O zabijaniu zwierząt #DylematyFilozoficzne

Około dwóch tygodni temu przygotowywałam tekst na stronę klienta zajmującego się handlem rybami. Oczywiście nie jest akwarystą, tylko właścicielem spożywczego sklepu rybnego. Opisywałam zalety jedzenia ryb, występujące w nich witaminy, minerały, białka, tłuszcze i inne dobrodziejstwa. Nie musiałam się zmuszać ani wysilać – wierzę w to, że ryby w diecie ludzkiej są wartościowym pokarmem.

A jednak podczas tworzenia artykułu nie czułam się wesoło ani nawet neutralnie. Mimo iż nie jestem etyczną wegetarianką – używam określenia etyczną, ponieważ moja dieta jest w 99% wegetariańska, tyle że trochę z przypadku – ogarnął mnie niespodziewany smutek. Zaczęło się od tego, że weszłam na stronę klienta, aby zapoznać się z asortymentem, i zobaczyłam uśmiechniętego mężczyznę z okazałą, właśnie złowioną rybą. Poniżej znajdowały się zdjęcia różnych stworzeń morskich – nie tylko ryb – niedługo po wyciągnięciu z wody. Zamiast widzieć smakowite mięso, widziałam zabite zwierzęta i człowieka, który cieszy się zabójstwem. I tak oto zrodziła się we mnie potrzeba opublikowania dzisiejszego wpisu.

#DylematyFilozoficzne – statut

  1. Myśli przedstawione we wpisach z serii #DylematyFilozoficzne nie są moimi poglądami. Mogą się nimi stać, kiedy przemyślę daną sprawę i wyciągnę wnioski. Do tego czasu jednak traktuję je wyłącznie jako zarzewie dyskusji, w wyniku której będę mogła spojrzeć na ich przedmiot z innej perspektywy.*
  2. Prezentując myśli, niemal zawsze – mniej lub bardziej – skłaniam się ku jednej z wymienionych opcji. Nie znaczy to, że stoję za nią murem. Przy nieśmiałych tezach stawiam znaki zapytania, a wiele myśli formułuję jako pytania, niekiedy dlatego, że ich nie rozumiem.
  3. Myśli ze wpisów z serii #DylematyFilozoficzne są nowe bądź stare-ale-porzucone, przez co nie zostały rozwinięte. Publikuję je, by miały szansę rozwinąć się w dyskusji z wami.
  4. Nie wszystkie wpisy z serii #DylematyFilozoficzne rzeczywiście są dylematami filozoficznymi. Kwestie filozoficzne traktuję jako synonim tematów skłaniających do refleksji.

* Pierwszy punkt nie pasuje do niniejszej publikacji, dlatego został skreślony.

Czy jedzenie mięsa to zabijanie zwierząt?

Zwierzę czy mięso?

Nie da się ukryć, że każdy organizm żywy to jednocześnie mięso. Nie ma tu miejsca na pytanie, czy istota żyjąca jest mięsem. Ich zależność można przedstawić za pomocą znaku równości. Nie ma też znaczenia, czy mówimy o psie, kocie, świni, krowie, rybie, krewetce, człowieku. Wszyscy składamy się z mięsa, koniec.

Ale czy na pewno nie ma znaczenia, o jakim stworzeniu mówimy? Jeśli chodzi o definicję – nie. Człowiek jest mięsem nie mniej niż krewetka. Za to etycznie sprawy się komplikują. Dla katolików ryba to nie zwierzę – ewentualnie zwierzę gorszej kategorii, które nie zasługuje na litość – więc można ją zabijać i jeść, kiedy nie je się mięsa. Dla wegetarianów i wegan zwierzę to mięso, ale nie wolno go jeść, tak samo jak nie je się ludzi. Dla zwykłego człowieka mięso to wszystko, co trzyma się na użytek spożywczy, ale już zwierzę domowe – choć niewątpliwie mięso – mięsem nie jest. W popularnym przekonaniu śmierdząca świnia i brudna krowa to mięso, lecz kochany piesek i słodki kotek absolutnie nie.

Czy jedząc mięso, zabijamy?

Czy kiedy człowiek wynajmuje zabójcę, by pozbył się drugiego człowieka, bo zrobił mu coś w jego mniemaniu niewybaczalnego, zabija? Moim zdaniem tak. Jeśli waszym też, zapewne przyznacie, że kupowanie mięsa jest zabijaniem zwierząt. Pośrednim, tak jak wynajmowanie zabójcy, ale jednak. Płacimy rzeźnikom, rybakom i przedstawicielom podobnych zawodów, by wykonali za nas brudną robotę.

Niektórzy ludzie – wcale nie mało – uważają, że skoro bezpośrednio nie zlecają zabijania zwierząt na mięso, tylko kupują to, co już zostało wyprodukowane, nie zabijają. Popularne tłumaczenia brzmią: przecież by się zmarnowało oraz bo i tak kupiłby ktoś inny. Czasem w ogóle nie ma tłumaczenia, gdyż osobie kupującej mięso nie przeszkadza, że giną przez nią zwierzęta. I, choć może się to wydawać niedopasowane do dzisiejszych rozważań, taką postawę uważam za znacznie lepszą niż udawanie, że kupowanie mięsa nie jest przykładaniem ręki do zabijania zwierząt. Nie cierpię smrodu hipokryzji. (A hipokryzją jest również niejedzenie mięsa i jednoczesne spożywanie ryb, bo to nie mięso. A niby co, warzywo?)

Czy jedzenie mięsa to zabijanie zwierząt?

Czy dieta wegetariańska bądź wegańska to konieczność?

Oprócz hipokrytów nie cierpię osób, które narzucają innym swoje zdanie i sposób życia. Jestem daleka od twierdzenia, że dieta wegetariańska bądź wegańska to jedyne słuszne diety, bo tylko dzięki nim zwierzęta – co gorsza niemające szansy z inteligentnym człowiekiem dysponującym osiągnięciami cywilizacyjnymi – nie umierają. Ba! sama nie zamierzam przejść na wegetarianizm ani weganizm, choć niekiedy odczuwam z tego powodu smutek. (I nie uciekam od smutku. Uważam, że rozmyślanie nad sobą, swoimi wyborami i decyzjami jest bardzo ważne i wartościowe dla nas samych).

Nie przeszkadzają mi ludzie, którzy lubią mięso i jedzą go dużo. Nie przeszkadzają mi ludzie, którzy jedzą tylko wybrany rodzaj mięsa, bo innego nie chcą bądź nie lubią. Uważam jednak za istotne, by każdy człowiek wiedział i rozumiał, że kiedy kupuje mięso, przykłada rękę do zabijania zwierząt. Ot, tyle. Świadomość jest ważna, a hipokryzję wyrzućmy do śmieci, gdzie jej miejsce. Zacznę od siebie:

Wiem, że kiedy kupuję mięso, zabijam zwierzęta. Robię to ze smutkiem, ale świadomie. (I nie usprawiedliwiam się smutkiem). Kupowanie mięsa – w tym ryb, ponieważ są zwierzętami jak świnia czy krowa – stanowi mój wybór i podejmuję go, mając wiedzę, czym wcześniej mięso było. Zwierzęciem.

***

Nie pytam o nic konkretnego. Wyrażajcie swoje zdania, po prostu.

32 myśli na temat “O zabijaniu zwierząt #DylematyFilozoficzne

  1. W mojej diecie jest oczywiście mięso, choć ograniczam się głównie do drobiu i ryb, a wołowinę czy wieprzowinę jem mniej więcej raz na rok lub rzadziej. Jestem już do tego tak przyzwyczajona, że nie odczuwam jedzenia mięsa tak jak Ty – że zabijam zwierzę. Raczej wychodzę z założenia że ono już jest martwe w sklepie ;p wiem, wiem, przyczyniam się do zabijania i takie tam, ale ja po prostu tego tak nie odczuwam, nie jest mi smutno z powodu kupowania mięsa. Tkanka jak tkanka ;p
    Nie rozumiem tylko ludzi którzy uważają że ryba to nie mięso XDD
    Za to rozumiem, kiedy ktoś – tak jak Ty – odczuwa smutek na myśl o tym, że kupowanie mięsa przyczynia się do zabicia zwierząt. Rozumiem wegetarian i wegan, choć sama nie chciałabym przejść na taką dietę. Człowiek od zawsze je mięso, można powiedzieć że też jesteśmy drapieżnikami jak lew, tygrys… Tylko że inne drapieżniki nie odczuwają wyrzutów sumienia jak zjedzą jakiegoś zwierzaka, taka ich natura. Łańcuch pokarmowy jest prosty, ale bezlitosny – żeby mięsożercy przeżyli, ktoś musi oddac życie. Także i na mięso w diecie może, choć oczywiście nie musi znaleźć się miejsce.
    Dziwnie mi też nazywać organizmy żywe „mięsem”. Bliżej byłoby mi do słowa „mięśnie”. Mięso to dla mnie już raczej martwa tkanka, choć nie wiem jaka jest jego dokładna definicja :p

    1. Jak godzisz „wiem, wiem, przyczyniam się do zabijania” z „ja po prostu tego tak nie odczuwam”, na dodatek w jednym zdaniu? To w końcu wiesz czy nie odczuwasz? ;> I skoro nie odczuwasz spożywania mięsa jako zabijania, bo tylko kupujesz martwe zwierzę w sklepie, jak to nazywasz? Jestem ciekawa, bo masz inną perspektywę niż ja i chciałabym ją poznać. Oczywiście jeśli masz chęć i czas, żeby napisać :)

      „Nie jest mi smutno z powodu kupowania mięsa” – rozumiem. Mnie nie jest smutno, że używam worków foliowych, a niektórym wprost przeciwnie, bo zatruwa się planetę.

