Jak zostałam fotomodelką?

O moich początkach w fotomodelingu, a w zasadzie to w ogóle o przygodzie z nim, chciałam opowiedzieć na blogu od dawna. Ilekroć jednak otwierałam edytor tekstowy, oblatywał mnie strach. Czego się bałam, skoro o uczestniczeniu w sesjach wie każda osoba, która weszła na blog więcej niż trzy razy?

Tym razem nie było inaczej. Milion razy zastanawiałam się, czy odsunąć pisanie w czasie o kolejny rok (tyle bowiem liczy szkic wpisu). E tam o rok, najlepiej o kilka. Ale koniec zwlekania! Jeżeli nie zrobię tego teraz, nie zdecyduję się nigdy. Zawsze znajdzie się dobra wymówka.

Zachęcam więc do przeczytania historii o tym, jak zaczęłam pozować do zdjęć. Postarałam się odpowiedzieć na podstawowe pytania. Jeśli macie dodatkowe, zadawajcie śmiało w komentarzach albo wiadomościach. Ach, i ostrzegam: wpis zawiera dużo fotografii. W przypadku alergii na moją twarz bądź nagie ciało człowiecze radzę wyjść z bloga teraz i wrócić w dogodniejszym terminie.

Naturalność przed obiektywem – czy to trudne?

Wywodzę się z rodziny, w której aparat był nieodłącznym kompanem sytuacji codziennych i niecodziennych. Kojarzycie amerykańskie filmy, w których zakręcony na punkcie dzieci ojciec lata wszędzie z kamerą i irytuje bliskich? U mnie było podobnie, tyle że kamerę zastępował aparat, a tatę mama. Żadne wakacje, wycieczka czy wyjście na dowolne wydarzenie nie mogły obyć się bez zdjęć. Prawdopodobnie na klisze wydawaliśmy więcej niż na chleb. W albumach znalazły się fotografie piękne, ale też maksymalnie żenujące. Wszystko to sprawiło, że oswoiłam się z byciem fotografowaną.

Kiedy poszłam do gimnazjum, mama związała z mężczyzną, którego hobby była fotografia. Cyfrowa, wszak odkąd na rynku pojawiły się kompakty, analogi przeszły do lamusa. Chętnie robił zdjęcia mamie, mnie i mojej siostrze. Powiedział, że obiektyw mnie kocha. Połączenie faktu, iż Mariusz – skądinąd część z was na pewno go kojarzy; to jemu zawdzięczacie powstanie livingu – był dla mnie ogromnym autorytetem, z własną przyjemnością związaną z byciem fotografowaną sprawiło, iż uwierzyłam w jego słowa.

Amatorskie początki fotomodelingu

Zaczęłam pozować Mariuszowi w wieku 17 lat, a cała zabawa trwała rok, może dwa. Efekty były różne. Kilka zdjęć uwielbiam do dziś, na inne patrzę z politowaniem. I nic w tym dziwnego. Ja uczyłam się wyrażać emocje i nie być na zdjęciach po prostu ładną dziewczyną, Mariusz zaś szkolił się w wykonywaniu coraz lepszych ujęć. Nikt nikomu nie płacił, a za studio najczęściej służyło nasze mieszkanie. Raz wykorzystywaliśmy scenerię pokojową, innym razem zawieszaliśmy prześcieradła, zasłony i inne bajery.

W wieku 19 lat wyprowadziłam się z domu i jakoś tak wyszło, że przestałam myśleć o fotomodelingu. Czasem na sesje zabierał mnie ówczesny chłopak, jednak zdjęcia robione przez zwykłą osobę a zdjęcia wykonywane przez osobę o co najmniej podstawowej wiedzy fotograficznej i pasji to ogromna różnica.

Drugie podejście do fotomodelingu i pierwsze sesje

Minęły lata. Nie pamiętam dlaczego, ale o fotomodelingu przypomniałam sobie pod koniec studiów. (Chyba zainspirowała mnie koleżanka z roku, która zaczęła pozować). Dokładnie wtedy, kiedy straciłam czas na duperele i musiałam skupić się na świeżo rozpoczętej pracy. Tyle straconych lat, kiedy wolne miałam bez przerwy, ach! A może chodziło właśnie o to, że zaczęłam wymarzoną pracę i złapałam wiatr w żagle? Uznałam, że założę konto na portalu dla fotomodelek i fotografów, bo a nuż coś z tego będzie. (Skądinąd zabawna sprawa, bo w liceum doradzał mi to Mariusz. Nie posłuchałam go, ponieważ należę do osób, które do wszystkiego muszą dojrzeć w swoim czasie. Nawet jeśli radę uważam za względnie dobrą).

