Historia moich zaburzeń odżywiania #2: Straty ED, zyski recovery, przejściowe problemy i wyzwania

Przed opublikowaniem wpisów o zaburzeniach odżywiania powstrzymywały mnie dwie kwestie. Pierwszą był strach i wstyd przed wyjawieniem najtrudniejszej i najboleśniejszej historii, jaka wydarzyła się – i wciąż wydarza, wszak z anoreksji nie wychodzi się w pół roku – w moim życiu. Drugą stanowiła obawa przed reakcją mamy. Tak bliska mi osoba nie mogła dowiedzieć się później niż czytelnicy bloga, nieznajomi. Ponieważ jednak odbyłam już rozmowę z mamą i sama zaproponowała, żebym podzieliła się opowieścią, zostało mi tylko zmierzyć się ze samą sobą. Jeśli to czytacie… cóż, chyba wystarczyło mi odwagi.

W niniejszym wpisie poruszyłam kwestie strat wynikających z zaburzeń odżywiania i zysków pojawiających się na obecnej drodze. Wymieniłam też przejściowe problemy z różnych kategorii, m.in. fizyczne, psychiczne i finansowe, a także wyzwania czekające mnie w przyszłości. Starałam się pokryć jak najwięcej aspektów związanych z moją historią, natomiast mogłam o czymś zapomnieć. Piętnaście lat to sporo, choroba zaś stale się zmienia. W razie czego – jeśli ma to komuś pomóc – możecie zadawać pytania. Byle nie o liczby, bo te informacje nie są w stanie przynieść żadnej korzyści.

Zainteresowanych tematem wychodzenia z zaburzeń odżywiania zachęcam do zgłębienia zagadnień takich jak: Minnie Maud (metoda wychodzenia z zaburzeń odżywania, od paru lat błędnie nazywana All In, ale pod tym hasłem też możecie ją znaleźć), Set Point Theory (mimo iż mam do tej teorii zastrzeżenia, postanowiłam w nią uwierzyć, bo moja przeszłość zdaje się ją potwierdzać, eksperyment głodowy z Minnesoty również), Minnesota Starvation Experiment (przede wszystkim wnioski z eksperymentu, w których opisana jest droga, która czeka większość osób wychodzących z zaburzeń odżywiania), energy debt, overshoot, extreme hungermental hunger. Oczywiście jest tego dużo więcej.