      „Człowiek od zawsze je mięso, można powiedzieć że też jesteśmy drapieżnikami jak lew, tygrys… Tylko że inne drapieżniki nie odczuwają wyrzutów sumienia jak zjedzą jakiegoś zwierzaka, taka ich natura.” – Zgadzam się, że człowiek od zawsze je mięso. Uważam też, że mięso – zwłaszcza ryby i drób – jest zdrowe, dlatego jestem jak najdalsza od nakłaniania ludzi do wyeliminowania go z jadłospisu. NATOMIAST widzę w Twojej wypowiedzi dwa punkty zaczepne. Pierwszy to porównanie człowieka do drapieżnika. Nie jestem pewna, czy to właściwa klasyfikacja (nie mamy i nigdy nie mieliśmy cech drapieżników, chociażby porządnych kłów i pazurów). Brakuje mi jednak wiedzy, więc nie drążę. Drugi to porównanie człowieka do zwierzęcia bez wyrzutów sumienia. Musisz przyznać, że człowiek jest zwierzęciem BARDZO rozwiniętym umysłowo. Mamy inteligencję, kulturę, moralność, etykę. Nie jesteśmy tygrysami, które rzucają się na antylopę, jedzą ją na zimno, potem walą kupsko przy innych tygrysach i idą spać.

      Definicja mięsa z Wiki: „mięśnie szkieletowe uznane za zdatne do spożycia wraz z przylegającymi tkankami: łączną, kostną i tłuszczową oraz takie narządy wewnętrzne, jak: wątroba, nerki, żołądek, ozór, mózg, płuca itp.”. Dotyczy to istot martwych. Nazywanie mięsem czegoś, co żyje, jest metaforą wskazującą na materię, z której się składa, oraz na potencjalne przeznaczenie.

      1. Kupowanie mięsa w sklepie to dla mnie po prostu jak kupowanie mleka, jajek, masła – traktuje to jako już produkt przeznaczony do spożycia, nie myślę o tym jako o krowce czy kurczaczku biegającym kiedyś po łące :p

        1. Okej, dzięki za uzupełnienie :)

          PS Fakt, że się o czymś nie myśli, nie znaczy, że nie jest to prawdą. Nie myślę o wojnach, gwałtach ani zabójstwach, a dzieją się na świecie nawet teraz, gdy odpowiadam na Twój komentarz.

  2. Ja też nie rozumiem ludzi, którzy mówią, że nie jedzą mięsa, a ryby już tak, a słyszę to naprawdę bardzo często. Co do pośredniego zabijania zwierząt to mam dokładnie takie samo zdanie i nawet niedawno rozmawiałam z mamą na ten temat. Osobiście mięsa nie jem, ale mam to szczęście, że bardzo łatwo mi to przychodzi i nie czuję absolutnie żadnego uszczerbku w jakości swojego życia (a czasem jak widzę kolejki w marketach do stoisk mięsnych to jeszcze bardziej doceniam, że wybrałam takie życie :P). Nie chcę się przyczyniać do śmierci zwierząt, ale nie oceniam nikogo kto mięso je – to każdego indywidualna sprawa. Na pewno lepiej mi się żyje z myślą, że nie zabijam zwierząt, tym bardziej że niczego mi nie brakuje (a myśl, że miałabym zrobić jakieś kotlety, a później myć po tym tłuszczu patelnię, to mnie wręcz przeraża, wg mnie wegetarianizm jest dużo prostszy, jeśli gotuje się samemu ;))

    1. „Osobiście mięsa nie jem, ale mam to szczęście, że bardzo łatwo mi to przychodzi i nie czuję absolutnie żadnego uszczerbku w jakości swojego życia.” – Czasem marzy mi się kawał porządnego mięcha, ale od lat nie jadłam kotleta ani niczego podobnego i też nie czuję się stratna. Zauważyłam, że w moim przypadku ochota na mięso jest podobna do „potrzeby” (chęci) kupowania maskotek, uroczych pierdół czy różnorodnych słodyczy. Kiedy jestem w sklepie i je widzę, chciałabym mieć. Po powrocie do domu stwierdzam, że zupełnie nie są mi potrzebne i cieszę się, że ich nie kupiłam.

      „Nie chcę się przyczyniać do śmierci zwierząt, ale nie oceniam nikogo kto mięso je – to każdego indywidualna sprawa.” – Podchodzę w ten sposób do wielu spraw, m.in. jedzenia/niejedzenia mięsa, wiary/niewiary, religijności, przekonań politycznych, światopoglądów, orientacji seksualnych… Bardzo dobrze, że każdy ma swoje (inne) poglądy, bo dzięki temu między ludźmi występuje ciągły dialog i jedna osoba może się czegoś nauczyć od drugiej. Nie wolno jednak po chamsku wciskać swoich poglądów innym.

      1. Rozmawiałam z siostrą w niedzielę na temat mięsa, naszło ją akurat na wegańskiego burgera i byłam ciekawa jaką ma opinię na temat zabijania zwierząt na mięso. I ona też uważa, że jedząc mięso, zabija zwierzęta, ma tego świadomość, ale za bardzo je lubi, żeby całkiem zrezygnować (je bardzo mało, sama w ogóle nie gotuje, podobnie jak ja nawet nie ma pojęcia jak mięso kupić, ale u rodziców w niedzielę jak jedzą jakieś mięsne rzeczy (rodzice w tygodniu też ograniczają do minimum, tata kupuje wegetariańskie burgery i wędliny i twierdzi, że są lepsze od mięsnych), nie umie się powstrzymać.

        Dokładnie, nigdy nie wciskam swoich poglądów, dlatego denerwuje mnie dalsza rodzina (zwłaszcza dwie ciotki), która mnie wręcz wyśmiewa i twierdzi, że wydziwiam i że mam anoreksję. Nie mam tego problemu wśród bliskiej rodziny i znajomych, dla nich to normalne na szczęście, bo ileż można słuchać, że mięso jest zdrowe i niezbędne do przeżycia :P

        1. „Ona też uważa, że jedząc mięso, zabija zwierzęta, ma tego świadomość, ale za bardzo je lubi, żeby całkiem zrezygnować (je bardzo mało, sama w ogóle nie gotuje).” – Mam zatem tak samo jak ona. Jem malutko mięsa, ale lubię jego smak, więc nie chcę/umiem – chcę i nie chcę jednocześnie; to trudne – zrezygnować.

          „Mięso jest zdrowe i niezbędne do przeżycia” – ach ta stara szkoła myślenia.

  3. Jem ryby i mięso, bo lubię. Nie czuję bym robiąc to zabijała zwierzęta, ale jestem świadoma, że się do tego przyczyniam. Może to zabrzmi okrutnie, ale nie jest mi z tego powodu szczególnie przykro. Poniekąd uważam, że taka jest natura, silniejsi zabijają słabszych i się nimi żywią. Tak to działa w przypadku większości gatunków.

    Szanuję wegetarian i wegan ale sama nigdy nie pójdę w tym kierunku ani w sensie etycznym ani dietetycznym.

    1. Jaka jest różnica między „przyczynianiem się do zabijania” a „zabijaniem”? Poza językową oczywiście ;>

      „Może to zabrzmi okrutnie” – nieszczególnie, przynajmniej dla mnie. Ludzie są wrażliwi na punkcie bardzo różnych rzeczy. Dla wielu osób okrutny jest czarny humor, a żarty o śmierci są niewybaczalne, podczas gdy ja je uwielbiam.

