Zwierzęta zamiast dzieci – zastępstwo czy wybór? #DylematyFilozoficzne

Moja mała córeczka – nie raz zdarzyło mi się powiedzieć do Rubi. Czy to znaczy, że traktuję ją jako moje dziecko? I czy rzeczywiście rację mają osoby omawiające zjawisko zwiększania się liczby kobiet odrzucających bądź przesuwających w czasie macierzyństwo, kiedy twierdzą, iż współczesne kobiety – czy szerzej: pary – traktują zwierzęta jako zastępstwo potomstwa?

Kiedy usłyszałam powyższą tezę po raz pierwszy, byłam skłonna się zgodzić. Faktem jest, że zwierzęta mają dziś inny status niż dawniej. Jednocześnie coś sprawiło, iż teza została mi w głowie i zaczęła domagać się przemyślenia. Tak oto uświadomiłam sobie, że kiedy opowiadam o Rubi i nazywam ją córką, nie czuję się dziwnie. Natomiast gdy zwracam się w ten sposób do Rubi, w słowa wkrada się fałsz. Dlaczego?

#DylematyFilozoficzne – statut

  1. Myśli przedstawione we wpisach z serii #DylematyFilozoficzne nie są moimi poglądami. Mogą się nimi stać, kiedy przemyślę daną sprawę i wyciągnę wnioski. Do tego czasu jednak traktuję je wyłącznie jako zarzewie dyskusji, w wyniku której będę mogła spojrzeć na ich przedmiot z innej perspektywy.
  2. Prezentując myśli, niemal zawsze – mniej lub bardziej – skłaniam się ku jednej z wymienionych opcji. Nie znaczy to, że stoję za nią murem. Przy nieśmiałych tezach stawiam znaki zapytania, a wiele myśli formułuję jako pytania, niekiedy dlatego, że ich nie rozumiem.
  3. Myśli ze wpisów z serii #DylematyFilozoficzne są nowe bądź stare-ale-porzucone, przez co nie zostały rozwinięte. Publikuję je, by miały szansę rozwinąć się w dyskusji z wami.
  4. Nie wszystkie wpisy z serii #DylematyFilozoficzne rzeczywiście są dylematami filozoficznymi. Kwestie filozoficzne traktuję jako synonim tematów skłaniających do refleksji.

Zwierzęta zamiast dzieci

Zwierzę jako zastępstwo dziecka

Istnieje wiele powodów, dla których kobiety nie chcą mieć dzieci w danej chwili bądź w kolejnych latach, nawet kilkudziesięciu. Mogą być za młode i czuć się przez to nieodpowiedzialne. (Albo nie chcą marnować młodości). Mogą chcieć zdobyć wykształcenie, doświadczenie zawodowe albo po prostu się wyszaleć. Mogą myśleć o uprzedniej stabilizacji finansowej, mieszkaniowej. Słyszałam kiedyś, że nigdy nie jest dobra pora na dziecko, bo zawsze będzie coś do zrobienia. To tylko niewielka część prawdy. W rzeczywistości zdecydowanie istnieją lepsze i gorsze momenty na sprowadzenie na świat człowieka.

W sytuacji, w której dziecko jest wpisane w plan, ale późniejszy, zwierzę rzeczywiście może pełnić funkcję zastępstwa. Dzięki niemu właściciele-rodzice zaspokajają potrzebę opieki nad istotą małą, zależną od człowieka. Psa czy kota trzeba karmić, bawić się z nim. Można kupować mu zabawki, pyszności, nawet ubranka. Biznes zwierzęcy w XXI wieku nie ma granic, o czym sami na pewno wiecie.

Zwierzę to nie dziecko

Co jednak z kobietami – nie tylko, ale skupiłam się na mojej płci – które nie planują mieć dzieci w ogóle? Dlaczego miałyby szukać zamiennika dziecka, skoro to właśnie ono jest czymś, czego nie chcą?

