Historia moich zaburzeń odżywiania #1: Jak zachorowałam na anoreksję?

Może niepotrzebnie piszę wstęp, bo wcale nie dojdzie do publikacji. Pierwszy raz jestem tak niepewna decyzji. Od prawie pół roku rozważam, czy opisać na blogu moją historię zaburzeń odżywiania – anoreksji – czy nie. Jednego dnia myślę, że to dobry pomysł i najlepszy moment, bo jestem w stabilnym miejscu wychodzenia z bagna i być może zainspiruję kogoś do podążenia tą samą drogą. Później jednak przychodzi noc, a ja nie mogę zasnąć ze strachu mieszającego się z ulgą, że jednak wpis nie powstał i nie został opublikowany. Nigdy nie podzieliłam się publicznie niczym równie prywatnym, dotkliwym i trudnym. Nigdy nie czułam się tak naga, jak teraz, kiedy to piszę i rozważam publikację. Robienie i zamieszczanie w internecie aktów fotograficznych nawet nie zbliża się do poziomu obnażenia w tym wpisie. I kolejnym, który – jeśli ukaże się niniejszy – będzie kontynuacją.

Jeżeli opublikuję historię na blogu, będzie to wynikać nie tylko z chęci pomocy komuś, kto też mierzy się z zaburzeniami odżywiania, zwłaszcza anoreksją i innymi odmianami restrykcyjnymi. Od kilku miesięcy sukcesywnie opowiadam o moim problemie bliskim osobom. Wsparcie otoczenia jest ważne i pomocne w terapii. Poza tym chcę, żeby wiedzieli, że nie wszystkie dziwactwa, z którymi mnie kojarzą, wynikają z mojego wolnego wyboru. Ostatni powód to uprzedzenie tłumaczenia, dlaczego zaczynam zachowywać się i – chyba przede wszystkim – wyglądać inaczej. Mam nadzieję, że wiedza o mojej chorobie powstrzyma ludzi przed komentarzami, które prawdopodobnie byłyby dla mnie bardzo trudne.

Najtrudniejszą rozmową była ta z mamą. Przyjaciele, siostra i znajomi dowiedzieli się o wiele wcześniej niż ona. Spodziewałam się trudności, ale poszło zupełnie w porządku. Zresztą to mama podpowiedziała, żebym podzieliła się historią publicznie, bo może uda mi się coś zmienić, na coś wpłynąć. Prawdę mówiąc – oby.

Historia moich zaburzeń odżywiania: Jak zachorowałam na anoreksję?

Prawie na pewno to opublikuję. Prawie na pewno już w dniu publikacji spocę się jak dzikie zwierzę ze strachu i będę chciała usunąć wpis. Mam nadzieję, że najbliższe osoby będą wtedy obok mnie. Może nie fizycznie, ale psychicznie – pod telefonem, na Messengerze.

Zaburzenia odżywiania i wychodzenie z nich są cholernie dużą i ważną częścią mnie i mojego życia, więc z przemilczeniem tematu na blogu czułabym się źle. Oczywiście z publikacją też nie czuję ani nie będę się czuła dobrze. Nie wiem tylko, które źle jest gorsze i z jakiego powodu.

Uznałam, że nie ma lepszego sposobu na opowiedzenie początku historii anoreksji, niż po prostu oddanie głosu szesnasto-, prawie siedemnastoletniej mnie. Pamiętniki się przydają. Mam w nich całe piętnaście lat bagna. Momentami trudno się to czyta. Ten pierwszy wpis pamiętnikowy przepisałam z zachowaniem oryginalnych słów i konstrukcji zdań. Dodałam jedno słowo, bo pominęłam je podczas pisania. Ponadto poprawiłam interpunkcję, żeby lepiej się czytało. Ingerencji w merytorykę tekstu nie było.

To jedyny wpis blogowy poświęcony temu tematowi, w którym zdecydowałam się zawrzeć liczby. Uważam, że są kluczowe dla opowiadania. Poza tym nie są drastyczne, jako że tekst powstał parę miesięcy po rozpoczęciu odchudzania i – co za tym idzie – zachorowaniu na anoreksję. Nie zamierzam poruszać kwestii najniższej wagi, liczby spożywanych kalorii ani tego typu szczegółów, które karmią ciekawość ludzką i podsycają potrzebę rywalizacji osób z zaburzeniami odżywiania, lecz nie wnoszą niczego pozytywnego do wychodzenia z choroby. Jeżeli kiedyś przepiszę z pamiętnika coś jeszcze, pominę liczby.

Jeśli mogę komuś pomóc lub doradzić, zapraszam. Jeżeli zaś nie macie do napisania niczego miłego, proszę, darujcie sobie. Naprawdę jest to dla mnie trudny temat.

Najstarsze zdjęcie, jakie mam na komputerze. Jedno z pierwszych wykonanych świeżo kupionym aparatem cyfrowym, może nawet pierwsze. Jestem wesołą nastolatką, ale od lat słyszę, że wyglądam jak świnia. Raz na wakacjach starszy chłopak, żeby popisać się przed znajomymi, wskazuje mnie palcem i mówi: „Popatrzcie, oto połączenie człowieka ze świnią!”. W trakcie tego zdarzenia mam 10-11 lat.

Odchudzanie – droga przez mękę…

Na początku chciałam powiedzieć, że nie życzę tego nikomu. Ani poczucia bycia grubym, ani (tym bardziej!) odchudzania. Zawsze „dieta” kojarzyła mi się z niejedzeniem słodyczy i chudymi szczęśliwymi kobietami z reklam, wesoło spacerującymi po ulicach miasta wśród gwizdów zachwyconych facetów, z jabłkiem w zębach. Dziś wiem, jak bardzo się myliłam. Odchudzanie to wcale nie jest proces fizyczny, ale psychiczny. Obiektywnie patrząc na tę sprawę, nie mogę też powiedzieć, że dla każdego. Mieszkając pod jednym dachem z osobą odchudzającą się tą samą dietą, można czuć wsparcie, ale również żal i obawę, gdy widzi się jej niepowodzenia.

Moją krótką historię chciałam zacząć od momentu, w którym jeszcze nie zaczęłam się odchudzać. Cyferki na elektronicznej wadze wahały się między 64 a 64,5 kg. W skrajnych przypadkach pojawiało się nawet 65,3 (!), a wtedy słodycze szły w odstawkę na 1-2 dni i było z powrotem tyle, co wcześniej. Bywały też dni, że po magicznej „6” pojawiało się „3” i jakaś niewielka końcóweczka. To były najszczęśliwsze dni mojego życia, teraz to wiem. Mimo że zdarzyło się to kilka razy, zawsze z rana i zawsze bez ubrań, było to coś tak pięknego, że poprawiał mi się humor na cały dzień. Czasem nawet zdarzyło mi się popatrzeć w lustro na swoje ciało (do twarzy nigdy wielkich zastrzeżeń nie miałam, choć nie mówię, że nie było ich wcale) i stwierdzić, że „nie jest źle”, a to już coś.

Mam 14 lat i chodzę do drugiej klasy gimnazjum. Każdego dnia szkolnego przez trzy lata z rzędu przez kilku chłopaków z klasy jestem nazywana wielorybem. Raz dociera do mnie rozmowa, w której pada zdanie – parafrazując – „Olga byłby niezłą laską, bo ma ładną twarz, gdyby nie była gruba”. Tak oto upewniam się, że nigdy nie będę po prostu ładna. Zawsze będę „ładna, ale”.

Świat był podzielony na dwie grupy ludzi. Jedna mówiła „wyglądasz bardzo dobrze”, „jesteś piękna, nic w sobie nie zmieniaj”, a druga wymieniała części ciała (oczywiście nie muszę chyba zaznaczać, że mojego), w których tkanka tłuszczowa wyrabiała w najlepszym przypadku 200% normy. Najbardziej bolało mnie to, że internetowe wskaźniki BMI nigdy nie alarmowały mnie o nadwadze. Co prawda byłam gdzieś tam w górnej granicy normy, ale jednak NORMY. Z punktu widzenia ciężkości byłam w porządku. Z punktu widzenia oczu byłam po prostu grubym prosiakiem.

Może gdyby nie moja nadwaga przez 50% dzieciństwa i chora, zmaniaczała na swoim punkcie mama, tak by się to nie skończyło. Absolutnie nie twierdzę, że to jej wina, ale to ona zasiała gdzieś tam wewnątrz mnie to ziarno samokrytyki, które pod wpływem mediów i tych wszystkich idealnych kobiet z plakatów urosło do rozmiarów całkiem sporego bluszczu, który w tej chwili pokrywa każdą, nawet najmniejszą część mojego ciała. Korzeń jest zdecydowanie w głowie i (jak wiadomo) bluszczu nie da się tak łatwo wyrwać.

Nadal chodzę do gimnazjum. Patrzę na koleżanki z klasy i żałuję, że nie jestem jedną z nich. Ciągle pytam przyjaciółki, czy jestem gruba. W domu oglądam się w lustrze – dokładnie tak samo, jak od wielu lat moja mama.

