Lubimy ludzi, ale nie za to, jacy są #DylematyFilozoficzne

Lubimy ludzi. To nie pytanie ani hipoteza. To fakt. Człowiek żyje w społeczeństwie nie tylko dlatego, że musi, ale również z własnej chęci i woli. Lubi rodzinę, bo jest mu najbliższa. Lubi znajomych, bo podziela z nimi zainteresowania. Lubi współpracowników, bo łączy ich codzienność (a jeśli nie lubi, zmienia miejsce pracy). Lubi sąsiadów, bo wymieniają się drobnymi przysługami. I tak dalej.

Czy można jednak powiedzieć, że lubimy ludzi dla nich samych? Dla tego, jacy są? Pewnego dnia doszłam do wniosku, że raczej nie. I że wszelkie nasze uczucia wobec innych – nawet skrajne jak miłość i nienawiść – są jedynie efektem tego, co o nich wiemy. A tym bardziej tego, czego nie wiemy.

#DylematyFilozoficzne – statut

  1. Myśli przedstawione we wpisach z serii #DylematyFilozoficzne nie są moimi poglądami. Mogą się nimi stać, kiedy przemyślę daną sprawę i wyciągnę wnioski. Do tego czasu jednak traktuję je wyłącznie jako zarzewie dyskusji, w wyniku której będę mogła spojrzeć na ich przedmiot z innej perspektywy.
  2. Prezentując myśli, niemal zawsze – mniej lub bardziej – skłaniam się ku jednej z wymienionych opcji. Nie znaczy to, że stoję za nią murem. Przy nieśmiałych tezach stawiam znaki zapytania, a wiele myśli formułuję jako pytania, niekiedy dlatego, że ich nie rozumiem.
  3. Myśli ze wpisów z serii #DylematyFilozoficzne są nowe bądź stare-ale-porzucone, przez co nie zostały rozwinięte. Publikuję je, by miały szansę rozwinąć się w dyskusji z wami.
  4. Nie wszystkie wpisy z serii #DylematyFilozoficzne rzeczywiście są dylematami filozoficznymi. Kwestie filozoficzne traktuję jako synonim tematów skłaniających do refleksji.

Co co lubimy ludzi?

Lubimy ludzi za to, co o nich wiemy

Nie pamiętam, w jakich warunkach zrodziła się we mnie przedstawiona dzisiaj myśl. Wydaje mi się, że oglądałam program, w którym ludzie lubili się do czasu, kiedy jeden dowiedział się o drugim prawdy, i tak oto zakończyła się znajomość. I to nie taka cześć-cześć, tylko porządna. Specjalnie mnie ów fakt nie zdziwił, wszak dla niektórych pewne cechy, zainteresowania czy poglądy są nie do zaakceptowania.

Powodów do znielubienia lubianej osoby jest wiele. Orientacja seksualna, poglądy polityczne, wyznawana religia, naród, rasa, ideologia. Czy chciałabym się kumplować z kimś, kto po latach znajomości okazał się faszystą działającym online pod pseudonimem? Nie jestem pewna. Każda tolerancja ma granice.

Lubimy ludzi… pomimo tego, co o nich wiemy?

Podczas myślowych debat z samą sobą lubię wymyślać kontrargumenty dla pierwotnych tez. Inaczej wewnętrzna debata nie miałaby sensu, a rozważania nad podjętym tematem przybierałyby formę uznaniowego klepania się po plecach za każdy pomysł, nawet głupi. Dzięki figurze niewidzialnego oponenta zastopowałam satysfakcjonującą gonitwę myśli pytaniem:

A może jednak lubimy ludzi pomimo tego, co o nich wiemy?

Przez chwilę byłam pewna, że straciłam temat do wpisu, bo pierwotna teza jest błędna, a ja poradziłam sobie z dylematem sama. Ale tylko przez chwilę. Zdałam sobie bowiem sprawę, że tolerancja istniejąca w ludziach ma różne zakresy, z uwagi na co wyłącznie pewne cechy, poglądy i tak dalej możemy tolerować, a nawet akceptować. Inne bezwarunkowo odrzucamy. W tej drugiej kategorii niewątpliwie znajdzie się parę cech każdego człowieka, których nigdy nikomu nie zdradził.

Co co lubimy ludzi?

Lubimy pomimo vs. lubimy, bo nie wiemy

Zazwyczaj te najgorsze opinie, poglądy i myśli trzymamy dla siebie. Nie wierzę w istnienie ludzi tak dobrych, że mają jedynie miłe i pozytywne myśli. Po prostu niektórych rzeczy się nie mówi, żeby nie urazić innych.

