Czy stajemy się poprawni na siłę? #DylematyFilozoficzne

Od długiego czasu oglądanie filmów fabularnych przeplatam odbywaniem seansów różnorodnych programów zagranicznych i nagrań na YouTubie. Zauważyłam, że mniej więcej w ostatnim roku (dwóch?) ostro odjechaliśmy w kwestii poprawności politycznej, zwłaszcza w sferze językowej. Pojawiły się tematy, o których nie wolno mówić – a tym bardziej żartować z nich – bo mogą kogoś skrzywdzić. Drastycznie wzrosła liczba słów, których nie wolno wypowiadać, wszak są ogólnospołecznie karygodne lub zostały zarezerwowane dla konkretnej grupy, a używanie ich jawi się jako skrajna zniewaga.

Czy to wszystko aby nie przesada? Czy nie stajemy się przeczuleni na punkcie byle pierdół, przez co zaczynamy być poprawni politycznie na siłę? Jednocześnie pouczamy innych, iż zachowują się bądź mówią źle i mają się natychmiast poprawić, inaczej będą seksistami, rasistami i innymi istami.

#DylematyFilozoficzne – statut

  1. Myśli przedstawione we wpisach z serii #DylematyFilozoficzne nie są moimi poglądami. Mogą się nimi stać, kiedy przemyślę daną sprawę i wyciągnę wnioski. Do tego czasu jednak traktuję je wyłącznie jako zarzewie dyskusji, w wyniku której będę mogła spojrzeć na ich przedmiot z innej perspektywy.
  2. Prezentując myśli, niemal zawsze – mniej lub bardziej – skłaniam się ku jednej z wymienionych opcji. Nie znaczy to, że stoję za nią murem. Przy nieśmiałych tezach stawiam znaki zapytania, a wiele myśli formułuję jako pytania, niekiedy dlatego, że ich nie rozumiem.
  3. Myśli ze wpisów z serii #DylematyFilozoficzne są nowe bądź stare-ale-porzucone, przez co nie zostały rozwinięte. Publikuję je, by miały szansę rozwinąć się w dyskusji z wami.
  4. Nie wszystkie wpisy z serii #DylematyFilozoficzne rzeczywiście są dylematami filozoficznymi. Kwestie filozoficzne traktuję jako synonim tematów skłaniających do refleksji.

Poprawność polityczna - czy stajemy się poprawni na siłę?

Czy stajemy się poprawni politycznie na siłę?

Trend stawania się poprawnym politycznie na siłę szczególnie widać na Zachodzie i w wybranych środowiskach ideologicznych (zwłaszcza skrajnych, a także w mniejszościach). Doskonały przykład stanowi używanie słów nigger czy nigga jako synonimów ziomka w rozmowie z kumplami. Jeszcze parę lat temu nie budziły większych zastrzeżeń. Obecnie – wprost przeciwnie. Jeśli wypowiada je osoba czarnoskóra, jest ok. Jeśli ośmieli się ich użyć jego białoskóry znajomy, następuje koniec świata.

Innym przykładem jest żartowanie z kobiet w pobliżu skrajnych feministek czy z homoseksualistów, osób głęboko wierzących i tak dalej. Oczywiście mam na myśli rzeczywiste żarty, nie zaś wypowiedzi chamskie i obraźliwe, mające na celu osłabienie przekazu ideologicznego czy zranienie/zdenerwowanie odbiorców.

Czy można mówić o wszystkim i żartować z każdej rzeczy?

W teorii na oba powyższe pytania odpowiadam twierdząco. Mamy wolność słowa, więc czemu kisić w sobie przekonania? Jak jednak zasygnalizowałam we wpisie Wolność słowa vs poprawność polityczna vs przyzwoitość opublikowanym w ramach serii #DylematyFilozoficzne, niektórych rzeczy nie opłaca się mówić, bo nie wnoszą niczego pozytywnego do świata, a mogą jedynie kogoś zasmucić bądź zdenerwować.

Przykładowo to, że uważam ojca przyjaciółki za obleśnego dziada, a matkę za jednego z najgłupszych ludzi, jakich poznałam, nie wniesie niczego wartościowego, za to z pewnością zniechęci do mnie przyjaciółkę.

Poprawność polityczna - czy stajemy się poprawni na siłę?

Czy powinno się przestać poruszać pewne tematy publicznie?

Nie wszystkie żarty mnie śmieszą. Nie śmieję się, gdy ktoś żartuje ze śmierci Żydów i z grubych osób. Dowcipy o cierpieniu zwierząt przyjmuję różnie, acz też wolę ich nie słuchać. (Całą resztę mocnych i kontrowersyjnych żartów wręcz uwielbiam). Nie uważam jednak, że powinno istnieć prawo zabraniające śmiania się z rzeczy, które nie śmieszą mnie. Na wszystko jest czas i miejsce.

