Zabawne, straszne i dziwne historie z sesji zdjęciowych #1

Podczas wybierania zdjęć do wpisu przedstawiającego moje początki w fotomodelingu przypomniałam sobie masę mniej lub bardziej śmiesznych, dziwnych i niekiedy przerażających historyjek z sesji. Uznałam, że podzielę się nimi z wami w osobnej publikacji. Żeby nie wyszła za długa, okroiłam listę do ośmiu. Może w przyszłości opiszę więcej, a może wpadnę na milion innych pomysłów, przez które nie będę miała czasu na powroty. Who knows? (Dajcie znać, czy w ogóle interesuje was kontynuowanie tego wątku).

(Mało) Zabawna historia o tym, jak zamarzłam

Jako fotomodelka z kilkuletnim stażem wiem już, jakich sesji nie lubię i jakich wykonywać nie chcę. Na początku jednak tej wiedzy nie miałam. Ba! nawet w wieku dojrzałym nie raz dałam się zaślepić oczekiwanemu efektowi i uznałam, że jeśli przez chwilę będzie nieprzyjemnie, wytrzymam, bo jestem dużą i silną dziewczynką. W efekcie na sesjach zdjęciowych zamarzłam dwa razy:

  • pierwsze zamarznięcie wynikało z nieznajomości własnych preferencji warunków sesji oraz zaślepienia potencjalnym efektem. Który skądinąd z perspektywy czasu oceniam jako niewarty cierpienia. W świecie fotomodelingu stawiałam pierwsze, bardzo nieśmiałe kroki. Trafiła się akurat śnieżna zima i sobota z temperaturą -10°C (to nie żart). Dla dobrych zdjęć zgodziłam się paradować nad Odrą w samej bluzce. Kiedy wróciłam do domu, położyłam się na kafelkach w łazience i płakałam z bólu. Uczucie odmarzających palców porównuję do odchodzenia mięsa od kości,

  • drugie zamarznięcie wynikało z niedocenienia warunków panujących w miejscu, w którym miała się odbyć sesja (oraz zaślepienia potencjalnym efektem, tym razem wartym cierpienia). Nie spodziewałam się, że dom jednorodzinny, z którego wystawiono całą zawartość i w którym miesiąc wcześniej zakręcono ogrzewanie, nie będzie cieplejszy niż podwórko. Na domiar złego trwała zima, a strojem na sesji było nagie ciało. Po lekko ponad godzinie musiałam przeprosić fotografa, gdyż nie byłam w stanie przestać trząść się z zimna, a usta tak mi zmarzły, że z trudnością wypowiadałam słowa. Było mi niezmiernie głupio, bo przyjechał do i dla mnie z Warszawy.

Dziś pół żartem, pół serio powtarzam, że na sesji mogę być nago, mogę tarzać się w błotach i innych podejrzanych substancjach, mogę dać się zabijać i mordować innych, ale jeśli ma być zimo – odpadam.

(Nie)miły skok na wyprostowaną nogę

O tym jakże uroczym wydarzeniu wspomniałam w piątej części opowieści o moich chorobach – przebytych i obecnych. Ponieważ w życiu prywatnym jestem skrajną Olgą Samolgą, a na sesjach pozostaję sobą, tam również wolę radzić sobie sama. Raz życie dało mi do zrozumienia, że błądzę, bardzo boleśnie. Umówiłam się na sesję w opuszczonym budynku. Wszystko szło miło i sympatycznie, ale do czasu. Uznaliśmy z fotografem, że dla zacnego ujęcia wdrapię się na pozostałość po oknie.

Kiedy miałam zejść, fotograf zaoferował pomoc i podał mi rękę. Odpowiedziałam tradycyjnie, czyli że poradzę sobie sama. Zabrałam się do zeskoczenia. Niestety jedna noga zahaczyła się o coś wystającego z wyrwy po oknie i została w tyle. Żeby nie upaść na ryło, musiałam oprzeć ciężar całego ciała na drugiej. Jakoś tak wyszło, że skoczyłam na w pełni wyprostowaną. Ten ból… Wyobraźcie sobie ból przemieszczający się powolną falą od stopy do uda i tak silny, że nie możecie wydusić słowa, nie mówiąc już o postawieniu kroku. Przez owo wydarzenie prawa noga jest podatniejsza na urazy.