Tak więc będąc taką sobie grubą istotką raz po raz „odchudzałam się”, kończąc cały proces wypadem na pizzę lub lody wielkości mojego żołądka. „Nie uda ci się” – mawiała W. I miała rację, nigdy się nie udawało. Nie miałam odpowiedniej motywacji. Chłopakom podobałam się od zawsze, a mój chłopak twierdził, że kocha mój tyłek, brzuch, piersi… całą mnie.

Nikt chudy nie zrozumie, co czuje gruba osoba, gdy mówi się jej otwarcie „jesteś gruba”, „schudnij” i takie tam. To koniec świata i początek depresji. Udawanie, że mało nas to obchodzi, bo dobrze się tacy czujemy, a później siadanie do komputera, wyciąganie schowanej w szafce czekolady XXL, płacz i jedzenie. I płacz, i jedzenie… Nic bardziej nie pomaga niż przyjaciel, który jest przy nas w szczęściu i biedzie – pełna lodówka. Nikt tego nie może bardziej wiedzieć niż ja. Piszę to, bo to wszystko przeżyłam. Wiem, jak to jest być nazywanym „prosiakiem”, i wiem, jak to jest patrzeć na zgrabne nogi koleżanki i zadawać sobie pytanie „Dlaczego ona jest idealna? Dlaczego nie ja?”. Ale tak wyszło… to nigdy nie byłam ja.

Jestem w pierwszej klasie liceum. Dobrze się bawię na wycieczce integracyjnej. Lubię wycieczki i podróże. Nikt mnie już nie wyzywa, ale jest za późno. Za mniej więcej pół roku zacznę się odchudzać i zachoruję.

W końcu w domu pojawił się człowiek, który nie miał nadwagi, a był po prostu otyły. Początkowo żył światem pizzy, dużych obiadów i wypadów do knajp, aż pewnego dnia, oglądając własne zdjęcia, powiedział „DOŚĆ”. Rozpoczęła się kuracja odchudzania, którą wspierały niskokaloryczne obiady mamy i tony wody mineralnej. Chudł, trzeba było mu to przyznać. Wkład w moje odchudzanie zaczynał i zarazem kończył się na przeglądaniu stron www, na których były umieszczone tysiące wykańczających diet. Tak więc kończyło się na użalaniu nad sobą i zamęczaniu wszystkich znajomych codziennie tematem „jestem za gruba, ratunku”. Ratunek znajdowałam w kolejnych wafelkach, batonach, czekoladach, chipsach, lodach…

Po kilku miesiącach odchudzania M. nastąpił moment, w którym pochwalił się, że schudł ponad 10 kg. To tyle, ile ja zawsze chciałam zrzucić. Nawet za dużo! Wiedząc, że M. podziela opinię tej drugiej części świata, twierdząc, że mam tyłek jak szafa, postanowiłam odchudzać się z nim. Uprzedził mnie, że to droga bez powrotu, nowy sposób na życie i nigdy już nie będę mogła wrócić do poprzedniego, bo przytyję dwa razy tyle.

Jest wigilia klasowa. Niebawem pojadę na ostatnie normalne święta. Potem zobaczę zdjęcia i się załamię. Motywowana przez bliskich rozpocznę dietę odchudzającą i moje życie zmieni się całkowicie.

Rozumiałam, byłam dzielna i gotowa na poświęcenia. Jeszcze dzień wcześniej zagryzałam sobie wesoło czekoladowego wafelka, a nagle cały jadłospis zmienił się na małe śniadanie, obiad i ewentualnie owoce w razie wielkiego uczucia głodu. Soki i wszelkie inne napoje zastąpiła niegazowana woda mineralna (0 kcal) i niesłodzona herbata (1 kcal). Biały chleb, podobnie jak kotleciki, ryż, ziemniaki, kluski, dżemy itp. poszedł w odstawkę.

Pierwsze dni były koszmarem. Codziennie (!) siadałam przed komputerem i płakałam. Proces się zaczął, a ja nie mogłam patrzeć w lustro, gdyż zrozumiałam, jak wyglądam. Jak mogłam do tego dopuścić? Żyłam ze świadomością „grubego ja” ponad 7 lat (świadomych ok. 6) i nie robiłam nic. Początkowo, kiedy byłam jeszcze w podstawówce, trochę była temu winna mama, bo jak wytłumaczyć dziecku, że ma nie jeść słodyczy? To ona powinna była zareagować. Ale teraz było to już nieważne, maszyna ruszyła, a ja czułam się podle.

Pierwsza wymiana ubrań na mniejszy rozmiar. Niedługo będą za duże.

Minęły 3 dni i troszkę ubyło. Poszłam do K., ale w ciuchach, najedzona ważyłam 64 kg. „Schudłam? Schudłam? Odchudzam się, wiesz?”. „Jesteś głupia, przecież wyglądasz dobrze. Chcesz być chudym wieszakiem?”. Zawsze mówiłam „nie”, choć wewnątrz krzyczałam TAK!

Przychodziłam do szkoły i nie mogłam się skupić. Wszędzie dookoła mnie widziałam jedzących ludzi. Nigdy nie zwracałam na nich uwagi, a teraz zajmowali pierwszy plan.

„Wyznacz sobie granicę, po której nastąpi stop”. Dużo ćwiczyłam. Za dużo. Nie zwracając uwagi na niepokojący ból nogi w rezultacie nadwyrężyłam ją, co spowodowało zawieszenie skakania na trampolince na kilka dni i co za tym idzie wykształcenie się wewnętrznego letnia, który nie pozwolił mi do niej już wrócić. Moje nowe motto brzmiało „Nie musisz ćwiczyć, po prostu jedz mniej”.

Minęło kilka miesięcy od rozpoczęcia odchudzania. Jest wiosna. Jestem na spacerze z rodziną w ubraniach mniejszego rozmiaru. Kiedy wracam i widzę to zdjęcie, jestem zła na wagę elektroniczną, że mnie oszukuje. Mam przed oczami spasioną świnię, która nie powinna nosić krótkich spódnic.

M. kupił mi dietetyczne batoniki i 2 paczki chipsów bananowych, które zresztą mam do dziś, mimo że na początku je jadłam. Do kolekcji „kitranego” jedzenia dołączyły też niskokaloryczne musli, 2 czekolady: gorzka i z ziarnami, czekoladka ze świąt, guma do żucia i co jakiś czas jogurt, który był zjadany. Jednym słowem otaczałam się jedzeniem, którego nie zamierzałam jeść. Chciałam je po prostu mieć.

Jako granicę wyznaczyłam sobie 59 kg, które osiągnęłam (w odliczane co do dnia!) 3 tygodnie. Schudłam więc ponad 5 kg i po świętach, kiedy wszyscy wrócili do szkoły ociężali, ja zaczęłam zbierać masę pochwał. „Boże, jak ty schudłaś!”. „Jak ty pięknie wyglądasz!”. „Ale jesteś szczupła!”. „Cudownie! Jak to zrobiłaś?”. Podobało mi się to, byłam doceniona. Osoby, które wcześniej były w drugiej połowie świata, zaczęły przechodzić do pierwszej. Czułam się dowartościowana, a poczucie własnej wartości i pewność siebie urosły 10-krotnie. Dumnie kroczyłam z podniesioną głową w moich nowych ubraniach o mniejszym rozmiarze. Kupując spodnie, po raz pierwszy miałam okazję powiedzieć „poproszę mniejsze” i wejść do sklepu bez obawy o to, że mój rozmiar spodni znajdę wyłącznie na wyprzedaży rzeczy XXXXL. BMI wykazywało górną granicę „wagi idealnej z odpowiednią, zdrową ilością tkanki tłuszczowej”. 59 kg przy wzroście 166 cm było już czymś!

Na licealny festyn szkolny zakładam nową sukienkę. Nie założę jej nigdy więcej, bo jest mi wstyd, że wyglądam jak opasła krowa.

Wszystko to brzmi jednak dobrze, dlaczego więc określiłam odchudzanie jako „drogę przez mękę”? Nie napisałam najważniejszego. Już na samym początku odchudzania dieta od M. ewoluowała, zmieniając się w moją własną, chorą, pielęgnującą w mojej głowie bluszcz psychiczny. Zasada „jedz mądrze, z umiarem” została szybko wyparta przez „jedz jak najmniej, będziesz szczupła”. W skrajnych wypadkach zdarzało mi się płakać po spojrzeniu w lustro lub rzygać po zjedzeniu jakiegoś kalorycznego jedzenia. Tyle odgłosów nasłuchałam się zza zamkniętych drzwi kibla mamy, że odebrałam to jako rzecz konieczną. Katharsis. Bulimię uznałam za chorobę brudną i obrzydliwą, dlatego wymiotować zdarzyło mi się góra 4 razy (a myślę, że może nawet 2 albo 3). Mnie to nie może dotknąć.