Przyjrzyjmy się jednej sytuacji, lecz w trzech wariantach stanu wiedzy o lubianej osobie:

1. Lubienie za to, co się wie:

Poznaliście Wandę ze swoimi dziećmi. Nie wiecie, że nie przepada za dziećmi. Kiedy macie kryzysową sytuację i prosicie ją o pomoc, odmawia. Podaje byle jaki powód, w który wierzycie, bo wydaje się wam się prawdziwy. Nie jesteście z tego powodu szczęśliwi, ale lubicie Wandę.

2. Lubinie pomimo tego, o czym się wie:

Poznaliście Wandę ze swoimi dziećmi. Wiecie, że nie przepada za dziećmi. Kiedy macie kryzysową sytuację i prosicie ją o pomoc, odmawia. Nie jesteście z tego powodu szczęśliwi, ale lubicie Wandę pomimo tego, że nie zgadzacie się w kwestii stosunku do dzieci.

3. Lubienie dzięki niewiedzy:

Poznaliście Wandę ze swoimi dziećmi. Wiecie, że nie przepada za dziećmi. Kiedy macie kryzysową sytuację i prosicie ją o pomoc, odmawia. Nie jesteście z tego powodu szczęśliwi, ale lubicie Wandę pomimo tego, że nie zgadzacie się w kwestii stosunku do dzieci. Nie wiecie jednak, że ze wszystkimi innymi dziećmi zostałaby bez problemu. Po prostu wasze dzieci uważa za niewychowane i głupie gnoje, na których widok zbiera jej się na pawia. Wolałaby zawisnąć na haku wbitym w oko, przywiązanym do mostu osranego przez gołębie, niż spędzić z tymi gówniarzami choćby sekundę.

(Przykład z dziećmi możecie zamienić na rodziców, partnera, zwierzaki, cokolwiek).

Co co lubimy ludzi?

Skłaniam się zatem ku poglądowi, że lubimy ludzi za to, co o nich wiemy (i czego nie wiemy), a nie za to, jacy są naprawdę i całościowo. Owszem, możemy ich lubić pomimo pewnych cech, jednak z naciskiem na pewnych. Istnieją cechy nie do zaakceptowania, a wybór owych cech stanowi kwestię indywidualną.

***

Jak wy patrzycie na kwestię powodów, dla których lubicie ludzi?

9 myśli na temat “Lubimy ludzi, ale nie za to, jacy są #DylematyFilozoficzne

  1. Chyba nie da się dowiedzieć o ludziach wszystkiego. Faktycznie lubimy ich za to co o nich wiemy – a głównie za to, co oni sami pozwalają o sobie wiedzieć, nie muszą przecież mówić o sobie wszystkiego i te najgłębsze tajemnice mogą nigdy nie ujrzeć światła dziennego. Gdy o lubieniu mowa to faktycznie nie potrafiłabym nie przyjaźnić z jakimś faszystą czy jakimś pedofilem. Jednak orientacja, religia, naród czy rasa nie są dla mnie czynnikami wykluczającymi. Jeśli dana osoba nie robi czegoś co krzywdzi innych to jak najbardziej mogę się z nią przyjaźnić, ale w innym wypadku nie ma szans. Można więc powiedzieć że lubimy ludzi za to co o nich wiemy, bo tak naprawdę jeśli ten drugi człowiek nie powie nam naprawdę, jaki jest, to nigdy się tego nie dowiemy – i wtedy nie będzie się dało go lubić za to, jaki jest naprawdę, bo jak?

    1. Na pewno nie da się dowiedzieć wszystkiego o drugim człowieku. Żadnym. Nawet gdyby się udało, wiedzę trzeba byłoby aktualizować każdego dnia, wszak codziennie nabieramy nowego doświadczenia. Brzmi jak potwornie ciężka praca, nic miłego.

      Doszłyśmy do tego samego wniosku. Nie wiem, czy da się dojść do innego.

  2. Czasami chyba lubimy ludzi po prostu…emocjonalnie. Dobre pierwsze wrażenie może utrzymywać się naprawdę długo (a nawet za długo). Podobnie z dawnymi sentymentami. Widzimy np. że nasza koleżanka (czy, o zgrozo, partner) po raz setny zawaliła, ale wybaczamy, bo 4 lata temu było nam z nią miło na wakacjach. Myślę, że niezależnie od elementu miłosnego, z którym się zazwyczaj ten termin kojarzy, potrafimy być kimś ślepo zauroczeni. Znacznie fajniejsze (według mnie) są sytuacje odwrotne, kiedy, z czasem , nabieramy najpierw szacunku, a potem sympatii do kogoś, czyjś przysłowiowy „krzywy ryj” nas zraził na samym początku, bo raz widzieliśmy tę osobę jak dzielnie stawiła czoła sytuacji kryzysowej, potem rozczuliliśmy się, widząc, jak siedzi z chorym pieskiem u weterynarza, następnie w podziękowaniu za pomoc przy projekcie zaprosiliśmy ją na swoją imprezę urodzinową, żeby później zapraszać na następne, bo tak nam się spodobało to poczucie humoru , no i w ogóle szacun za życzliwość i mądrość życiową… Może to mało ekscytujące, ale uważam, że najfajniejsze relacje buduje się latami, często z osobami, które nie wywołały u nas efektu wow przy pierwszych spotkaniach (chociaż oczywiście, na szczęście , są sytuacje odwrotne, w których wykazujemy się tzw. doskonałą intuicją).

