Eurowizja 2025 odbyła się w Bazylei w Szwajcarii, w hali widowiskowo-sportowej St. Jakobshalle. Miała miejsce w maju: 13 (wtorek; pierwszy półfinał), 15 (czwartek; drugi półfinał) i 17 (sobota; finał), nakładając się tym samym na gorący tydzień przedwyborczy. Osoby kochające europejski konkurs piosenki, a zarazem pragnące śledzić kampanię wyborczą lub shitshow Krzysztofa Stano… ups, przepraszam, Krzysztofa Jakuba Stanowskiego miały nie lada wyzwanie. Zwycięzcą Eurowizji 2025 został…
…dobra, dość pitolenia, przecież nikt nie przybył na living po tego typu informacje. Jeżeli jesteście koneserami serii eurowizyjnej, zapewne interesuje was moje zdanie na temat wystąpień. Wszystkich, najlepszych, najgorszych – co kto lubi. Nie śmiałabym was zawieść. Ani samej siebie, jako iż oglądanie Eurowizji i robienie notatek na temat występów szczerze uwielbiam. Jak co roku zasiadłam więc do podziwiania międzynarodowego konkursu piosenki z notatnikiem, aczkolwiek po raz pierwszy elektronicznym (precyzyjnie: telefonem), by dostarczyć wam mniej lub bardziej świeżą* rozrywkę (* w zależności od tego, ile dni minęło od finału do publikacji). Enjoy!

Eurowizja 2025 Bazylea – wrażenie ogólne
Przede wszystkim Eurowizja 2025 zaprezentowała absolutnie najlepsze wizytówki uczestników konkursu ever. Pomysł ze skrzynką na listy i przenoszeniem artystów do wybranych miejsc, wybór tych miejsc oraz aktywności, kolorystyka, styl, plastyczność… no petarda! W poprzednich latach – nie chce mi się sprawdzać w których – także trafiały się przyjemne dla oka i umysłu motywy wizytówek, ale te z Eurowizji 2025 uważam za niekwestionowanie najlepiej zrealizowane pod każdym względem. Nawet melodie użyte w wizytówkach zasłużyły na docenienie. Szczególnie jedną uznałam za rewelacyjną – pojawiła się m.in. u przedstawicieli Estonii i Polski. Nie obraziłabym się, gdyby to ona wygrała Eurowizję 2025.
W całokształcie Eurowizja 2025 wydała mi się… hmm, umiarkowana? Nie było żadnych wybitnych występów, które wspominałabym przez długi czas (aczkolwiek jedna piosenka wryła mi się w mózg, a ponieważ bardzo ją polubiłam, doceniam prześladowczy charakter). Żadne wykonanie nie poruszyło mnie ani nie spowodowało swobodnego opadu szczęki. Ot, miło się to wszystko oglądało, można iść dalej. Jednocześnie nie było żadnych całościowo złych występów. Dawniej mogłam z czystym sumieniem zrobić kategorię piosenek, które kaleczyły zmysły i ludzką godność. Teraz? Nawet tego nie sposób uświadczyć, bo w każdym makabrycznym wykonaniu można było znaleźć elementy w porządku bądź wręcz świetne. Brakuje mi czasów, w których Eurowizja potrafiła momentami zgwałcić uszy. I to nie jest problem konkursu z 2025 roku – nudne umiarkowanie postępuje od paru lat, po prostu co roku jest coraz dotkliwsze.
Z punktu widzenia jakości z dwóch półfinałów Eurowizji 2025 lepiej oceniam drugi, przy czym towarzyszy mi wrażenie, że co roku mam tę samą opinię. W pierwszym półfinale było mniej porządnych utworów niż w drugim, poza tym w pierwszym znalazło się więcej takich, które odbiegały w dół od nudnej umiarkowanej średniej. Oznacza to, że artystycznie lepszy wydał mi się półfinał drugi, pod względem zróżnicowania zaś zdecydowanie wygrał pierwszy.
Ostatnia myśl ogólna dotycząca Eurowizji 2025 jest taka, iż podczas tego europejskiego konkursu piosenki bardzo wielu artystów miało zbliżone wizualizacje: czarne lub granatowe/niebieskie, nowoczesno-nastrojowe, gwiezdne. Może zawsze tak było, a to tylko ja nie zwróciłam uwagi, a może faktycznie nawet ten aspekt się zunifikował. Jak tak dalej pójdzie, za parę lat każdy będzie miał te same piosenkę i scenografię. Może nawet jeden artysta będzie mógł odbębnić występy za wszystkie kraje, żeby było mniej niedogodności organizacyjnych.