      „Poniekąd uważam, że taka jest natura…” – zaintrygowałaś mnie słowem „poniekąd”, które wskazuje na fakt, iż trochę jak uważasz, ale nie do końca. Teraz musisz rozwinąć! :P

  4. Zabrzmi to głupio, ale pozwolę sobie… postopniować zabijanie. Zleceniodawca zabija według mnie w większym stopniu niż ten, który „naciska spust” (lub wali maczetą, mniejsza o detale).
    Czy zabijam, jedząc mięso? Tak. To tak samo, jak kupując produkty z dziadowskim składem popieram stosowanie pewnych składników, wycinanie lasów palmowych itp., stąd czasem robię to z żalem*, czasem nie robię. Myślowo nie godzę się na zabijanie przyrody w ten sposób, ale jestem za bardzo egoistyczna, by wprowadzić w swoim życiu zmiany. Poza tym, żyję z myślą, że i tak ludzie zabijają wszystko, siebie nawzajem także i mam niewielki wpływ na to. Ale mam. W codziennym życiu mi to nie przeszkadza. Chociaż pisząc to, mocno skracam, więc też nie oddaje to w 100%ach moich myśli.
    Strasznie irytują mnie ludzie, którzy myślą, że jestem wegetarianką. Niektórym mogę sto razy mówić, że nie, a oni swoje. A jak pada argument „noo, ale myślałam, że może tylko sushi” – no tak, ryba to owoc, prawda?
    Uwielbiam mięso i nie mam nic przeciwko zabijaniu zwierząt na mięso, gdy odbywa się to w humanitarnych warunkach, a zwierzęta są hodowane w warunkach ludzkich, że tak powiem. Patrzę na to tak, że zwierzęta też się zjadają. Wielkie ryby zjadają malutkie, lwy jedzą antylopy, zebry itd. Łańcuch pokarmowy. To, z czym mam problem to zabijanie zwierząt w ilościach masowych, a więc właśnie, że tyle mięsa idzie na straty. Mam problem z kłusownikami i myśliwymi, którzy zabijają tylko dla np. rogów, skóry, zabawy. Bez takich rzeczy można żyć, a sądzę, że człowiek jest przystosowany do jedzenia mięsa i tyle. Humanitarne zabijanie i humanitarny chów? Wiele osób by się na mnie za to rzuciło, ale hodowanie na mięso zwierząt nie różni się specjalnie od egzystowania ludzi – żyjemy, by w końcu umrzeć. Czasem ludzie tak się wkręcą w jakieś realia, a więc pracę czy rodzinę, w których jest im niewygodnie, ale trwają z bierności, że nie różni się to od życia w klatce czekając na śmierć, by trafić na sklepowe półki. Humanitarne zabijanie istnieje? Tak. W przypadku ludzi jestem za eutanazją, a w samej śmierci nie widzę niczego tak bardzo złego, jak mogłoby się wydawać. Eutanazji byłabym jednak przeciwna, gdyby wyglądała „jak sobie kat wymyśli”, czyli np. nagle by mieli kogoś żywcem obedrzeć ze skóry i zostawić, aż się wykrwawi.
    Tu zawsze przypomina mi się kwestia jakiś bardzo drogich amerykańskich steków, które są z krów, które całe życie wiszą na jakiś linach, by w ogóle nie chodziły, by mięso nie było zbyt twarde, umięśnione itd. Z takim czymś mam problem, bo gdy ludzie „aż tak cenią sobie smak” to jest to po prostu chore. To bym porównała do utrzymywania człowieka np. sparaliżowanego przy życiu wbrew jego woli. Bo gdy zwierze ma szansę przed śmiercią jakoś tam żyć… to inaczej o tym myślę. Podobnie żyje się zwierzętom w zoo itp. Lubię miejsca takie jak zoo, ale w nich nachodzi mnie smutek. Nie to, że chciałabym te zwierzęta wypuścić, bo przez kłusowników itp. na wolności wcale nie byłyby wolne od człowieka, ale… odczuwam z nimi podobieństwo sytuacyjne. My też, jako ludzie, poniekąd żyjemy w takim cywilizacyjnym zoo. Warunki nawet moze i czasem spoko, ale… jesteśmy zamknięci. Czy jednak zamknięcie zawsze jest takie złe? Kolejna dawka przemyśleń.

    Kupując mięso nie odczuwam smutku. *Żal to nie smutek. Żal jest lżejszy, bo to takie „żałuję, że nie ma czegoś lepszego”. W sensie… chyba nawet bardziej mnie boli, gdy producenci oszukują, niż sprzedają mięso. Mięso – każdy widzi, czym jest. Powinno się mieć świadomość, ale gdy widzę: „kupując naszą kiełbasę, nie krzywdzisz żadnego zwierzęcia” to… czuję, że odlatuję. Można zabić, nie skazując na cierpienie, ale krzywdę raczej się wyrządza. Autentyk: „parówki wegańskie – mogą zawierać śladowe ilości mięsa ze względu na miejsce produkcji, w którym wytwarzane są także inne produkty” (cytuję z pamięci; znajomy pokazał mi swoje zdjęcie opakowania). Hipokryzja… Nienawidzę.
    Swego czasu zastanawiałam się, czy jedzenie „plastrów o smaku sera”, „czegoś o smaku mięsa” przez wegan i wegetarian nie jest hipokryzją. Co innego myślałam o kotlecie sojowym (bo jest z soi, smakuje soją), a co innego o „wegańskim kotlecie o smaku wołowiny” (z aromatami udającymi wołowinę). O ile soja to soja, tak to drugie budziło u mnie wątpliwość. Gdy wegetarianin czuje smak udający mięso nie odczuwa przy tym… dysonansu poznawczego i nie ma wyrzutów? Albo… po prostu ciągnie go do mięsa. Więc co, nie je mięsa na pokaz? W ogóle miałam problem z tym, że ludzie rezygnują z mięsa wbrew sobie. Dalej PONIEKĄD mam. Bo jak ktoś rezygnuje ze względu na przekonania i chodzi o zwierzęta, to szacun, ale jak ze względu na modę? A z innej strony… czy ważne są pobudki? Może ważniejszy cel? Dużo mam w tej kwestii takich niepewności.
    Ciekawa sprawa np. z parami, w których jedna osoba je mięso, a druga nie. I zawsze widzę albo nachalne namawianie do rezygnacji z trybu życia albo… wegetarianka czasem kupuje swemu facetowi wielgachne steki. To autentyk, parę razy skomentowałam, że ja kazałabym mu, by sam sobie kupował, ale cóż.
    Teoretyzowanie o tym, czy zjadłoby się człowieka, gdyby to była jedyna szansa na przeżycie w jakiś tam warunkach – to się jeszcze przy takich tematach pojawia. Śmieszą mnie ludzie zapierający się, że nigdy w życiu, że woleliby umrzeć, a normalnie jedzący mięso. „Bo to jednak człowiek”… że istota rozumna? Słysząc takie argumenty, nabieram wątpliwości i śmiem twierdzić, że zwierzęta są często bardziej rozumne niż ludzie. One, jak zabijają w celu zjedzenia siebie nawzajem, zabijają tyle, ile zjedzą. I też… w sumie to rzeczywiście rzadko zabijają przedstawicieli swojego gatunku, ale zdarza się.

    Mama je coraz mniej mięsa, bo coraz mniej jej smakuje. Ja mam mięso, które lubię, mam takie, którego unikam, ale to ze względu na smak i konsystencję. Przypomniała mi się jedna opowieść Mamy właśnie. O tym, że odkąd pamięta, miałaby problem ze zjedzeniem koniny. Od zawsze lubiła konie (zaszczepiła mi to?) i wszyscy w rodzinie o tym wiedzieli. Gdy była mała, jakaś ciotka zrobiła jej coś z mięsa, poczekała aż Mama zjadła, poprosiła o dokładkę i… dopiero na koniec, do dziecka (!): „widzisz, i konika można zjeść, prawda?”. Tak samo jak facet zrobił kiedyś mojej koleżance obiad, jakieś pulpety czy coś tam opisywał jako wegańskie, a tylko mocno doprawione przyprawami i dopiero na koniec poinformował ją, że to kurczak. Nienawidzę takich kawalarzy (i tego słowa też nie lubię).

    1. PS Dzięki temu Twojemu postowi dowiedziałam się, że z kolei pogląd Mamy (był mi znany) idzie w innym kierunku, niż myślałam (i właśnie ten kierunek to coś nowego, co dziś usłyszałam).

      1. „Zleceniodawca zabija według mnie w większym stopniu niż ten, który „naciska spust” (lub wali maczetą, mniejsza o detale).” – Oo. Dlaczego?