    1. Mam kilka znajomych, których lubię z sentymentu, choć w rzeczywistości zawodzą mnie za każdym razem, gdy wyjdę z inicjatywą. Co do wykształcania przyjaźni z początkowej niechęci/nielubienia, właśnie tak miałam z moją największą życiową przyjaciółką. Na początku – przez cały rok szkolny – nie mogłyśmy się znieść. Przez kolejne sześć lat za to byłyśmy nierozłączne.

      Zgadzam się z większością Twoich obserwacji. Nie poruszyłaś jednak kwestii wiedzy/niewiedzy o myślach drugiej osoby. Nawet ten przyjaciel, którego masz mimo wstępnej niechęci – btw, odnoszę wrażenie, że napisałaś o kimś konkretnym :) – zataja przed Tobą masę rzeczy. Lubisz go więc dzięki temu, że nie wiesz wszystkiego.

  3. Tak, zdecydowanie lubimy ludzi. Co prawda „nie lubię ludzi” powtarzam często jak mantrę i autentycznie nie lubię… większości. Bo nie dają się lubić. Gdyby jednak więcej osób była bardziej moja (?) lubiłabym ich więcej, ale i tak… nie aż tak. Nie wiem, im więcej się nad tym zastanawiam, tym to dziwniejsze. Bez innych ludzi nie da się żyć i czasem lepiej się w to nie zagłębiać. To moje zdanie.

    Ale! Lubimy za to, co wiemy, pomimo… to… ciekawy temat, ale według mnie zbyt rozmyty na dyskusje. To jeden z tych, które ja zaliczam jako te tematy z za dużym nagromadzeniem „to zależy”. Na niektóre kwestie idzie przymknąć oko, innych nie wiemy, a są i takie które świadomie próbujemy zmienić, wpłynąć na nie lub… nieświadomie.

    Z Wandą – nie lubi moich dzieci, o czym nie wiem. Ale tak naprawdę moje dzieci są irytujące i nie przeszkadza mi, że Wanda ich nie lubi, skoro lubi mnie? Może nie zostanie z moimi dziećmi, ale dzieci mogę zostawić z Janem, a z Wandą pójść na piwo bez dzieci.
    Wracam do tego, że wszystko zależy od cech, człowieka i poziomu tolerancji. I w ogóle przecież czasem można kogoś lubić lub nie, właściwie nawet bez wiedzy, dlaczego. Czasem tak mam, że nie umiem powiedzieć, dlaczego kogoś lubię / nie lubię.

    „Jacy są naprawdę i całościowo” to… nigdy tak drugiego człowieka nie poznamy. W zasadzie nawet samych siebie nie znamy w pełni, bo nie przeżyliśmy wszystkie i w pewnych sytuacjach, których nawet sobie nie wyobrażamy, nie wiemy, jak się zachowamy.

    1. „To jeden z tych, które ja zaliczam jako te tematy z za dużym nagromadzeniem „to zależy”.” – Nie zgadzam się. Nie ma żadnego „to zależy”, bo nigdy nie poznamy drugiej osoby w całości, w czym zresztą się ze mną zgodziłaś, więc pozostaje jedynie lubienie dzięki niewiedzy.

      „Na niektóre kwestie idzie przymknąć oko, innych nie wiemy, a są i takie które świadomie próbujemy zmienić, wpłynąć na nie lub… nieświadomie.” – To sprowadza się do dwóch głównych zbiorów: wiedzy i niewiedzy. Ważniejsza jest niewiedza, bo na nią nie mamy wpływu.

      „Wracam do tego, że wszystko zależy od cech, człowieka i poziomu tolerancji.” – Zgadzam się i o tym napisałam.

      „I w ogóle przecież czasem można kogoś lubić lub nie, właściwie nawet bez wiedzy, dlaczego.” – Owszem, można, jednak gdybyś wiedziała o tej osobie wszystko, nie lubiłabyś jej. Takie jest moje zdanie.

      „„Jacy są naprawdę i całościowo” to… nigdy tak drugiego człowieka nie poznamy.” – Dokładnie. Napisałam o tym.