Eurowizja 2025 Bazylea – najlepsze utwory i wykonania
Jak wspomniałam, podczas Eurowizji 2025 żaden utwór nie powalił mnie na kolana. O wszystkich – z wyjątkiem jednego, który zainstalował mi się w mózgu niczym wirus na dysku twardym – bez żalu zapomnę. Prawdopodobnie żaden nie zasili prywatnej playlisty, chociaż ręki sobie uciąć nie dam. Może kiedy osłucham się z piosenkami podczas przygotowywania wpisu, dla którejś uczynię wyjątek. (No dobra, przecież wiem, że co najmniej dla tej jednej wirusowej z przyjemnością zrobię wyjątek). Natomiast na szczęście potrafię wskazać wykonania, które przekonały mnie znacznie bardziej niż reszta. Oto one:
Estonia: Tommy Cash – Espresso Macchiato
Zaczynam z grubej rury, czyli od utworu, który wkręcił mi się w mózg i który w kolejnych dniach po Eurowizji 2025 – ku irytacji Marcina – entuzjastycznie podśpiewywałam. Tommy Cash przywiódł mi na myśl innego artystę: Salvatore Ganacci (nawet nie będę próbowała tego odmienić), ponieważ oboje tworzą muzykę, a przy okazji robią sobie wybitne jaja. Głos miał dobry, więc gdyby zdecydował się zaśpiewać coś normalnego, zapewne wypadłby pozytywnie. Podczas półfinału zakładałam, że artysta i ludzie, którzy go wybrali, wspólnie strollowali Eurowizję 2025, bo przecież wiedzieli, że nie wygrają. Z czasem zmieniłam zdanie – to jest tak viralowe, że jak najbardziej mogło wygrać. Zaiste świetna, wpadająca w ucho, faktycznie zabawna rzecz. Btw, Marcin uświadomił mi, że poznałam już Tommy’ego Casha, bo puszczał mi go gdzieś tam na początku związku (przykład: utwór we współpracy z LITTLE BIG).
FINAŁ: tak (jak dla mnie Estonia mogła wygrać ❤)
***
Australia: Go-Jo – Milkshake Man
Kiedy rozpoczął się występ przedstawiciela Australii, zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem podczas Eurowizji 2025 nie było nadwyżki jajcarskich wykonań. No ale może nie, wracać do archiwalnych wpisów celem policzenia śmiesznych występów zupełnie mi się nie chciało. Co do utworu Milkshake Man, bynajmniej nie był wyłącznie humorystyczny. Był dobry! I wokalnie, i muzycznie (podkład, rytm). Zapadał w pamięć i prowokował nóżkę do tańca. Artysta miał przyjemny męski głos i zdecydowanie umiał śpiewać. Klatę też miał niczego sobie. Ponadto estetycznie występ wypadł spójnie i atrakcyjnie: scenografia i wizualizacje był jednocześnie futurystyczne i retro, utrzymane w dopasowanej do tekstu i atrakcyjnej kolorystyce. Nie wiem, dlaczego Estonia przeszła, a Australia nie.
FINAŁ: nie (nie rozumiem)
***
Łotwa: Tautumeitas – Bur Man Laimi
Mroczno-świetliste istoty leśne z nieznanego mi folkloru (aczkolwiek wizualizacja ogonów pod koniec występu przywiodła mi na myśl film Thale z 2012 roku, opowiadający o huldrze, czyli istocie-demonie z mitologii nordyckiej). Cudowny baśniowy klimat. Wizualizacje bardzo ładne, kostiumy i charakteryzacja tym bardziej. Cały występ świetny. Oczywiście również dobre wokale i spójny śpiew całej grupy. Piosenka wpadająca w ucho, przyjemna. W sumie nie zauważyłam w utworze ani wykonaniu żadnych wad. Miałam cichą nadzieję, iż Łotwa zwycięży Eurowizję 2025 ze względu na walory artystyczne (gdybym zaś miała głosować walorem chwytliwości, postawiłabym na Estonię; byli to moi dwaj faworyci Eurowizji 2025).
FINAŁ: tak (mój faworyt artystyczny do zwycięstwa w Eurowizji 2025 ❤)
***
Austria: JJ – Wasted Love
Prześliczny głos! Delikatny jak piórko pisklaka, a zarazem mięciutki i cieplutki jak koc. Kiedy zaś pojawiła się opera… och, ależ moc! Niesamowite umiejętności wokalne. Aż ciało się odpręża i wibruje w rytm tego, jak prowadzi je głos. Niestety rysą na tafli przyjemnego odbioru był fałsz, który pojawił się na każdym z etapów: zarówno podczas zwyczajnego śpiewania, jak i w trakcie operowego zawodzenia. Z tego powodu nawet nie rozważałam zwycięstwa Austrii w Eurowizji 2025. (Drugi powód był taki, iż występ JJ był stanowczo zbyt podobny do występu Nemo, który wygrał Eurowizję 2024; teraz co roku będzie wygrywało niemal to samo?) Co do reszty aspektów występu: utrzymanie całości w czarno-bieli na plus, wizualizacje i scenografia z łódką spoko, kompletna zmiana gatunku muzycznego pod koniec utworu bardzo dobry zabieg.
