Dlaczego porzucenie traktuje się inaczej niż śmierć? #DylematyFilozoficzne

Podczas czytania komentarzy pod jednym z niedzielnych wpisów wpadłam na pomysł. Otóż niektóre moje teksty prowokują liczne i długie komentarze. Pojawiają się odpowiedzi na nie, odpowiedzi na odpowiedzi, odpowiedzi na odpowiedzi do odpowiedzi i tak dalej. Pomyślałam, że skoro udaje mi się zapoczątkować kulturalne, merytoryczne i interesujące dyskusje, dlaczego by właśnie na nich nie oprzeć istoty wpisów?

Pod hasztagiem #DylematyFilizoficzne – roboczo #KrótkieDylematyFilozoficzne, niemniej to hasło jest za długie – chcę zbierać krótkie myśli, które dopiero pojawiły się w mojej głowie albo którym nigdy nie poświęciłam wystarczająco dużo czasu, by rozwinęły się w teorie, a tym bardziej twarde przekonania.

#DylematyFilozoficzne – statut

To część, którą dla przypomnienia planuję umieszczać w każdym wpisie z serii.

  1. Myśli przedstawione we wpisach z serii #DylematyFilozoficzne nie są moimi poglądami. Mogą się nimi stać, kiedy przemyślę daną sprawę i wyciągnę wnioski. Do tego czasu jednak traktuję je wyłącznie jako zarzewie dyskusji, w wyniku której będę mogła spojrzeć na ich przedmiot z innej perspektywy.
  2. Prezentując myśli, niemal zawsze – mniej lub bardziej – skłaniam się ku jednej z wymienionych opcji. Nie znaczy to, że stoję za nią murem. Przy nieśmiałych tezach stawiam znaki zapytania, a wiele myśli formułuję jako pytania, niekiedy dlatego, że ich nie rozumiem.
  3. Myśli ze wpisów z serii #DylematyFilozoficzne są nowe bądź stare-ale-porzucone, przez co nie zostały rozwinięte. Publikuję je, by miały szansę rozwinąć się w dyskusji z wami.
  4. Nie wszystkie wpisy z serii #DylematyFilozoficzne rzeczywiście są dylematami filozoficznymi. Kwestie filozoficzne traktuję jako synonim tematów skłaniających do refleksji.

Jeśli przyjdzie mi do głowy coś jeszcze, dopiszę (śmiało proponujcie punkty statutu, ale też problemy do dyskusji). Tymczasem przejdźmy do dzisiejszego tematu, który brzmi:

Dlaczego porzucenie traktuje się inaczej niż śmierć?

…a ściślej rzecz ujmując: Dlaczego cierpienie po porzuceniu przez ukochaną osobę traktuje się społecznie inaczej niż żałobę po śmierci ukochanej osoby?

Po przeczytaniu pewnej powieści zaczęłam się zastanawiać, dlaczego ludzie inaczej traktują osobę, która cierpi po stracie partnera z powodu porzucenia, inaczej zaś osobę w rozpaczy po śmierci partnera. Wyobraźmy sobie następującą sytuację: para tworzy związek przez kilkanaście czy kilkadziesiąt lat. Jedna strona kocha do granic możliwości. Druga – tu pojawiają się dwie wersje – odchodzi bądź umiera.

Początkowo nie widziałam różnicy w cierpieniu osób porzuconej i pozostałej przy życiu. Z czasem jednak odniosłam wrażenie, że bycie porzuconym jest wręcz gorsze, bo człowiek zostaje samotnie z myślą, że ten, kogo darzy największym uczuciem, woli żyć bez niego. Czasem nawet kocha kogoś innego i to u jego boku woli iść dalej przez życie, brr. Za to w przypadku śmieci osamotniona osoba nie ma wpływu.

Porzucenie a śmierć ukochanej osoby

Porzucenie a śmierć – różnice osobiste

Kiedy ktoś umiera, osoba pozostała przy życiu może go opłakiwać i pamiętać tylko dobre chwile (wszak pamięć jest elastyczna). Wie, że nie miała wpływu na tę sytuację. Za to kiedy ktoś porzuca, porzucony może – czasem wręcz musi, np. jeśli wciąż razem mieszkają albo pracują – oglądać go, nierzadko przy boku nowego ukochanego. Rodzą się pytania, co zrobił źle, czego nie zrobił, co mógł zmienić.