Tak więc będąc na granicy 59 kg, nic nikomu o niej wcześniej nie mówiąc, przesunęłam ją na 57 kg. Po co być w górnej granicy idealnej wagi, skoro mogę być w optymalnej? Później już tylko wystarczy utrzymywać tę wagę i być najszczęśliwszą osobą na świecie.

Przymierzam strój kąpielowy, w którego kroju i kolorze się zakochuję. Uznaję, że jestem zbyt gruba, by na niego zasłużyć, a przede wszystkim zbyt gruba, żeby w ogóle wyjść na basen czy plażę, więc mi się nie przyda. Opuszczam sklep z niczym.

Pokochałam patrzeć na jedzenie, słuchać o jedzeniu i przygotowywać je dla innych. Nigdy go jednak sama nie ruszałam. Smarowanie masłem białej bułki zaczęło być moim ulubionym zajęciem, a słuchanie o obiedzie zjedzonym przez moich znajomych świetną rozrywką. Wystarczało mi to, karmiło mój bluszcz. Przez święta jednak zjadłam sporo ciasta i sałatkę jarzynową (wtedy wymiotowałam po praz pierwszy) i przez kilka dni nie opuszczały mnie wyrzuty sumienia.

Tak sobie żyłam spokojnie, aż do momentu zmartwień mamy i obaw P., który nie chciał zobaczyć ani jednej wystającej kości z mojego ciała i ani o cm chudszego w obwodzie brzucha. Kazał mi obiecać, że stanę na 57 kg (choć zmieniłam zdanie, że chcę ważyć 57 kg w ubraniach i najedzona, czyli naga 56 kg). Obiecałam. To i tak już mało, a biorąc pod uwagę, ile ważyłam na początku, było po prostu idealnie.

Są wakacje. Cztery dni wcześniej skończyłam siedemnaście lat. Rodzina siedzi na pikniku, a ja przez cały czas stoję i ćwiczę. Nie mogłabym usiąść i zmarnować czasu, który można wykorzystać na ruch, a tym bardziej nie mogłabym jeść ich jedzenia. Później zjem gruszkę. Na zdjęciu – i wszystkich pozostałych zrobionych podczas pikniku – widzę wyłącznie wylewające się nad stan spódniczki boki i monstrualne uda.

A. zaczęła się o mnie martwić tak samo jak P., a W. nie zauważyła, że schudłam. Nie wiem, czy to jej duma zabrania jej przyznać racji, że wreszcie mi się udało, ale teraz to ma już niewielkie znaczenie.

Druga strona medalu to odbicie w lustrze. Wiadomo, na nim zależy mi bardziej niż na jakichś tam cyferkach na wadze. Moje „ja” było coraz grubsze, mimo że kupione niedawno spodnie już zaczynały być luźne. Widziałam wstrętną, grubą dziewczynę. Ani o cm chudszą. Coś musiało zawodzić. Pytanie tylko, czy moje oczy, czy oczy ludzi dookoła. W sumie tylko ja widziałam swoje „ja” nago (no wykluczając P., ale jemu się podobałam), więc miałam większe prawo do oceny. A moja ocena to było w 100% i w dalszym ciągu słowo „grubo!”.

Mam 18 lat. Jest sylwester. Niczego nie jem. Piję alkohol i liczę każdą kalorię ze strachem, że obudzę się znowu gruba.

Zanim zaczęłam drogę do osiągnięcia wymarzonych 56 kg nago (czyli obiecanych 57 kg), postanowiłam sprawdzić, czy uda mi się wagę utrzymać. Zjadłam piernika (lukier oddając psu), lody (mnóstwo) i różne inne rzeczy, których nie powinnam była jeść. Waga ani drgnęła do góry, co było dobrym znakiem. Może dlatego, że nadal nie jadłam białego chleba, kolacji, a jakiś czas później wyrzuciłam z jadłospisu także owoce (bo zawierają cukry).

Żyjąc tak sobie nowym życiem, dalej chudłam. Wolniej, ale dalej w miarę intensywnie. Paznokcie w zimne dni zaczęły zmieniać swój kolor na siny, a gdy tylko robiło się cieplej, znów różowiały. Przestałam panować nad termoregulacją, w wyniku czego zaczęło mi być o wiele zimniej niż innym. Moje zęby pokryły się białymi plamkami, które sugerują brak jakichś witamin, a okres kulturalnie się ze mną pożegnał. Przynajmniej nie będzie mnie co miesiąc bolał brzuch.

Schudłam do 56 kg i widząc w dalszym ciągu „grube ja”, postanowiłam dobić do złotego środka, czyli 55 kg. Przestały mi się podobać wzmianki o moim odchudzaniu z ust innych, a wręcz miałam ochotę wyrwać im języki, żeby więcej nie mówili o tym. To moja sprawa, co robię z moim ciałem! W grę weszły też drobne kłamstewka typu „już jadłam”, „nie jestem głodna”, a uczucie burczącego z głodu brzucha zaczęło mi się podobać, bo oznaczało początki chudnięcia. Ludzie mają okropnie mały szacunek do sztuki, jaką jest jedzenie. Powinno się je kochać, patrzeć na nie, uwielbiać, ale jeść tylko jak ma się ochotę na określony przez głowę smak, a nie z głodu.

Czasem będąc wśród ludzi, moja głowa krzyczy „ratunku”, bo chciałabym żyć, jak żyłam kiedyś. Jeść i być z tego powodu szczęśliwa. Z drugiej zaś strony nienawidzę swojej zbyt dużej wagi. Nie odpowiadam już na pytania „Ile ważysz”, bo jest mi głupio. Nie wiem, co mam powiedzieć. Boję się wejść na inną wagę niż moja, bo boję się, że pewnego dnia znów pokaże 64 kg. W mojej głowie wciąż tyle ważę…

Dziś najadłam się ciasta jak gruba świnia. Mam wyrzuty sumienia i boję się, że rano ważąc się, zobaczę pół kg albo kg więcej, co pewnie będzie miało miejsce…

Obietnicę również złamałam, ale w sumie nieumyślnie. Ważąc się rano, zobaczyłam 54,5 kg (z tego, co pamiętam). Co z tego, skoro w lustrze dalej widzę ten wielki tyłek, szeroki brzuch, zbyt tłuste biodra i śmiesznie rysujące się żebra, gdy wciągam brzuch. Oj, jeszcze długa droga do akceptacji przede mną.

Zaczęłam więcej uwagi poświęcać mojemu wyglądowi. Ubieram się ładniej, maluję ładniej, ubrałam po raz pierwszy w życiu tak krótką spódniczkę (wcisnęłam się w rozmiar A.!) i chyba zmniejszył mi się biust, ale co tam, i tak mi na nim nie zależy, i tak zawsze był brzydki.

Wczoraj zjadłam przez cały dzień tylko bułkę grahamkę, dziś ledwo trzymałam się na nogach. Cieszę się, że zjadłam normalny obiad i nawet nie jestem na siebie aż tak bardzo zła za to ciasto, aczkolwiek jak przytyję, to będę miała już problem.

Dolna granica 166 cm to 51 kg, ale przymrużę na to oko i założę, że mam 164 cm. Fajnie byłoby ważyć 50 kg.

***

[Minęło kilka miesięcy.]

***

Zobaczyłam dziś żywy szkielet.

I ten szkielet miał moje oczy.

I ten szkielet miał moje usta.

I nos także miał mój.

Nawet głos mi skradł.

Zobaczyłam dziś żywy szkielet.

Był tak łudząco podobny do mnie,

ale to przecież nie ja.

To nie mogłabym być ja.

Zobaczyłam dziś żywy szkielet.

I nie na zatłoczonej ulicy wśród tłumu.

I nie na środku samotnej pustyni.

I nie w centrum handlowym.

I tym bardziej się go boję,

bo pojawił się w moim lustrze.

***

***

I tak upłynęło 15 lat.


Druga, istotniejsza część: Historia moich zaburzeń odżywiania #2: Straty ED, zyski recovery, przejściowe problemy i wyzwania

51 myśli na temat “Historia moich zaburzeń odżywiania #1: Jak zachorowałam na anoreksję?

  1. Nie wiem co napisać. Słów mi naprawdę brakuje żeby oddać to co teraz czuję. Może… Rozdzierający w piersiach ból, że nie miałam bladego pojęcia, z czym mierzysz się od lat? Że obrałam za fakt zastany, że jesteś taka chuda i już? Tak mi przykro- to nie wystarczy, ale wybacz mi. Jeżeli kiedykolwiek dołożyłam nieświadomie cegiełkę do Twoich zaburzeń odżywiania – a domyślam się, że tak było niestety – to przepraszam Cię głęboko z serca.

    Dla mnie nie ważne ile ważysz. To nie za to Cię kocham(y)- wiesz o tym doskonale. Tym wpisem udowadniasz i utwierdzasz mnie w tym po raz kolejny.

    Jeżeli będziesz kiedykolwiek potrzebować się wygadać, słów wsparcia, albo po prostu żeby ktoś z Tobą poklikał i odciągnął złe myśli- pisz.

