisu? To było tak cukrowo-nijakie, że za nic nie kojarzę. Tak to sobie tłumaczyłam, tłumaczyłam, że bo mleczne, że „zła, bo to duża”, „zły, bo to baton” i chciałam spróbować ciemną, teraz jednak mi przeszło. Lubię w nas to, że jesteśmy coraz bardziej wymagające. Nie ma zgody na dziadostwo!

    A co do tego, że mniej bagienkowa od wspomnianych – ciekawostka z własnych doświadczeń! Zjadłam w przeciągu paru dni kilka czekolad słodzonych różnymi cukrami i różną ilością. Im więcej samego białego cukru i mniej kakao, tym bagienka mniej. W kwestii kakao liczy się każdy procent i w ogóle i z tego, co ja tak „na czuja” tu widzę (po składach patrząc i ze wspomnień), to po prostu w Wedlu jest drastycznie mało kakao, a dużo „inności” (choćby pełne mleko, w momencie gdy Milka jest na odtłuszczonym, które jest mniej integralne w parze z kakao). Prochy, które nie mają czym się wiązać najwidoczniej. Pewnie nie bez powodu to właśnie ta granica 30 % – czy coś jest czekoladą, czy nie. Ja tam w sumie i tak nie patrzę na procenty nigdy, a na efekt. I naukowo, rzecz jasna, tego nie sprawdziłam, to tylko moje przemyślenia.

    1. Kurde, nie pomyślałam o tym, że firmy muszą jakoś zrekompensować sobie wydatki związane ze zmianą szaty graficznej (opłata za sam projekt, reklamy etc.). Dzięki za uświadomienie. Z jednej strony cieszę się, że już wiem, z drugiej jakoś mi przykro. Wolałabym już stare szaty graficzne i smaczne słodycze. Zresztą kto by nie wolał?

      „Lubię w nas to, że jesteśmy coraz bardziej wymagające. Nie ma zgody na dziadostwo!” – Si! Piąteczka.

      Ja tym bardziej nie patrzę na procenty – ani nawet na skład – podczas oceniania efektu. Dopiero w przypadku rozczarowania zaglądam na tył opakowania i szukam, winnych.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.