FINAŁ: tak (i wygrana Eurowizji 2025; może być)
***
Dania: Sissal – Hallucination
I w tym wypadku nie obyło się bez wad, ale w całokształcie było to rewelacyjne wystąpienie. Albo nie, źle. Rewelacyjny utwór. Energiczny, wpadający w ucho, podrywający do tańca. Miał moc, wobec czego sprawdziłby się zarówno w radiu, jak i w klubie (no i oczywiście na Eurowizji). Problem pojawił się w wokalu, bo chociaż artystka miała dobry głos, wyrazisty i mocny, a także porządne umiejętności posługiwania się z nim, nie udało jej się uniknąć fałszu. Bolesnego, jadącego po uszach niczym kreda lub sucha gąbka po tablicy. Również wizualizacje pozostawiały sporo do życzenia: miały potencjał, ale nie urywały. Wystąpienie Danii przysporzyło mi najwięcej trudności w ocenie ze wszystkich wystąpień na Eurowizji 2025. Myślałam o trójce z plusem (kategorii przejściowej), a w chwilach łaskawości o czwórce z minusem (kategorii dobrych). Ostatecznie zdecydowałam się na zbiór najlepszych. Sama nie wiem dlaczego. Utwór ma w sobie coś (wszystko!) perfekcyjnie eurowizyjnego, radiowego i letnio-wakacyjnego. Jednocześnie nie jest nudną radiówką do przełączania. Mogłabym go przesłuchać jeszcze wiele razy.
FINAŁ: tak (i dobrze)
***
Eurowizja 2025 Bazylea – dobre utwory i wykonania
Poniższe utwory i/lub wykonania – choć dobre – nie załapały się do grona najlepszych. Ponieważ jednak całkiem miło zawiesić na nich ucho, postanowiłam je wyróżnić w niniejszej kategorii. Powiedzmy, że trafiły tu mocne czwórki w skali od jednego do sześciu.
Chorwacja: Marko Bošnjak – Poison Cake
Wreszcie coś interesującego i wyrazistego, wyróżniającego się! Perełka na tle eurowizyjnych przeciętniaków. Chłopak śpiewał w porządku, utwór był charakterny. Występ też się wyróżniał. Wizualizacje i światła przypadły mi do gustu. Cały klimat wystąpienia był przyjemny. Szkoda mi, że Chorwacja odpadła w półfinale, zwłaszcza że do finału przeszły bolesne średniaki.
FINAŁ: nie (ech)
***
Szwajcaria: Zoë Më – Voyage
Piękny, ujmujący, melodyjny dziewczęcy głos. Język francuski, którego nie cierpię, ale który tutaj pasował, więc nawet mi nie przeszkadzał. Po pierwsze dlatego, że takim głosem wokalistka mogłaby mnie nawet wyzywać, a i tak by mi się podobało. Po drugie z powodu podobieństwa ballady Voyage do czułej kołysanki. Całość okazała się prześliczna.
FINAŁ: tak (bo Szwajcaria to zwycięzca Eurowizji 2024)
***
Litwa: Katarsis – Tavo Akys
Coś dziwnego i intrygującego zarazem. Estetycznie bardzo przyjemnie: klimatyczne wizualizacje, dobra kolorystyka, kostiumy również. Na szczególną uwagę zasłużyło oświetlenie – wypadło rewelacyjnie. Pojawiły się także inne warte odnotowania efekty, m.in. mgła na początku występu i wiatr zauważalny chociażby we włosach artysty. Wokal w porządku, zero fałszu, dobrze zaśpiewany utwór. Specyficznie: chłodno, niepokojąco. Całokształt sprawił, że niemal odczuwałam wiatr i chłód, siedząc przed ekranem. Dodatkowo uznałam, że występ zyskuje z czasem – początkowo był podejrzany, a im dalej w piosenkę i opowieść wizualną, tym robiło się lepiej.
FINAŁ: tak (i bardzo dobrze)
***
Malta: Miriana Conte – SERVING
Artystka będąca połączeniem Fagaty i Ice Spice, wychodząca na scenę przez wielką czerwoną cipkę. Okej, formalnie przez wielkie czerwone usta, niemniej pałętające się dookoła nagie nogi, prowokacyjne stroje sceniczne wokalistki i tancerek, układ taneczny ociekający seksem, kolorystyka scenografii, tekst piosenki i oryginalny tytuł nie pozostawiają złudzeń. Oczywiście jeśli zagłębić się w terminologię queer, chodzi po prostu o osobę odważną i pewną siebie, żadnych podtekstów seksualnych. Tylko po pierwsze ile osób spoza społeczności queer o tym wie, po drugie nawet jeżeli faktycznie nie chodzi o nic erotycznego, absolutnie nie uwierzę, że dwuznaczność nie została wykorzystana celowo. Przechodząc dalej: wokal był dobry i wyrazisty (mocą i chrypką w stronę Christiny Aguilery), podkład świetny i wpadający w ucho (szczególnie jedna melodyjka, można by ją poddać recyklingowi), światła dobrze wykorzystane (gorzej z wizualizacjami, nie podobały mi się). Całokształt wyszedł, no cóż, ambiwalentnie. W półfinale oceniłam występ gorzej niż w finale, bo skupiłam się na aspektach wizualnych. W finale słuchałam bez patrzenia – gwarantuję, że staje się wówczas łatwiej strawny. Kiedy się nie patrzy, jest to bardzo dobra i wpadająca w ucho piosenka!