Scena rodem z horroru gore

Pozostańmy na moment w klimacie sesji zdjęciowych wykonywanych w opuszczonych budynkach. Opisana powyżej – estetyczna i oparta na wykorzystaniu kolorowych strojów i graffiti – to nie jedyna, jaką odbyłam w pustostanie. Znacznie więcej odwagi i przyczajki wymagała sesja w opuszczonej kotłowni wrocławskiej. Po pierwsze budynek grozi zawaleniem i jest obklejony zakazami wstępu, po drugie zaś tematyka sesji budzi kontrowersje nawet na portalu dla fotografów i fotomodeli.

Kotłownia wrocławska, jak zresztą większość względnie zadaszonych opuszczonych budynków, została przejęta przez squatersów, których na szczęście nie zastaliśmy. Trafiliśmy za to na ich mocne ślady. Smród szczyn panujący w budynku stanowił niezłe wyzwanie dla naszych biednych nosów. Ponadto sto procent powierzchni poziomych pokrywała kilkucentymetrowa warstwa odchodów, głównie gołębich. W tych oto warunkach pozowałam nago, a nade mną z rzeczywistym sierpem w ręku stał dwumetrowy model w czarnej pelerynie z kapturem, ze skórzaną maską ptaka na twarzy. Trzymał sierp przy moim gardle, a ja krzyczałam, żeby na zdjęciu oddać przerażenie. Gdyby akurat squatersi czy bezdomni wrócili do kotłowni, albo pojawiła się młodzież szukająca przygód, mieliby traumę do końca życia.

Droga do gwiazd, ale po larwach

Zapytana o najobrzydliwszą rzecz, jaką zrobiłam podczas sesji zdjęciowej, prawdopodobnie przytoczyłabym tę historię. Umówiłam się ze znanym mi już fotografem do lasu, bo chcieliśmy wykonać zdjęcia w wysokiej trawie i na zwalonym drzewie. Wszystko było cudownie, póki nie dotarliśmy do głównego punktu programu: drzewa. Aby zyskać dobre ujęcie, musieliśmy po nim przejść.

Problem w tym, że mniej więcej połowa pnia została wydrążona przez robaki, a w wyżłobieniach wiły się larwy. Mnóstwo larw. Fotograf miał buty sportowe, ja zaś… japonki (nie przewidziałam warunków). Żeby przejść do drzewie zwalonym nad rzeką i nie wpaść do nieprzesadnie świeżej wody, musiałam je zdjąć. W efekcie chodziłam w jedną i drugą stronę bosymi stopami po mięciutkich żywych larwach. Na domiar złego efekty z sesji uznałam za na tyle kiepskie, że nigdy ich nie opublikowałam.

C.D.N.

***

Która historia podoba wam się najbardziej i dlaczego? A może przeżyliście podobne zgrozy?

12 myśli na temat “Zabawne, straszne i dziwne historie z sesji zdjęciowych #1

  1. Okropnie współczuję Ci tych dwóch zamarznięc – ja też nienawidzę zimna i w zimę najchętniej nie wychodziłabym z domu (choć ostatnio zimy są zaskakująco łagodne, co dla mnie jest plusem, bo nienawidziłam mroźnych i śnieżnych zim). Już lekko zmarznięte palce okropnie bolą, a co dopiero takie przemarznięcie… Brrr. (Aż mi się przypomniało jak ostatnio widziałam zdjęcie odmrożonych palców wspinacza wysokogórskiego, tak bardzo że doprowadziło to do martwicy i były kompletnie czarne – kolejne zdjęcie to była stopa już bez palców)

    Aj, jak czytam o Twojej nodze to aż mnie boli :/ dobrze że nie stało się z nią coś poważniejszego!