Na oferty nie czekałam długo. Do dziś pamiętam pierwsze sesje, które z perspektywy czasu oceniam jako łomatkocotomabyć?! (drewno numer 1, drewno numer 2). Nie wiedziałam, jak pozować, kiedy aparat trzymała nieznajoma osoba. Mimo tego byłam przeszczęśliwa.  Ze spotkania na spotkanie umiałam dawać z siebie coraz więcej. Poznawałam też coraz lepszych fotografów. Nigdy nie przytrafiło mi się nic groźnego, acz przyznaję, że ciągle ładowałam się w potencjalnie niebezpieczne sytuacje. Przykładowo szłam do fotografa, który miał studio w domu i mieszkał sam. Oczywiście bez osoby towarzyszącej. I bez podania adresu bliskim. (Jeśli pewnego razu zaginę lub zostanę zamordowana, oto powód).

Poznanie siebie i osiągnięcie harmonii

Po kilku latach dotarłam do miejsca, w którym jestem teraz. Do miejsca, w którym nie czuję parcia, by zgadzać się na cokolwiek – chociażby bylejakość czy nie mój klimat; o usługach seksualnych nigdy nie było mowy – byle tylko mieć kolejną sesję. Możliwość odmawiania jest ogromnym komfortem. Czuję ten sam rodzaj pewności pozycji, którą odczułam po kilku latach prowadzenia bloga.

Fotomodeling nie jest i nigdy nie będzie numerem jeden, bo moje serce należy do pisania. Piszę, odkąd pamiętam, i to mnie określa. Ale chodzenie na sesje pozwala mi pokazać emocje, o których nie zawsze umiem bądź chcę rozmawiać, a które są we mnie. Chcę też mieć pamiątkę na stare lata, kiedy już zrodzynkowieję. Sądzę, że miło będzie spojrzeć na stare zdjęcia i pomyśleć nie: ale byłam ładna (to samo można osiągnąć, robiąc milion selfie; nigdy nie chciałam, żeby moje zdjęcia ograniczały się do ukazywania ładnej osoby na ładnym tle), lecz raczej: cieszę się, że spróbowałam i dałam światu coś więcej.

Dlaczego robię dziwne i mroczne zdjęcia?

Jedno z pierwszych zdjęć, którym oddałam serce i które do dziś znajdują się w mojej czołówce, wykonał Mariusz. Miałam 17 lat. Sesję urządziliśmy spontanicznie, bo akurat rozjaśniałam włosy i uznaliśmy, że wyglądają ciekawie (anegdotka: przez niemal całe liceum byłam tlenioną blondynką). Zarzuciliśmy białe prześcieradło na telewizor, żeby uzyskać jasne tło, posadziliśmy mnie na stołku kuchennym, i tyle. W surowych warunkach efekt uzależniony był od tego, jak zapozuję twarzą. Oto on:

Kiedy pokazałam rezultat znajomym, żadnemu się nie spodobał. Wszystko przez to, że na zdjęciu nie byłam ładna. Jak jeden mąż powtarzali, że jest dziwne (i że nie powinnam go publikować). Tyle że właśnie o to chodziło. Nie miałam być ładna, ale ciekawa. Nie rozumieli. Wydaje mi się, że to wtedy odkryłam, iż bardziej kręcą mnie zdjęcia dziwne, oryginalne i dalekie od klasycznego piękna. Na fotografiach lubię być smutna, zmartwiona, przerażona, cierpiąca, zła, obojętna. Panienka w sukience na łące pełnej kwiatów i motyli ze mną w roli głównej byłaby ciepłym wymiotem. Nie jestem klasycznie kobieca ani dziewczęca. Owszem, mogę się wcielić w taką postać, jeśli dostrzegam sens, niemniej to nie ja. Na owym nieładnym zdjęciu z liceum zaś jestem ja. Może i dwanaście lat młodsza, ale taka sama w środku.

Czy wstydzę się rozbierać przed aparatem?

Co prawda to pytanie nie dotyczy początków fotomodelingu, jednak słyszę je dość często. Odpowiedź powinna być oczywista. Skoro rozbieram się przed aparatem, na dodatek efekty publikuję w sieci, nie mogę się wstydzić. Pewnie na początku czułam skrępowanie. Trudno mi powiedzieć, bo było to zbyt dawno.