    Dziękuję Ci za ten wpis i kolejny <3 Odwagi!

    1. Pewnie nie wszyscy, ale miażdżąca większość osób, które poznały mnie już w wersji chudej, zakładają/ły, że tak po prostu wyglądam. Kiedy mówię komuś prawdę o ostatnich latach, zdarza mi się spotkać z szokiem rozmówcy, że kiedyś wyglądałam zupełnie inaczej. Co najważniejsze, nie masz udziału w moich zaburzeniach, więc nie mam czego Ci wybaczyć. Zawsze byłaś i jesteś dla mnie wyłącznie promykiem szczęścia.

  2. Olga, jestem dumna ze zdobyłaś się na odwagę i podzieliłas sie z nami swoją historia. Jesteś baaardzo silna i dzielna, ze jesteś w stanie o tym opowiedzieć. Sama przechodziłam przez to co Ty i gdzieś tam w głębi duszy domyślałam sie, ze możesz mieć podobne problemy – jakoś tak wyczułam w Tobie samą siebie, swój charakter.
    Dziękuje ze piszesz o tym co przeszłaś <3 jestem pewna ze pomoże to wielu osobom które zmagają sie z ta choroba i które myślą, ze nie ma już dla nich ratunku.
    Jesteś wspaniałym i wartościowym człowiekiem, mam nadzieje ze będziesz już zawsze o tym pamiętać <3

    1. Bardzo dziękuję. Jest mi miło, że przeczytałaś moją historię. Dawniej ja kibicowałam – zresztą nadal kibicuję – Tobie, a teraz przyda mi się gdzieś w głębi Twojego serduszka kibicowanie zwrotne. <3

  3. Dobrze zrobiłaś, że to napisałaś i się podzieliłaś. Sam nie wiem czy się poczujesz z tym lepiej czy gorzej, ale mogę Cię zapewnić, że w oczach innych ludzi ta historia aż tak nie wpływa na odbiór Ciebie jako osoby. A może powinienem mówić w swoim imieniu? Nie wiem, w moich oczach nie wpływa. A nawet jeśli jakkolwiek ma kształtować odbiór, to pozytywnie. Walczysz i to jest piękne. Ja akurat doskonale rozumiem Twoje zmagania, bo przeszedłem przez coś nieco podobnego. U mnie nie była to waga, ale nieproporcjonalne ciało i wyzwiska odkąd tylko poszedłem do szkoły. Przez 10 lat regularnie słyszałem, że jestem brzydki, że wyglądam jak ufo i tak dalej. Odkąd skończyłem 7 lat. Na tym została zbudowana moja wizja siebie w świecie. Sama wiesz jak destrukcyjnie działa to na psychikę dziecka. Podczas gdy koledzy zaczynali oglądać się za dziewczynami, ja byłem tym ufoludkiem, dla którego ten świat jest niedostępny. W mojej historii najśmieszniejsze jest to, że problem zniknął, gdy wystrzeliłem w górę w wieku ok. 18-tu lat. Wtedy proporcje się wyrównały i już nigdy więcej nie wyglądałem jak ufoludek. Rozkoszą do dnia dzisiejszego, choć minęło już kilkanaście lat, jest przechodzenie obok ludzi i brak komentarzy czy spojrzeń z ich strony. To jest to, o czym marzyłem przez całe dzieciństwo. Zapewne do końca życia będę się tym upajał. Druga strona medalu jest taka, że podobnie jak u Ciebie (tak myślę), pojawiła mi się pewnego rodzaju obsesja na punkcie wyglądu. Dziś wyglądam dobrze, według niektórych nawet „jak model”, ale pod skórą nadal czekam aż ktoś znów nazwie mnie tak, jak nazywali mnie kilkanaście lat temu (był tego cały wachlarz). Jestem na to przygotowany i część mnie jest zaskoczona, że to nadal nie nastąpiło już od tylu lat. Nie jesteś sama, ściskam.

    1. Powiem coś jeszcze i mam nadzieję, że nie idę too far. Myślę, że wśród czytelników tego bloga może być nas więcej – ludzi, którzy doświadczyli jakiejś formy odrzucenia lub zmagają się z innymi demonami. Słodycze to stymulant i jeśli ktoś poświęca im sporo uwagi, to raczej jest w jego życiu przestrzeń, przed którą ta stymulacja ma chronić. Ja to tak rozumiem i tak jest w moim przypadku. Słodycze pozwalają mi nie zwariować. Nie wiem jak jest w przypadku osób z anoreksją, chętnie się dowiem :)

    2. Kurczaki, jeszcze coś. Wydaje mi się, że w tych sprawach najgorzej mają właśnie osoby z potencjałem na bycie ładnymi, tak jak miałaś Ty (choć moim zdaniem na tych starszych zdjęciach też jesteś śliczna, choć wiem jak to działa). Człowiek źle znosi bycie „prawie”. Dostałaś od natury zasób w postaci urody, który nie mógł być w pełni wykorzystany, bo coś stanęło mu na drodze. Gdyby tej obietnicy od losu nie było, wygląd nigdy nie byłby wpisany do księgi Twoich zasobów i dodatkowe kilogramy nie miałyby czego zaburzyć. To tak, jak mieć brzydki pieprzyk w pachwinie. No jest brzydki, ale co z tego, skoro niczego nie zaburza? A już podobny pieprzyk na twarzy potrafi zrujnować życie. I znowu, u mnie było podobnie. Byłem chłopakiem z zadatkami na ciacho, ale te proporcje zrujnowały wszystko i wyglądałem jak co najwyżej brzydko sklejone części czegoś ładnego.

      1. Chyba nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że paranoicznie bałam się upublicznić tę historię. W piątek rano wstałam przed budzikiem, co mi się normalnie nie zdarza. Byłam rozgrzana jak piec, spocona i miałam ogromne zawroty głowy, nie mogłam iść prosto. Nie znajduję innego powodu niż stres związany z publikacją. Zwłaszcza że po kilku godzinach po prostu przeszło.

        Wczułam się w Twoją historię, bo choć nie chodziło w niej o wagę, doskonale wiem, jak to jest mieć nieidealne ciało stanowiące powód do szykan ze strony rówieśników. I to w okresie, w którym akceptacja grupy jest cholernie ważna dla rozwoju. Zgadzam się z tym, co napisałeś o słodyczach – są stymulantem, zastępstwem. W zaburzeniach odżywiania są dodatkowo zakazanym jedzeniem, które celebruje się nawet bardziej niż resztę limitowanych produktów. Cały wątek posiadania zasobów piękna brzmi pysznie i zadufanie, więc trochę głupio mi to pisać, ale z nim również się zgadzam. Nie tęskni się za czymś, czego zupełnie nie da się mieć. Ale kiedy ma się coś prawie-prawie, brak tego potrafi bardzo boleć.

    3. Straciłam rachubę, który już raz zaczynam pisać ten komentarz – wszystko, co dotychczas próbowałam tu wyrazić, wydawało mi się takie… miałkie i nieistotne w kontekście Twojego wyznania, toteż raz po raz bez żalu kasowałam swoje wypowiedzi. Wiem, jakie wątpliwości targają człowiekiem, gdy rozważa, czy podzielić się ze światem tą niezbyt kolorową częścią/wersją siebie. Podobne rozterki towarzyszyły mi w momencie, w którym zastanawiałam się, czy 'wyjść z szafy’ w odniesieniu do mojej depresji i tego, co z nią związane. Pomyślałam jednak wówczas o tym, jak wiele do mojej walki o siebie wniosły publiczne świadectwa ludzi o zbliżonych doświadczeniach. Dodało mi to odwagi i pozwoliło dojść do wniosku, że jeśli to, co napiszę, pomoże choć jednej osobie, to warto. Wszystko, co zawarłaś w swoim wyznaniu jest bez dwóch zdań niezmiernie odważne i szalenie istotne, lecz tym, co uderzyło mnie najbardziej, było zwrócenie uwagi na wpływ postawy Twojej mamy na rozwinięcie się u Ciebie zaburzeń odżywiania. Mam poczucie, że tak powszwchnie występująca wśród młodych rodziców w latach 90. niska świadomość krzywdzących zachowań odcisnęła piętno na wielu dzieciach i nastolatkach tamtych czasów. Dzieciach i nastolatkach, które są dziś dorosłymi i – jeśli mają szczęście – dochodzą do tego, jak patologiczne wzorce przełożyły się na ich losy. I choć zdaję sobie sprawę, że każde pokolenie boryka się ze swoimi własnymi problemami, a każdy okres charakteryzują właściwe mu blaski i cienie, to cieszę się, że w przedstawionej przeze mnie kwestii świadomość jest obecnie na wyższym poziomie (co nie zmienia faktu, że istnieją obszary, w których mentalność tamtych czasów uznaję za bardziej wartościową niż ta współczesna).