    A co do sesji w opuszczonych budynkach, to takie podobają mi się najbardziej :D dobrze że zdjęcia nie oddają tego smrodu, bo wtedy pewnie nie podobałyby mi się aż tak bardzo, ale efekt końcowy jest jak dla mnie swietny: przerażający, tajemniczy… No i uwielbiam horrory gore ^^ aż sobie wyobraziłam reakcję osób trzecich które by Was tam spotkały na tej sesji :D zawał :D

    Bleee, te larwy to naprawdę obrzydliastwo. Choć i tak mogło być gorzej – gdybyście zgubili się w tym lesie i Waszym jedynym ratunkiem przetrwania byłby posiłek złożony z tych larw? Bear Grylls byłby dumny :D

    1. Mnie również cieszą łagodniejsze zimy, ACZKOLWIEK tęsknię za pięknym śnieżnym pejzażem podziwianym zza okna. Zdjęcia odmrożonych kończyn kiedyś oglądałam. Kiedy byłam w podstawówce, razem z przyjaciółką przejrzałyśmy od A do Z dwa zagraniczne serwisy, w których publikowano zdjęcia zwłok: rozkładających się i nie, topielców, osób spalonych, uduszonych, zmarłych na choroby, zamarzniętych etc. Lubiłyśmy to :P

      Jestem ciekawa, kiedy przez internet będzie się dało transmitować zapachy. Bo że kiedyś to nastąpi, nie mam wątpliwości.

      Blee. Jadłabym liście.

  2. Nie dla mnie takie przygody. Zdecydowanie nie lubię marznąć, a ciepło i wygody to bardzo istotne elementy w moim życiu, więc cieszę się bardzo, że fotomodeling mnie nie interesuje, bo nie ma wątpliwości, że wymaga poświęceń ;)

  3. Lubię sobie przypominać różne sytuacje i lubię, jak komuś mi bliskiemu się przypominają. Nagłe, z niczym nawet niezwiązane – zawsze spoko!

    Co do sesji zdjęciowych to – może się zdziwisz – ale akurat świetnie rozumiem. Nienawidzę marznięcia, a co dopiero mówić takich strasznych stanów (Wiem, o co chodzi, bo jak byłam mała, jeździłam na łyżwach i raz miałam je zasznurowane o wiele za ciasno i godzinę jeździłam na mrozie… W domu myślałam, że pod skórką mięso od kości chyba autentycznie mi odchodzi, bałam się jak cholera i ryczałam, choć starałam się to ukryć – bałam się, że wystraszę Mamę.), ale rozumiem chęć zdobycia zdjęć. To nieporównywalne, bo ja czasem w górach zdejmowałam na szczycie rękawiczki, by porobić zdjęcia itp. Tam oczywiście czekolad nie jadłam (straszne warunki nie raz), ale chciałam zdjęcia. I u mnie z czekoladami w górach to chwila, ale… samo pchanie się na szczyt w za niskich temperaturach… czasem siebie nie rozumiem, bo w zasadzie nie lubię takich ekstremów. Wolę spokojniejsze wyprawy. Ale wracając do zdjęć – z tym domem to… Przynajmniej efekt piękny. Mam nadzieję, że fotograf zrozumiał? W końcu… ekhem. Musiałby chyba nie mieć serca by np. samemu ubrać się porządnie, robić Ci takiej zdjęcia i mieć Ci za złe, że w końcu już nie mogłaś. Liczę więc, że to jakiś „swój człek”. Jednak zdanie podsumowania – mądre!

    Też większość życia próbowałam robić „wszystko sama”, ale obecnie w pewnych sytuacjach odpuszczam. Wątpię, bym podjęła się takiego zeskoczenia. A może właśnie nie? Wiem, że mam skłonności do robienia czegoś sobie, a zależy mi na zachowaniu sprawności fizycznej, więc coraz częściej w ułamku sekundy ważę za i przeciw. Ja podobnie zeskoczyłam z pozostałości okna pewnego zrujnowanego pałacu. Udało mi się jednak „zakończyć” skok szczęśliwiej. Ale z kolei na w-fie w gimnazjum mnie katowali a to skakaniem na skakance, a to o tyczce i nawet skacząc w ten (zdaje się zwykły, nie ekstremalny) sposób, potrafiłam nabawić się dość poważnych kontuzji. Do dziś nie tak stanę, coś kliknie i kolano boli tak, że ledwo idę. Ale… jak byłam mała to i szpotawość, i koślawe mi stwierdzili. I garb, i pyknik… Jakaś ja „wypuczona” z każdej strony, a jak to wymyślałam, że mi wiecznie coś było! (ach, tamci lekarze <3).