      1. Jest „zależy” w odniesieniu do lubienia, a nie ogółem. Źle zrozumiałaś.
        W ogóle z lubieniem to sprawa złożona. Czy to fakt, na pewno nie powinno być pytanie?
        Chociaż wiesz co, epizodycznie na przestrzeni lat mi coś w sumie zupełnie innego plącze się po głowie. Bo… Też lubię sobie kontrargumenty wymyślać. I chodzi mi taka myśl, że co jeśli człowiek po prostu nauczył się lubić innych ludzi? Że sobie to po prostu podświadomie wmówił i to tak naturalnie jest przekazywane, a naprawdę człowiek z natury jest egoistą i lubi innych, bo są mu do życia potrzebni?
        Nawet z Mamą wczoraj trochę po Twoim tekście tak rozmawiałyśmy i w ogóle pojawiło się sporo różnych wątków. Mama podsumowała, że my patrzymy na to zbyt ogólnikowo. Coś w tym jest.

        A wiedza, jaką dysponujemy, ale modyfikujemy sobie świadomie lub nie?
        Kiedys mój nauczyciel z liceum powiedział, że według niego to być może tak naprawdę jesteśmy tacy, jak odbierają, widzą nas inni. Mówił, że może warto tak na to spojrzeć. Z tym się zupełnie nie zgadzam! Ale… To co z tymi, którzy nawet sami nie wiedzą, kim są? Patrzy, jak go ludzie postrzegają? Jakiś głupi ten jego wniosek mi się już wtedy wydał. Jednak piszę, że i takie poglądy są.

        Wiem, że pisałaś, ja napisałam pokazując, że się zgadzam.

        Twoje końcowe odpowiedzi na moje odpowiedzi znów mi podsunęły te rozmyślanie, czy człowiek aby na pewno lubi innych ludzi. Może nie? Może to wygoda i lubi to, co wie i chce wiedzieć?

        1. Nie sądzę, by człowiek mógł sobie wmówić lubienie ludzi na taką skalę. Zwłaszcza na początku istnienia gatunku ludzkiego, gdy był jeszcze matołkiem poznającym świat. Istnieje szereg zachowań altruistycznych niegenetycznych. Nie lubię teorii spiskowych, a ta koncepcja mi taką pachnie.

          Jesteśmy RÓWNIEŻ tacy, jakimi nas widzą. Co z tego, że Zenek powtarza, iż jest uczynny i pomocny, skoro jego rodzina robi wszystko w domu sama, a kiedy Zenek widzi na ulicy potrzebującego, odwraca głowę?

          1. Nie mówię o wmówieniu sobie świadomym. Bogów walącymi piorunami z nieba też sobie jakoś wymyślił i wmówił, a taki nieświadomy człowiek jak by „wymacał”, sprawdził zasadę, że w grupie idzie coś upolować, zrobić to… nauczył się lubienia możliwości robienia tego. Miło jest razem coś upolować, niemiło jest zostać upolowanym w samotności – kalkulacja, którą ktoś wyjątkowo głupi chyba też zrozumie.
            Pewnie, jest wiele przypadków, że np. obcy facet ratuje nieznajome dziecko, sam poświęcając własne życie. Instynkt? Może uwarunkowany wychowaniem, kulturowo? Bo są też przypadki matek wyrzucających swoje dzieci za okna. Podaję wielkie, skrajne przykłady, ale to tylko dowodzi mojego „to zależy”.

            Również – tak, ale nie tylko. Bo w końcu nikt nie wie, co w Zenku naprawdę siedzi. Może przez uczynność rozumie pomoc rodzinie w sensie „uwolnienia ich od problemów”. Zenek mógłby wdrażać w życie pomoc przez np. zabijanie, czyli w jego rozumieniu uwolnienie od problemów życia doczesnego. Może więc lepiej, że Zenek odwraca głowę? Jan z kolei powtarza, że jest nikim, ma niską samoocenę, a widząc potrzebującego robi wszystko, by mu pomóc. Idąc, nawet uważa, by nie nadepnąć na żadnego ślimaka! Ale sam o sobie myśli, że nie jest zbyt dobry. Nauczyciel mówił, że nieważne, co o sobie myślimy. Że ważne jest tylko to, jak nas inni ODBIERAJĄ. Nie mówił, że o tym, jacy jesteśmy świadczą czyny. O czynach to już moje zdanie. Z Mamą mamy taką zasadę, że w sumie nie mówimy, jak to sobie współczujemy, jak to siebie kochamy. Gdy jest bardzo zmęczona, to mogę pozmywać, chociaż to akurat jej zajęcie. Co której z nas, że powiedziałabym, jaka to jest biedna, że się umęczyła? Ano. Czyny poniekąd są odzwierciedleniem myśli i uczuć, bo jako istoty rozumne możemy wdrażać w życie to, o czym myślimy.

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.