FINAŁ: tak (i dobrze)
***
Eurowizja 2025 Bazylea – wór przejściowy
Oto nowa kategoria – w poprzednich recenzjach eurowizyjnych takiej nie było. Uznałam, że warto ją stworzyć, ponieważ trafiło się kilka utworów i/lub występów, które pozytywnie wyróżniły się na tle niegodnych zapamiętania średniaczy, lecz jednocześnie nie zasłużyły na miano dobrych. Chociaż było w nich zbyt wiele nieznośnych elementów na awans, nie czułam się okej, degradując je do kategorii niższej.
Norwegia: Kyle Alessandro – Lighter
Bardzo fajna piosenka z dobrym podkładem i świetną energią. Mogłabym posłuchać jej jeszcze parę razy, poza Eurowizją 2025, jednakowoż tylko w wersji studyjnej. Niestety chłopak nieznośnie fałszował, więc śpiewanie na żywo było nieco bolesne dla moich i tak nadszarpniętych innymi występami uszu. Życzę mu owocnej pracy nad wokalem, bo w przyszłości może być zupełnie dobrze. Co do scenografii, w tym wizualizacji, nie przekonała mnie. Choreografia za to była spoko.
FINAŁ: tak (całokształt się nadawał)
***
Albania: Shkodra Elektronike – Zjerm
Przyjemne wizualizacje, światła, kolory. Wokal kobiety mógł być, ale nie powalał. Pokład dobry, nawet bardzo. Całokształt wyszedł mniej fajnie, niż bym sobie tego życzyła. Tak naprawdę przed monotonią i nijakością utwór został uratowany przez niespodziewany udział kolesia. Z lekka ponury pan nie był może zjawiskowy wokalnie, ale wprowadził ciekawy element wybijający występ ponad kategorię przeciętniaków.
FINAŁ: tak (obojętnie)
***
Grecja: Klavdia – Asteromáta
Wizualnie Justyna Steczkowska bis. (W sumie nawet bardziej przypominała Steczkowską niż sama Steczkowska po zabiegach). Miała ładnie przygotowane scenografię (m.in. czarny kamień z mostem) i wizualizacje (m.in. czarną wodę), a także atrakcyjnie dobraną główną kolorystykę. Na występie umiejętnie wykorzystano światła, zwłaszcza te wokół sceny – niby drobiazg, a cieszył oko. Artystka miała bardzo dobry wokal, nie było się do czego przyczepić. Również język grecki brzmiał atrakcyjnie. Pokład wydał mi się w porządku. Tylko w całokształcie jakoś tak to wszystko nie urywało. Czułabym się nieuczciwie, wrzucając występ do średniaczy. Nie byłoby też słuszne uznać go za dobry, gdyż balansował na granicy nudy i nijakości. Dodatkowa kategoria jest dla niego jak znalazł.
FINAŁ: tak (obojętnie)
***
Czechy: ADONXS – Kiss Kiss Goodbye
Ależ głos! Okej, wokal ze sporą dawką fałszu, ale mimo tego przyjemnie było zawiesić ucho. Artysta chyba bardzo się zestresował, bo poza fałszowaniem zdarzyło mu się raz nie trafić w rytm i zaczął refren o sekundę za późno.* Ponieważ empatyzowałam z nim, ta wpadka mnie zabolała. Co się tyczy reszty: czarno-biała scenografia była atrakcyjna, efekty świetlane okazały się moim ulubionym elementem występu, a strój uznałam za… może nie ładny, ale na pewno ciekawy. Moją uwagę zwrócił także mikrofon, bardzo fajny, mogłabym go wykorzystać do mrocznych zdjęć. Na duży plus zasłużyła zmiana melodii, lubię takie niespodzianki, o ile nowa melodia jest dobra, a tutaj zdecydowanie była. W całokształcie występ był znacznie gorszy, niż mógłby być. Myślę, że artystę zjadła trema, ale może się mylę i po prostu mimo posiadania atrakcyjnego męskiego głosu nie potrafi czysto śpiewać.
* Uwaga! Nietrafienia w refren nie widać ani nie słychać w wyżej załączonym klipie. Wynika to z faktu, iż… został podmieniony. Kiedy zaczęłam przygotowywać niniejszy wpis, na kanale Eurowizji znajdowało się właściwe nagranie przedstawiające wystąpienie z półfinału. 20 maja tuż przed północą zostało podmienione na klip prezentujący próbę występu sprzed rozpoczęcia Eurowizji, do której najwyraźniej dołożono dźwięki publiczności w postprodukcji (żadna nowość dla Eurowizji). Co o tym sądzicie?