Można, a nawet trzeba odbywać kulturalne debaty publiczne na trudne i kontrowersyjne tematy. Również można, a nawet trzeba żartować z tematów pozornie nieżartobliwych, by spuścić trochę ciśnienia z osób, które w wyniku oburzenia napompowały się jak balony. (Mam na myśli np. żarty z tragedii narodowych).

***

Myślę, że bezkrytyczna tolerancja jest zgubna, podobnie jak brak tolerancji. Za złe uważam pomijanie tematów, które są społecznie ważne. (Za to prywatne uwagi krytyczne można zatrzymać dla siebie, a chamskie komentarze nawet trzeba). Po pierwsze nie da się iść przez życie, traktując wszystko jak cenną porcelanę. Po drugie skrajna tolerancja sprawi, że pewnego dnia uznamy za dobre wszystko, żeby kogoś przypadkiem nie urazić. Po trzecie co z wolnością słowa?

Nie wiem natomiast, co zrobić ze słowami typu nigger czy nigga, które jeszcze parę lat można było wypowiadać – mam na myśli wyłącznie pozytywny lub neutralny wydźwięk – a obecnie są przejawem rasizmu, seksizmu i miliona innych izmów. Co wy o tym wszystkim sądzicie?

41 myśli na temat “Czy stajemy się poprawni na siłę? #DylematyFilozoficzne

  1. To raczej zależy na kogo się trafi. Ja znam dużo osób które żartują ze wszystkiego i wszystkich, nawet wliczając w to Żydów i grubych (co niespecjalnie mi się podoba, ale jako że nie jestem konfliktowa to nie wdaję się w kłótnię). Ja raczej takie tematy zostawiam dla siebie, bo nigdy nie wiem jak zostanę odebrana :p

    1. Nie wywołuję kłótni dotyczących żartów, które mnie nie śmieszą, ani nikogo nie pouczam. Jak napisałam, uważam, że żartować można ze wszystkiego. Ode mnie zależy tylko i aż to, z którego żartu będę się śmiała.

  2. Z osobami bliskimi to wiem, że mogę żartować i rozmawiać o wszystkim, bo mamy podobne poglądy na większość spraw, z kolei z ludźmi nowo poznanymi wolę nie poruszać niektórych tematów, bo wiem, że niewiele trzeba do niesnasek, a szkoda mi energii na sprzeczki z obcymi ludźmi, nie widzę w tym sensu. Ale masz rację – w ostatnich latach trzeba coraz bardziej uważać na słowa, żeby kogoś nie urazić, a ludzie stają się jakby bardziej wrażliwi na wszystko.

  3. Boze, po prostu się doedukuj i wyjdź poza yt, to zrozumiesz czemu nie powinno używać się n word albo innych takich slow typu p*dal. To nie jest takie trudne, a pisaniem takiego posta tylko robisz z siebie jeszcze większa ignorantke. Szczególnie w dobie protestów w USA, a także w Polsce.

  4. No fajnie jest używać komentarze, gdy jest się rasista. Nice try. Tak jak mowilam, poczytaj coś i przestań zgrywać oświecona, bo zrzucanie na poprawność polityczna słabo ci wychodzi. Nie używa się slow na p i n tyle. Capslockiem napisać, abyś zrozumiała?

  5. Wiesz, kiedy biali ludzie mogli używać n-word bez konsekwencji? W czasach niewolnictwa i segregacji rasowej. Tak Ci za nimi tęskno? Poznaj trochę kontekst kulturowy i historyczny zanim zapostujesz taki bełkot i nie próbuj zasłaniać swojej ignorancji okrutna poprawnością polityczna.

    1. Mnie każesz wyjść poza Youtube, a sama piszesz youtube’owym slangiem. Dziękuję, że mnie oświeciłaś, iż słowo ma źródło w czasach niewolnictwa. Bez Ciebie pogubiłabym się w temacie <3 Jest jednak mały problem... To, że błysnęłaś wiedzą z filmiku youtubera oburzonego używaniem tego słowa, nie znaczy jeszcze, że masz rację. To wyłącznie Twoje zdanie. Miłego dnia :)

      1. A gdzie tu youtubowy slang? I skąd wiesz skąd wzięła się moja wiedza na ten temat? Nie jest to moje zdanie, a stanowisko historyków, socjologów i innych osób, które badają zmiany kulturowo-społeczne. Może to ty tu powinnaś poczytać coś więcej niż skład jedzenia.