Wydaje mi się, iż odpowiedź na powyższe pytania zawiera się w moim poczuciu fałszu, gdy zwracam się do Rubi córeczko albo mówię chodź do mamy. Czuję się głupio i nie na miejscu, ponieważ wiem, że nie traktuję naszej relacji jako rodzicielskiej. Ale też nie jestem po prostu hodowczynią. Nie mam wątpliwości, że stanowimy rodzinę, lecz jako człowiek-pies, nie matka-córka. Nigdy wcześniej nie przyszło mi to do głowy, ponieważ bezrefleksyjnie przyjęłam popularne nazewnictwo wykorzystywane społecznie. Innymi słowy: nazywałam się jej mamą, bo robiła tak masa kobiet posiadających zwierzęta.

Zwierzę zamiast dziecka

Podejście kobiet do zwierząt

Ostatecznie różnicy między podejściem kobiet (osób) do zwierząt upatruję w nastawieniu do dzieci i istniejącej bądź nieistniejącej w nich chęci posiadania potomstwa. Ponadto niektórzy ludzie traktują zwierzęta po prostu jako zwierzęta, tu więc nie ma żadnego problemu z klasyfikacją.

Dla kobiety chcącej mieć dziecko w przyszłości zwierzę może stać się substytutem. Matka będzie sprawować nad nim opiekę, bawić się z nim, karmić je, przytulać, chodzić z nim na spacery, mówić mu czułe słówka, używać w stosunku do niego zdrobnień. Z kolei kobieta niezainteresowana posiadaniem potomstwa wybiera psa/kota właśnie ze względu na to, że jest zwierzęciem, nie człowiekiem. Ceni zwierzęce cechy i nie stara się uczłowieczyć podopiecznego. Kiedy kupuje mu maskotki, to tylko po to, żeby wyładował energię. Zabawne ciuszki zakłada mu dla śmiechu albo do zdjęć.

***

Moje przemyślenia są w powijakach. Rozgrzebałam je i zostawiłam, żeby przedyskutować z wami, także napiszcie, co sądzicie. Dajcie też znać, jakie podejście do zwierząt macie wy.

21 myśli na temat “Zwierzęta zamiast dzieci – zastępstwo czy wybór? #DylematyFilozoficzne

  1. Dla mnie zwierzę nie mogłoby być zamiennikiem dziecka, bo nawet nigdy nie zwracałam się do moich zwierzaków per „córeczko” czy „synku”, raczej po prostu traktuję je jako małych przyjaciół niż substytut dziecka. Bo swoje dziecko na pewno chciałabym mieć, ale w przyszłości, nie teraz. Na ten moment nie czuje potrzeby posiadania zwierząt jako zamiennika, choć mam psa, ale on akurat jest z nami już od ponad 10 lat :D

    1. A co myślisz o ludziach, którzy zachowują się tak, jakby zastępowali zwierzakiem dziecko? Rzeczywiście je zastępują czy może jednak nie?

  2. Nie zastanawiałam się nigdy nad tym i na obecną chwilę nie czuję się gotowa ani na dziecko, ani na przygarnięcie zwierzęcia. Za to jak w dzieciństwie miałam chomika i królika, to traktowałam je jak moje dzieci. Może nie zwracałam się do nich „córeczko” czy „synku”, tylko po imionach, ale jak np. sprzątałam chomikowi w klatce, to zanosiłam go do mamy do popilnowania mówiąc „teraz pójdziesz na chwilę do babci”, a mamie mówiłam „przyniosłam ci wnuczka do popilnowania” ;)

    1. Robiłam tak samo :) Zresztą z Rubi też. Odnoszę jednak wrażenie, że to forma zabawy, a nie stawianie znaku równości między zwierzętami a dziećmi.