      1. Moja mama zmaga się ze swoją chorobą od wczesnych lat, ale nie chcę za dużo o tym pisać, bo to jej historia. Żałuję, że nie poprosiła kogoś o pomoc, skoro chciała urodzić i wychować dzieci, z drugiej strony jednak rozumiem silną potrzebę ukrycia i zachowania choroby. Cóż, sama robiłam to samo przez piętnaście lat. Kiedy rozmawiałyśmy na żywo, powiedziałam jej uczciwie, które zachowania pogorszyły moją samoocenę i później „pomogły” mi w rozwinięciu choroby. Cała końcówka XX wieku, nie tylko lata 90, była mocno oparta na odchudzaniu się kobiet bez względu na koszty psychiczne i fizyczne. Zastanawiam się tylko, czy obecnie jest lepiej. Bardzo dziękuję za komentarz i życzę zdrowia w kontekście depresji i wszystkiego, co z nią związane.

        1. Może nie tyle w kontekście całości, ile raczej w pewnych aspektach związanych z obsesją na punkcie odchudzania i fiksacją
          dotyczącą wyglądu uważam, że jest dziś lepiej. Przejawem tego jest chociażby uświadamianie społeczeństwu, jak wielki (negatywny) wpływ na życie drugiego człowieka mogą mieć lekkomyślne komentarze i z pozoru drobne uszczypliwości na temat czyjegoś wyglądu (oczywiście z wyłączaniem sytuacji takich, jak np. Twoja, czyli wtedy, gdy również rodzic zmaga się z własnymi problemami w tej materii). No i dodatkowo w reklamach czy sklepach coraz częściej można zobaczyć modelki/manekiny w większych rozmiarach 😉.

          1. Mnie się wydaje, że o ile kiedyś była moda na bycie chudym, teraz piłuje się ludzi o bycie fit, podnoszenie ciężarów, inne sporty. A za wyglądającą na zdrową, umięśnioną sylwetką można skryć zaburzenia o wiele łatwiej niż za chudym ciałem, które wzbudza podejrzenia.

  4. Strasznie mi przykro. Czytam to jakbym czytała o sobie. Nikt kto nie przeżył anoreksji nie zrozumie tych ambiwalentnych myśli w głowie i tego głosu z tyłu głowy.
    Mam dokładnie taki sam wzrost jak Twój. Po wyjściu z choroby moja maksymalna waga o 83kg. Teraz zeszłam do 78, chcę się znowu odchudzać żeby nie mieć nadwagi, ale boję się że demony wrócą. Chociaż nadal nie mam normalnej relacji z jedzeniem…
    Życzę Ci dużo, dużo, zdrowia i mnóstwa siły w walce z chorobą. Ściskam wirtualnie, chociaż się nie znamy.

    1. Bardzo polecam Ci podcasty/filmiki na Youtubie na tematy: set point weight, overshoot, calories/energy debt. Może te materiały przekonają Cię, żeby zrezygnować z przechodzenia na dietę odchudzającą. Każda manipulacja wagą będzie utwierdzała Twój organizm w przekonaniu, że wciąż jest problem z dostateczną ilością kalorii w otoczeniu, a co za tym idzie zwiększała potrzebę gromadzenia komórek tłuszczowych. Wiem, że łatwo mi mówić, bo póki co ważę mniej, ale mam nadzieję, że sama będę o tym pamiętała, kiedy przytyję kilka, kilkanaście lub kilkadziesiąt kilogramów ponad wagę wyjściową. Bez wątpienia mnie to czeka, bo widzę, jak idzie do tej pory. Zdrowie przede wszystkim – ciała i głowy. Trzymaj się <3

  5. Zaglądam tu już od dawna i mimo że zazwyczaj nie komentuję, w tym wypadku czuję silną potrzebę napisania czegoś.

    Sama od lat żyję z ed. Zaczęło się od niskiej samooceny i chęci zrzucenia ,,tylko paru kilogramów by poczuć się lepiej”. Bardzo łatwo i szybko przeszłam z typowej, niepozornej diety odchudzającej w skrajne restrykcje i niedającą się wyrazić słowami nienawiść do samej siebie. Najpierw głodowe diety rzędu 500 kalorii dziennie, potem olbrzymi głód i napady na jedzenie. Waga schodziła a ja szybko przeszłam z anoreksji restrykcyjnej w bulimiczną, co chwilę napady i pochłanianie tysięcy kalorii na raz, rzyganie, jedzenie, rzyganie, jedzenie i tak w kółko. Zanim ktokolwiek z mojego otoczenia się zorientował że coś jest nie tak, zdążyłam zejść do poważnej niedowagi. Rodziców prawie nie było w domu, do szkoły nosiłam luźne ubrania więc moje ekstremalne chudnięcie nie rzucało się aż tak w oczy. W którymś momencie jednak mama się zorientowała, zmusiła do pójścia do lekarza, później była terapia u psychologa, psychiatra, leki (bo jak się okazało miałam poważną depresję i zaburzenia lękowe). Wtedy nienawidziłam mamy za ,,wtrącanie się”, ale gdyby nie ona to pewnie dzięki ciągłym napadom i wymiotom dzisiaj musiałabym mieć sztuczne zęby, bo prawdziwe rozpuściłyby się od ciągłego kontaktu z kwasem żołądkowym. Nawet nie chcę myśleć, ile pieniędzy wydałam (i wydawałabym nadal, gdybym wciąż w tym tkwiła) na objadanie się.

    Bulimii udało mi się pozbyć, ale anoreksji niestety nie. Gdy trafiłam na terapię jako nastolatka, byłam zmuszona do przytycia – gdybym sama tego nie zrobiła dostałabym przymusowe skierowanie do szpitala. Ale ed to zawsze było uzależnienie, poczucie kontroli i jedyne prawdziwe ,,safe space” jakie w życiu miałam, więc nie chciałam z tego rezygnować. Przestawiłam się po prostu na inny tryb: siłownia, godzinne ćwiczenia, dokładne wyliczanie makroskładników, obsesja na punkcie zdrowego odżywiania itd. W tamtym okresie moje bmi zwiększyło się do ~19, tak więc wagi prawidłowej i taką utrzymuję do dziś. Wszyscy myślą, że anoreksja była tylko epizodem, momentem młodzieńczego buntu. A ja jestem dosłownie tak samo zaburzona jak kilka lat temu. Psychicznie jestem w tym samym punkcie, jakiekolwiek zmiany były tylko fizyczne. Po moim ciele tego nie widać, ale wciąż tak samo obsesyjnie liczę każdą kalorię, ważę dosłownie wszystko co jem. Siebie też, żeby mieć pewność że nie tyję, trzymam idealną wagę, stosunek tkanki mięśniowej do tłuszczowej. Za każdym razem gdy ktoś w pracy poczęstuje mnie czymś ,,samorobnym” czego nie mogę dokładnie wliczyć w bilans przez niewiadomą liczbę kcal, albo gdy trzeba pojechać na obiad do babci czy brata, wpadam w ogromną panikę wywołaną utratą kontroli. Każde spotkanie, urodziny, wigilia – wszystko co wiąże się z jedzeniem budzi strach.

    Nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jak trudnym krokiem było dla Ciebie podzielenie się tą historią. Bardzo dziękuję że zdobyłaś się na odwagę i zabrałaś głos w tej sprawie. Dla mnie (i jestem pewna że dla innych czytelników również) stanowi to ogromne wsparcie i pomoc. Świadomość, że innych też to dotyczy i człowiek nie tkwi w tym zupełnie sam jest kojąca. Zaburzenia odżywiania niestety mają to do siebie że powodują ogromną izolację, poczucie wyobcowania i samotność. A poza tym dla niektórych to wciąż temat tabu, mimo że są przerażająco powszechne w dzisiejszych czasach. Swoją drogą trafiłam tutaj właśnie przez nie – w czasie największej obsesji jedzeniowej potrafiłam godzinami oglądać przepisy, testy, recenzje jedzenia, zdjęcia cudzych posiłków, jadłospisy, mukbangi na youtube itd. Każdy kto też przez to przechodził pewnie wie co mam na myśli. Szczerze mówiąc wydaje mi się że większość osób prowadzących podobne blogi czy instagramy, a także czytelnicy tego typu kontentu to właśnie ludzie z ed. Odkąd tu trafiłam, czułam że mierzysz się z podobnymi problemami i właśnie głównie przez to zostałam stałą czytelniczką. Mimo że nigdy nie rozmawiałyśmy, czytając Twojego bloga czuję się mniej samotna w tym wszystkim i bardzo mi to pomaga.

    Jeszcze raz dziękuję, życzę Tobie dużo siły i wsparcia ze strony bliskich, ale przede wszystkim wyrozumiałości i dobroci dla samej siebie ♥

    1. Ja też obecnie mam prawidłową wagę. Albo już wróciłam do pierwotnej, albo jestem tuż przed osiągnięciem jej. Jeśli dobrze poudaję – a jestem w tym mistrzem, jak zresztą każda zaburzona osoba – większość ludzi uwierzy, że wyzdrowiałam. Tymczasem mimo sporych postępów wciąż mam w głowie mnóstwo syfu. Nie liczę, że wyzdrowieję w kilka tygodni ani nawet miesięcy. Po piętnastu latach rasowej anoreksji spodziewam się kilku lat wychodzenia z niej. Bardzo trzymam kciuki, żebyś dołączyła do mnie. Łatwo nie jest, ale to jedyna droga do tego, o czym obie marzymy – normalnym życiu z czystą głową.