  6. Nie mogę się nadziwić, że tak wielkie oburzenie może wzbudzać jedno słowo. Według mnie sęk tkwi w tym, jak ono jest używane. Wydaje mi się, że mogę się wypowiedzieć w tym temacie, bo sama na sobie doświadczam tego, że ładunek emocjonalny, z jakim wymawiane jest dane określenie, ma znaczenie. Ze względu na to, czym się zajmuję, bywam nazywana czarownicą i postawy ludzi, którzy tak o mnie mówią bywają skrajnie różne. Jedni są pełni odrazy, pogardy a nawet złości i chętnie pogoniliby mnie widłami albo przynajmniej napluliby mi buty, a drudzy potrafią wypowiedzieć słowo „czarownica” z szacunkiem. Nie mówię tu o moich bliskich a o kompletnie obcych osobach. Jednak widzę, że rzeczywiście poprawność w wypowiedziach zaczyna stawać się obsesją. Zdarzyło mi się, że w luźnej konwersacji w sklepie dwie kobiety nazwały mnie czarownicą, a potem usilnie dopytywały się, czy nie jestem urażona. Wypowiedziały to w taki sposób, że nawet przez myśl mi nie przeszło, że mogłyby mnie tym obrazić. Jednak one miały wrażenie, że już nawet opisując kogoś danym słowem mogą zrobić mu przykrość. Było to dla mnie zdumiewające. Kolejnym zderzeniem z rzeczywistością był dla mnie moment, w którym podczas całkowicie neutralnej i swobodnej konwersacji z moją koleżanką wypowiedziałam słowo „Żyd”. Koleżanka skrzywiła się i powiedziała mi, że lepiej nie używać tego wyrażenia, bo może ono zostać źle odebrane. Czy w związku z tak nasiloną potrzebą zachowania poprawności w swoich wypowiedziach powinniśmy nazywać Żydów Izraelitami, żeby przez przypadek nie mieć skojarzeń z antysemityzmem i Holocaustem? Idąc tym tropem za niedługo nawet słowo „inwalida” stanie się tabu. Czy nie zaczynamy się w tym momencie posuwać do granic absurdu? Wiem, że każde wypowiadane słowo, to wysyłana przez nas energia, która wpływa na świat wokół nas i na nas samych, ale wracając do początku mojej wypowiedzi nadal uważam, że największe znaczenie ma to, jaki ładunek emocjonalny nadajemy danemu wyrażeniu a nie samo słowo. Dlatego nie widzę nic nieodpowiedniego w używaniu słów uważanych powszechnie za obraźliwe takich jak np. „nigger” czy „nigga” w danych okolicznościach. Oczywiście rozumiem, że są pewne wyjątki i niektórym określeniom (typowym przekleństwom) nie da się nadać pozytywnego lub choćby neutralnego wydźwięku. Jednak mój komentarz skupia wplataniu pewnych kontrowersyjnych słów i wyrażeń w wypowiedzi a nie o rzucaniu obelgami na prawo i lewo.

    1. Odnośnie słów żyd (wyznanie) i Żyd (narodowość) zauważyłam dokładnie to, o czym napisałaś. Nie można powiedzieć „Piotrek jest Żydem/żydem”, bo… no właśnie, bo co? O czarownicy nie pomyślałam, ponieważ rzadko używam tego słowa, a kiedy już używam, mówię tak… o sobie. Na dodatek wyłącznie w pozytywnym kontekście. Czarownica i wiedźma są dla mnie symbolami potężnych kobiet, które mają połączenie z naturą i które lepiej odczytują sygnały płynące z natury niż kobiety współczesne, zakorzenione w nowoczesności i dużym mieście. Jak ktoś się uprze, w wieeelu słowach znajdzie punkt zaczepny.

      Zdecydowanie zgadzam się z Tobą w punkcie, że to nie słowa ranią, ale kontekst. Jeśli chcesz kogoś obrazić, możesz użyć do tego nawet słów pozornie zwykłych.

  7. Mam kłopot z żartowaniem z tych samych tematów i przyznaję, że doskwiera mi też, gdy ktoś prezentuje takie poczucie humoru w moim towarzystwie. Może masz rację – może to hipokryzja?
    Nie przeszkadza mi natomiast naśmiewanie się z otyłości, bo zazwyczaj staje się dla mnie pretekstem to zaprezentowania mojego poglądu na temat żartowania z chudości, które czasami przybiera postać, którą nazwałabym hejtem. Akceptacja społecznej negacji osób zbyt szczupłych jest dla mnie nie do przyjęcia.

    Nygga. Nie widzę niczego złego w słowie ,,kobieta”, ale może postrzegałabym je inaczej, gdyby powszechnym było zapędzanie wszystkich kobiet do pracy w chlewie? Przemyślę!