Na sesji traktuję ciało jako narzędzie pracy. Nie jestem kobietą – obiektem seksualnym, tylko kobietą – przedmiotem zdjęcia. Rozumie to zarówno każdy doświadczony model, jak i każdy profesjonalny fotograf. Kiedy dziewczyna idzie do ginekologa, nie rozkłada nóg z obawą, że lekarz wywali jęzor albo zrobi coś innego niestosownego. Podobnie jest na sesji. Profesjonalny fotograf nie umawia się na zdjęcia po to, by zaoszczędzić na abonamencie na strony porno. Na pewnym etapie nauki/dojrzewania modele i fotografowie odkrywają, że ciało to tylko ciało. Każdy jakieś ma. Można się go wstydzić, można je lubić. Można je chować pod ubraniami, można wykorzystać do zdjęć o charakterze seksualnym, a można potraktować neutralnie i zrobić z nim coś ciekawego. Wybrałam opcję numer trzy.

Galeria zdjęć wybranych

Kolejność zdjęć jest przypadkowa i niechronologiczna.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Autorów podałam w opisach. Wystarczy najechać kursorem na wybrane zdjęcie.

Aby zobaczyć zdjęcie w pełnej rozdzielczości, należy kliknąć prawym klawiszem i wybrać polecenie: Otwórz grafikę w nowej karcie. (W innej przeglądarce może brzmieć nieco inaczej).

20 myśli na temat “Jak zostałam fotomodelką?

  1. Uwielbiam Twoje zdjęcia i Twoją urodę <3 najbardziej podobają mi się właśnie te mroczne zdjęcia, bo naprawdę pasujesz do takiego klimatu :D zdecydowanie bardziej kojarzysz się z taką zimną, złą królową niż jak to powiedziałaś z dziewczyną na łące w sukience, ale to jest właśnie w Tobie najfajniejsze i najciekawsze ^^ podziwiam Cię za to jak swobodnie czujesz się przed aparatem i jak umiesz świetnie pozować, ja nie znoszę jak ktoś robi mi zdjęcia :p
    Chodziłaś kiedyś na wybiegu? ^^

    1. Dziękuję za miłe słowa <3 Cieszę się, że kojarzysz mnie z mrocznym klimatem. Po wybiegu nie chodziłam, nie chciałam ani nie chciałabym (plus nie mogłabym, bo mam 165 cm wzrostu). Wolę fotomodeling (zdjęcia) niż modeling (full job).

  2. Przepiekne zdjecia,jestem pod wrazeniem. Mi z kolei bardziej pasujesz na unicorn rider (:D) niz goth girl(pewnie dlatego,ze generalnie kojarze Cie z szeroko pojeta SLODYCZA :D)niemniej Twoja uroda jest nietuzinkowa,ciekawa,oryginalna-mocno absorbujaca. Oczy w stylu Twiggy <3 kocham! Ojciec tez biegal za mna z aparatem, ale widocznie przynioslo to odwrotny efekt,niz u Ciebie: mam wstret do obiektywu, jak do pralin Mieszka. Podziwiam kazdego, kto sie z nim lubi(z obiektywem!/chociaz z mieszko-czekoladkami w zasadzie tez :S/). Gratuluje tej odwagi i podejscia do kwestii ciala,dzieki temu powstaje sztuka. Pomijajac konsumpcje pysznosci ktore mozna spokojnie wybrac sugerujac sie skala chi-fundujesz takze uczte dla oka, te zdjecia sa wyjatkowe.

    1. Bardzo, bardzo dziękuję ;* Sesję unicornową bez wątpienia wykonam, i to pewnie niejedną. Także wait for it! Skądinąd cenię przestrzeń na blogu, którą pozostawiłam na niedzielne wpisy. Mnóstwo osób kojarzy mnie ze słodyczą przez tematykę bloga i zdjęcia publikowane na Insta. Niedziele są moim azylem, w którym mogę ukazać część źródła siebie.

      „Mam wstret do obiektywu, jak do pralin Mieszka” – hahaha leżę. :’D

  3. Wszystkie są na swój sposób piękne, ale moim faworytem niezmiennie pozostaje to z wazonem na plecach. Bardzo Ci zazdroszczę tych wszystkich niesamowitych sesji, chciałabym mieć choć jedną na swoim koncie, ale problem w tym że nie lubię być fotografowana, a pozujac czuję się hm… sztuczna.

    1. Dziękuję :) Nie będę pisać o przełamywaniu się ani wciskać Ci kitów, których sama nie chciałabym usłyszeć. Życzę Ci, żebyś wypracowała poczucie bycia we właściwym miejscu, kiedy stoisz przed obiektywem. W tej chwili zdecydowanie nie jest za późno.