FINAŁ: nie (z jednej strony JAK?!, z drugiej rozumiem)
***
Izrael: Yuval Raphael – New Day Will Rise
Abstrahując od kontrowersji, występ Izraela bynajmniej nie był zły. Utwór został zaśpiewany czysto (zero fałszu), przepięknie. Do tego artystka miała piękny, mocny, melodyjny głos. Scenografia przypadła mi do gustu: była prosta, skupiała się na efektach świetlnych. Kiedy na dużym ekranie pojawiły się wizualizacje, nie zepsuły klimatu, a jedynie go podkreśliły. Początkowo sądziłam, że problemem występu jest nudny utwór, wszelako z czasem uznałam, że nie o to chodzi. Był… hmm, zbyt balladowy? Nie umiem tego określić. Za wolny, zbyt monotonny? Zdecydowanie nie zasłużył na miano średniego, a jednak nie mogę powiedzieć, że był dobry. Zabrakło czegoś istotnego. Może chodziło o to, że powinien był mnie poruszyć, a nie poruszył? (Ciekawostka: znacznie bardziej trafia do mnie, gdy słucham go poza Eurowizją).
FINAŁ: tak (zasłużenie)
***
Eurowizja 2025 Bazylea – rasowe średniacze
Wbrew pozorom to chyba najgorsza kategoria. Obejmuje wykonania, które nie zasłużyły na miano zapamiętanych – ani pozytywnie, ani negatywnie, ani w ogóle jakkolwiek inaczej. Takich co roku na Eurowizji jest najwięcej, a Eurowizja 2025 nie stanowiła pod tym względem wyjątku. Mam podejrzenie, że tym razem było ich wyjątkowo dużo, jednak – ponownie – nie chce mi się wracać do archiwalnych wpisów i liczyć średnich wykonań z każdej Eurowizji. Jeżeli wam się nudzi i macie chęć, możecie policzyć sami. A jeśli faktycznie to zrobicie, będę wdzięczna za informację w komentarzu.
Polska: Justyna Steczkowska – GAJA
Już czuję, że dostanę za tę klasyfikację wirtualne wciry od czytelników. Cóż, moim zdaniem Justyna Steczkowska nie wypadła dobrze. No po prostu nie. Abstrahując od kontrowersji dotyczących głosowania jury, sama piosenka była totalnie żadna, a wykonanie wręcz nieprzyjemne. Od początku nie rozumiałam gorącego entuzjazmu i zachwytu Polaków w związku z wyborem akurat tego utworu na Eurowizję 2025. Steczkowska fałszowała albo z jakiegoś innego powodu brzmiała okropnie (2/6), a piosenka była taka se. Jedynie oprawa wizualna robiła wrażenie: strój wokalistki i to, jak w nim wyglądała, wizualizacje, kolorystyka, podnoszenie na linach (6/6). W całokształcie wyszła rasowa średniawka.
FINAŁ: tak (obojętnie)
***
Słowenia: Klemen – How Much Time Do We Have Left
Od pierwszych sekund piękny głos na tle prostego podkładu, aby wybrzmiał właśnie on – wraz z tekstem – a nie melodia. Wizualizacje piękne, nastrojowe: czarne niebo pełne gwiazd. Imo zawiniła tematyka, która narzuciła tempo i klimat utworu oraz całego występu. Takie coś wydaje mi się zbyt prywatne na Eurowizję, poza tym było spokojnie aż do przesady. Szczerze mi żal, bo wokalnie u faceta wszystko było na miejscu.
FINAŁ: nie (nie dziwię się)
***
Hiszpania: Melody – ESA DIVA
Początkowy ciuch ciekawy, po oderwaniu dołu meh, a po przebraniu się wokalistki już jak każdy inny Kobiecy Strój Sceniczny, czyli przeciętny i nijaki. Wokal nieciekawy, także przeciętny. Piosenka nudna jak flaki z olejem. Całokształt idealnie żaden.
FINAŁ: tak (zawsze jest ze względu na największy hajs dla EBU)
***
Szwecja: KAJ – Bara Bada Bastu
Świetna wizytówka, od razu było wiadomo, że wjedzie coś zabawnego. Trio na wielu poziomach przywiodło mi na myśl The Lonely Island. Utwór i wykonanie rzeczywiście okazały się śmieszne, bez efektu żenady. Całość nie wypadała jednak wybitnie: ani muzycznie, ani viralowo, ani humorystycznie. Mocna trójeczka to właściwa ocena, przy czym mogłabym posłuchać ponownie.
FINAŁ: tak (obojętnie)
***
Portugalia: NAPA – Deslocado
Urocze oświetlenie. Ładny wokal: dobry głos plus porządnie zaśpiewane. Proste, emocjonalne wykonanie. Zmiana energii utworu zupełnie niepotrzebna, imo na minus. Wolałabym, żeby artysta poszedł w melodyjną balladę podszytą nostalgią, może nawet smutkiem, czymś zmuszającym do refleksji. Ponieważ jednak wyszło inaczej, zanudziłam się.