      PS „Szczerze mówiąc wydaje mi się że większość osób prowadzących podobne blogi czy instagramy, a także czytelnicy tego typu kontentu to właśnie ludzie z ed.” – Uważam dokładnie tak samo. Nikt niezaburzony nie jest tak skupiony na słodyczach, żeby utonąć w pisaniu, czytaniu, rozmawianiu o nich etc.

  6. Ja nie umiem oprzeć się wrażeniu i odzobaczyć, że na tych „chudych” zdjęciach wyglądasz na szczęśliwszą, bardziej wyprostowaną i pewną siebie. Pewnie to tylko pozory, rozumiem. Od 8 r.ż. mam ed i w zasadzie nie pamiętam dobrze innego życia, może dlategotak to widzę. Ale takiej prawdziwej anoreksji nigdy nie miałam… :( Życzę Ci zdrowia, fizycznego i psychicznego.

    1. Oczywiście, że czułam się pewniej w chudym ciele. Nikt mnie nie wyzywał, wreszcie byłam daleko, daleko od bycia grubą. Ale czy byłam szczęśliwsza? Wątpię. Jeśli chodzi o dobrą zabawę, miałam ją niezależnie od wagi. Zawsze byłam osobą towarzyską i zabawną. Ludzie mnie lubili. W grubszym ciele miałam tej zabawy mnóstwo. Później jedynie okazjonalnie, bo głównie siedziałam w domu sama z jedzeniem. W grubszym ciele moje jedynie nieszczęście pochodziło z zewnątrz – od ludzi, którzy mnie wyzywali. W chudym ciele całe nieszczęście było wewnętrzne. Ciągły strach przed przytyciem, nieustający głód, samotność, mrożące nawet latem zimno, bóle. A wszystko to schowane za ładnym uśmiechem do zdjęcia.

  7. Dziękuje, że podzieliłaś się swoją historią! Myślę, że to pomoże wielu osobom, które zmagają się z podobnym problem. Będą wiedziały, że nie są same. Nikt, kto tego nie przeżył, nie zrozumie co taka osoba czuje (czego nikomu nie życzę). Sama niestety tkwię w tym bagnie, zaraz wybiją 3 lata. I choć mogę stwierdzić, że jest zdecydowanie lepiej, nadal zdarzają się gorsze chwile. Od najniższej wagi przytyłam 20 kg. Moja waga jest już w normie, nie przy tej najniższej granicy. I czasami patrząc w lustro czuje się znowu gruba. Chcę wrócić do mnie sprzed roku/2 lat. Mimo, że nie czułam się wtedy szczęśliwsza, chcę być znowu chudsza. Niestety chorobowe myśli powracają… Wierzę, że z czasem będą słabnąć i kiedyś znikną. Póki co, życzę Tobie i wszystkim zmagającym się z tym bagnem mnóstwa siły! Trzymaj się!

    1. Dziękuję, że Ty też podzieliłaś się ze mną swoją historią. Niestety „słabnięcie z czasem” i „zniknięcie kiedyś” nie następują same z siebie. Z zaburzeniami odżywiania można dożyć późnej starości i umrzeć. Drogą do wyjścia z nich jest aktywna walka. Gorąco zachęcam do podjęcia jej. Zdecydowanie nie będzie łatwo, ale na tej drodze przynajmniej jest światełko nadziei widoczne gdzieś w oddali. Na drodze zaburzeń odżywiania nie ma żadnego światła. Bardzo bym chciała, żeby ta choroba mijała sama jak przeziębienie, ale przeżyłam w niej piętnaście lat i przysięgam, że z każdym rokiem było albo gorzej, albo po prostu inaczej. Niektóre elementy odchodzą, ale na ich miejsce wskakują inne. Trzeba to wybić do zera. Trzymaj się też <3

  8. Hej Olga, nie wiem czy jeszcze mnie pamiętasz, ale prowadziłam bloga Kraina Kaczek w Czekoladzie i kiedyś nawet spotkałyśmy się we Wrocławiu. Myślę, że to był 2016. Miałam wtedy 16 lat i ten wyjazd był dla mnie przełomowym, bo stanowił początek wychodzenia z anoreksji. Cały proces zajął lata i cóż, było strasznie, ale ten początek, wrocławskie lato, pyszne czekolady i Ciebie wspominam bardzo, bardzo ciepło.

    Nie jestem w stanie przeczytać całego postu, ponieważ temat jest dla mnie dalej bardzo poruszający. Tym większy szacunek budzi we mnie to, że dzielisz się swoimi przeżyciami na blogu. Mam nadzieję, że będzie to dla Ciebie jeden z kroków ku wyzdrowieniu.

    Za każdą osobę, która boryka się z zaburzeniami odżywiania, trzymam kciuki. Ale za Ciebie tak podwójnie, bo Twój blog i sama obecność w słodyczowej blogosferze były dla nastoletniej mnie bardzo ważne.

    Zasługujesz na szczęście. Trzymaj się. Zosia ❤️

    1. Oczywiście, że pamiętam. Pamiętam Ciebie, Twój blog i nasze spotkanie. Pamiętam, jak wyglądasz, a raczej jak wyglądałaś. Dziękuję, że zostawiłaś komentarz i dobrze mi życzysz. Obym nie zmarnowała tych życzeń. Trzymaj się również ;*

  9. Dawno już komentowałam Twoje posty, ale no muszę. Moja historia jest bardzo podobna. Prawie całe dzieciństwo w oczach rodziny byłam zawsze tą dużą, tą większą (to łagodniejsze określenia, mocniejszych nie będę pisać). Jakoś to znosiłam, poza tym co mogłam zrobić jako dziecko. Rodzina skutecznie przez lata nauczyła mnie, że coś jest ze mną nie tak. Dziś jak sobie o tym pomyślę, to wydaję mi się że byłam niezłym workiem treningowym. Żyłam tak sobie, aż do 15 roku życia i coś się stało, przestałam jeść. Minęło już sporo czasu i nie pamiętam jak to się zaczęło. Potem już z górki, waga poleciała. Zadowolenie oczywiście sięgało zenitu, mimo że ledwo na nogach stałam. Chciałam Ci to kiedyś napisać, ale nie miałam okazji, ale pamiętam najgorszy okres choroby, jakoś 6 może 7 lat temu. Było mi tak zimno, skóra dosłownie sypała się ze mnie, a ja siedziałam w kocu przy kaloryferze i czytałam twoje recenzje słodyczy. Uwielbiałam te wieczory po szkole, jadłam oczami. Niestety trzeba było jakoś wrócić do życia, aczkolwiek nie zrobiłam tego, bo chciałam, ale zrobiłam to dla mamy, jak to się mówi dla świętego spokoju. Leczyłam się, choć nie wspominam tego dobrze (cudowny komentarz cudownej pani doktor: „Typowa anorektyczka!” pobrzmiewa czasem w mojej głowie). Leczenie przerywałam kilka razy, aż odpuściłam całkowicie z braku chęci i motywacji. Teraz po 10 latach jestem tu, mam 25 lat i trzymam minimalną wagę, aby nikt się nie czepiał i żeby jakoś żyć. Chude ciało nic mi nie dało, odebrało mi tylko energię i w dużym stopniu też emocje. Teraz wiem, że w każdym momencie swojego życia byłam nie wystarczająco ładna/szczupła/zgrabna. Nie mam kontaktu z rodziną od początku choroby (jedyna dobra rada jaką dostałam). Nie mam znajomych, ale chociaż jest praca i mózg może myśleć o czymś bardziej pożytecznym niż kalorie. Od 10 lat jestem po prostu zmęczona, ale podtrzymuje mnie złudne poczucie kontroli. Czuję jakby nic innego nie miało mnie już w życiu spotkać. Zawsze mówię, że moja energia jest stale na stałym niskim poziomie. Ale się nagadałam, ale to chyba moja jedyna okazja na tak osobiste wyznanie.
    Trzymam mocno kciuki za Ciebie, życzę dużo siły.