(Im dłużej przyglądam się powyższej myśli, tym bardziej widzę, że moje rozumowanie jest zbudowane na egoizmie i samolubności. Wolałabym, żeby ktoś, kogo kocham, umarł, bo wówczas mogłabym żyć w iluzji, że do końca życia byłoby między nami bajecznie. Podkreślam: iluzji, wszak przyszłości nie zna nikt. Jednocześnie nie uważam, aby miłość była altruistyczna. Wcale nie kochamy innych po to, żeby czuli się dobrze. Kochamy ich dla samych siebie. Nie chcemy, żeby partner nas zdradzał czy poświęcał więcej czasu innym osobom, bo jesteśmy samolubni, a nasz partner jest nasz, i już. Dlatego – mimo iż widzę podstawę dzisiejszego wywodu w egoizmie – nie uważam, by hipoteza była przez to niesłuszna.)

Porzucenie a śmierć – różnice społeczne

Kiedy ktoś umiera, osoba pozostała przy życiu jest pocieszana, głaskana, przytulana. Żałobnik może nosić czerń przez lata, a na jego widok ludziom robi się co najwyżej przykro. Współczują i komentują między sobą, że nie wyobrażają sobie, przez co biedak przeszedł. Zupełnie inaczej podchodzi się do porzuconego. Ten może się trochę posmucić, ale bez przesady. Ja też zostałem porzucony i żyję dalej, OGARNIJ SIĘ – usłyszy od większości znajomych, kiedy minie jego króciutki, społecznie akceptowalny czas żałóbki.

Osoba w żałobie dostanie w pracy wolne dni, urlop, L4 – co będzie chciała. Kto zrozumie, że osoba porzucona po długim i angażującym emocjonalnie związku rano, kiedy budzi się w połowicznie pustym łóżku, nie może oddychać z bólu, a co dopiero postawić stóp na ziemi i pójść do pracy? Taki ktoś z czasem budzi politowanie i dostaje łatkę osoby żałosnej, przesadzającej, niedopasowanej do rzeczywistości.

***

Okej, wyszło dłużej, niż planowałam. Następnym razem postaram się bardziej. Z drugiej strony ultrakrótkie myśli mogą nie wyrazić tego, co krąży mi po głowie. Uhm. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Koniecznie napiszcie, co myślicie o serii #DylematyFilozoficzne i dzisiejszym temacie!

8 myśli na temat “Dlaczego porzucenie traktuje się inaczej niż śmierć? #DylematyFilozoficzne

  1. Seria zapowiada się świetnie! Jestem bardzo ciekawa jakie jeszcze tematy przygotowałaś :D
    Co do dzisiejszego tematu: mam odrobinę inne zdanie. Znaczy owszem, cierpienie porzucenie traktuje się inaczej niż śmierć, ta pierwsza rzecz jest odbierana jako coś lżejszego, ale według mnie slusznie. Nie zgadzam się też trochę co do egoistycznego sposobu kochania innych ludzi. Dla mnie kochać kogoś nie oznacza mieć go tylko dla siebie, dla mnie oznacza to chęć sprawienia by ta osoba czuła się zawsze bezpieczna, szczęśliwa itp. Przynajmniej ja to tak czuję, że jeśli kogoś kocham to przekładam jego uczucia nad moje, ta druga osoba jest dla mnie o wiele ważniejsza niż ja. Dlatego wolałabym zostać porzucona niż żeby ktoś mi bliski umarł. Gdyby mnie ktoś porzucił, przynajmniej wiedziałabym co się z tą osobą dzieje, czy jest szczęśliwa, miałabym też świadomość że mogę ją zobaczyć. A gdyby taki ktoś umarł? To byłaby jedna wielka niewiadoma, a co gorsze – miałabym świadomość że już nigdy tej osoby nie zobaczę, nie porozmawiam z nią, nigdy już nie powrócą nasze wspólne chwile które zapamiętałam. Po odrzuceniu jakoś bym się pozbierała (choć oczywiście byłoby mi smutno), ale po śmierci bliskiej osoby miałabym większy problem.
    Myślę więc zatem że też nie ma co kategoryzować odczuwania cierpienia wśród ludzi po porzuceniu i po śmierci, bo to nie jest uniwersalne odczucie j każdy może przeżywać je inaczej c;