        „Myślowo nie godzę się na zabijanie przyrody w ten sposób, ale jestem za bardzo egoistyczna, by wprowadzić w swoim życiu zmiany.” – Właśnie z powodu egoizmu nie jestem weganką. Uważam, że byłabym fair w stosunku do zwierząt, gdybym przeszła na weganizm. Tyle że nie chcę przestać jeść tego, co kocham. // „Poza tym, żyję z myślą, że i tak ludzie zabijają wszystko, siebie nawzajem także i mam niewielki wpływ na to.” – Takie myślenie zupełnie odrzuciłam. Mam gdzieś to, jak zachowują się inni. Żyję dla siebie i podejmuję decyzje z uwagi na własne samopoczucie. W wielkim skrócie.

        „Uwielbiam mięso i nie mam nic przeciwko zabijaniu zwierząt na mięso, gdy odbywa się to w humanitarnych warunkach, a zwierzęta są hodowane w warunkach ludzkich, że tak powiem.” – Masz wiedzę, z jakich hodowli pochodzą ryby w sushi, które jadasz?

        „To, z czym mam problem to zabijanie zwierząt w ilościach masowych, a więc właśnie, że tyle mięsa idzie na straty. Mam problem z kłusownikami i myśliwymi, którzy zabijają tylko dla np. rogów, skóry, zabawy.” – Ooo, w punkt. Też mam problem z masowym zabijaniem oraz zabijaniem dla zabawy. Mięso się marnuje, ale nie tylko. Masowe zabijanie sprawia, że warunki hodowli są coraz gorsze, a akt zabijania coraz okrutniejszy. Tak nie powinno być.

        „Hodowanie na mięso zwierząt nie różni się specjalnie od egzystowania ludzi – żyjemy, by w końcu umrzeć. Czasem ludzie tak się wkręcą w jakieś realia, a więc pracę czy rodzinę, w których jest im niewygodnie, ale trwają z bierności, że nie różni się to od życia w klatce czekając na śmierć, by trafić na sklepowe półki.” – Kompletnie się nie zgadzam. Tak spłaszczyłaś życie, zwłaszcza ludzkie, że… no nie.

        „Tu zawsze przypomina mi się kwestia jakiś bardzo drogich amerykańskich steków…” – Nie słyszałam o tym. Chce mi się płakać. // „Lubię miejsca takie jak zoo, ale w nich nachodzi mnie smutek.” – Nie lubię zoo i nie chodzę do niego.

        „Odczuwam z nimi podobieństwo sytuacyjne. My też, jako ludzie, poniekąd żyjemy w takim cywilizacyjnym zoo.” – Znowu zupełnie się nie zgadzam. Według mnie to nazbyt odrealnione metafory, ale jak zwykle lubię poznawać Twoje zdanie ;*

        „Swego czasu zastanawiałam się, czy jedzenie „plastrów o smaku sera”, „czegoś o smaku mięsa” przez wegan i wegetarian nie jest hipokryzją.” – Dlaczego? Przecież weganie nie twierdzą, że nie lubią smaku mięsa czy produktów odzwierzęcych. Nie chcą zabijać zwierząt, a to OGROMNA różnica. // „Dysonansu poznawczego i nie ma wyrzutów?” – Dlaczego? Przecież nie je mięsa i nie przyczynia się do śmierci istot.

        „W ogóle miałam problem z tym, że ludzie rezygnują z mięsa wbrew sobie.” – To znaczy? Podaj przykład, bo nie rozumiem, jaką sytuację masz na myśli. Chodzi o modę?

        „Wegetarianka czasem kupuje swemu facetowi wielgachne steki.” – Nie widzę w tym niczego złego. Widzę wręcz pozytyw: dziewczyna jest tolerancyjna i szanuje przekonania ukochanego. Sama nie zje steku, ale nie chce być „szajbniętą wegetarianką”, która zabrania wejść facetowi do łóżka, bo zjadł mięso.

        „Teoretyzowanie o tym, czy zjadłoby się człowieka, gdyby to była jedyna szansa na przeżycie w jakiś tam warunkach.” – E, jest wiele historii o tym, że ludzie zjedli zmarłych towarzyszy, by przeżyć. Ja pewnie też bym zjadła, gdybym chciała przetrwać. To wyjątkowa sytuacja. Z drugiej strony bliskich raczej bym nie zjadła. Ech. Trudno o tym pisać, siedząc wygodnie w fotelu przez laptopem ;)

        Końcówka komentarza i zachowanie ciotki oraz faceta? Według mnie to nie kawał. To skur*%$#^!two.

        Czy mama zgodziłaby się na podzielenie jej poglądem publicznie? Jestem ciekawa.

        1. Ten, kto wykonuje czynność fizyczną zabicia po prostu odwala robotę. Zleceniodawca działa w sposób świadomy, zleca zabicie konkretnej osoby, często ją znając. Oczywiście nie odnoszę się do prawa, tylko podejścia ludzkiego, myśleniowego, postrzegania.

          „Mam gdzieś to, jak zachowują się inni. Żyję dla siebie i podejmuję decyzje z uwagi na własne samopoczucie.” – Ja również, więc nie widzę sensu robienia czegoś wbrew sobie (rezygnowania z mięsa), skoro moje działanie i tak nikomu nie pomoże. To też skrót. Gdybym jednak miała ograniczyć jedzenie mięsa mając wpływ na innych, to znaczy, gdyby moje działanie przełożyło się na to, że ludzie zabijaliby tylko tyle zwierząt, ile są w stanie zjeść, nie marnowałoby się tyle mięsa, możliwe, że ograniczyłabym wbrew sobie, a dla zwierząt.

          „Masz wiedzę, z jakich hodowli pochodzą ryby w sushi, które jadasz?” Stale jadałam w 4 miejscach, a obecnie w 3, bo jedno jest zamknięte. W trzech dostałam informacje o dostawcach, w jednym mi nie mówili, a ja nie pytałam. To jednak z ciekawości, bo zawsze wypytuję sushi masterów o każdy najdrobniejszy składnik, dodatek. Gdyby mi tych dostawców i hodowli nie podali, jadłabym z takim samym smakiem, jak jem. W jednej restauracji miałam wątpliwości co do jakości ryby maślanej (czuć na smak specyficzny smak mułu i jakby karmy dla rybek, gdy jest karmiona badziewiem), więc nigdy więcej tam nie poszłam. Łosoś z dobrych hodowli też smakuje inaczej niż ze złych. To też czasem czuć. Jak czuję, że mięso jest dziwne, do danej restauracji po prostu nie wracam. Robię to dla siebie i żeby nie wspierać miejsc, gdzie karmią ludzi kiepskimi składnikami. Nie ze współczucia dla ryb.

          „Nie lubię zoo i nie chodzę do niego.” – Lubię czasem się wybrać, ale robię to rzadko ze względu na wkurwiających ludzi. Jako dziecko płakałam, że zwierzęta tak wspaniałe jak lwy (królowie Sawanny!) są więzione. Teraz patrzę na to inaczej. Czasem chyba lepiej żyć w niewoli i mieć wszystko w dupie. Czuję, że sama żyję w cywilizacyjnej niewoli i nawet mi z tym dobrze.

          „odrealnione metafory” – Nie zgadzam się. Metafory, bo nie chce mi się w komentarzu za długo pisać, ale serio uważam, że obecnie wszystko co robimy jest zamknięte w jakiś ramach. Wszystko, co wrzucamy do internetu też jest w pewien sposób „pilnowane”. Dbasz o język dla siebie, nie klniesz w postach, ale pytanie – gdyby postów nie widział nikt oprócz Ciebie, robiłabyś to? Na instagrama też jak wrzucach jakieś zdjęcia to z cenzurą, bo zaraz by się przywalili. Pewne zachowania w miejscach publicznych są nam dyktowane i już.

          „Dlaczego? Przecież weganie nie twierdzą, że nie lubią smaku mięsa czy produktów odzwierzęcych. Nie chcą zabijać zwierząt, a to OGROMNA różnica.” Tak, tak, ale chodzi mi o to, że dziwi mnie, czy nie mają z tym problemu. Mama miała problem kiedyś ze zjedzeniem jakiś ciastek, które wyglądały jak ludzkie palce przez samo skojarzenie. Gdy więc wege czują smak przypominający mięso… nie czują się dziwnie? To raz, a dwa – brak zaufania do tego, co piszą producenci na opakowaniach. Ja tam nie wymyślam teorii spiskowych i wierzę, że jak mi producent pisze, że chleb jest żytni, to nie pcha tam mąki pszennej, ale są osoby, które w składy niespecjalnie wierzą. I powiedzmy, jak coś mocno smakuje mięsem… mogliby mieć wątpliwości, czy aby coś tam nie jest dodane? Jakiś tłuszcz wołowy czy coś.

