Obleśne, zabawne i piekielne historie z pracy #1

Mimo iż praca to zajęcie, które znaczna większość dorosłej ludzkości wykonywać musi, szeroki wybór zawodów i firm sprawia, że można trafić w miejsce przyjemne. Nawet jeśli wstaje się w środku nocy, a wraca późnym wieczorem, słońce widuje się tylko na filmach, dojazd trwa kilka godzin, w biurze zaś zajmuje się stanowisko obok osoby, której śmierdzą stopy, do fajnej pracy chodzi się z uśmiechem na ryjcu.

Krótkie historyjki zaprezentowane dziś i zaplanowane na kolejne niedziele dzielą się na obleśne, zabawne i piekielne. W niektórych byłam ofiarą, w innych brałam dobrowolny udział w niesympatycznych procederach. Możecie mnie oceniać, oburzać się i wachlować czerwone twarze, a możecie odebrać je jako coś, co zostawiłam w przeszłości i co niekiedy sama oceniam negatywnie. Tak czy owak, enjoy!

Uwolnić orkę (albo stado mintajów)

W liceum dorabiałam jako hostessa. Zazwyczaj pracowałam w supermarketach, a ponieważ wyrobiłam książeczkę sanepidowską, wybierałam prace obejmujące promocję produktów spożywczych. Raz reklamowałam ryby w słoikach, co skądinąd odradzam, bo osiem godzin stania przy chłodziarce jest koszmarnym doświadczeniem. Stała pracownica supermarketu chciała dołożyć do zamrażarki mrożone ryby – bez opakowań, na wagę. Worek wymsknął jej się z rąk, ryby wypadły i prześlizgnęły się przez dział rybny po podłodze, po której chodzą setki klientów. Cóż poradzić? Pozbierała je i włożyła do zamrażarki.

Zapiekanki z podwójną porcją grzybów

Przez kilka miesięcy pracowałam w małym barze, którego szef stawiał pierwsze kroki w branży gastronomicznej. Wszelkie straty były dla niego dotkliwe, dlatego my – pracownicy – mieliśmy je minimalizować. Kiedy widzieliśmy, że zakupione na początku tygodnia zapiekanki robią się zgniłozielone wokół pieczarek, ale jeszcze nie było czuć zapachu zepsucia, podawaliśmy je szczodrze zalane ketchupem.

Posąg z kamienia ku chwale gofrów

W małym lokalu gastronomicznym nie sposób przewidzieć, ilu klientów pojawi się w danym dniu. Wiele zależy od dnia tygodnia, pogody, atrakcji rozgrywających się w tej części miasta i tak dalej. Ponieważ latem zazwyczaj mieliśmy sporo odwiedzających, część rzeczy przygotowywaliśmy wcześniej, żeby nie kazać ludziom czekać w kolejce. Doskonałym przykładem są gofry, które smażyliśmy rano, a potem odgrzewaliśmy. Czasem od usmażenia do wydania mijało osiem godzin, wobec czego klient otrzymywał niemożliwy do pogryzienia kamień, przepięknie udekorowany bitą śmietaną i dodatkami. Zwrot zdarzył się tylko raz. W teorii nie jest to śmieszne, ale na zapleczu płakałam ze śmiechu.

Cieplna resuscytacja pączka

Bar mający w ofercie lody, gofry i inne desery aż się prosi o wprowadzenie pączków. Tak też zrobiliśmy. Co kilka dni rano szef przywoził paletę pączków w atrakcyjnych wariantach smakowych. I to porządnych pączków z piekarni, nie jakichś tam plastików z supermarketu. Na nasze nieszczęście mało kto był nimi zainteresowany. W efekcie po tygodniu leżenia bez przykrycia sprzedawaliśmy je w tej samej cenie, ale jako pyszne gorące pączki z pieca. Pewnie się domyślacie, że były to suche głazy, nie żadne pączki.

Pułapka na łakomych januszy

Jako dziecko uwielbiałam korzystać z poczęstunków w supermarketach. Odkąd jednak zaczęłam pracować jako hostessa, patrzę na nie zupełnie inaczej. Fakt, niektóre są niegroźne, za to inne… Jeżeli produkty, którymi chcecie się poczęstować, nie są otwierane przy was, obrabia się je termicznie (np. smaży krokiety) albo nie macie wglądu w datę przydatności do spożycia, better omijajcie je szerokim łukiem.