    1. Odnoszę wrażenie, że pisząc o miłości, myślałaś o uczuciu wobec bliskich. „Nigdy już nie powrócą nasze wspólne chwile które zapamiętałam” – jaka jest szansa na to, że powrócą Twoje wspólne chwile z byłym mężem, który zostawił Cię dla innej po trzydziestu latach związku? Taką miłością, jaką opisałaś, kocham najbliższą rodzinę. Mogłabym stracić/zerwać z nią kontakt, ale i tak bardzo bym chciała, żeby każdy żył i miał się dobrze. Miłość romantyczną uważam za coś zupeeełnie innego. W końcu z tą jedną osobą planuję zbudować życie, więc jej zachowania i wybory są ważniejsze niż zachowania i wybory mojej rodziny.

      „To nie jest uniwersalne odczucie j każdy może przeżywać je inaczej” – bez wątpienia. Nie napisałam, że tak być powinno, tylko że tak jest obecnie. Według mnie również cierpienia po stracie – jakiejkolwiek – nie powinno się oceniać z góry. Zwłaszcza że ludzie mają bardzo zróżnicowane poziomy wrażliwości. Jeden poradzi sobie z gwałtem, drugi zapisze się na terapię, bo zobaczy martwego człowieka na ulicy i będzie wstrząśnięty.