          Tak, napisałam, że chodzi o modę, ale kiedyś to było też np. wychowywanie dziecka po wegańsku (bo to modne!). Uważałam, że człowiek po prostu jest stworzony do jedzenia mięsa i skoro w dodatku ktoś je lubi, to co ma moda do tego. Napisałam „uważałam” – obecnie mam to w dużej mierze gdzieś. Moda nie moda, jak chcą niech sobie rezygnują.

          „Dziewczyna jest tolerancyjna” – nie, tego nie napisałam. „wegetarianka czasem kupuje swemu facetowi wielgachne steki. To autentyk, parę razy skomentowałam, że ja kazałabym mu, by sam sobie kupował, ale cóż.” – odniosłam się do konkretnej osoby, więc nie chciałam się zagłębiać, ale liczyłam, że się domyślisz po końcówce zdania, że nie robi tego z lekkim sercem. Kupuje te steki cierpiąc, że to ciało zwierząt (pozdrawiam, jeśli A. akurat to czyta i przepraszam za posłużenie się przykładem).
          Tolerancję obustronną na kwestię jedzenia / niejedzenia mięsa popieram i ja. To tak jak jedna osoba w domu odchudzająca się, a nie narzucająca tego innym, mająca po prostu swoje rzeczy w lodówce itp., olewająca kaloryczne innych.

          No, właśnie i o te historie mi chodziło.

          Kawał faceta… to temu panu koleżanka kupuje steki.

          Tak, zgodziła się. Uważa za głupotę współczucie dla zwierząt hodowlanych, bo „no po co, jak nie na mięso one są”. Kota, konia czy psa by nie zjadła, bo to „przyjaciele dla ludzi”. Kiedyś stwierdziła, że niewychodzenie z psem jest nienormalne (Gabi miała sarenkę, z którą nie wychodziła), ale przyzwyczaiła się, że ja z Lili z różnych powodów nie wychodzę (lenistwo podstawowym?) i zapytała, czy Ty wychodzisz. Odpowiedziałam, że „pewnie tak, ale Rubi jakby co, to i na matę robi” (mam nadzieję, że zgodnie z prawdą?) i stwierdziła, że według niej to hipokryzja współczuć „jakimś obcym hodowlanym zwierzętom z własnym psem przynajmniej trzy razy dziennie nie wychodząc”. Odniosła się niby do Ciebie, ale patrzyła na mnie znacząco (uważa, że ogólnie mało się zwierzętami zajmuję, bo dla niej np. zajmowanie się z kotem to bieganie z jakąś myszką na sznurku, a zapomina, że np. Luna prowadzi tryb siedząco-leżący i dla niej zmiana pozycji to już ruch). Mama uważa, że zabijanie zwierząt na mięso dla ludzi jest zupełnie ok. Nie lubi marnowania, ale tak samo patrzy na marnowanie warzyw itp. A właśnie byłam pewna, że jej poglądy idą bardziej w kierunku współczucia zwierzętom. Uważa też, że człowiek powinien jeść mięso, sama czasem żałuje, że nie jest w stanie jeść go więcej, że jej nie smakuje coraz częściej. Rozwijając ten temat z nią poczułam się naprawdę dziwnie… Tym bardziej, że często zimą mówi o tych „biednych śniętych karpiach” w sklepach. To chyba wiąże się jednak z tym, że po prostu denerwuje ją nieracjonalna ilość i zakupowy szał ludzi, kupowanie w nadmiarze; nie chodzi o samo życie i to, co czują zwierzęta. Zawsze myślałam, że bardziej chodzi jej o zwierzęta, bo jednocześnie kocha je szczerze, lubi popatrzeć, zachwycają ją wiewiórki w parkach, ptaki (nawet gołębie)… Z tym, że widzę, że zrobiła sobie w głowie podział na: zwierzęta i mięso. Przyznała, że „możliwe”. Chyba jej po prostu tak łatwiej żyć. Stwierdziła, że i tak ma wiele ograniczeń z żołądkiem, więc nie zawala sobie jeszcze głowy myśleniem o jedzeniu mięsa.

          1. Mam też wrażenie, że przez przesadne skracanie z mojej strony ucieka jeszcze jedna sprawa, przez pryzmat której na wszystko patrzę. Jako o klatce narzucanej przez cywilizację, ramy itp. Nie odbieraj tego tak, że jestem do tego tak bardzo negatywnie nastawiona. Właściwie… wręcz przeciwnie. Rezygnacja z pewnych swoich wolności dla bezpieczeństwa jest według mnie świetna. Podobnie jak z płaceniem wysokich podatków w państwie opiekuńczym – jestem na tak! Rezygnacja z pełnej suwerenności na rzecz sojuszy między różnymi krajami (jak np. członkostwo w UE) – jestem na tak! Gdyby nie pewne narzucane normy i wzorce, bylibyśmy dzikusami, a ja lubię technologię. Zdaję jednak sobie sprawę, że będąc w mediach społecznościowych, piszę się na pewne reguły.

            1. Hmm. Jak się ma: „Uwielbiam mięso i nie mam nic przeciwko zabijaniu zwierząt na mięso, gdy odbywa się to w humanitarnych warunkach, a zwierzęta są hodowane w warunkach ludzkich, że tak powiem” do fragmentu: „Gdyby mi tych dostawców i hodowli nie podali, jadłabym z takim samym smakiem, jak jem. […] Robię to dla siebie i żeby nie wspierać miejsc, gdzie karmią ludzi kiepskimi składnikami. Nie ze współczucia dla ryb”. Jedno kłóci się z drugim. Zupełnie.

              „Dbasz o język dla siebie, nie klniesz w postach, ale pytanie – gdyby postów nie widział nikt oprócz Ciebie, robiłabyś to?” – Nie pisałabym postów, gdyby nikt ich nie widział. Po to publikuję w internecie, żeby ludzie czytali, co uważam na temat spraw, które poruszam.

              „Tak, tak, ale chodzi mi o to, że dziwi mnie, czy nie mają z tym problemu. Mama miała problem kiedyś ze zjedzeniem jakiś ciastek, które wyglądały jak ludzkie palce przez samo skojarzenie.” – Teraz rozumiem, co miałaś na myśli. Tyle że nie wydaje mi się, żeby mięso czy ser żółty obrzydzały wegan. Z Twoją mamą było inaczej, bo czuła obrzydzenie albo coś w tym rodzaju. Jeżeli nie czuła, nie rozumiem obiekcji.

              „Kupuje te steki cierpiąc, że to ciało zwierząt.” – Ach, to zupełnie inna sytuacja. Nie rozumiem więc, czemu robi sobie krzywdę. A tym bardziej, dlaczego on pozwala na jej cierpienie. Może nigdy mu nie powiedziała? Jeśli powiedziała, jest okrutny. (Dalsza część, ta z „dowcipem”, potwierdza, iż jest okrutny).

              „Uważa za głupotę współczucie dla zwierząt hodowlanych, bo „no po co, jak nie na mięso one są.” – Mocne słowa. Przykre dla mnie. // „Odpowiedziałam, że „pewnie tak, ale Rubi jakby co, to i na matę robi” (mam nadzieję, że zgodnie z prawdą?)” – Tak, wychodzę z Rubi na spacery. Napisałam Ci o tym w odpowiedzi na FB, ale to fragment długiej wiadomości, którą planuję wysyłać partiami, o czym Ci wspomniałam. Twoja mama nie widzi różnicy między zabijaniem zwierząt a niewychodzeniem trzy razy dziennie z psem albo niebieganiem z myszką na sznurku z kotem? Powstrzymam się od komentarza. Sama uważam, że wychodzenie z psem 1-2 razy dziennie jest chamstwem z mojej strony, ale jak można to porównać do zabijania? Co jednak istotne, zupełnie nie rozumiem ani nie popieram Twojego podejścia, bo pozbawiłaś Lili jednej z największych przyjemności psiego życia.

              „Podobnie jak z płaceniem wysokich podatków w państwie opiekuńczym – jestem na tak!” – Wspominałam Ci ostatnio, że siadłam do lektury politycznej, prawda? Zdecydowanie nie jestem socjalistką. Nie podoba mi się rozdawanie ludziom kasy na lewo i prawo, zwłaszcza kosztem innych ludzi (zwłaszcza do kwadratu bogatych). Natomiast sojusze z innymi krajami uważam za pozytywne. Nie chciałabym, aby Polska wyszła z UE i stała się jeszcze większą zawistną konserwą.