Życie Praca to najlepsza szkoła

Kiedy przyszłam do pracy w punkcie sprzedającym lody amerykańskie, nie miałam pojęcia o ich kręceniu. Nie miał o tym pojęcia szef ani nie mieli pozostali pracownicy. Ba! to ja jako jedyna mogłam się pochwalić doświadczeniem w gastronomii i sporo rzeczy ich nauczyłam. Historia z lodami jest jednak wyjątkowa, bo ukręcenie amerykańskiego nie jest łatwe. W efekcie codziennie wydawaliśmy lody, które po liźnięciu przez klienta spadały na bruk. Przed naszym lokalem stale zalegały obleśne brązowe plamy. Na dodatek pracowaliśmy z dwiema wydzierżawionymi, wątpliwie sprawnymi maszynami. Raz lody zamarzały i wcale nie leciały, innym razem leciały jak woda z kranu albo wybuchały nam w twarze (sic!). Wyobraźcie sobie sytuację, w której macie lody czekoladowe na twarzy i fartuchu, przed okienkiem stoi kilkanaście osób, a wy musicie się odwrócić i powiedzieć, że chwilowo maszyna nie działa.

Ta praca mnie rozpala!

A skoro o wątpienie sprawnym sprzęcie mowa, raz pracowałam z wydzierżawioną maszyną do kebabu. Nie było z nią wielu przygód, bo szef zgodził się, żebyśmy jej nie uruchamiali i wyrzucili kebab z menu. Miała nieszczelne rury i kiedy uruchamiało się ją, buchała ogniem w stronę nieszczęsnego pracownika. Nie iskrą ani nie małym płomieniem – wielkim ogniem. Ryzyko utraty życia bądź zdrowia było ogromne.

***

Jak wam się podobają historyjki z pracy w gastronomii i supermarketach? Jesteście oburzeni czy rozbawieni? Macie podobne doświadczenia z zamierzchłych prac? Dajcie znać!

7 myśli na temat “Obleśne, zabawne i piekielne historie z pracy #1

  1. No to jedziemy po kolei z historiami :D

    Eww, z tymi rybami to gościówa straszne świństwo zrobiła :o dobrze że przynajmniej ryby trzeba poddać obróbce cieplnej i raczej to zabije potencjalne bakterie, ale kto wie czy nie miała podobnej wpadki z bułkami czy innymi produktami sprzedawanymi luzem…

    Z zapiekankami chyba jeszcze bardziej obrzydliwa historia xD może i nie czuć zapachu zepsucia, ale myślę że biedak, który w taką zapiekankę się wgryzie, poczuje smak i konsystencję gratisowych grzybków. Nie mówiąc już o problemach żołądkowych :p eww, teraz chyba będę zamawiać zapieksy bez keczupu xD

    No jakbym ja dostała kamiennego gofra to też raczej bym zwróciła :D trochę szkoda mi starszych ludzi którzy mogli natrafić na te gofry, bo ich zęby mogły na tym ucierpieć, jeśli naprawdę gofry były aż tak twarde.

    No i podobnie z pączkami xD takie suche ścierwo polecialoby do kosza albo z powrotem z reklamacją :D

    O kurcze, ja nadal lubię te degustacje w marketach :D (no a przynajmniej jak były przed epidemią) ja biorę sobie jednak tylko jak są jakieś słodycze, płatki śniadaniowe albo jogurty do spróbowania, a tych dań na ciepło nie próbuje nigdy bo w sumie po co, skoro i tak ich nie kupuję :p mówisz że te słodycze, płatki i jogurty to te po przekroczeniu daty ważności? :o

    Historia z lodami jest zabawna, zapewne na taki widok jak w ostatnim zdaniu mocno bym się zaśmiała :D ale nie rozumiem w takim razie właściciela, że porywa się na coś czego nie potrafi zrobić. Przecież po takich lodach które spadają na ziemię na pewno klienci do niego nie wrócą.

    A ten kebab brzmi strasznie :o normalnie historia idealna do śmierć na 1000 sposobów :D właściciel powinien na wszelki wypadek wyjebać tę maszynę albo coś :p

    Fajne historie do pośmiania się ^^ Czekam na kolejną część :D ja niestety nie podzielę się żadną historią bo jestem leniwą bułą i nigdy jeszcze nie chciało mi się iść do żadnej pracy, dopiero pójdę po studiach, teraz się skupie na nauce :D

    1. „Kto wie czy nie miała podobnej wpadki z bułkami czy innymi produktami sprzedawanymi luzem.” – Nawet jeśli nie ona, ktoś inny miał. A my kupujemy takie produkty, bo nie wiemy, co się z nimi działo. Sklep nie może przynosić strat i tak dalej. Ech.