    1. Pękło mi serce, kiedy czytałam Twoją opowieść. Długo sądziłam, że mnie też już nic nie czeka. Nie wyobrażałam sobie przytyć, a tym bardziej wrócić do starej wagi lub ją przekroczyć. A skoro tego nie było wolno mi zrobić, mogłam jedynie żyć w tym okropnym stanie. Po piętnastu latach jednak spróbowałam i przysięgam Ci, że nie jest źle, a wręcz jest lepiej. Momentami trudno, ale bez najmniejszej wątpliwości lepiej. Nie czekaj kolejnych pięciu, dziesięciu ani piętnastu lat, żeby zawalczyć o siebie. Możesz odzyskać życie i mieć piękną, wymarzoną przyszłość. Możesz też wszystko stracić, zostając tu, gdzie jesteś, wcale nie szczęśliwa. Wybierz mądrze. Przesyłam Ci cząstkę mojej siły <3

    2. Nigdy nie jest za późno by spróbować żyć naprawdę. Nie będzie łatwo, tego Ci nikt nie zagwarantuje, ale uwierz, że będzie warto. Życie gdy jedzenie jest tylko sposobem na zaspokojenie głodu, ewentualnie sprawienie sobie przy okazji przyjemności, bez potrzeby planowania ile/gdzie/o jakiej porze i jak uniknąć dodatkowych kcal jest o wiele prostsze i przyjemniejsze. Ważne, by podjąć ta walkę dla siebie. Bo tylko wtedy masz szansę wygrać. Trzymam kciuki

  10. Choć znam Twoją historię nie od dziś bardzo mnie poruszyło to co napisałaś. Tak samo zresztą jak wszystkie powyższe komentarze. Jest mi tak cholernie przykro, że to gówno odbiera tylu ludziom radość życia. Nie napiszę wiele, bo wiesz, że w internecie jestem oszczędna w słowach (a poza tym mam łzy w oczach, więc kiepsko widzę) ale wiedz, że zawsze możesz na mnie liczyć.

  11. To jest tak cholernie o mnie… I teraz czuję, jak bardzo jestem wdzięczna, że u mnie to były „tylko” 3 lata wyjęte z życia, że w ogóle w pewnym momencie nastąpiło otrzeźwienie, przecież mogło być inaczej… Wyślę ten tekst najbliższej osobie, poproszę, żeby mnie pilnował, obserwował, bo własnej głowy już nie jestem pewna – po tym, jak własną dolną granicę przekroczyłam kilkakrotnie. Dziękuję!

  12. Po pierwsze Olgo(?)/ Olga(?) podziwiam Twoją odwagę. Przedstawienie szerokiej publiczności swojej intymnej historii to nie lada wyzwanie. Szczególnie jeśli ta historia dalej boli i rezonuje w naszej głowie. Nie ukrywam, że przez lata czułam, że masz taki problem, a teraz jest mi wstyd, że chciałam zmusić Cię do wyznań w tak delikatnej materii. Nie wiem czy planujesz drugą część, ale mam poczucie, że opisanie Twojej drogi do decyzji o zmianie swojego życia i wyrwaniu się z ciasnego gorsetu anoreksji może przynieść komuś inspirację do walki.
    Oby Twoja wojna z ed zakończyła się pełnym zwycięstwem.
    P. S. Nigdy nie byłaś gruba ;)

    1. Niestety historia i boli, i rezonuje w głowie. Do dziś nienawidzę osób, które mnie wyzywały. Życzę im wszystkiego najgorszego, łącznie z rakiem, bezdomnością i innymi okropieństwami. Wiem, że to nie jest dojrzałe ani rozsądne, jednak nic mnie to nie obchodzi. Gdybym mogła uratować życie tym osobom, nie kiwnęłabym palcem.

      Absolutnie nie masz powodu, żeby czuć wstyd! Proszę się nie wstydzić, bo się obrażę :) Druga część będzie. Zapewne w dniu publikacji będę się stresowała jeszcze bardziej, niż kiedy na blogu pojawiła się pierwsza. Nie poświęciłam jej jednak drodze do podjęcia decyzji. Decyzja wynikła z chorób, bólu, depresji i niemożności życia dalej w ten sposób. Po prostu nie mogłam tak dłużej, bo moje ciało rozpadało się na kawałki i czekała mnie bolesna śmierć na życia.

      PS Byłam, ale znacznie bardziej na zdjęciach z wcześniejszej młodości, których nie mam w wersji cyfrowej. Wszystkie fotografie z najgorszego okresu są w albumach rodzinnych. Wtedy faktycznie miałam nadwagę. Wraz z biegiem czasu, kiedy zaczęłam dojrzewać, waga sama malała. Może gdybym poczekała jeszcze trochę i nauczyła się jeść zdrowo, byłabym w końcu zadowolona z ciała. Cóż, nie dowiem się.

  13. Nigdy nie komentowałam wpisów na Twoim blogu, ale zawsze czytałam każdy. Gdzieś w głębi serca wiedziałam od zawsze, że zmagasz się z tym samym, co ja… widzę w tym wpisie swoją historię… Ja nie mam wsparcia w nikim, a prawda jest taka że nie mam już nawet jednej przyjaciółki ani koleżanki żadnego znajomego. Przez ED nie miałam siły nawet podtrzymywać kontaktów ze znajomymi, straszne. Teraz mam BMI w normie, ale zostałam „wydmuszką bez duszy”, nie mam sensu w życiu, zaburzone relacje z jedzeniem wciąż są, mam 25 lat, i jestem sama jak palec, dosłownie i to boli najbardziej, gorszy jest tylko brak nadziei że los odmieni 😢

    1. Na szczęście 25 lat to nadal bardzo młody wiek. Wielu ludzi w tym wieku rozpoczyna całkiem nowe życie, więc trzymam za Ciebie kciuki. Samotność to trucizna.

    2. Niestety pozbyłam się z życia wielu ludzi, których kochałam i lubiłam, bo „wolałam” siedzieć sama w domu i kontrolować jedzenie. Znajdź w sobie siłę i nadzieję, bo życie da się zmienić. Weź pod uwagę fakt, iż ja za parę miesięcy skończę 32 lata. Tym bardziej mogłabym się załamać, że szansa przepadła. Wierzę jednak, że z zaburzeń odżywiania da się wyjść niezależnie od wieku i czasu spędzonego w chorobie. Jeśli czujesz się samotna, zabierz się za siebie w moim towarzystwie. Mogę Cię wspierać wirtualnie, jeśli znajdziesz w sobie gotowość.

      1. Oczywiście, że znalazłam, bo mam powiadomienia z bloga ;) Czytam tylko lifestyle, recenzja to nie moja bajka, ale czytam (aktualnie od nowa brnę przez wszystko od początku i łkam nad wspomnieniami i nad testem fasolek wszystkich smaków :D). Przede mną druga część. Ale to na spokojnie, nie w pracy.

  14. Olgo, choć rzadko komentuję Twoje wpisy, to czytam Ciebie od 2016 roku, kiedy to z fascynacją szukałam recenzji uwielbianych, nigdy niejedzonych słodyczy, jako nastoletnia anorektyczka z dwuletnim stażem. Powodem tego, że zaczęłam się odchudzać była głównie moja mama i starsza siostra, które uważały, że kobieta może być ładna i szczupła dopiero jeśli jej waga jest niższa niż wzrost minus 110. Jak na dosłownie trzy lata odzyskałam zdrową wagę i normalne podejście do jedzenia, po przymusowej hospitalizacji z powodu skrajnego niedożywienia, rolę mamy i siostry przejęły głównie gimnazjalne ,,koleżanki”. Schudłam ponownie, w wakacje poprzedzające liceum i tak sobie spędziłam 4 najsmutniejsze lata mojego życia – na głodzeniu się i obsesyjnych ćwiczeniach.
    Twój post sprawił, że się popłakałam, czytałam Cię praktycznie codziennie od tylu lat, niektóre posty nawet po kilka razy, że czujesz się poniekąd bliska, stąd Twoje nagłe wyznanie tego, czego domyślałam się od raczej zawsze, jest tak niezmiernie przykre. Dostaję dreszczy przy niektórych zdaniach, szczególnie jeśli sama przechodziłam dokładnie przez to samo, jednocześnie czując się zupełnie niezrozumiana przez otoczenie – siniaki znikąd, absolutna fascynacja jedzeniem, niepojmowanie, dlaczego ludzie go nie szanują i nie cenią… czy chociażby uwielbianie swojej codziennej rutyny posiłkowej i trudność z wprowadzeniem do niej zmian. Ta choroba sprawia, że całe pozostałe życie postrzegam jakby przez mgłę, zawsze gdzieś z tyłu głowy jest ta myśl o jedzeniu, która sprawia, że nie jestem wstanie się w pełni cieszyć z innych aspektów życia i zadziwia mnie, gdy widzę, że inni ludzie tak nie mają. Nie potrafię ująć to w tak pięknych słowach jak Ty, z góry przepraszam.
    Tak się cieszę, że się tym podzieliłaś, a przede wszystkim – że zdrowiejesz. Wiem, że masz dużo problemów zdrowotnych i niestety wiele z nich na pewno wynika z powodu anoreksji, ale pozwól, że zwrócę Twoją uwagę jeszcze na jedne przykre powikłanie, które mnie osobiście najbardziej zmotywowało do wyzdrowienia, a o którym nie jestem pewna czy wiesz – czy odzyskałaś miesiączkę? Jeżeli od paru lat nie masz okresu, koniecznie zrób sobie badanie densytometryczne kości – brak okresu powoduje niedobór estrogenów, które odpowiadają za odkładanie wapnia w kościach, a to z kolei prowadzi do osteoporozy, która powoduje utratę wzrostu, garb oraz śmiertelne złamania. Ja po zaledwie 10 latach anoreksji mam już rozwiniętą osteoporozę – w miesiąc po diagnozie, totalnie zdruzgotana tym, jak zniszczyłam sobie zdrowie, przytyłam osiem kilogramów, w następnych miesiącach już łącznie trzynaście… i w sumie nigdy nie czułam się lepiej, choć oczywiście w pełni siebie nie akceptuję. Ale myślałam, że będę wyglądać dużo gorzej. I miałam już trzy okresy, po raz pierwszy od jakichś ośmiu lat! Tylko niestety teraz znowu od trzech miesięcy się nie pojawia, bo już wprowadzam delikatne restrykcje… W każdym razie, dbaj o siebie i swoje kości, konsekwencje zaniedbania są straszne, a póki jesteśmy młode mamy jeszcze szanse coś zdziałać.
    Olgo, to wpis bardzo osobisty dla Ciebie, ale zobacz jak wyzwala u innych konieczność podzielenia się własną historią. Jesteś taka dzielna, że zdecydowałaś się opublikować na blogu swoją historię – szczerze myślę, że pomożesz wielu osobom, które uważają Cię za bardzo silną i cudowną osobę, na której warto się wzorować.