Straty wynikające z zaburzeń odżywiania

  • Skrajna izolacja – z daleka od ludzi i wydarzeń społecznych łatwiej się kontrolować.
  • Obsesja na punkcie liczenia kalorii – niemożność zjedzenia posiłków, w których nie zostały policzone kalorie. Dodatkowo nikt nie mógł gotować w moich garnkach, a ja niechętnie jadłam z naczyń innych osób, bo coś mogło zostać niedomyte, czyli na powierzchni mogły osadzić się kalorie.
  • Obsesja na punkcie ważenia produktów spożywczych – niemożność zjedzenia posiłków, które nie zostały policzone. Ważenie wszystkiego co do grama. Mało tego, ważenie jednego produktu nawet dziesięć razy, a jeśli raz waga pokazała o jeden gram więcej, branie pod uwagę tego wyższego wyniku podczas obliczania kalorii.
  • Utrata przyjaciół i znajomych – szczególnie żal mi przyjaźni z osobą ze studiów mieszkającą pod Wrocławiem. Nie mogłam dbać o tę relację, bo nie mogłam odwiedzić przyjaciółki w porach jedzenia ani ćwiczenia, poza tym musiałam jeść swoje bezpieczne posiłki.
  • Kompletna utrata spontaniczności.
  • Koniec podróżowania, w tym jeżdżenia na wakacje.
  • Nadżerkowe zapalenie żołądka i dwunastnicy – od wczesnych czasów studenckich, czyli od dziesięciu czy dwunastu lat. Po pierwsze przez żałosną dietę. Po drugie przez codzienne picie wina. Po winie czułam się dobrze, niemal wolna i beztroska, poza tym nie musiałam jeść.
  • Brak okresu – piętnaście lat bez miesiączki. W tym czasie raz dostałam tabletki trójfazowe nieantykoncepcyjne i podczas brania wystąpił okres (trzykrotnie, bo tyle miesięcy brałam). Raz dostałam pojedynczy okres sama z siebie (choć do dziś nie jestem pewna, czy nie było to poronienie). I raz zapisano mi na próbę tabletki antykoncepcyjne, tyle że krwawienie z odstawienia nie jest okresem (o ile pamiętam, też przyjmowałam je trzy miesiące, więc krwawiłam trzy razy).
  • Niepłodność – prawie zawsze występuje przy braku okresu. Nie mylić z bezpłodnością.
  • Osteoporoza – od złej diety, niskiej wagi, niskiej zawartości tkanki tłuszczowej i braku okresu. Kiedy słyszę od dziewczyn z zaburzeniami odżywiania, że i tak nie lubią okresu albo i tak nie chcą mieć dzieci, trafia mnie szlag. Regularna miesiączka to znacznie więcej niż możliwość zajścia w ciążę.
  • Problemy z kręgosłupem – od końca 2020 roku bóle wynikające z dolegliwości samego kręgosłupa oraz bóle promieniujące z żołądka.
  • Problem z kością ogonową – od czerwca 2022 roku problem neurologiczny, prawdopodobnie uciskanie nerwów przez kość ogonową. Efekt jest taki, że nie mogę siedzieć. W czasie pracy leżę (nie chcę myśleć, co by było, gdybym musiała zmienić pracę), a kiedy muszę gdzieś usiąść, opieram się na udach lub podkładam stopę pod pośladki.
  • Melasma – plama pigmentowa na twarzy wynikająca z kombinacji zaburzeń gospodarki hormonalnej z wystawieniem skóry na promienie słoneczne bez zabezpieczenia. Mam ją od wakacji w 2020 roku, na moje nieszczęście w najbardziej żenującym miejscu.
  • Niedożywienie – wszystkie wyniki w badaniach krwi zaniżone.
  • Anemia – niedokrwistość wynikająca z niedożywienia i złej diety.
  • Wieczne zimno – chłód, przed którym nie da się uciec.
  • Spadek masy mięśniowej i kostnej, czyli wspomniana już osteoporoza – wychudzony, niedożywiony organizm żywi się mięśniami, narządami wewnętrznymi i wszystkim, czym może, żeby przetrwać.
  • Liczne kontuzje stawów skokowych i kolan – w wyniku kombinacji niedożywienia, złej diety i ćwiczeń, a w dalszej kolejności wykonywania ćwiczeń pomimo bólu i kontuzji. Przez trampolinę domową dwukrotnie przez kilka miesięcy chodziłam o kulach.
  • Problemy ze stawami skokowymi, kolanami i łydkami – bóle, drętwienie, drewnienie, mrowienie i utrata części czucia nawet po małym wysiłku, np. tańcach sylwestrowych. Przewlekłe problemy są pokłosiem opisanych wyżej kontuzji.
  • Zawroty głowy – zdarzało się, że byłam na granicy wywrócenia się na podłogę.
  • Gubienie rytmu serca – podczas zwyczajnych zajęć, siedzenia, leżenia.
  • Stany depresyjne z fantazjowaniem o samobójstwie – łącznie z planowaniem samobójstwa, jak już umrze Rubi.
  • Poczucie samotności – które nauczyłam się autentycznie lubić, bo nie miałam wyjścia.