FINAŁ: tak (nie rozumiem)
***
Włochy: Lucio Corsi – Volevo Essere Un Duro
Fajne, funkcjonalne rozwiązanie w postaci tekstu piosenki przetłumaczonego na angielski w dole ekranu – jeśli mnie pamięć nie myli, nikt wcześniej nie wpadł na taki pomysł podczas Eurowizji. Wokal dobry, koleś śpiewał super. Poza tym jednak niewiele można było pochwalić. Piosenka okazała się przenudna, a scenografia przypominała zdjęcie z babcinego mieszkania urządzonego w PRL-u. Kostium sceniczny i charakteryzacja twarzy też mnie nie przekonały. Ze względu na nudę i nijakość o występie zapomniałam natychmiast po tym, jak się skończył.
FINAŁ: tak (zawsze są ze względu na największy hajs dla EBU)
***
San Marino: Gabry Ponte – Tutta L’Italia
Po wizytówce nie spodziewałam się akurat takiej muzyki. Wizualizacje ciekawe i przyjemne, a przy tym dobrej jakości. Pierwsza całkiem zabawna. Kolorystyka fajna. Piosenka taka sobie, podobnie wykonanie. Jedynie przygrywka na akordeonie wyróżniała się na duży plus. (Tutaj ciekawostka: Marcin w młodości uczył się grać na akordeonie).
FINAŁ: tak (obojętnie)
***
Holandia: Claude – C’est La Vie
Ładnie zaśpiewane, do tego dobrym głosem. O dziwo bardziej podobały mi się elementy po francusku, w połączeniu z nastrojem utworu przywiodły mi na myśl twórczość Stromae. Niestety miałam ogromny problem z refrenem, który był najbardziej niewymagającym intelektualnie refrenem Eurowizji 2025. Został skonstruowany z myślą o głąbach, którzy nie potrafią zapamiętać więcej niż jednego słowa, a ich ulubionym elementem każdej piosenki jest la la la. Ogromna szkoda, bo reszta utworu jest zupełnie spoko.
FINAŁ: tak (obojętnie)
***
Czarnogóra: Nina Žižić – Dobrodošli
Wokalistka o wyglądzie Złej Królowej z Królewny Śnieżki i jednocześnie złośliwej, wrednej Śnieżki. Mogłaby się wcielić w bohaterkę teledysku Sonne Rammsteina. Nawet strój by pasował, jeśli przyjąć, iż ma biały kolor wyłącznie dla zmyłki – że niby kobieta jest łagodna i nieszkodliwa. Czy dobrze śpiewała? Momentami tak, momentami nie. Nie chciało mi się nad tym długo zastanawiać, bo utwór był tak nudny, że niechybnie zasnęłabym nad notatkami.
FINAŁ: nie (słusznie)
***
Irlandia: EMMY – Laika Party
Cosmodiscokicz. Fajne kolorki, bardzo moje. Poziom kiczu znośny, a nawet przyjemny. Z wokalem gorzej, fujka. Artystka niby nie fałszowała, ale miała w głosie coś takiego, że moje uszy cierpiały. Gdyby dokładnie tę samą piosenkę zaśpiewał ktoś inny, może umieściłabym Irlandię w kategorii wyżej. Może nawet przeskoczyłaby wór przejściowy i trafiła prosto na listę dobrych utworów i występów. Całokształt był eurowizyjnie zacny, no ale ten głos…
FINAŁ: nie (w sumie mogłaby przejść)
***
Armenia: PARG – SURVIVOR
Przystojny koleś z ciemnymi włosami, półnagi i wybrudzony czymś czarnym, zaiste gorący. O czym to ja… ach, no tak, o muzyce. Głos miał przyjemny, męski. I w sumie tyle, bo sam utwór okazał się zupełnie przeciętny (poza refrenem, który wręcz mnie drażnił). Tak mnie wynudził, że przełączyłam piosenkę przed końcem – nie pomogły nawet walory wizualne (wokalisty, bo scenografia i wizualizacje średnio mi siadły). Podczas finału zastanawiałam się, czy charakteryzatorzy zadbali o to, by artysta był wybrudzony dokładnie tak samo intensywnie i w dokładnie tych samych miejscach co podczas półfinału. Nie chciało mi się jednak tego sprawdzać. Jeżeli macie czas i ochotę, zachęcam do śledztwa.
FINAŁ: tak (obojętnie)
***
Wielka Brytania: Remember Monday – What The Hell Just Happened?