  3. Szczerze mówiąc, tylko dwa razy spotkałam się z potraktowaniem, a właściwie nazwaniem zwierząt swoimi dziećmi – w Twoim przypadku i przyjaciółce mojej mamy z Warszawy. Może to kwestia regionalna i dlatego z tym się nie spotkałam w swoim otoczeniu? Dla mnie zawsze moje psy czy koty były po prostu towarzyszami tego świata, żywymi organizmami jednocześnie podobnymi do nas i o zupełnie innych cechach, a wypatrywanie tych różnic i podobieństw mnie fascynuje. Słyszałam kiedyś (niesprawdzone info), że dorosła krowa ma podobno świadomość dwulatka – nie wiem czy możemy się z tym zgodzić, wydaje mi się, że krowy i każde zwierzę, a również każdy osobny organizm, w tym człowiek, ma unikalny rodzaj świadomości i sposób przetwarzania informacji, który nie sposób porównać, choć to już trochę kwestia poza tematem. Już prędzej myślę, że zwierzę może pełnić rolę towarzysza, który niweluje naszą samotność – przez ludzi łatwiej czuć się odrzuconym lub niezrozumianym, a jednocześnie nie wymaga tyle co dziecko, które jest odpowiedzialnością i trudem.
    Osobiście chciałabym mieć kota jak będę mieć już własne mieszkanie, bo wymaga mniej czasu niż pies, a właśnie umniejszał by moją samotność. Jeśli znalazłabym kogoś, z kim planowała bym związać się na całe życie, chciałabym mieć też dziecko – ale to i tak niestety niemożliwe, bo nie mam miesiączki.

    1. „Szczerze mówiąc, tylko dwa razy spotkałam się z potraktowaniem, a właściwie nazwaniem zwierząt swoimi dziećmi – w Twoim przypadku i przyjaciółce mojej mamy z Warszawy.” – Bardzo mnie zaskoczyłaś. Ja znam mnóstwo takich ludzi, no ale fakt, mieszkam w dużym mieście.

      „Wydaje mi się, że krowy i każde zwierzę, a również każdy osobny organizm, w tym człowiek, ma unikalny rodzaj świadomości i sposób przetwarzania informacji, który nie sposób porównać.” – Zdecydowanie się z tym zgadzam i z tego powodu bardzo nie lubię plansz wiszących u weterynarzy i przekładających lata zwierzęce na ludzkie. Jakie to ma znaczenie, ile pies czy kot mają lat po przełożeniu na ludzkie, skoro ich tok rozwoju jest zupeeełnie inny?

      „Przez ludzi łatwiej czuć się odrzuconym lub niezrozumianym, a jednocześnie nie wymaga tyle co dziecko, które jest odpowiedzialnością i trudem.” – Z tymi opiniami również się zgadzam.

      „Ale to i tak niestety niemożliwe, bo nie mam miesiączki.” – Nie chcę naciskać na czuły punkt, więc nie musisz odpisywać. Jeśli to niepłodność spowodowana kwestiami diety bądź zdrowia, wszystko leży w Twoich rękach. Jeśli bezpłodność, bardzo mi przykro. Zawsze możesz adoptować. Jest mnóstwo maluszków czekających na dobry dom. Takie dziecko nadal będzie Twoje, bo nie liczy się to, kto wydał je na świat, tylko kto nadał mu kształt.

      1. „Takie dziecko nadal będzie Twoje, bo nie liczy się to, kto wydał je na świat, tylko kto nadał mu kształt.”
        Stu procentowo się zgadzam!

  4. Ja zauważyłam jeszcze jedną opcję – co prawda przykład dwóch par nie jest miarodajny, ale jednak w jakimś stopniu powtarzalny. Otóż dwie że znanych mi par (jednocześnie nie znając się na wzajem) w pewnym momencie swego związku postanowiły przygarnąć zwierzaka i… Nagle okazało się, że jednak wbrew temu, co deklarowali wcześniej chcą mieć potomstwo. Jedni są już szczęśliwymi (jak wydaje się z boku) rodzicami, drudzy wkrótce przywitają na świecie nowego człowieka.
    Ja sama bezrefleksyjnie nazywam siebie matką a moje kota synkiem, choć są to raczej pieszczotliwe zwroty, nie mające nic wspólnego z poczuciem macierzyństwa. To z jednej strony tylko kot, więc nie muszę się przejmować jak moje zachowanie wypacza mu psychikę, a z drugiej to mój jedyny stały kompan i jestem z nim w jakiś sposób związana emocjonalnie.
    A czy zwierzę jest w stanie zastąpić komuś dziecko, gdy dany dorosły ma niespełnione ambicje rodzicielskie? W mojej opinii na krótką metę może to być jakieś rozwiązanie, ale obawiam się, że równie dobrze może tylko pogłębiać tęsknotę za posiadaniem prawdziwego dziecka.