  • Koniec marzeń i planów – przestałam wybiegać myślami w przyszłość, bo zakładałam, że w pewnym momencie się zabiję.
  • Problemy z układem trawiennym – przez jakiś czas, ale nie więcej niż dwa lata, nadużywałam tabletek przeczyszczających. Później latami musiałam przyjmować Colon C, żeby w ogóle się załatwić. Następnie zastąpiłam go suszonymi śliwkami.
  • Spadek libido niemal do zera – nie pozbyłam się ochoty na orgazm, ale straciłam zainteresowanie kontaktem seksualnym z drugą osobą. Gdybym miała faceta chcącego uprawiać seks raz na miesiąc czy nawet kwartał, bardzo bym się cieszyła.
  • Ciągłe myśli o jedzeniu – w każdej minucie każdego dnia w ciągu piętnastu lat.
  • Złe sny o jedzeniu i koszmary o tym, że znów jestem gruba – a na jawie przekonanie, że jeżeli kiedykolwiek przytyję do starej wagi, popełnię samobójstwo, bo nie ma niczego gorszego od życia w tamtym ciele.
  • Głód odczuwany w dziąsłach, mięśniach i kręgosłupie – żołądek czasem burczał, ale głód odczuwałam głównie jako napięcie i wręcz wykręcanie się mięśni.
  • Ogromna duma z chudości przeplatana z wielkim wstydem.
  • Utrata poczucia bycia kobietą – myślałam o sobie raz jako o obiekcie (czymś w rodzaju dzieła sztuki nadającego się np. do sesji zdjęciowych), raz jako o dziecku. Nie traktowałam siebie jako istoty seksualnej. Zbliżenia erotyczne były w pewnym sensie czymś niewłaściwym.
  • Wieczne kłamstwa – o tym, że już zjadłam, że nie jestem głodna, że nie mam ochoty, że tego nie jem, że tego nie mogę itp.
  • Podległość harmonogramowi – raz prawie spóźniłam się na pogrzeb babci, mimo iż to mama go organizowała i miałam po nią przyjść. Dotarłyśmy tuż przed rozpoczęciem, bo musiałam poćwiczyć. Innym razem dostałam telefon, że mama zemdlała i przydałaby się pomoc. Zanim pobiegłam, dokończyłam trening.
  • Otaczanie się jedzeniem – zakupy spożywcze, kiedy było mi smutno. Porządkowanie i układanie w równe rządki słodyczy, gdy czułam stres. W liceum i na studiach ściąganie z internetu zdjęć jedzenia, które chciałam jeść, ale sobie nie pozwalałam. Miałam wielki folder w komputerze i mniejszy w telefonie. Zdjęcia jedzenia miałam też na tapecie i wygaszaczu w telefonie. Dodatkowo kochałam patrzeć na jedzących ludzi i słuchać opowieści o jedzeniu. Sama jadłam w izolacji.
  • Strach przed tym, że ktoś zabierze mi jedzenie – panika, kiedy ktoś chciał się poczęstować choćby jedną chrupką. Wszystko miałam zważone i wyliczone, więc jeśli ktoś zabrał mi sztukę z mojej i tak małej porcji, chodziłam jeszcze bardziej głodna niż zwykle.
  • Jedzenie w konkretnych naczyniach – najlepiej dziecięcych, malutkich, uroczych. (Nie wszystko uważam za przejaw zaburzeń odżywiania, ale część owszem, co potwierdzają relacje innych chorych).
  • Jedzenie w konkretnych porach – czekanie na wybicie równej godziny, żeby rozpocząć jedzenie. Nawet jeśli byłam bardzo głodna pół godziny wcześniej, czekałam. Nawet jeśli chciałam zjeść np. o 19:53, czekałam do 20:00.
  • Przeciąganie czasu jedzenia – im później zaczęłam jeść, tym mniej zjadłam.
  • Jedzenie objętościowe – im więcej rzeczy dostarczających mało kalorii, tym lepiej. Zero myślenia o wartości odżywczej.
  • Jedzenie niedobrych rzeczy – jeśli były zdrowe lub już je policzyłam, musiałam zjeść do końca. Parę razy zdarzyło mi się zjeść coś spleśniałego. Nie mogłam przestać jeść po wyczuciu pleśni, bo nie potrafiłabym obliczyć, ile kalorii zjadłam i ile było mi jeszcze wolno zjeść.
  • Rytualizacja posiłków – zanim usiadłam do jedzenia, wszystko musiało być pozmywane, firanki musiały wisieć równo itp. Nikt nie mógł zakłócać mi jedzenia, więc albo nie odbierałam telefonu, albo odwracałam go ekranem do dołu. Pora jedzenia słodyczy była najważniejszą w ciągu dnia. Nic nie było ważniejsze.
  • Ćwiczenie pomimo wszystkiego – nie zawsze ćwiczyłam. Miałam podejście wszystko albo nic. W okresach ćwiczenia nie zważałam na choroby ani kontuzje. Noga spuchnięta jak pień? Gorączka? Gardło bez głosu? E tam, zwykłe wymówki.
  • Ciągły body checking – przeglądanie się we wszystkich szybach sklepowych, krytyczne patrzenie w lustra w domu. Robienie setek zdjęć w niekorzystnych pozycjach, żeby ocenić wielkość fałd tłuszczowych. Sprawdzanie każdego dnia, czy znowu jestem gruba.