  2. Jak to mówią „Long time lurker, first time poster”, ale pomyślałam, że warto skomentować. Mam trochę inną perspektywę, ponieważ straciłam kogoś bliskiego w ostatnich latach.
    Tak na wstępie chciałabym wspomnieć, że temat jest bardzo szeroki ponieważ i związki międzyludzkie są inne (czas trwania, kwestie techniczne – posiadanie wspólnych dzieci, meiszkanie ze sobą, kredyty, stosunki rodzinne) i same sytuacje są bardzo różne (porzucenie nagłe, rozstanie które nadchodziło od lat, śmierć nagła, śmierć oczekiwana, etc.). Także ciężko porównywać te sytuacje w obrębie jednej kategorii, co dopiero między sobą.
    Jeśli chodzi o śmierć to pierwsza kwestia jaka mi przychodzi do głowy to ilość rzeczy, które trzeba na dzień dobry załatwić. Tutaj nie zawsze ktoś ma jak pomóc, bo spora częśc papierologii (zamknięcie kont bankowych, kwestie spadkowe, załatwienie pogrzebu, załatwienie rzeczy w szpitalu, etc.) spada na człowieka nagle, trzeba to robić szybko i wbrew pozorom jest wymaganie na osobie w żałobie, że ma to ogarnąć. Po śmierci bliskiej osoby ma się 2 dni (najbliższa rodzina) albo 1 (ciut dalsza rodzina, np. dziadkowie) dzień urlopu, reszta to normalne urlopy na żądanie i o ile w niektórych firmach faktycznie ktoś może się tym przejąć i bardzo wspierać pracownika, o tyle w innych 2 tygodnie po pogrzebie masz uwagi od szefa, że czas się ogarnąć. W przypadku rozstań po długich związkach jest podobnie (kto gdzie się wyniesie, podział rzeczy, etc), ale sam fakt, że ma się kogoś, kto może/musi pomóc w załatwieniu rzeczy jest trochę pomocne. Uważam natomiast, że sytuacje są sobie równe w przypadku rodzin z piekła rodem i spraw spadkowych/alimentacyjnych ciągnących sie latami.
    Druga, to kwestia domknięcia. To też zależy oczywiście od tego jak wygląda rozpad związku i jakie ma się relacje z ex-partnerem, ale jeżeli ktoś umiera (zwłaszcza nagle), to owszem, można zachować miłe chwile, ale w rzeczywistości jest spora szansa, że będzie miało sie do siebie żal. Duży żal. Ponieważ logicznie wie się, że skoro obiecało sie być z ciastkiem o 14, a ktoś umarł o 12:30, to przecież nie jest nasza wina, ale zawsze zostaje takie ziarenko „Przecież mogłam przełożyć. Przecież mogłam przyjść wcześniej.” i wizja tej umierającej osoby patrzącej w drzwi czekającej na kogoś, kto nie przyszedł. I tyle, nie porozmawiasz już z tym kimś, nie przeprosisz, nie powiesz, że lubisz spędzać czas z tą osobą. Nie jesteś w stanie też już nic wyjaśnić i jeżeli zostają jakieś wątpliwości to utykasz z nimi do końca życia. Trzeba też uważać na „wsparcie” ze strony innych, bo o ile na dzień dobry wszyscy współczują, to jeżeli ma sie pecha, to można po pewnym czasie oberwać, że sie nie wspierało wystarczająco zmarłej osoby od rodziny/znajomych (jeżeli ma sie pecha trafić na takich ludzi). W przypadku rozstania sporo zależy od relacji z partnerem, ale jeżeli są one znośne, to można czasem niektóre rzeczy dopowiedzieć/wyjaśnić i dzięki temu ściągnąć z siebie część winy. I też obwinianie żyjących jest lepiej „widziane społecznie”, więc łatwiej przegadac nawet z innymi wady partnera.
    Natomiast ciekawa jest uwaga o pewnym „standardzie” żałoby. I tutaj wbrew pozorom też obrywaja osoby w żałobie po czyjejś śmierci – jest bardzo konkretna wizja jak masz się zachowywać po tym, jak ktoś umrze i jeżeli sie jej nie trzymasz (nie płaczesz, nie histeryzujesz, nie daj jeżu reagujesz śmiechem na stresujące sytuacje, generalnie „nie wyglądasz”) to możesz usłyszeć, że sie nie przejmujesz czyjąś śmiercią, mimo, że w środku wyjesz.
    Jeśli natomiast mogłabym trochę pogdybać skąd to wszystko się bierze – śmierć jest rzadsza i mamy z nią coraz mniej do czynienia (przecież dawniej na wsi ciało po prostu leżało do pogrzebu w domu i się przy nim normalnie modliło, ciałem i pogrzebem też zajmowała sie rodzina, a nie zestaw obsługa prosektorium + obsługa domu pogrzebowego), więc też bardziej jej sie boimy i w mniejszym stopniu podważamy zachowania ludzi, którzy przechodzą przez coś tak „obcego”. Związki natomiast tworzą się, rozpadają, potem znowu tworzą i to ułatwia bagatelizowanie czyjegoś rozstania (przecież to tylko zmiana statusu na fb).
    Natomiast na zakończenie – zgadzam się z ogólną ideą, że ludzie różnice przechodzą różne żałoby i wymaganie, że mają sie trzymać jednego szablonu jest wyjątkowo krzywdzące.

    1. Dziękuję Ci za komentarz z punktu widzenia osoby, która zmierzyła się ze stratą. Ja też straciłam kogoś bliskiego – „już” i „zaledwie” rok temu – więc kiedy przeczytałam fragment o patrzeniu w drzwi i czekaniu na osobę, która nie przyszła, rozkleiłam się. Mój dziadek przed śmiercią leżał w szpitalu w bardzo ciężkim stanie, a ja przychodziłam do niego codziennie. Karmiłam go, przebywałam z nim. W sobotę wypisali go ze szpitala i dostał stałą opiekunkę. To sprawiło, że pomyślałam, iż nie jestem już potrzebna codziennie. Miałam wpaść w sobotę, potem w poniedziałek. W końcu obiecałam sobie, że przyjdę w środę po pracy. Dziadek umarł w środę rano. Nigdy nie wybaczę sobie tego, że byłam leniwa i poczułam się zwolniona z obowiązku.