    1. „To raczej pieszczotliwe zwroty, nie mające nic wspólnego z poczuciem macierzyństwa. To z jednej strony tylko kot, więc nie muszę się przejmować jak moje zachowanie wypacza mu psychikę, a z drugiej to mój jedyny stały kompan i jestem z nim w jakiś sposób związana emocjonalnie.” – Doszłam do podobnego wniosku odnośnie mojej relacji z Rubi. Jest mi bliższa nawet niż bliscy znajomi, ale jednocześnie wiem, że jest psem, więc moje życiowe popierpapier nie „uszkodzi” jej psychiki na całe życie.

      „Równie dobrze może tylko pogłębiać tęsknotę za posiadaniem prawdziwego dziecka.” – Może tak być, acz nie każdy ma możliwość zrealizowania tej tęsknoty.

  5. Nigdy się w sumie nad tym głębiej nie zastanawiałam, ale to pewnie dlatego, że ani nie trafiłam na takie stwierdzenia mocno formułowanych do mnie (a tylko gdzieś się przewijające – jednym uchem wleciały, drugim… kurde. Zakręciły się po łbie i wypadły tym samym), ani sama nie mam problemu z określeniem swoich relacji ze zwierzętami. Kocham je, bo właśnie zwierzętami są. Lunę kocham naj-naj, czuję, że jest częścią mnie, jakąś częścią mojego świata, bo… jest kotem. Tak! Też nazywam ją córką, z Mamą śmiejemy się, że Mama jest babcią itd., ale tylko w żartach. Ogólnie w żartach, czasem w rozmowach mogę mówić o Lunie / Lili jako o córkach, ale z przymrużeniem oka, jak i Ty o Rubi. Luny czy Lilki nie nazywam córkami do nich. Oprócz imion wymyślam różne urocze „nazwy” (Lilka często jest Dzióbkiem, a Luna Kujciakiem – czasami siada jak kurczak, a „kujciak” mówił jakiś Chińczyk w filmie / filmiku, którego tytułu nie pamiętam). Dzieci za nic bym nie chciała mieć, bo ich nie lubię. Nie umiałabym więc traktować zwierząt jak dzieci i tak o nich myśleć / czuć, bo… to byłoby… chłodne.
    Co do ludzi sprawiających sobie zwierzęta „bo to jeszcze nie czas na dziecko”… Nie mam nic do nich, o ile zwierzak nie ucierpi. Bo jeśli np. po dwóch latach jednak przyjdzie dziecko na świat, a zwierzę zostanie porzucone / oddane, takimi ludźmi gardzę. O ile zwierzę jest zamiennikiem dziecka, ale jest uwielbiane, kochane, a przynajmniej bardzo dobrze traktowane, nawet gdy pojawi się dziecko nic się nie zmienia – niech sobie myślą o swoich zwierzętach jako o dzieciach. Skoro mogą kochać i dzieci, i zwierzęta jako dzieci – spoko. Rozumiem takich, którzy nie mogą mieć dzieci i wolą mieć i kochać zwierzęta. Mogą też zdecydować się na zwierzę w zastępstwie dziecka i… po prostu wkręcić się w posiadanie zwierzaka. To też spoko.
    Nie rozumiem jednak ludzi traktujących dzieci / zwierzęta jak zabawki. Myślę, że jest sporo ludzi, którzy chcieliby mieć „dziecko, bo fajnie” jako zabawkę, ale „jednak dziecko to może nie, no to może zwierzak”. Takie podejście mi się nie podoba.
    Tak samo jak usilne szukanie partnera, przyjaciela, a jakaś nieumiejętność w tym (?) i zastępowanie tego zwierzętami, ale w sposób… chorobliwy? Przykład: oglądałaś kiedyś „Policję dla zwierząt” (na Animal Planet lata temu leciało). Ludzie deklarowali, że kochają zwierzęta, ale mieli po kilkadziesiąt i strasznie się męczyły, umierały. To byli chorzy ludzie. Jeśli więc zastępowanie drugiego człowieka zwierzęciem jest chorobliwe, to… to uważam za złe. Ja mam zwierzęta, by mieć zwierzęta, bo kocham zwierzęta. Ludzi nie lubię, nie szukam kontaktu, lubię niewielu i nie chciałabym wielu ludzi w swoim życiu. Innych nie mam zamiaru osądzać, nie myślę o tym, jak inni podchodzą do zastępowania czegokolwiek… bo po prostu nie zagłębiam się w „co myślą inni”. Teraz pomyślałam, napisałam, bo zaciekawiło mnie Twoje stanowisko (jesteś moim ludkiem jednym z nielicznych!) i chciałam Ci odpowiedzieć.