    1. Wcale nie twierdzę, że to hipokryzja. Hipokryzją byłaby niechęć do słuchania żartów na temat xyz, a jednocześnie opowiadanie takich żartów albo wydawanie gazety z takimi żartami i wzbogacanie się na sprzedaży. Sama mam tematy, które mnie smucą albo przerażają, w związku z czym nie chcę o nich słuchać. Jeżeli ktoś chce je ze mną poruszyć, odpowiadam, że nie jestem zainteresowana. Z kolei kiedy ktoś rozmawia obok mnie z inną osobą, odchodzę dalej, żeby nie słyszeć, bo rozmawianie jest prawem tych osób, a to ja jestem kimś, komu nie pasuje zastana sytuacja.

      Napiszesz coś więcej o Twoim stosunku do żartów z chudych osób? Zainteresowałaś mnie.

      Żydzi masowo ginęli w czasie drugiej wojny światowej. Czy słowa Żyd bądź żyd uważasz za obraźliwe? Daj znać, jak przemyślenia. Ja też ostatnio dużo myślę na różne tematy. Akurat mam trochę wolnego.

  8. Kolejny temat, na który ja mam łatwy pogląd: złoty środek. Zupełnie nie śledzę filmików na YouTube itp., więc nie wiem, co tam się dzieje, ale w serwisach informacyjnych, gdzie są zapraszani politycy i specjaliści zauważam coś innego. Ludzie wyważeni i poprawni politycznie są krytykowani, jak czasem powiedzą coś chociaż trochę ostrzej, a tym skrajnym, chamskim uchodzi obrażanie itp., bo dołącza tłumaczenie: „a bo to pan X, znamy wszyscy pana X… pan X zawsze mówi ostro”. Nie podoba mi się, że „nigga” stało się obraźliwe. Właściwie nawet tego nie rozumiem. Mogę być nazywana białasem i przez siebie, i przez Murzynów (lubię słowo „Murzyn” i nie uważam go za niepoprawne politycznie), ale nie mogę powiedzieć „nigga” do czarnoskórego kolegi? On się nie obrazi, ale jego znajomi, którzy mnie prawie nie znają będą na mnie patrzeć krzywo. Nie rozumiem tego i już. Jak zwykle się powtórzę: złoty środek i tyle, trochę dystansu. Problem w tym, że ludziom dystansu brakuje, a złotego środka większość chyba znaleźć nie umie. Z takimi nie widzę sensu podejmowania rozmów.
    Przypomniało mi się za to, jak w USA kilka osób strasznie kluczyło, byle nie powiedzieć o mnie „skinny” (bo to bardzo obraźliwe jako „chudzielec”, analogicznie do „grubas”, „czarnuch” itd.). A mnie to ani trochę nie rusza. Nie rozumiem też spinania się za różne słowa, np. „cycki”. Nie są według mnie wulgarne, a np. „piersi” mi się nie podoba (kojarzą mi się z kurczakiem). I tak sobie myślę, na ile problem jest z językiem, a na ile z ludźmi. To znaczy… jak ktoś ma taki wielki problem z językiem i pewnymi tematami, to ja raczej widzę człowieka z problemami z… samym sobą? Niepewnego swoich poglądów? O ile kulturę osobistą cenię, tak sztuczną, przesadzoną poprawność polityczną bardzo krytykuję. Gdy ktoś na chama kłamie, dlaczego mam mówić, że „mija się z prawdą” zamiast po prostu „kłamie”?

    1. Mogłabym się podpisać pod niemal całością Twojego komentarza. Niemal, bo mnie nie przeszkadzają ani cycki, ani piersi w kontekście biustu. Wiele razy chciało mi się śmiać, kiedy ktoś mnie opisywał, długo kluczył i w końcu wybierał bezpieczne słowo „szczupła”, kiedy na zdjęciu było widać kości, np. żebra. Moim zdaniem wszystko zależy od tego, co akceptuje rozmówca. Jeśli ma do siebie dystans i akceptuje to, kim jest, jak wygląda, jakie ma poglądy etc., po co się przy nim czaić i używać nietrafionych synonimów? Oczywiście, że nie nazwałabym osoby wychodzącej z anoreksji „chudzielcem” ani czarnoskórego znajomego „nigga”, jeśli wcześniej nie powiedzieliby mi, że nie mają niczego przeciwko.

      1. Ej, łapiesz za słówka. „Piersi” w sumie w większości przypadków są mi obojętne, ale są lepsze słowa. Podałam przykład po prostu…
        „Oczywiście…” – dokładnie! To powinno być intuicyjne i naturalne; dziwi mnie, jak można tego nie czuć.