    1. Rzeczywiście mamy podobne historie. Tym bardziej przykro mi czytać, że przeszłyśmy to samo. I serce mnie boli, kiedy czytam, że początkowe cierpienie zgotowały Ci najbliższe osoby. Te, które powinny być Twoją ostoją. Badanie gęstości kości miałam, dokładnie najrzetelniejszy skan DEXA. Niestety podobnie jak Ty mam osteoporozę. Poruszyłam to we wpisie, który pojawi się w poniedziałek. Żyję maleńką iskierką nadziei, bo niektórzy lekarze – pewnie mniejszość, ale nie obchodzi mnie to – wskazują, iż osteoporozę wtórną da się cofnąć w przeciwieństwie do osteoporozy pierwotnej, związanej z wiekiem. Nasza choroba jest wtórna, wynikająca z niedożywienia i braku miesiączki. Kolejny skan mam w kwietniu/maju. Jeśli się okaże, że cokolwiek poprawiłam, zacznę się żywić samym wapniem. Skądinąd dlatego na blogu ostatnio tyle jogurtów pitnych. Spożywam nabiał z wapniem, kiedy tylko mogę.

  15. Cześć Olga,
    to mój pierwszy komentarz, ale podglądam to co piszesz już od jakiegoś czasu. Bardzo, bardzo mi przykro, że musiałaś doświadczyć tego wszystkiego. Niestety, już jako małe dziewczynki wpaja nam się, że nasza wartość nierozerwalnie łączy się z naszą wagą i gdy tylko zaczynamy się rozwijać (co jest absolutnie normalne) doświadczamy komentarzy, które opisałaś i pierwszych prób diet. Oczywiście, i ja mam za sobą podobne doświadczenia, chociaż zaburzenie które mnie dotyczy jest inne (BED) – bardzo rezonowało ze mną to co napisałaś. Dodatkowo, Twój komentarz odnośnie tego, że tylko osoby z ED poświęcają czas na obsesyjne czytanie/pisanie o jedzeniu… dopiero teraz uświadomiłam sobie, że tak, dokładnie tak jest. Moje koleżanki, które nie mają zaburzeń po prostu jedzą czekoladę i zajmują się czymś innym.
    W każdym razie, z całego serca, życzę Ci mnóstwa zdrowia i bardzo podziwiam, za opublikowanie tego wpisu.
    Marta

    1. Wczoraj dostałam wiadomość od dziewczyny, która również czyta mój blog i zapoznała się z moją historią. Ona także ma zaburzenia odżywiania i myśli o założeniu bloga. Kiedy jej napisałam, że skupianie się na słodyczach – ciągłe czytanie o nich, myślenie, opowiadanie wszystkim – to kolejny objaw zaburzeń, nie zgodziła się ze mną i próbowała mnie przekonać, że się mylę. Czuję smutek i złość, że nie wszyscy to rozumieją, a póki nie zechcą przejrzeć na oczy, nie da się im pomóc. Chęć musi wyjść ze środka.

      Bardzo Ci dziękuję za komentarz i życzę dużo zdrowia <3

      1. Olgo (lubisz ten wołacz? :P), w moich oczach od dawna jesteś osobą intelektualnie bardzo sprawną. Powiedzmy, że mam taki wbudowany radar, którzy rzadko zawodzi, przynajmniej przy ocenie inteligencji wg mojej własnej definicji. Dla mnie inteligencja to głównie samoświadomość i dostrzeganie pułapek umysłu, a w takie pułapki wpada każdy z nas, bo tak jest skonstruowane nasze myślenie. Piszę o tym dlatego, że kiedyś bardzo chciałem uświadamiać wszystkich, wyprowadzać z błędów i w ogóle zbawić świat. Ale chyba się nie da. Większość ludzi prowadzi wg mnie życie mocno nieświadome i nie ma w tym nic dziwnego. Żyjemy w takim systemie, który tłumi świadomość. Gdyby nie to, już dawno doszłoby do rewolucji, bo brak świadomości pozwala na zniewolenie mas. Ale nie o tym. Wydaje mi się, że do wejścia na ścieżkę świadomości potrzebna jest jedna z dwóch rzeczy: albo odpowiednie wychowanie świadomych rodziców/opiekunów (którego nie odbiera prawie nikt w naszej szerokości geograficznej), albo dużo cierpienia. Ludzie żyjący w niewygodnej pozycji częściej poszukują i z tego, co widzę, wszyscy w komentarzach tutaj należymy do tej grupy. Nie musimy się we wszystkim zgadzać, ale nietrudno jest poznać osobę poszukującą, myślącą. Zauważ jak wszyscy tu starannie piszemy komentarze. Wg mnie tak często piszą ludzie łączący w sobie dwie cechy: lęk i poszukiwanie. Nie wiem czy to co piszę ma sens, ale chciałem to z siebie wydusić :D

        1. Zwracanie się do kogoś w formie wołacza, choć poprawne językowo, brzydzi mnie. Brzmi to okropnie i nienaturalnie, mało kto mówi w ten sposób. A fuj. Co do reszty, ciekawy pogląd o wykształcaniu się świadomości w toku cierpienia. Nie ustosunkuję się do tego póki co, bo temat wymaga przemyślenia. Dzięki za uwagę :)

  16. Muszę dorzucić tu i swoją cegiełkę, bo jestem tu niemalże od początku i nie masz nawet pojęcia jak dużą rolę zawsze miałaś i masz w moim życiu. Chociaż nigdy nie widziałyśmy się na żywo, to wiesz o mnie więcej niż wiele naprawdę wiele w teorii bliskich mi osób, może dlatego, że po prostu bardzo Cię doceniam jako człowieka, a może właśnie dlatego, że tyle mamy ze sobą wspólnego i nie mówię tu tylko o powyższej historii, ale ogólnym poglądzie na świat.
    Dlatego totalnie rozdziera mi serce, bo tak jak napisałam Tobie na priv, niby to wszystko wiedziałam, a jednak nie do końca miałam świadomość. Może odrzucałam od siebie tą myśl tak samo jak zresztą czynię to w swoim przypadku. Niemniej piszę o tym, bo chcę żebyś wiedziała, że przykro mi, że nie mogłam być bardziej kiedy być może tego potrzebowałaś, a bardzo bardzo chciałabym Tobie pomóc. Wiem jednak, że najbardziej możesz i pomogłaś sobie sama czym wzbudziłaś mój jeszcze większy podziw do swojej osoby. Powtórzę, możesz być z siebie niewyobrażalnie dumna, za walkę jaką podjęłaś o swoje życie, bo to najtrudniejsza jaką można było zrobić. Dodatkowo dziękuję w imieniu swoim i czytelników, że wprowadziłaś nas do swojego świata, bo to musiało być niesamowicie trudne, ale komentarze tylko są dowodem na to jakie było to potrzebne. Zobacz ile osób, które Cię czyta, a zwykle nie komentuje wywołałaś do podzielenia się swoim doświadczeniem. To piękne i… niewyobrażalnie smutne ile z nas to dotyczy. Niemniej tym bardziej brawo, że o tym napisałaś, bo to tylko pokazuje jak istotny jest to temat.

    WSPIERAM MOCNO, niezmiennie i zawsze. Jestem zawsze po Twojej stronie i możesz na mnie liczyć, naprawdę szczerze wierzę w Ciebie i wiem, że teraz będzie już tylko lepiej.

  17. Jesteś Wielka. Cenie Cię ogromnie od dawna , bo od zawsze czytam Twój blog (tzn. od początku ). Pisze to jeszcze przed przeczytaniem tego tekstu, bo uwielbiam i podziwiam taka szczerość . Myśle , ze nie jestem w tym odosobniona. Wielki szacun. Pozdrawiam i podziwiam. Wszystkiego dobrego. Nie znikaj nigdy!

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.