Dobre wokale w absolutnie nudnym repertuarze, na dodatek z szokująco tandetną estetyką: scenografią, wizualizacjami, kostiumami, wyglądem. Gdzie z takim czymś do ludzi w 2025 roku…
FINAŁ: tak (zawsze jest ze względu na największy hajs dla EBU)
***
Gruzja: Mariam Shengelia – Freedom
Początkowo myślałam, że artystka fałszuje. Potem uznałam, że nie – to po prostu mnie bardzo nie podobał się jej wokal. Pomysł na występ był super, zwłaszcza do momentu zejścia z platformy vel skały. Piosenka niestety była nijaka, przezroczysta, absolutnie nic jej nie ratowało. Całkiem możliwe, iż w całokształcie Gruzja dała najbardziej przeciętny, nużący i niegodny zapamiętania występ na Eurowizji 2025.
FINAŁ: nie (i dobrze)
***
Francja: Louane – maman
Bardzo ładny głos i bardzo dobre umiejętności wokalne. Niestety tym razem przeszkadzał mi język francuski, którego nie cierpię i który akceptuję tylko w wyjątkowych okolicznościach (takich jak chociażby repertuar Stromae). Ze względu na zjawiskowy wokal – a także przepiękne piaskowe wizualizacje mieniące się niczym ziarenka złota – głupio mi umieszczać występ w worku średniaczy, no ale cóż… piosenka była okrutnie nudna i żadna, a refren nieznośny. Nie byłam w stanie przenieść występu Francji nawet do kategorii przejściowej. Niech siedzi tutaj, gdzie jego miejsce.
FINAŁ: tak (zawsze jest ze względu na największy hajs dla EBU)
***
Luksemburg: Laura Thorn – La Poupée Monte Le Son
Scenografia – w tym wizualizacje jako jej element – i kostium urocze. Przywiodły mi na myśl dwie rzeczy: estetykę płyt Cry Baby i K-12 Melanie Martinez (przykłady: Pity Party z Cry Baby i Show & Tell z K-12) oraz występ Estonii z Eurowizji 2011. Nie potrafię jednak powiedzieć, czy odebrałam je pozytywnie. Raczej uznałam za ciekawe, jako że wyraźnie inne od propozycji rywali. Za to reszta na pewno mnie nie przekonała. Wokalistka miała przeciętny, nijaki głos, na dodatek fałszowała. Piosenka była byle jaka, nudna.
FINAŁ: tak (nie należał się)
***
Niemcy: Abor & Tynna – Baller
Świetny początek, zwłaszcza wizualnie. Wstawka głosowa jako echo również. Niestety kiedy wokalistka zaczęła śpiewać, mina mi zrzedła. Jej wokal był dla mnie nieznośny, do tego fałszowała lub po prostu nie nauczyła się śpiewać na żywo. Język niemiecki absolutnie nie pasował do tego gatunku muzyki (niemiecki pasuje perfekcyjnie do Rammsteina… i to by było na tyle). Wielka szkoda, bo podkład był niczego sobie, a scenografia oparta na efektach świetlnych bardzo mi się podobała. Gdyby wymienić wokalistkę i język – może również poprawić nieco refren, aby nie był taki głupawy – utwór trafiłby kategorię lub dwie kategorie wyżej. Póki co jednak jego miejsce jest tutaj.
FINAŁ: tak (zawsze są ze względu na największy hajs dla EBU)
***
Serbia: Princ – Mila
Estetycznie bardzo dobrze: kolorystyka, wizualizacje, gra świateł i mgła przekonały mnie. Wokalista miał przyjemny głos i dobrze, czysto śpiewał. Tym bardziej szkoda, że utwór był cholernie nudny. Tak nudny, że można było nawet nie zasnąć, lecz od razu zapaść w śpiączkę. Ożywienie melodii pod koniec wystąpienia nie zmieniło mojego zdania. Być może dlatego, iż pozostawałam w śpiączce, co znacząco utrudniało mi zmianę zdania. Głosujący podzielili mój los.
FINAŁ: nie (nie dziwię się, głosujący zapadli w letarg)
***
Eurowizja 2025 Bazylea – najgorsze coś tam
Mimo iż nie mogę wskazać utworów tak fatalnych jak w niektórych minionych latach, na całe szczęście jestem w stanie wymienić te, które z różnych powodów sprawiły mi nieprzyjemność. Ciekawe, czy mamy wobec nich podobne odczucia.
Islandia: VÆB – RÓA
Chłopacy wylosowali najlepsze miejsce do zaprezentowania siebie w wizytówce: cyrk (no pun intended; or maybe…?). Chociaż jestem przeciwna klasycznemu cyrkowi ze zwierzętami, uwielbiam cyrkową estetykę. Początkowo skojarzyli mi się z irlandzkim duetem Jedward z Eurowizji 2011, co rokowało pozytywnie. Pierwsze nuty utworu też były obiecujące: a la irlandzki folk przyniósł mi nadzieję na coś przyjemnego dla ucha. Niestety chwilę później wjechało jakieś okrutne disco islandiano (disco islo, obojętnie). Gwoździem – w tym przypadku gwoździami – do trumny była cała reszta: umiejętności wokalne (a raczej ich brak), język (albo nie jestem fanką islandzkiego, albo nie pasuje mi do tego gatunku muzycznego), kiczowate wizualizacje i kostiumy. Całość miała vibe futurystycznych dożynek w zapadłej wiosze. Rozumiem, iż chłopacy chcieli osiągnąć efekt występu kiczowatego-ale-zabawnego, niemniej w moim przypadku odbiór zatrzymał się na pierwszym członie.