        1. To nie jest łapanie za słówka. Łapanie za słówka ma miejsce, gdy ktoś coś mówi i użyje niefortunnego słowa wymienialnego na inne. W podanym przez Ciebie przykładzie chodzi dokładnie o słowo piersi, bo tylko piersi są z kurczaka.

  9. Myślę, że cała sytuacja z tzw „zakazanymi zwrotami/słowami” całkowicie zgubiła proporcje:/ Niedługo dojdzie do takiego kuriozum, że określenie” zbielałam” jako wyraz zdziwienia i zaskoczenia- będzie niepoprawne politycznie. Oczywiście, że należy spuścić trochę powietrza z tego absurdu! Poprawność polityczna powinna obowiązywać w sytuacjach typowo dyplomatycznych lub funkcjonować podobnie do zasad savoir-vivre. No bo po co sprawiać ludziom przykrość? Przypadek o którym wspomniałaś (obleśny ojciec przyjaciólki, glupia matka)- skrajny przykład, niemniej naświetla w jaskrawy sposób, kiedy absolutnie nie należy owych mysli wyglaszać. Sądzę, że wolność słowa to- poza oczywistą demokratycznie przywoloną zasadą głoszenia poglądów- także umiejętność dopasowania danych zwrotów do osób/sytuacji. Umiejętność sprawnego posługiwania się językiem, bogate słownictwo, elokwencja. Co z tego, że „uwolnię” słowo, skoro nie trafi na właściwy grunt lub wywoła większe zamieszanie niż przed jego „oswobodzeniem”(czyli wypowiedzeniem) ? Wolność słowa to także umiejętność przemilczenia niektórych sytuacji. Odpuszczenie, bo milczenie jest często najwymowniejszym komentarzem.
    Co innego zart. Tutaj uważam, że powinna być dowolność. Wchodzimy w jakąś konwencję, a więc stajemy się na chwilę aktorami( sorry za przykład ale muszę: jeśli żona w sypialni powie mężowi: mów do mnie brzydko /wiadomo o jakie”brzydko” chodzi/, i mąż tę prośbę spełnia, to żona nie nagrywa go na dyktafon, nie żąda rozwodu przedstawiając w sądzie nagranie jako dowód). Z żartem jest podobnie, wchodzimy w jakąś rolę, nakładamy maskę komika. Idealnym przykładem jest stand’up. Miałam podobnie z Żydami, ze śmiercią zwierząt. Nie śmieszy mnie też żart mocno erotyczny, zahaczający o pornografię. Ale Stand’up nauczył mnie dystansu. Może nie wybucham śmiechem na żart o ww.tematyce, ale potrafię już słuchać ich bez obrzydzenia i spuszczania wzroku (z zażenowania).
    Ps Świetny cykl. Uważam, ze masz bardzo dużo do przekazania. Głowa pełna pomysłów, podoba mi się stawianie samej sobie kontrargumentów ( pisałaś o tym we wcześniejszym poście) . Ogromna wiedza, oczytanie i wszechstronność. Gratuluję i uważam, że jak mało kto znasz definicję „wolności słowa”, m.in tę o której wyżej napisałam. Umiejętność ignorowania hejtu i stawania ponad niektórymi hmm przeciętnymi jednostkami- również się pod nią podpina.

    1. „Sądzę, że wolność słowa to- poza oczywistą demokratycznie przywoloną zasadą głoszenia poglądów- także umiejętność dopasowania danych zwrotów do osób/sytuacji. Umiejętność sprawnego posługiwania się językiem, bogate słownictwo, elokwencja. […] Wolność słowa to także umiejętność przemilczenia niektórych sytuacji. Odpuszczenie, bo milczenie jest często najwymowniejszym komentarzem.” – Myślę tak samo i zgadzam się z Twoim komentarzem. Mamy do dyspozycji inteligencję, która jest prawem i przywilejem, ale również obowiązkiem wobec świata. Nakłada na nas ogromną odpowiedzialność, także za słowa.

      Świetny przykład dialogu podczas seksu. Jeśli jeden partner wyzywa drugiego od szmat i innych, ale za zgodą obydwojga, nie znaczy to, że w związku nie ma miłości czy jedna strona nie szanuje drugiej. To samo z żartami. Dobra alegoria z aktorem. Nigdy nie patrzyłam na to w ten sposób, ale przemawia do mnie. W sumie powinnam była, bo na studiach miałam sporo tekstów Ervinga Goffmana, w których analizował człowieka w świecie jako aktora w teatrze.