  4. Wreszcie! Cieszę się, że zdecydowałaś się na ten post. Ciekawiło mnie, jak to się zaczęło. Osobiście mam awersję do aparatów, ale… czytając zrozumiałam. Zdjęcia są dla Ciebie tym, co dla mnie rysunki i tworzenie różności. To, czego nie powiemy, pokazujemy. Co ciekawe, zupełnie nie rozumiem wstydzenia się swojego ciała. Znaczy… rozumiem, że można mieć kompleksy, ale wydaje mi się, że nie chodzi o nie, a nabudowane tabu. Nie rozumiem, jak można dociekać, czy osoba pozująca się nie wstydzi itp. Sama lubię swoje ciało, mogłabym pozować, ale nie chciałabym pozowaniem się zajmować. W sensie: nie miałabym problemu, oporów, ale nie chciałabym, bo to nie dla mnie. Zdjęcia jednak uwielbiam oglądać. Jakie? A no właśnie! Dziwne! Mam stronę w jednym z zeszytów, gdzie określiłam siebie jako „miłośniczkę rzeczy dziwnych”. Zwykła ładność do mnie nie przemawia. Lubię dziwność, niezrozumienie, z jakim się spotyka. Też jednak nie dziwność dla samej dziwności czy wywołania szoku. Stąd i oczarowanie Twoimi zdjęciami. One coś wyrażają! Na pewno wiele interpretuję inaczej, niż Ty, ale to jest wspaniałe w sztuce.
    Co do początków i tego, że u Ciebie aparat był wszechobecny. U mnie dużo fotografowania zawsze było podczas wyjazdów i wycieczek. „Stań tam, uśmiechnij się” – ot, ojciec chciał pokazać idealną, uśmiechniętą rodzinę, jaką byliśmy. :) Miło jest potem pokazywać znajomym ładne zdjęcia. :) Zdecydowanie nie chciałabym, by mnie fotografono.

    Mnie zastanawia jeszcze kwestia ogólnego pozowania do danych ujęć. „A teraz weź się połóż, położę wazon na plecach…”? „Czekaj, skulę się, postawisz mi wazon na plecy…”? Wybacz, to zabrzmiało głupio (btw. uwielbiam tamto zdjęcie), ale ciekawi mnie starcie wizji fotografa a Twojej już w praktyce (bo wiadomo, że ramy wcześniej omawiacie).

    1. Dziękuję! <3 Ciekawe i myślę, że trafne porównanie mojego wyrażania siebie poprzez zdjęcia (ale też osobiste teksty) do Twojego poprzez rysunki i projekty DIY. Kiedy człowiek ma zaspokojone podstawowe potrzeby życiowe, dodatkowa potrzeba wyrażania siebie przychodzi prędzej czy później. Przybiera jednak tak wiele form, że nie musi być sztuką ani niczym namacalnym.

      Ja też cenię w sztuce możliwość interpretowania zgodnie ze swoimi doświadczeniami i poglądami.

      Rozumiem awersję do bycia fotografowaną. Mnie nikt nie "zmuszał" do zdjęć, żeby tylko zamrozić obrazek "szczęśliwej" rodziny. Przykro mi, jak zawsze zresztą.

      Niektóre zdjęcia robimy bez inspiracji. Przykład: pomalowałam się brokatem tak, jak przyszło mi do głowy, po czym ustawiłam się przed obiektywem i mogłam robić, co chciałam. Inne zdjęcia - chociażby z wazonem czy ogniem - zostały wykonane na podstawie zdjęcia inspiracyjnego. Patrzyliśmy na plik pobrany z internetu i omawialiśmy pozycję (czy taka sama, czy coś zmieniamy, a jeśli tak, co), więc wiedziałam, jak mam się ułożyć. Jeśli ręka czy coś było nie tak, fotograf podchodził i poprawiał (niektóre fotomodelki nie pozwalają się dotykać, ale - jak pisałam - dla mnie ciało na sesji to narzędzie pracy).

      1. To z „robieniem, co chciałaś”, a planowaniem na podstawie zdjęcia z inpiracji bardzo mocno skojarzyło mi się z tym, jak zawsze z Agatą siedzimy nad projektami moich tatuaży. <3

  5. Zdjęcia inspirujące i okazujące trochę więcej niż codziennie spotykane pod tytułem „ładna kobieta”. Oczywiście znalazły się tam zdjęcia z sesji królowej kier:-D

  6. Ciekawiło mnie jak to się zaczęło,że zaczęłaś być fotomodelką . Podziwiam za ogromną odwagę ja jestem raczej bardzo wstydliwa:(.