    Z horroru gore – haha, dla takich zdjęć, warto znieść… nieczystości. Swoją drogą, jak byś się zachowała, gdyby w trakcie zdjęć się jacyś agresywni pijacy pojawili? Ja pewnie bojąc się ich, nie zdecydowałabym się obecnie takich miejsc odwiedzić. Wystarczy mi emocji, jak mnie – kurwa nawet dziś! – ktoś pod sklepem zaczepi.

    Japonki?! Zwariowałaś. :P Nie chciałabym przejść po larwach, o nie, ale poświęcenie rozumiem i szanuję.

    „Najobrzydliwszą rzeczą jaką zrobiłam do zdjęcia” (bo nie do sesji – nie chadzam na nie)? Zjedzenie paru paskudnych rzeczy, bo skoro już porobiłam zdjęcia, to musiałam spróbować. Liczy się? xD
    Albo przypomniało mi się, jak raz zapozowałam do zdjęcia dla jaj z nocnikiem na głowie, udając kowboja. Wszyscy wokół uznali to za obrzydliwe, mimo że nocnik był umyty, wystawiony na sprzedaż, nieużywany. Nie rozumiem, w czym problem.

    1. Ogromnie Cię podziwiam za chodzenie po górach. Już samo CHODZENIE po nich jest dla mnie wielkim wyczynem. Pamiętam jednak zdjęcia i opowieści w recenzjach, jak to wypuszczałaś się w góry zimą, w kilometrowym śniegu. Na samą myśl zamarzam. // Fotograf nie tylko zrozumiał i nie miał mi za złe, lecz także po wykonaniu serii ujęć podchodził z przygotowanymi bluzą i kurtką, żebym się przykryła. Czekaliśmy parę minut i dopiero zaczynaliśmy kolejną serię zdjęć.

      Przez przeciągające się problemy z nogami wylądowałam w końcu u ortopedy. Skądinąd miałam ostatnio parę badań i czeka mnie rehabilitacja. Ciekawa jestem, ile będę musiała czekać. Poszłam zanieść dokumenty do przychodni i dostałam termin na wizytę, na której dopiero ustala się terminy zabiegów (!) na środek września. A to i tak w trybie pilnym :’) W każdym razie dowiedziałam się od ortopedy, że skakanie stanowi jeden z najgorszych rodzajów ruchu. Dostałam dożywotni zakaz skakania na trampolinie, ale wiadomo… Ja to ja. Czekam tylko, aż mi porządnie przejdzie.

      Na sesji w starym browarze czułam się baaardzo bezpiecznie. Gdyby pojawił się ktoś agresywny, fotograf i model zmietliby go z powierzchni ziemi.

      Nie widzę niczego obrzydliwego w pozowaniu z czystym nocnikiem. Przewrażliwieni ludzie.

      1. Nienawidzę łażenia w górach po śniegu, ale czasem to schodzi na dalszy plan przez miłość do samego chodzenia w górach. Dziwne to, ale pogodziłam się, bo… mam takiego pecha, że często na śnieg trafiałam. A śmieszna sprawa jest z tym, że np. schody / asfalt potrafią mnie szybko wykończyć, a góry nie. Inaczej tam oddycham i działam, jakoś nie męcząc się.

        To dobrze. Ale… tak myślałam, bo pewnie z fotografem-idiotą na sesję raczej byś się nie umówiła.

        Mama na rehabilitacje zawsze czeka pół roku… A potrzebuje co pół roku minimum. Suuuper, kochana służba zdrowia. Taak, „zakazy i ich przestrzeganie”. Znam.

        Żałuję, że ja sama nie jestem kimś, kto mógłby kogoś innego zmieść z powierzchni ziemi, haha. Niestety, że jestem „głupio waleczna” i zarazem strachliwa… głupie sytuacje mnie spotykają, ech.

        Dobrze, że chociaż Ty.

        1. W kwestii fotografa to… uhm, nie wiem. W sensie ten był super, ale zdarzyło mi się umówić z idiotą (będzie o tym w niedzielę :P).

          „Niestety, że jestem „głupio waleczna” i zarazem strachliwa…” – Jak cziłka :D Wzrost i postura też się zgadzają ;*

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.