    1. PS Tu jeszcze dokłada się śmieszna kwestia, że Luna dla mnie nie jest „po prostu kotem”. Jest LUNĄ, ale… to tak samo jak Mama nie jest po prostu mamą (z pisownią pewnie zauważyłaś, że piszę tak specjalnie, bo już babcia, ojciec / tata… normalnie). I dalej: Mama jest dla mnie przyjaciółką, jednak zdaję sobie sprawę, że wciąż są to relacje rodzicielsko-przyjaciółkowe, mogę sobie pozwolić na więcej / mniej w różnych kwestiach niż mogłabym z przyjaciółką poznaną np. w szkole. I co do Luny – kwestia, że jest moja, jest tą jedyną kotką. Myślę, że wiele osób tak ma, ale wiem też, że są ludzie „mający kota”, których kot może nawet nie mieć imienia, bo „ot, kot” (na zasadzie „jest bo jest, jakby nie było, to też byłoby ok). To tak żeby nie było, że Luna jest dla mnie tylko kotem. To kot-członek rodziny, ale o tyle zajebistszy, że jest kotem. Nie bez powodu z ludzką rodziną nie utrzymujemy z Mamą kontaktów.

      1. Tego wątku nie poruszyłam, bo musiałabym opisywać prywatne relacje z ludźmi. Doskonale wiem, co masz na myśli. Przykładowo Mariusz jest tak dziwną figurą w moim życiu, że nie sposób go opisać. Ani ojcem, ani bratem, ani przyjacielem. Ani rodziną, ani nierodziną. Zupełnie nie wiem, jak go określać. Mimo tego jest dla mnie cholernie ważny. I dlatego od lat mówię, że jest dla mnie Mariuszem. Z Rubi mam podobnie – jest więcej niż zwierzęciem, ale mniej niż człowiekiem. Jest dla mnie Rubi.

        1. No tak, bo gdyby w ten wątek się zagłębić, to w ogóle post by długi wyszedł.
          „Mniej niż człowiekiem” – a też masz tak, że gdybyś szczerze-szczerze miała wartościować, to w wielu przypadkach jednak „więcej niż człowiekiem”? Czy to ja tak nisko cenię ludzi jako ludzi (nie wszystkich! acz… gatunkowo-relacjowo?*)?

          *Nawet nie umiem opisać, o co mi chodzi, ale ja patrzę na to bardzo przez swój pryzmat. Inaczej myślę o ludziach jako ogóle (w tym o sobie, nie uważam, że ogólnie coś znaczę), ale jako „ludzie, a ja”, w odniesieniu do mnie, „moi ludzie” inaczej. „Moi ludzie” właśnie nie są tylko ludźmi, ale też nie myślę o nikim jako o nadludziach. To jakby… „znaczyć wiele dla mnie w swoim nicnieznaczeniu”? Nie wiem, chyba nie umiem tego uchwycić ani w sumie sama przed sobą określić.

          1. Rozumiem, o co Ci chodzi. Zdecydowanie tak mam. Gdybym mogła w obliczu pędzącego pociągu odepchnąć z torów Rubi albo nieznaną osobę, odepchnęłabym Rubi. Z kolei wśród ludzi-ludzi mam ludzi, na których mi zależy.

    2. „Bo jeśli np. po dwóch latach jednak przyjdzie dziecko na świat, a zwierzę zostanie porzucone / oddane, takimi ludźmi gardzę.” – Od razu przypomniał mi się „Zakochany kundel”. Wychowałam się w poczuciu, że nie wolno ludziom robić czegoś tak okrutnego. Nie zmieniłam zdania. Pokrewne zachowania to pozbywanie się psa, bo psuje plany wakacyjne, albo dawanie ludziom zwierząt w prezencie (oczywiście z wyjątkami).