      Dziękuję :)

  10. Mam poczucie, że na naśmiewanie się z chudości i obrażanie jej jest przyzwolenie społeczne. Chociaż w komentarzach znalazłam zupełnie inne przykłady, wydaje mi się, że głośne wyrażenie dezaprobaty dla szczupłości jest akceptowalne, a powiedzenie, że ktoś jest gruby – już nie. Często przybiera to postać niemal paradoksalną – osoba otyła zwraca się do tej z niedowagą i z wyższością wskazuje, że te odstające kości to mogłaby jednak zakryć, bo ją (estetycznie!) rażą. Po operacji schudłam 10 kg i nagle całe otoczenie zaczęło wyrażać niepotrzebne opinie na temat mojego wyglądu, a ja dostrzegłam w tym pewną niesprawiedliwość. Nie wypada przecież odpowiedzieć, że bmi rozmówcy też nie mieści się w normie.

    Moim zdaniem w słowie Żyd nie ma niczego obraźliwego. Prawdę powiedziawszy, pierwszy raz spotkałam się z taką hipotezą. Obie formą (dużą i małą literą) funkcjonują w języku i mają się dobrze. Jeśli ,,Żyd” jest obraźliwe to chyba autor wypowiedzi ma ukryte myśli neonazistowskie, z którymi powinien się uporać. Dowcipy mnie nie bawią z dwu innych przyczyn. W liceum czytałam setki książek o martyrologii narodu żydowskiego i nie lubię żartów tak bardzo skonkretyzowanych historycznie. Z Wielkiego Głodu ma Ukrainie też nie potrafiłabym się śmiać, bo tragedii narodowych nie chciałabym się śmiać. Czasami dystans społeczny i historyczny sprawia, że przekraczam postawioną sobie granicę, ale staram się zachowywać przyzwoicie, w moim odczuciu przyzwoicie.
    Fajnie, że z Twojego myślenia rodzą się takie przemyślenia i dyskusje!
    Z ,,nygga” chyba jest tak, że nasz europejski kontekst kulturowy nie jest w stanie pomieścić istoty tego sporu. Obawiam się też, że jeśli włożono już tyle pracy by odnaleźć pejoratywne, wyłącznie pejoratywne znaczenie tego słowa, to tego procesu, moim zdaniem zmiany znaczenia przez pogorszenie go (degradacja), nie da się już zatrzymać. Jeśli ,,nygga” to ‚obraźliwie o ciemnoskórym znajomym’ to w porządku, nie używajmy tego słowa. Niemniej, uważałabym na innowacje językowe, bo w moim poczuciu – większość wcale nie jest potrzebna.

    1. Przepraszam za te literówki. Myślę, że wypowiedź dalej jest czytelna, ale trochę się wstydzę tego, jak ona wygląda.

    2. Z moich obserwacji – niestety poczynionych w latach szkolnych, czyli dawno – wynika, że grubym ludziom obrywa się zdecydowanie częściej niż chudym. Obecnie w ogóle nie zwracam uwagi na wyzwiska wobec innych, a sama nie wyzywam, więc nie mam świeżych danych.

      Słowa, symbole i znaki nabierają znaczenia i tracą tak długo, jak istnieją. Zanim swastykę przejął Hitler, nie kojarzyła się z niczym złym. Słowo nigger początkowo było neutralne, ale rozpowszechniło się jako oblega wobec czarnoskórych niewolników. Z czasem zostało przejęte przez nich i przemienione w pełne mocy, siły, gotowości do walki o wolność. Z biegiem lat oswajano je na kolejne sposoby, m.in. włączając do codziennych rozmów (slang) i muzyki (rap). Skoro więc dziś traktujemy swastykę jako coś złego, bo taki był jej ostatni „etap rozwoju”, dlaczego nie bierzemy pod uwagę ostatniego „etapu rozwoju” słowa nigga, tylko uparcie wracamy do środkowego, najgorszego? Może to strach przed odebraniem słowu mocy? Obawa, że spowszednieje i stanie się niczym więcej niż synonimem słów kolega, kumpel, ziomek etc.?

    3. Elu, chyba nie brałaś udziału w zbyt wielu awanturach internetowych (i może słusznie) – nazywanie dyskutanta Żydem\żydem\żydostwem jest bardzo częste i spotykane głównie wśród zwolenników różnorakich teorii spiskowych jako wyzwisko w stosunku do osób które w takie teorie nie wierzą (przykładowe tematy – niestnienie COVID-19, chemtrails, rząd światowy, etc). Podobnie zresztą jest w tematach politycznych – skrajna/szurska prawica ma całe listy osób „podejrzewanych” o bycie Żydami, Andrzej Duda w niektórych kręgach jest nazywany „Andrzejem Judą” bo raz zapalił menorę, etc. I tak, to nie jest może mainstream (chociaż do niego wchodzi – chociażby pojęcie „żydokomuna”), ale w internecie ten nie-mainstream jest w dyskusji politycznej bardzo silny i nazwanie tam kogoś Żydem to ekstremalne wyzwisko.