  7. Powiem wprost, że jestem Wielkim fanem! :) Nie chcę się zbytnio rozpisywać, bo zabrakło mi słów, ale jesteś cudowna! :)

  8. Mam pytanie, które być może jest głupie. Jak to robisz, że jesteś tak szczupła, jednocześnie testując słodycze? Czy przy testowaniu czekolady zjadasz całą tabliczkę czy może tylko kostkę lub dwie? Ile mniej więcej kcal zjadasz dziennie i czy ćwiczysz? Ja kiedyś byłem chudy jak szkapa, ale potem zapragnąłem przytyć. Udało się, ale skończyło się tak, że dzisiaj chciałbym schudnąć z 10-15 kg i nie mogę. :(

    1. „Jak to robisz, że jesteś tak szczupła, jednocześnie testując słodycze?” – Zwracam uwagę na zapotrzebowanie kaloryczne. Wyliczyłam kalkulatorem CPM, ile kalorii powinnam przyjmować. Nie przyjmuję więc ani mniej, ani więcej. Dzięki temu wagowo stoję w miejscu.

      „Czy przy testowaniu czekolady zjadasz całą tabliczkę czy może tylko kostkę lub dwie?” – Nigdy nie zjadam całej, ale też nigdy nie poprzestaję na tak marnej ilości. Na same słodycze w ciągu dnia przeznaczam ok. 400 kcal. Słodycze = czekolada, baton, ciastka etc. Nie liczę deserów mlecznych, deserów instant, owoców.

      „Ile mniej więcej kcal zjadasz dziennie…” – To nie ma znaczenia dla Twojej diety. Oblicz swój bilans dobowy.

      „…i czy ćwiczysz?” – Aktualnie, już od czterech miesięcy, nie mogę ćwiczyć przez upierdliwą kontuzję. Wcześniej skakałam na trampolinie przez pół godziny dziennie, ale to dla ładnego tyłka i nóg, nie dla chudnięcia.

      Odpowiedzi na pytania, które mi zadałeś, oddają jedynie część sposobu, w jaki się odżywiam, więc nie sądzę, by wiele Ci dały. Moim zdaniem każdy musi znaleźć swój sposób, bo każdy organizm jest inny. Trzymam kciuki za powodzenie :)

      1. Dziękuję za tak szczegółową odpowiedź! :) Ja też znam się trochę na odżywianiu, ale zastanawiało mnie czy „po prostu tak masz”, czy rzeczywiście dbasz o to. Wychodzi ma to, że to drugie. Czasami sam nie wiem czy wierzyć w „cudowne metabolizmy”, bo było kilka przypadków, gdzie ktoś chwalił się jak dużo je pozostając szczupłym, po czym okazywało się, że to jedzenie po prostu… zwracał. Nie przyszło mi to do głowy w stosunku do Ciebie, ale tak właśnie myślałem, że zjadasz rozsądne ilości. 400 kcal to dużo mniej niż moja dzienna norma. Czasem zdarza mi się za jednym posiedzeniem zjeść z 2000 – 3000 kcal i to późnym wieczorem. Chyba mam odpowiedź, ech. Ale teraz staram się lepiej jeść i duuużo spaceruję. Trzymaj kciuki za moje sadełko :)

        1. Zazdroszczę ludziom, którzy „po prostu tak mają”. Część z nich, tak jak napisałeś, w rzeczywistości oszukuje, niemniej poznałam kilka takich, które naprawdę nie mogły przytyć mimo spożywania dużej ilości pokarmów (i to wcale nie lekkich).

          Jeśli chodzi o mnie, nigdy nie miałam dobrego metabolizmu, więc wkurzam się, gdy ktoś widzi moją figurę i mówi „ale masz szczęście”. To nie żadne szczęście. To ogrom wyrzeczeń i lata pracy nad sobą – psychicznej i fizycznej.

          O wymiotowaniu nigdy nie było mowy. Bardzo nie lubię tej czynności i nawet jak zjem coś, co mi zaszkodzi, robię wszystko, żeby przetrzymać mdłości. Piję herbatkę ziołową, głęboko oddycham, myślę o innych rzeczach.

          Mój cały deser ma najczęściej do 600 kcal, a składają się na niego deser mleczny/instant i słodycze.

          Nie pamiętam, kiedy ostatnio zjadłam ponad tysiąc kalorii naraz. Jestem pewna, że tyle przyjmuję (w krótkim czasie) wyłącznie podczas Wigilii.

          Mam niezdrowe nawyki, bo np. większość kalorii funduję sobie w drugiej połowie dnia i lubię dużo zjeść tuż przed snem, ale nie szkodzą mi, więc się nie przejmuję.

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.