      Masz rację, że trudno porównywać sytuacje wyrwane z kontekstu. Z drugiej strony trudno w jednym wpisie blogowym wymienić wszystkie układy związkowe: z dziećmi, bez, z kredytem, bez, ze wspólnotą majątkową i dziedziczeniem, po intercyzie i tak dalej. Musiałam zawęzić ramy do „czystych” ludzi, ich strat i emocji.

      Masz rację również w kwestii wizerunku żałobnika. Porzucona osoba może więcej niż opuszczona z uwagi na śmierć partnera. Jeśli ta pierwsza pójdzie do klubu, to dobrze, bo oderwie myśli, odpręży się. Ale druga? Dramat i zgroza. Oczywiście nie prezentuję tu mojego zdania.

      Zastanawiam się, jak to jest z odseparowywaniem śmierci od życia, zwłaszcza młodego. Kiedy umiera senior rodu, bardzo często dzieciom nie pozwala się na pożegnanie z ciałem, żeby „oszczędzić mu traumy”. (Z bliskiego otoczenia znam co najmniej dwa przypadki). Nie wiem, jakie zdanie mam na ten temat, musiałabym pomyśleć dłużej. Na pewno dla mnie było bardzo ważne, aby pożegnać się z dziadkiem. Długo go tuliłam, choć wydarzenie było wartością już tylko dla mnie, a nie dla pustej skorupy po dziadku. Kończę, bo znów płaczę. Jeszcze raz dziękuję za komentarz.

  3. Genialny pomysł. W ogóle kwestia rodzenia się pewnych myśli sama w sobie jest ciekawa. Przez całe życie dotychczasowe tyle mi różności przyszło do głowy i czasem nie miałam czasu, by przemyśleć, coś mi z głowy wyleciało, albo wręcz przeciwnie. Coś krążyło latami, a nagle mnie oświeciło. Albo pojawiła się luźna myśl, a ktoś mi podsunął kompletnie inny punkt widzenia. Przemyślałam sobie i… powstał pogląd albo półpogląd.

    Porzucenie a śmierć – jestem egoistką, więc teoretycznie jako łatwiejsze wskazać powinnam śmierć, ale. Zawsze jest ale. W swoim egoizmie i samouwielbieniu doszłam do wniosku, że skoro ktoś mnie porzucił, najwidoczniej na mnie nie zasługiwał. Było strasznie, trwało to latami, musiałam wiele rzeczy „przepracować”, przetłumaczyć sobie, długo rozmyślałam. Tym samym, wierząc w swoją moc sprawczą za śmierć ukochanej osoby potrafię podświadomie mieć do siebie żal. Na podstawie swoich doświadczeń mogę napisać jedynie tyle, że abstrakcyjnie nie rozstrzygnę, bo przypadek każdego pojedynczego związku, każdej jednej śmierci jest zupełnie inne.

    Różnice społeczne widzę i ja. Nie rozumiem umniejszania powagi cierpienia osoby porzuconej. „Ogarnij się” to rada równie sensowna jak powiedzenie „mnie ząb bolał to wyrwałam” na sytuację, w której ktoś narzeka na ból głowy.
    Prawdziwe cierpienie jest potworne, ale też nie raz myślałam, że ludzie nie lubią patrzeć na czyjeś cierpienie z powodu porzucenia, bo… widzą siebie? Nikt nie chce być porzucony, a to zdarza się i tyle. A i niektórzy cierpią na pokaz, więc też wiele osób może pomyśleć, że to próba wzbudzenia litości. Ja jednak zawsze byłabym w takim osądach ostrożna, bo w końcu nigdy nie wiemy, co w kimś naprawdę siedzi.

    Myślę sobie, że wiele osób mimo wszystko łatwiej daje sobie radę z czyjąś śmiercią, bo tak naprawdę wiele osób boi się śmierci na tyle, że stara się o niej nie myśleć, a temat sam umiera. Gdy jednak partner / partnerka odchodzi, to wiadomo, że układa sobie życie na nowo, a o życiu łatwiej jest gdybać i sobie coś wyobrażać. A też… egoistycznie to zabrzmi, ale np. gdy ktoś umarł – już nas nie zrani, nie obgada. Ktoś odchodzący zabiera ze sobą nasze sekrety i są one na jego / jej łasce. Boli, że może to użyć przeciwko nam. Gdy ktoś umiera, zostawia wspólne chwile jako wspomnienia tylko nasze, a gdy odchodzi… zabiera część nas i może sobie zrobić z tym, co chce.