      „Ludzie deklarowali, że kochają zwierzęta, ale mieli po kilkadziesiąt i strasznie się męczyły, umierały.” – Aż się nóż otwiera w kieszeni. Wspomnianego przez Ciebie programu nie oglądałam, za to widziałam wiele odcinków polskiej „Uwagi”, w których trzeba było interweniować i odbierać zwierzęta owym „miłośnikom zwierząt”. Trafia mnie szlag, że regulacje prawne nie zawsze pozwalają na zabranie wszystkich zwierząt. Śmiech na sali.

      „Jesteś moim ludkiem jednym z nielicznych!” – Dziękuję <3 Ty moim też ;*

      W zasadzie zgadzam się z całością Twojego komentarza.

      1. Tak, „Zakochany kundel” – jedna z moich najukochańszych bajek. Wychowała mnie właściwie.
        Z tym psuciem planów wakacyjnych – dla mnie to już bestie, chyba nawet nie umiem o nich myśleć jako o ludziach, a takich pustych skorupo-potworach.

        O ludkach – cieszę się. :D

  6. Ja zwierzęta szanuję. Od jakiegoś czasu nie umiem nawet powiedzieć, że jakieś polubiłam, ale często powtarzam, że respektuję ich prawo do życia. Użycie słowa ,,córka” w stosunku do psa wydaje mi się na tyle zabawne, że nigdy nie pomyślałabym żeby potraktować taką wypowiedź poważnie.
    Moim zdaniem ludzie decydują się na adopcje zwierzęcia by zaspokoić pewna życiową potrzebę. Nigdy nie pomyślałabym, że potrzebę posiadania dziecka. Wydawało mi się, że owszem – zwierzę może wypełniać pustkę, być okazją do sprawdzenia własnej odpowiedzialności, ale nie uważam, że jest zdolne zastąpić dziecko.

    Moja wypowiedź nie oznacza, że neguję ludzkie prawo do traktowania zwierzęcia na równi z rodziną. Nie chciałabym, żeby ktoś nawiązywał takie relacje pod moim dachem, ale dotychczas nie dostrzegłam w tym niczego groźnego, niemniej nie zastanawiałam się nad tym nigdy wcześniej.

    Myślałaś, że Twój post jest nieuporządkowany? Mam chęć napisać, że przepraszam, że napisałam ten komentarz xd.

    1. Zaskoczyłaś mnie kilkoma fragmentami wypowiedzi, szczególnie tymi: „od jakiegoś czasu nie umiem nawet powiedzieć, że jakieś polubiłam” i „nie chciałabym, żeby ktoś nawiązywał takie relacje pod moim dachem”. Zdradzisz powody?

      Nie rozumiem ostatniego akapitu komentarza :(

      1. Po śmierci mojego zwierzaka zaczęłam zastanawiać się nad statusem zwierząt w ludzkiej cywilizacji. Przez dłuższą chwilę nie jadłam produktów odzwierzęcych, zrezygnowałam z wykorzystywania zwierząt w każdym aspekcie życia, w którym to było możliwe. Dzisiaj, gdy nie mogę siebie nazywać weganką, odczuwam pewien dysonans między nawiązywaniem relacji ze zwierzętami i spożywaniem ich mięsa. Nikogo nie oceniam. Ja po prostu nie umiem tego połączyć w jednej (mojej) egzystencji.
        Nie chciałabym też kupować mięsa zwierząt by hodować inne zwierzę.

        Napisałaś, że Twoje ,,spostrzeżenia są w powijakach”. Mój komentarz dowodzi, że moje jeszcze nie wyłoniły się z Chaosu. Właściwie jestem w stanie tylko napisać, jakie emocje towarzyszą mi w czytaniu tego wpisu, trudniej je jakoś zracjonalizować i wytłumaczyć. Przepraszam

        1. Nie przepraszaj! O to chodzi, żeby dzielić się nawet nieśmiałymi myślami. Nie trzeba trzeba mieć odpowiedzi na wszystko, zwłaszcza w kwestiach, które nie towarzyszą nam na co dzień.

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.