      „Nie mówiąc już o problemach żołądkowych :p” – Sądzę, że sporo biedaków nabawiło się sraczki. Mam nadzieję, że tylko sraczki, a nie czegoś gorszego. Nie ma żartów z zepsutymi produktami. Zwłaszcza grzybami. Wtedy o tym nie myślałam. Sądzę, że dziś odmówiłabym wykonywania podobnych poleceń. Wiele zależy od sytuacji finansowej i życiowej. Niektórzy robią chamskie rzeczy, bo niejako są zmuszeni.

      „Mówisz że te słodycze, płatki i jogurty to te po przekroczeniu daty ważności?” – Na pewno nie wszystkie, ale część owszem.

      „Przecież po takich lodach które spadają na ziemię na pewno klienci do niego nie wrócą.” – Naszym klientem docelowym był turysta. Co z tego, że nie zechce wrócić, skoro i tak wyjedzie i nie będzie miał okazji? Sad, but true.

  2. Nigdy nie pracowałam w gastronomii, ale trochę się nasłuchałam i zdaję sobie sprawę, co tam się dzieje i że jak człowiek sam czegoś nie zrobi od podstaw to nigdy nie może być pewnym, co je ;) Kiedyś jeden pan piekarz mi opowiadał, jak to jak szef ich wkurzył, gdy byli na praktykach w piekarni, pluli w ciasto z chlebem :P Zresztą pieczywo to ciekawy temat, bo ilu ludzi się go nadotyka zapewne brudnymi łapskami, tego nie wie nikt, nie mówiąc już o obmacywaniu bułek przez kupujących. Myślę, że te ryby zebrane z podłogi już mniej zarazków mają, tym bardziej że przed jedzeniem trzeba je jakoś przyrządzić :D Tak więc historyjki mnie nie obrzydzają (zresztą pisałam Ci już, że mnie mało co obrzydza ;)), ale bardzo fajnie się je czyta ;)

    1. Kiedy chodziłam do podstawówki i gimnazjum, na moim osiedlu mieszkał chłopak o ksywce piekarz. Był praktykantem w piekarni. Miał jakiś tam stopień upośledzenia umysłowego, co było widać, ale nie wykluczało go z samodzielnego życia. Wszyscy znali plotkę o tym, że wali konia do ciasta na chleb. Nie wiem, ile w niej prawdy.

  3. Znajoma, która kiedyś dorabiała w budzie z mięsem i rybami na bazarze mówiła, że zawsze, jak im się coś już przeterminuje i śmierdzi, to mrożą, bo szefowa stwierdziła, że „wtedy odzyskują świeżość”. Widać te mintaje też iluś tam sekund nie leżały i pewnie po włożeniu do zamrażarki odzyskały czystość. :)

    …i dlatego mnie odrzucało zawsze od takich ekhem „swojskich” rzeczy do kupienia. A bo to raz Mama kupiła jakieś eklery czy coś, co miało być świeżutkie, a waliły starocią? No, głazy i rozpadające się ciasta też były. Domowe, dzisiejsze. Yhym.

    Co do braku pojęcia o tych lodach – przypomniało mi się, jak kieeedyś w Suwałkach był taki punkt z obłędnymi lodami włoskimi z automatu, słodzili je wanilią. Potem jednak zaczęły pojawiać się świderki amerykańskie i inne, więc wiadomo, chcąc obniżyć koszta, zaczęli zmieniać recepturę i koło włoskich lody już nie stały. Wanilii brak, ale gdy zamienili mleko na margarynę, zdarzył się mały wypadek – automat im się zapchał i je…trach. Ojej, jak mi przykro.

    Tobie jednak szczerze-szczerze współczuję. I ta ostatnia historia… Zawsze powtarzałam, że „aż się dziwię, jak większości nam udało się przeżyć dzieciństwo”, ale po latach doszłam do wniosku, że całe życie, a już zwłaszcza pierwsze prace są niebezpieczne.

    1. Świetna zasada. Odtąd wszystko, co się zepsuje, będę mrozić. Czy muszę jeść zamrożone, żeby się nie zatruć, czy mogę rozmrozić, a zepsucia po prostu nie będzie?

      Hasła „domowe” i „dzisiejsze” to odpowiedniki słodyczy o nazwach Pychotki, Mniamusie, Smaczniusie etc.

      Jak jeszcze jadałam lody w lodziarniach, rokrocznie umierałam z irytacji, że wszystkie pyszne lody włoskie zostały zastąpione przez świderki amerykańskie. To samo nad morzem, gdzie akurat jem lodów dużo. Żeby znaleźć budkę z włoskimi, muszę chodzić z lupą. Za to twarde, zmrożone i zdupne amerykańce są wszędzie. Ughr.

  4. No o bulkach w spolem pisałam. Człowiek nic by nie mógł jeść jak by się tak porządnie zastanowił nad tym co ktoś inny może zrobić z ich przysmakiem….

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.