  11. Elu, zgadzam się z Tobą w 100% jeśli chodzi o zagadnienie chudości. Ma się to niestety także do spożywania pokarmu publicznie: jeśli otyła osoba się posila: żre jak świnia, tylko dokłada sobie kilogramów. Jeśli na widoku jest osoba szczupła z pizzą przy ustach: oo jaka trendy! Fajnie, że nie przywiązuje wagi do kcal. Na zdrowie, laska! Sama tego doświadczyłam: dramatycznych, skrajnych wzlotów i spadków wagowych. Zawsze, ale to zawsze czułam na sobie osądzające spojrzenia gdy jadłam, a ważyłam lekko „pond normę”. Otyły nie powie publicznie: jestem głody ( chyba, ze ma mega dystans do siebie i głęboko w poważaniu, co inny sądzą). Szczupły bezkarnie może narzekać: ale bym coś ZEŻARŁ/ZEŻARŁA. Konia z kopytami! Wyobraźmy sobie, ze takie zdanie wypowiada ktoś z nadwagą..

    „Mam poczucie, że na naśmiewanie się z chudości i obrażanie jej jest przyzwolenie społeczne.”- dokładnie tak jest. A to dlatego, że te „wyzwiska” nie do końca są negatywnie nacechowane. Mają w sobie coś..uroczego? Coś z troski? ”Ty chudzielcu” brzmi mniej obrażliwie niż „Ty spaślaku”. Brzmi wręcz jak wyraz współczucia, troski i chęci dokarmienia. To absurd i fatalny paradoks, bo żadne skrajności nie są ok…Wciąż tkwimy w nomenklaturze i stereotypach, których nie da się wykorzenić ot tak.

    ”Z ,,nygga” chyba jest tak, że nasz europejski kontekst kulturowy nie jest w stanie pomieścić istoty tego sporu”- jak dla mnie zdanie najtrafniej ujmujące „clue” tematu. Od niektórych kwestii należy się trzymać z daleka, nie ze strachu, nie z zachowania poprawności politycznej, ale z braku wiedzy, doświadczenia, umiejętności popatrzenia na problem w bardziej złożonym kontekście, w makroskali.

    1. Moim zdaniem Ela miała na myśli coś dokładnie odwrotnego niż Ty.

      Współczesna młodzież amerykańska ma lepszy kontekst historyczny niż zainteresowani kwestiami społecznymi mieszkańcy Europy? Śmiem wątpić. Kulturowy – moooże, acz też nie spieszyłabym się z przyklepaniem opinii. Chyba po prostu mam kiepskie zdanie o wiedzy współczesnej młodzieży.

      1. Kh (przepraszam, jeśli to skrót, którego nie rozumiem!) odczytała moje słowa dokładnie tak, jak tego chciałam. Wydaje mi się, że kontekst kulturowy to nie tylko świadomość historyczna. Ja o sporze wokół słowa ,,nygga” do niedzieli nawet nie słyszałam. My to słowo zapożyczyliśmy, pamiętam je sprzed 10 lat. To był mój kompan, żartobliwie kolega. Nie wiem, jak kształtują się zmiany semantyczne w USA, ale w Polsce to nie jest chyba powszechne słowo, a tym bardziej – powszechne nie są jego nadużycia.

        Olgo, jak rozumiem – próbowałaś przybliżyć mi kontekst historyczny. Może źle wyjaśniłam, o co mi chodzi. Z Twoich i moich rozważań wysnułam dwa pytania mogące stanąć obok ,,Czy stajemy się poprawni na siłę?”. Czy poprawność polityczna ogranicza zmiany znaczeniowe? Czy innowacje językowe wynikają z przemian społecznych, a może – przemiany społeczne wynikają z innowacji językowe?

        Kh, co do dobrej intencji przy wskazywaniu komuś jego szczupłości – mam wątpliwości. Chciałabym wierzyć, że rzeczywiście to tylko życzliwość, ale ja po prostu czułam się obrażana. Może byłam nieco nadwrażliwa, ale było mi zwyczajnie przykro. ,,Takie chude, jakie brzydkie”, ,,Zjedz coś”, ,,Może coś normalnego pani kupi?” to tylko wybór ze znacznie gorszych zdań, które słyszałam. A, w moim poczuciu, nie mam obowiązku tłumaczenia się (!) z mojej wagi. Ponadto każdy taki przytyk przypominał mi o operacji i przywoływał strach, paniczny lęk sprzed zabiegu. I zgoda, mam ten sam postulat. Po prostu nie oceniajmy innych przez pryzmat BMI, powinno wystarczyć.