              1. Nie kłóci się ani trochę. Uwielbiam mięso i gdyby mi restauracja, do której chodzę nie podała dostawców, dalej bym do tej restauracji chodziła. Chodzę do dobrych miejsc, nie zakładam, że kupują mięso z najgorszych możliwych hodowli. Jedząc cokolwiek chyba też nie zakładasz, że np. ktoś napluł lub nasrał do karmelu, prawda? Jestem egoistką i ze współczucia dla ryb nie zrezygnowałabym z ich jedzenia. Nie przeszkadza mi zabijanie zwierząt na mięso humanitarnie. Przeszkadza mi znęcanie się nad zwierzętami i chciałabym, by się nie znęcano, a zabijano tylko tyle, ile trzeba, humanitarnie. Nie rozumiem, co Ci się w tym kłóci.

                Chodziło mi o recenzje i z pisaniem ich dla siebie na bloga. Hm, ja pisałabym bloga nawet, gdyby ani jedna osoba nie czytała, bo to łatwiejsze niż odręcznie. Zły przykład w takim razie.

                Aa, bo mnie się wydaje, że właśnie niektórzy wegetarianie są wega, bo obrzydza ich sama świadomość, że mogliby zjeść mięso, a więc istotę żywą. Wiesz, założę się, że to zależy od człowieka, nie ma reguły.

                Ja niby nie rozumiem kupowania steków komuś wbrew sobie, ale z drugiej… Pisałam Ci np. o bluzie. To takie rozumiem – nie rozumiem.

                Mocne słowa Mamy sprawiły, że i mnie zrobiło się przykro./ Mama uważa, że zabicie zwierzaka jest lepsze niż trzymanie go w niemiłych warunkach. Ja mam podobnie w kwestii zabijania i dręczenia. Lepiej zabić niż męczyć i na końcu zabić, ale po prostu brak spacerów czy zabawy to inna sprawa. I właśnie myślałam zawsze, że Mama ma tak, jak ja, a jej poglądy poszły w innym kierunku.
                Co do Lili to zdaję sobie z tego sprawę. Wielokrotnie pisałam Ci o tym, że jestem złym człowiekiem i wiem o tym.

                Wspominałaś o literaturze politycznej. Też nie jestem socjalistką i za rozdawaniem pieniędzy innych na prawo i lewo. Mało tego, uważam, że np. to chore, że we Francji bogaci płacą nie raz podatki 75%, ale jestem za zasiłkami dla tych, co potrzebują. Na pewne sprawy poglądy zmieniają się, gdy swoje człowiek przejdzie. Oburza mnie, że w kolejkach po zasiłek obok naprawdę potrzebujących, pokrzywdzonych przez los, a więc niepełnosprawnych, ofiar przemocy itp. stoją młodzi ludzie w moim wieku, którym po prostu nie chce się pracować. Nienawidzę konserw.
                Zobacz tylko, że model kraju europejskiego jest dość opiekuńczy, ale właśnie – dający wybór i perspektywy. Specjalnie do UE się odniosłam, bo pomyślałam, że znając życie, weźmiesz mnie za socjalistkę. Wzięłaś? Pięknie, kiedyś za narodowca, teraz za socjalistkę. Uważam, że każdemu należy się możliwość podjęcia godnej pracy na godnych zasadach. A jak nie może, należą mu się pieniądze, by nie konał pod mostem. Tak, jak wszystkim należy się prawo do godnej śmierci.

                1. Skoro według Ciebie nie ma różnicy między pozyskiwaniem surowców a sraniem do jedzenia, nie było tematu ;>

                  „Chodziło mi o recenzje i z pisaniem ich dla siebie na bloga. Hm, ja pisałabym bloga nawet, gdyby ani jedna osoba nie czytała, bo to łatwiejsze niż odręcznie.” – Pisałaś o tym wielokrotnie, ale nie wierzę. Blog nie jest prywatny (nie założyłaś hasła), a teraz przeszłaś na swoją domenę. Przecież mogłabyś mieć folder na pulpicie z recenzjami w plikach tekstowych, no nie? Tyle że chcesz – jak ja – żeby ludzie czytali to, co piszesz. Nie widzę w tym niczego złego, żeby nie było.

                  „Mama uważa, że zabicie zwierzaka jest lepsze niż trzymanie go w niemiłych warunkach.” – I znów mamy zderzenie niemiłe warunki vs. „niemiłe warunki”. Jasne, że lepsze jest zabicie zwierzęcia niż trzymanie go w klatce 1 m x 1 m, codzienne bicie, przypalanie petami i głodzenie. Porównywanie tego do doskonałych warunków domowych, stałej opieki, głaskania, spania razem w łóżku, karmienia smakołykami i jednego minusu – wychodzenia na spacer 1-2 dziennie – to absurd. // „Lepiej zabić niż męczyć i na końcu zabić, ale po prostu brak spacerów czy zabawy to inna sprawa.” – Otóż to. // „Wielokrotnie pisałam Ci o tym, że jestem złym człowiekiem i wiem o tym.” – Naprawdę nie jesteś. Nie przywiązałabym się do złego człowieka ;*

                  „Oburza mnie, że w kolejkach po zasiłek obok naprawdę potrzebujących, pokrzywdzonych przez los, a więc niepełnosprawnych, ofiar przemocy itp. stoją młodzi ludzie w moim wieku, którym po prostu nie chce się pracować.” – Otóż to! Dlatego zaznaczyłam, że nie jestem socjalistką. Wiem, jak chamy i leniwce wykorzystują możliwość jechania na socjalu, który im się nie należy. O polityce możemy kiedyś pogadać, przy czym na pewno nie w wiadomościach na FB. Wybacz, ale umieram od ścian tekstu :P // „Specjalnie do UE się odniosłam, bo pomyślałam, że znając życie, weźmiesz mnie za socjalistkę. Wzięłaś?” – Hehe, tak. Tyle że nie chodziło o krytykę Twoich poglądów. Gdybyś okazała się socjalistką, w pełni bym to zrozumiała – z uwagi na przejścia z mamą.

                  1. „Nie było tematu”, jest bo ciągle o moich restauracjach mnie ciśniesz pytaniami, „skąd mam pewność, że oni…” i to aż trochę irytuje. Porównałam obrazowo, bo inaczej można długo o tym rozmawiać, bo to… zaufanie. Życie opiera się na zaufaniu. Wsiadając do tramwaju ufam, że kierowca nie zaśnie / nie jest pijany. Tak już jest. Nie chodzę po tanich i podejrzanych miejscach.
                    Współczucie do zwierząt idzie swoją drogą, ale ja dla mnie jestem ważniejsza niż współczucie, które ogółem żywię raczej słabe, do kogokolwiek. Rybom mogę współczuć, ale nie oleję restauracji z niewiedzy, skąd je biorą. Wypytuję o poszczególne składniki, bo mnie to interesuje. Moją motywacją nie jest współczucie. Dowiaduję się przy tym też hodowców. Współczuję rybie, która jest śnięta, hodowana w beznadziejnych warunkach – takie coś przekłada się potem na jej smak i czułabym, że z mięsem jest coś nie tak = uznałabym miejsce za podejrzane, o nic bym nie pytała, a więcej nie poszła. Jak mi ryba smakuje, czuję, że mięso jest dobre, a restauracja porządna, to nie współczuję rybie, którą zjadam, bo prawdopodobnie pochodzi z porządnego miejsca. Dalej nie rozumiem, co w tym dziwnego?

                    „„Chodziło mi o recenzje i z pisaniem ich dla siebie na bloga. Hm, ja pisałabym bloga nawet, gdyby ani jedna osoba nie czytała, bo to łatwiejsze niż odręcznie.” – Pisałaś o tym wielokrotnie, ale nie wierzę.”
                    Nie mogłabym mieć folderu na pulpicie, na dysku, bo to by mnie w żaden sposób nie motywowało do pisania ładnego i w pełni poprawnego. Wolę, by treści były też zapisane w internecie, komputer / dysk może się zepsuć. Zaniedbywałabym sprawdzanie albo wcale tego nie robiła. Zakładając bloga nie wiedziałam w ogóle, że jest możliwość zrobienia bloga prywatnego. Przeszłam na własną domenę, bo w moich oczach stał się moją wizytówką. Jest ładny, przejrzysty i wygodny, a ja lubię takie rzeczy. Chcę związać życie z pisaniem, ale książek kiedyś tam. To długa droga, a co na niej? Odkryłam, że dzięki blogowi mam korzyści, choćby zniżki na czekolady (no, to wynika z tego, że ktoś czyta, ale nie jest motywacją do pisania bloga, a „umilaczem życia”). Fajnie mieć swoją stronę, tak jak fajnie jest się fajniej ubrać, gdy wychodzi się gdzieś czasem, ale piszę dla siebie. A że przy okazji ktoś może coś przeczytać i skorzystać, to dlaczego miałby nie móc tego zrobić? Jest mi obojętne, czy mnie ktoś czyta, ale jak już czyta, to miłe. Choć nie widzę w tym niczego złego, by chcieć być czytanym, ale czuję, że patrzysz na mnie przez swój pryzmat. I nie jest to przytyk. Po prostu… mamy inaczej. W ogóle, Ty podejmujesz sprawy nie tylko jedzenia, ja sobie czekolady „kataloguję”.