FINAŁ: tak (niestety)
***
Ukraina: Ziferblat – Bird of Pray
Elficka dziewczyna rozpoczynająca utwór absolutnie bajeczna (6/6). Po niej jednak nastąpiło… ech, brak słów. Przede wszystkim zupełnie zmienił się klimat piosenki. Spodziewałam się czegoś spokojnego, może alternatywnego, a otrzymałam jarmarczne guano zaśpiewane katującym uszy wokalem. Gość świecił się jak psu… cekiny na obroży, oczywiście. Kto wpadł na tak nieprzesadnie dobry pomysł, by podświetlić postacie niczym wampiry ze Zmierzchu?! Całokształt był plastikowy i nieznośny, bezapelacyjnie najgorszy.
FINAŁ: tak (JAKIM CUDEM?!)
***
Belgia: Red Sebastian – Strobe Lights
Matko i ojcze, jak to bolało w uszy! Kolorystyka występu prawdopodobnie miała symbolizować krew wypływającą z narządu słuchu w wyniku spotkania pierwszego stopnia z tym wykonaniem. No i właśnie: wykonaniem, nie utworem samym w sobie. Podkład był świetny (5/6), podobnie jak wizualizacje. Jedynie wokalista nadawał się do wymiany – natychmiastowej i po wsze czasy, bez szansy na powrót do branży muzycznej, chyba że w roli podawacza kawy (np. espresso macchiato) pracownikom studia nagraniowego.
FINAŁ: nie (całe szczęście)
***
Azerbejdżan: Mamagama – Run With U
Drugi występ w czerwieni po Belgii. Miałam nadzieję, że Azerbejdżan okaże się lep… cóż, nadzieja matką głupich. Kiedy wokalista zaczął śpiewać, nie wiedziałam, czy to żart i mam chwilę wytrzymać, bo zaraz pojawi się właściwy utwór, czy może to już jest to, wobec czego mam czym prędzej ewakuować się z pola rażenia dźwiękiem. Co. To. Było. Straszna szkoda, bo utwór sam w sobie był w porządku. Podkład brzmiał zupełnie spoko, a momenty grania na banjo były wręcz rewelacyjne. Tylko ten śpiew… Co ciekawe, kiedy wokalista po występie krzyknął do tłumu, miał zwykły i przyjemny głos. Wychodzi na to, że jedynie na czas śpiewania używał zacisku na mosznę.
FINAŁ: nie (rozumiem)
***
Cypr: Theo Evan – Shh
Cypryjski Tomasz Kammel. Podobieństwo między nimi to nie tylko wygląd twarzy, ale także codzienna praca głosem. Podstawową różnicę natomiast stanowi fakt, że Kammel świetnie posługuje się głosem, Theo Evan zaś ryczy i skrzeczy jak stara hiena. Występ wyszedł fajnie, a podkład był świetny (4/6), cóż jednak z tego, skoro jęków wokalisty nie sposób było znieść. Myślałam nawet nad kategorią wyżej, ale wybitnie nie radziłam sobie z odbiorem owego festiwalu niemiłosiernego skrzeczenia.
FINAŁ: nie (nie dziwota, nie dziwota)
***
Finlandia: Erika Vikman – ICH KOMME
Nieudana kopia Beaty Kozidrak w tandetnym lateksowym stroju, ku uciesze – jak wnioskuję z faktu, iż Finlandia przeszła do finału – ruchająca mikrofon. (Kiedy znudził jej się mikrofon, przerzuciła się na powietrze, po czym wróciła do mikrofonu). Ja przepraszam bardzo, ale co to miało być?! Choreografia tego występu była absolutnie masakryczna, podczas Eurowizji 2025 nie znalazłam ani jednej gorszej. (Pokaz Malty to przy tym choreograficzne arcydzieło, co stanowi dla Finlandii niezłe osiągnięcie). Z głosem wokalistki też było coś nie tak, chociaż nie wiem co. Nie powiedziałabym, że fałszowała. Raczej w ogóle nie potrafiła śpiewać. Dodatkowo coś nie tak było z piosenką – odebrałam ją jako absolutnie okropną, nieznośną, asłuchalną. Drażnił mnie zwłaszcza refren. Szkoda mi było części podkładu, bo ten wydawał się całkiem w porządku (fajna była zwłaszcza melodyjka grana na bodajże keyboardzie). Można by zrecyklingować podkład, oddając go innej osobie. Światła i kolory były świetne, co jednak niczego nie zmienia. Całokształt mnie skatował. Ponadto żałuję, że spojrzałam na tłumaczenie tekstu.
FINAŁ: tak (nie rozumiem)
Moje typy już znacie. Jakie są wasze?