    Nie starałabym się skracać. Myśl za bardzo skrócona może wydać się płytka albo nawet zupełnie odbiegać od tego, jak brzmiała pierwotnie.

    1. „Genialny pomysł…” – Dziękuję. W ostatnim czasie przechodzę zmiany, o czym napisałam Ci na FB. Dużo myślę, jeszcze więcej czytam na różne tematy, oczyszczam głowę. Muszę/chcę poukładać życie w takim stopniu, by stało się na powrót znośne. To zaś rodzi wiele myśli pobocznych, jak choćby zaprezentowaną w niniejszym wpisie.

      „Jestem egoistką, więc teoretycznie jako łatwiejsze wskazać powinnam śmierć, ale.” – Podczas tworzenia wpisu myślałam o Tobie jako o osobie stojącej po drugiej stronie barykady względem mnie. Powodem jest to, co kiedyś napisałaś o związkach i miłości, czyli że mogłabyś żyć w związku otwartym i nie masz problemu z dawaniem swobody. Myślałam więc, że porzucenie nie zrobiłoby na Tobie większego wrażenia niż śmierć.

      „„Ogarnij się” to rada równie sensowna jak powiedzenie „mnie ząb bolał to wyrwałam” na sytuację, w której ktoś narzeka na ból głowy.” – Akurat niektórym przydałoby się wyrwać głowę. Taki czarny żarcik.

      „Prawdziwe cierpienie jest potworne” – i może być doskonale ukrywane na co dzień, podobnie jak depresja. Wygoogluj high functioning depression. Myślę, że może Cię zainteresować. Jeśli tak, poczytasz więcej. Jeśli nie, porzucisz. Mnie lektura przyniosła sporo.

      „A i niektórzy cierpią na pokaz” – nie cierpię zachowań na pokaz. Osoby, które uprawiają martyrologię, bo chcą się popisać czy osiągnąć cokolwiek innego, odbierają siłę tym, którzy naprawdę cierpią. W wyniku ich zachowań bowiem bagatelizowana jest cała grupa.

      „A też… egoistycznie to zabrzmi, ale np. gdy ktoś umarł – już nas nie zrani, nie obgada…” – to ma zastosowanie nawet do bliskich innych niż partner/partnerka. Jedna z moich babć umarła niespodziewanie (ta, po której noszę naszyjnik). Karetka nie zdążyła dojechać, więc i nikt nie miał czasu się pożegnać. Druga babcia przed śmiercią zachorowała na Alzheimera, który ciągnął się latami. Pierwsza zostawiła po sobie dużo dobrych wspomnień z całego życia, drugą chcę pamiętać głównie z wcześniejszych lat, bo pod koniec była – pewnie to kontrowersyjne, ale szczere – nieznośna, niemożliwa do lubienia.

  4. Temat jest zbyt szeroki i pewnie nigdy nie zostanie wyczerpany. Ile osób, tyle opinii. Wg mnie nie można pomiędzy porzuceniem, a śmiercią postawić znaku równości. Z drugiej strony pojawia się pytanie, która z tych strat jest bardziej bolesna? W której czujemy się bardziej rozgoryczeni, urażeni, zranieni? W której czujemy niesprawiedliwość? W której pada pytanie: „dlaczego to spotyka mnie?” albo „co ja takiego zrobiłam/zrobiłem, że los tak mnie kara?” No i teraz przychodzą mi do głowy kolejne pytania: :”co reaguje na porzucenie lub śmierć bliskiej osoby bardziej, my sami, nasze emocje, odczucia, myśli czy nasze ego?

    Super wpis! rewelacyjny pomysł. Uwielbiam czytać opinie i wpisy poszczególnych osób. Dziękuję wszystkim za chęć dzielenia się tym, co tak bliskie i ważne i dla poszerzenia własnej perspektywy widzenia pewnych spraw.

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.