                    Właśnie i dla mnie trochę absurd, dlatego zaskoczona aż napisałam, że dzięki Twojemu postowi zrozumiałam, że kompletnie w innym kierunku u niej to poszło, niż myślałam.
                    To miłe, że nie uważasz mnie za złego człowieka – znów się w czymś nie zgadzamy.

                    O polityce to z chęcią pogadam przy… winie? :D

                    Nie uważam się za socjalistkę, bo właśnie nie „dać wszystkim”, a „tym, którzy potrzebują”. Mama jest bardzo pracowita, a jednak fizyka jej siada.

                    Te ściany tekstu… na FB, w komentarzach… A tyle tematów do rozmów!

                    1. Kierowca nie jest pijany, bo tego wymaga od niego prawo. Prawo nie wymaga, by kupować surowce do potraw z humanitarnych hodowli ani sprzedawać ubrania wytwarzane w humanitarnych warunkach. Jeszcze raz przytoczę fragment Twojej wypowiedzi, który rozpoczął tę dyskusję: „Uwielbiam mięso i nie mam nic przeciwko zabijaniu zwierząt na mięso, gdy odbywa się to w humanitarnych warunkach, a zwierzęta są hodowane w warunkach ludzkich, że tak powiem”. W kolejnych komentarzach jasno napisałaś, że nie masz nic przeciwko zabijaniu jakiemukolwiek. Póki nie wiesz i zakładasz (ufasz), że jest okej, jest okej. Choć rzeczywistość może być zupełnie inna, okrutna.

                      „Nie mogłabym mieć folderu na pulpicie, na dysku, bo to by mnie w żaden sposób nie motywowało do pisania ładnego i w pełni poprawnego. […] Zaniedbywałabym sprawdzanie albo wcale tego nie robiła.” – Dalej nie przekonuje mnie Twoja argumentacja. Wiem, jak piękne tworzysz rzeczy i jak świetne rysujesz rysunki. Nie publikujesz ich – rysunek czaaasem wrzucałaś na Insta – mimo tego wkładasz w nie serce. // „Czuję, że patrzysz na mnie przez swój pryzmat.” – Nie przez swój, tylko przez pryzmat (prawie) każdej osoby publikującej online. To, co piszę Tobie, napisałabym (prawie) każdej osobie, która znalazłaby się na Twoim miejscu.

                    2. Dobra, ale tego, że nie zaśnie prawo nie wymaga. Znaczy… nie powinien zasnąć, ale równie dobrze moze dostać zawału serca. Łapiesz za słowa, a pomijasz istotę.
                      „W kolejnych komentarzach jasno napisałaś, że nie masz nic przeciwko zabijaniu jakiemukolwiek. ” Nie napisałam, że nie mam nic przeciwko zabijaniu jakiemukolwiek. Najwidoczniej źle zrozumiałaś. „Póki nie wiesz i zakładasz (ufasz), że jest okej, jest okej. Choć rzeczywistość może być zupełnie inna, okrutna.” Ufam, że jest ok. Co w tym złego? Mam zakładać, że każdy producent i każda restauracja załatwia mięso z najgorszych miejsc, jakich może? Nie rozumiem, do czego z takim nastawieniem dążysz. Możemy w takim razie tak ze wszystkim. „Producent napisał, że produkt jest bez cukru, ale skąd mamy pewność?” – no, przecież mógł nie napisać. „Banany bio”… a może nie takie bio, bo z chemią, a w ogóle to z plantacji, na której wbrew prawu pracują dzieci? Serio, idąc tym tropem można wszystko poddawać w wątpliwość.

                      Oki, w takim razie żyj w przekonaniu, że publikuję recenzje dla ludzi, a ja dalej będę je publikować dla siebie. Rysunek narysuję na kartce i już sobie jest, a żeby wymuskać recenzję, zrobić sobie ładny układ zdjęć – na blogu najłatwiej. Pliki tekstowe są brzydkie.
                      W rysunki wkładam mniej serca niż w recenzje czekolad. Gdybym miała wybierać: recenzowanie czekolad czy rysowanie, wybrałabym to pierwsze.

                    3. Poza tym, prawo nie pozwala na dręczenie zwierząt, jak i na jeżdżenie po pijaku. Problem w tym, że wiele hodowli olewa prawo kompletnie, a ono nie jest egzekwowane jak trzeba. Uważam, że standardy, normy i sprawdzanie ich są śmiesznie łatwe do obejścia. Ale i pijani kierowcy się zdarzają.

  5. Dziękuję za ten wpis, za zachętę do podzielenia się przemyśleniami w komentarzach. Moja ,,bańka” jest światem, w którym wszyscy chcą mięso ograniczać. Teraz dostrzegam, że to raczej deklaracje osób z mojego otoczenia, a nie – Polaków-ogółu.
    Mnie bardziej od zabijania w celu spożycia dokucza śmierć pośrednia, pozbawianie życia istot niezdolnych do produkcji nabiału i jaj. Mam też pewien kłopot z myśleniem o zwierzętach domowych – nie dostrzegam tego, co odróżnia je od innych gatunków na tyle, bym mogła dawać sobie prawo do lepszego traktowania psów czy kotów. ,,Odkrycie” prawdy o jedzeniu mięsa i nabiału zmieniło moje podejście do zwierząt mieszkających z ludźmi.
    Zdarza mi się jeść mięso, ale od kilku lat staram się to robić bardzo rzadko. Wydaje mi się, że to najbardziej ,,etyczna” postawa, na jaką mnie stać. Mam też poczucie, że moje wybory żywieniowe nie powinny potęgować zmian klimatycznych i czuję się odpowiedzialna za przyszłość naszej planety. Niemniej, nie potrafię być weganką.

    1. Ja zaś dziękuję za chęć podzielenia się przemyśleniami :)

      „Mnie bardziej od zabijania w celu spożycia dokucza śmierć pośrednia, pozbawianie życia istot niezdolnych do produkcji nabiału i jaj.” – Nie mam żadnej wiedzy na temat zabijania zwierząt „zużytych”. Wiem tylko, że dawniej (nadal?) zabijało się konie niemogące już brać udziału w wyścigach czy innych zawodach. Fundacje kupowały niektóre konie, ale nie da się przecież ocalić każdego. To bardzo przykre.

      Pod fragmentem zaczynającym się od słów „Zdarza mi się jeść mięso” do końca komentarza podpisuję się imieniem i nazwiskiem.

  6. Nie myślałam o zwierzętach ,,zużytych”, a o krowach mlecznych ,,nieodpowiedniej” płci, o kurczakach niezdolnych do znoszenia jaj. Dziękuję za Twoją uwagę, właściwie to tylko poszerza skalę tych śmierci, ale na pewno poszerzyłaś moje postrzeganie tego zjawiska. Twoje ,,to bardzo przykre” to właściwie jedyny komentarz, jaki i ja potrafię tutaj napisać.

    Mam nadzieję, że nie pogniewasz się z powodu tej uwagi. Napisałaś kilka zdań, które ja nazwę mottem kończącym wpis. Wkradła się do nich literówka ,,Kupowanie mięsa – w rym ryb”. Bardzo mnie razi, ale potraktuj to proszę jako komplement – zwyczajnie zakłóca bardzo zwięzły przekaz, który jest po prostu na nią za ,,mądry”.