        1. Mialam na mysli wydzwiek tych wyzwisk,a nie intencje. Zalezy tez,kto je wypowiada. Z doswiadczenia wiem,ze kobiece oceny podszyte sa zazdroscia. A to jeszcze gorsze,bo umacnia stereotyp i wskazuje jak silnie jest zakorzeniony.Bardziej spolecznie aprobowane jest „ty chudzielcu,zjedz cos” niz „a ty to juz grubsza niz dluzsza”.Ja rowniez nie czulam sie komfortowo slyszac „zjedz cos patyku”, jednak ” a ta znowu cos je” „moze juz wystarczy?”-bylo dla mnie nie do zniesienia(byc moze dlatego ze zdecydowanie wieksza czesc zycia bylam pulchnym dzieckiem, przewrazliwionym na punkcie wlasnej wagi). Uwazam,ze obie sytuacje sa bardzo zle. I tak samo krzywdzace. Jednak teraz dochodzi kwestia postrzegania otylosci i szczuplosci wsrod spoleczenstwa i utarty schemat: gruba be,chuda cacy, ale to juz troche off top. Ps KH to od Kacha ;)

          1. Dziekuję! Już marginalnie dodam, że i ja postrzegam to bardzo subiektywnie – dopóki nie zaczęłam chorować, nie zastanawiałam się nad powiązaniem waga-wartość człowieka. Pewnie dlatego tylko jedna strona medalu wydaje mi się tak wyrazista.

              1. Ja dziekuje za ciekawa wymiane zdan :) a co do tego powiazania..absurdalne,ze cos takiego w ogole istnieje:/ przykre,ale niestety tkwi to w ludziach,uwielbiamy oceniac. Grunt to pracowac nad wykorzenieniem bezsensownych
                stereotypow i porzucic bledne kanony.

                1. Dziewczyny, jestem szczerze wzruszona, gdy czytam Waszą wymianę zdań. Kiedy rozpoczynałam tę serię, miałam marzenie, by właśnie tak to wyglądało. Dziękuję Wam z całego serca.

                    1. To i ja – jeszcze raz dziękuję. I potwierdzam, że niedzielne wpisy są wyczekiwane (:.

  12. My mamy wieksze pojecie nt kwestii antysemickich, spraw dotyczacych naszej historii,kulturowosci, tradycji,obyczajowosci,tematow w swiadomosci mocno osadzonych i wplywajacych na nas i nasze postrzeganie przeszlosci i terazniejszosci,tworzacych nas. Oni maja swoje. I o swoich wiedzą zapewne więcej, chocby ze wzgledu na wyzsze prawdopodobienstwo doswiadczenia (zostania okreslonym mianem „nygga”). U nas czesciej uslyszysz ” ale z Ciebie Zyd” niz „Spadaj,czarnuchu”. Mialam na mysli odrebne i calkiem rozne warunki ” narodzin” tych napietnowanych okreslen.

  13. Zależy od wersji – mniej antysemickie uważają, że reptalianie to odrębna rasa, bardziej antysemickie – że to jedno i to samo (tutaj niektórzy jeszcze wierzą, że głównymi przeciwnikami złych Żydów są dobrzy Polacy, którzy pochodzą, a jakże, z kosmosu).
    Jeszcze w temacie Żyd to nie obelga przypomniały mi się dwa przykłady – jeden lokalny, drugi krajowy
    Lokalny – Kraków. Graffiti „Anti-Jude”/ „Śmierć żydom” i pokrewne i oczywiście słowo żyd jako ekstremalne wyzwisko. Wszystko z powodu okolicznej wojenki piłkarskiej („Żydzi” to wyzwisko na fanów Cracovii, „Psy” na fanów Wisły).
    Krajowy – w temacie antysemityzmu w polityce – mamy w Sejmie Konfederację, z takimi osobami jak Grzegorz Braun. Nie lubią za bardzo żydów i mieli nie-aż-tak-małe poparcie w wyborach, więc to nie jest tylko grupka dziwaków, która to słowo może uważać za ciężka obelgę.

    1. Uno, dobre rozpoznanie – rzeczywiście nie biorę udziału w internetowych dyskusjach. Właściwie powinnam była wziąć to pod uwagę już od początku pisania moich opinii, bo Olga zaznaczyła, że motywacją tego postu jest, między innymi, odbiór twórczości z YouTube’a.
      Nie mogę dodać nic ponad to, że naświetlenie tego użycia, stereotypizacja w codziennych powiedzeniach, są przykre i w moim odczuciu – zbędne.

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.