    1. Z kolei ja nie myślałam o „nieodpowiednich” zwierzętach. Również dziękuję za poszerzenie wizji okrucieństwa.

      Kiedy zauważysz, że zrobiłam literówki, pisz od razu. Lubię, gdy czytelnicy zwracają na to uwagę. Nie jestem w stanie wszystkiego wyłapać sama, a mnie również irytują. Dziękuję! ;*

  7. Bardzo popieram Twój punkt widzenia. Jako wieloletnia wegetarianka (obecnie stopniowo przechodząca na weganizm) nie byłabym w stanie zgrabniej ująć tematu. Jeśli chodzi o sferę fizyczną KAŻDE zwierze w tym człowiek to mięso. Nie zapomnę konsternacji moich jedzących mięso kolegów i koleżanek, którzy po obejrzeniu pierwszej sekcji zwłok w życiu, ze zdumieniem stwierdzili, że z człowieka też dałoby się wykroić schabowego, karczek czy żeberka. Kompletnie nie rozumiem poglądów wielu katolików na temat tego, co jest mięsem a co nie. Dla mnie są one tak absurdalne jak stwierdzenie, że ryby i owoce morza rosną na drzewach. Jednak wielu ludzi trwa w przekonaniu, że nie zalicza się ich do mięsa i pamiętam, że gdy byłam w gimnazjum i zaczynałam z wegetarianizmem, rodzice zmuszali mnie do jedzenia ryb, co strasznie mnie frustrowało. Zgodzę się też z Tobą, że kupowanie jakiegokolwiek mięsa jest jak płatne zabójstwo. To, że nie robimy czegoś bezpośrednio tylko czyimiś rękami, wcale nie zwalnia nas z odpowiedzialności. Jednak jestem daleka od ostrego krytykowania osób jedzących mięso. Uważam, że najgorszym sposobem promowania diet roślinnych jest nagonka na mięsożerców. Sama nie mogę znieść zachowania wege-terrorystów, którzy zniechęcają do wegetarianizmu i weganizmu zamiast promować ten styl życia. Moim zdaniem kluczem jest to, o czym wspomniałaś a mianowicie ŚWIADOMOŚĆ. Ludzie jedzący mięso powinni uświadomić sobie, że nie tylko podczas konsumpcji mięsa ale już na etapie kupowania go, zabijają. Chyba czas, by społeczeństwo przestało wypierać to z umysłu a także przestać się bronić argumentem, że jedzenie mięsa jest dla człowieka naturalne i przystosowała nas do tego ewolucja, bo to wielka bzdura. Oczywiście będą ludzie, którzy uświadomią to sobie i nadal będą uważali, że taka kolej rzeczy jest w porządku. Ja akceptuję ich postawę. Każdy z nas ma inną wrażliwość etyczną i nie będę jej oceniać. Sama przez wiele lat jadłam mięso i mimo że od lat tego nie robię, nadal nie jestem święta, nie prowadzę 100% cruelty free życia, bo kupuję awokado, zdarzy mi się zjeść ciastko z olejem palmowym, zapakować coś w plastik czy pójść do sieciówki. Jednak zawsze jestem świadoma tego, że to robię i nie wypieram się odpowiedzialności za zło, które w ten sposób uczynię. Według mnie właśnie ta świadomość często prowadzi do zmiany, do poczucia że nie chcemy tego robić i rozwoju potrzeby minimalizowania naszych negatywnych wpływów na otaczającą nas rzeczywistość. Świat, w którym wszyscy byliby weganami brzmi pięknie, ale nie wydaje mi się ani realny ani potrzebny i niekoniecznie będzie lepszy. Ja zrezygnowałam z mięsa, ale nawet osoba, która będzie je jeść, może zrobić dla planety wiele wspaniałych rzeczy. Jest szansa, że będą to rzeczy, na które ja nigdy się nie zdobędę.

    1. „Gdy byłam w gimnazjum i zaczynałam z wegetarianizmem, rodzice zmuszali mnie do jedzenia ryb.” – Przykro mi. Moi rodzice są wspierający – zwłaszcza mama; tato jest raczej po prostu akceptujący – więc jakąkolwiek decyzję podejmowałam, pozwalali mi ją podejmować. Oczywiście w ramach rozsądku.

      „Uważam, że najgorszym sposobem promowania diet roślinnych jest nagonka na mięsożerców. Sama nie mogę znieść zachowania wege-terrorystów, którzy zniechęcają do wegetarianizmu i weganizmu zamiast promować ten styl życia.” – Dokładnie. Podpisuję się rękami i nogami. W zeszłe wakacje padłam ofiarą „wystawy tortur współczesnych”. Stałam w kolejce godzinę, niektórzy dłużej. Wydarzenie było owiane tajemnicą i nikt nie wiedział, na co idzie. Brzmiało fajnie. Okazało się, że po wejściu ludzi do pawilonu organizatorzy wyświetlają filmy – w każdym pomieszczeniu inny – ukazujące najokrutniejsze rzezie różnych gatunków zwierząt, jakie widziałam. Przetrwałam niecałe trzy pokazy. Popłakałam się i wyszłam. Bynajmniej nie jestem wdzięczna organizatorom za terror, który mi zafundowali. To była żałosna zagrywka najniższego poziomu.

      „Według mnie właśnie ta świadomość często prowadzi do zmiany, do poczucia że nie chcemy tego robić i rozwoju potrzeby minimalizowania naszych negatywnych wpływów na otaczającą nas rzeczywistość.” – Według mnie tak samo. Świadomość jest kluczem do zmian. A nawet jeśli zmiany mają nie nadejść, świadomość ma ogromną wartość dla samorozwoju.

      „Ja zrezygnowałam z mięsa, ale nawet osoba, która będzie je jeść, może zrobić dla planety wiele wspaniałych rzeczy. Jest szansa, że będą to rzeczy, na które ja nigdy się nie zdobędę.” – Pięknie napisane :)

  8. Mi nie robi różnicy czy to zielenina, nabiał, ryby, drób czy inne mięso, byle białko się zgadzało (tylko indyka zawsze będę hejtował, śmerdzi i jest ochydny w smaku). Pamiętam jak dziadek trzymał gołębie, mnóstwo im dawal kukurydzy, pszenicy – to było coś tak genialnego że spaczyło mi kubki smakowe tak bardzo, że każdy mozliwy drób był po prostu mdły, a rosół dla mnie to zupa z trupa, chyba że jakiś kawał wołowego wrzucony jest. Jesteś tym, co jesz, dlatego wole by to co jem to było coś co czuło i było inteligentne, jesz głupie – jesteś głupcem, jesz śmiecie przetworzone – jesteś śmieciem itd Człowiek jest wszystkożerny, bo zdegenerował się i nie jest już w pełni drapieżnikiem, ale niektórym do tego drapieżcy niewiele brakuje – nie musisz mieć kłów i pazurów żeby być większym zabójcą od tygrysa. Jedzenie mięsa podsyca te cechy, instynkty, intelekt. A jak chce się wyciszyć to jem zielone, ale jeśli zbyt długo po prostu za bardzo mnie pacyfikuje i ogłupia.

    1. W jaki sposób oceniasz inteligencję świni trzymanej całe życie w zakładzie przetwórczym i tuczonej w celu zabicia, ryby albo sałaty? Zupełnie nie przekonuje mnie przedstawiona przez Ciebie teoria o byciu tym, co jesz. Można ją uprościć do „jesz świnię – jesteś świnią”, co jest nie mniej absurdalne. Podobnie nie przekonuje mnie teoria o podsycaniu cech drapieżników za sprawą jedzenia mięsa. Szanuję jednak Twoje poglądy :)

      1. Oczywiście że wiejskie, naturalne lub dziczyzna są najlepsze, ale nie zawsze są dostępne, a życie żywi sie życiem. Już dawno nie licze kalorii pod ilość żeby dobić byle czym do 1000~1500max tylko pod jakość, dlatego nie zapycham się przemysłowym mięsem i jedzeniem – jeśli nie jest w miarę normalne i czyste, to wtedy w ruch idą warzywa na patelnie, strączkowe, nabiał, ryby, ogólnie mógłbym całe życie być na diecie śródziemnomorskiej albo jeść na styl włoski wszędzie kitując makaron. Świnia jest czysta i inteligentna – jedynie brakuje jej wyobraźni, myślenia abstrakcyjnego. Z tego co zauważyłem to najbardziej tuczy i zamula pieczywo w każdej postaci. Zresztą mój kot to idealny tester, jak coś jest gorszej jakości to on tego nie tyka, a wszelki syf ukryty w znacznej ilości po prostu zwiększył by jego skłonność do hiperestezji – już sobie tak z 10cm ogona skrócił i to przez kurczaka. Przez jakiś czas było też coś dziwnego w wieprzowinie i indykach, że sobie głowe rozdrapywał do gołego mięsa, może adrenalina, może jakimiś hormonami strzykane, okres karencji za krótki, kto wie. Więc zależnie od źródła pochodzenia to i owszem, mięso może zwiększać agresje, ale w mniejszym stopniu niż u zwierząt, bo masa ciała i metabolizm też wchodzi w grę.

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.