Zyski na drodze wychodzenia z zaburzeń odżywiania

  • Poprawa wyników krwi – po kilkunastu latach niedoborów na każdym polu mam już niemal wszystko w normie. Obecnie suplementuję witaminę D3, ale to akurat powinien robić każdy Polak.
  • Poprawa gospodarki hormonalnej – tutaj prawdopodobnie jest jeszcze trochę do naprawy, niemniej hormony zaczęły wykonywać swoje zadania.
  • Odzyskanie okresu – przypomnę: po piętnastu latach bez naturalnego, niewspomaganego lekami krwawienia. Pod koniec czerwca zaczęły mnie boleć piersi. Nawiedziła mnie wówczas pewność, że do końca września dostanę okres. Pomyliłam się o kilka dni. Od tego czasu dostaję miesiączkę punktualnie co do dnia. Wiem, że mam ogromne szczęście, bo część dziewczyn – mimo przytycia – czeka na powrót okresu latami.
  • Odzyskanie płodności – natomiast w kwestii chęci posiadania dzieci nic się nie zmieniło. Nadal nie zamierzam mieć potomstwa.
  • Powrót libido – nie zagłębiając się w szczegóły, niemal cały czas mam ochotę zjeść swojego chłopaka.
  • Powrót starych stref erogennych – w chudym ciele były nieaktywne. Zakładałam, że zepsułam się na zawsze. Tymczasem czucie wróciło wraz z ruszeniem hormonów.
  • Poczucie bycia istotą seksualną – jak wspomniałam w jednym z punktów strat wynikających z zaburzeń odżywiania, stałam się dla siebie istotą w pewnym sensie aseksualną. O relacjach intymnych myślałam jako o czymś niewłaściwym. Bliskość ukochanej osoby mogłaby się zatrzymać na przytulaniu i całowaniu. Obecnie żyję w ciele, które jest narzędziem do odbierania różnych bodźców. Wreszcie czuję, że mam prawo z niego korzystać. Co zabawne, wcale nie idzie to w parze z lepszym samopoczuciem i pewnością bycia w ciele. Nago podobam się w sobie mniej, ale przynajmniej moje ciało jest seksualne, a nie zasuszone jak mumia. Chyba nie umiem tego dobrze wytłumaczyć.
  • Poprawa termoregulacji – wreszcie jest mi ciepło. W zimie chodzę w kurtce, w której w ostatnich latach chodziłam maksymalnie do października, bo potem bym umarła. Mogę spać nago (przez piętnaście lat choroby spałam w ubraniu nawet w lecie, inaczej obudziłabym się przeziębiona; zimą spałam w bluzce, bluzie, grubych skarpetach i spodniach dresowych). Nie potrzebuję dziesięciu bluz.
  • Lekka poprawa działania układu trawiennego – nie wspomagam się żadnymi środkami ani nawet suszonymi śliwkami.
  • Brak zawrotów głowy i arytmii serca – przynajmniej w ostatnim czasie, bo w pierwszych miesiącach miałam potężne zawroty głowy i nadal zdarzało mi się zgubić rytm serca podczas zwykłego siedzenia.
  • Powiększenie się biustu – kiedyś go nie lubiłam i cieszyłam się, że zmalał. Teraz bardzo go lubię.
  • Zrezygnowanie z liczenia kalorii – jedno z największych osiągnięć. Od czerwca nie liczę niczego. Trudno mi uwierzyć, że po piętnastu latach niemożności zjedzenia choćby kęsa bez wliczenia w bilans nie muszę już tego robić.
  • Zrezygnowanie z ważenia produktów – niektóre rzeczy wciąż ważę, np. kaszę, makaron i ryż, bo nie wiem, jak wygląda porcja. Możliwe, że z czasem rzucę całe ważenie jedzenia w cholerę, a możliwe, że tego typu trudno policzalne produkty zostawię. Muszę przemyśleć, z jakiego powodu to robię.
  • Zrezygnowanie z prowadzania jadłospisów w pamiętniku.
  • Odpuszczenie wielu uporczywych zasad – mogę zjeść posiłek o 18:42, a nie o 19:00. Mogę zjeść w innym naczyniu niż zazwyczaj, a nawet u kogoś w domu. Nie muszę umyć wszystkich naczyń, zanim siądę do posiłku. Za nic w świecie nie zjadłabym czegoś, co jest spleśniałe. Potrafię nie kończyć rzeczy niedobrych. Mogę zjeść coś dodatkowego zaraz po głównym posiłku. Nie przeszkadza mi, że ktoś patrzy, jak jem. Jeżeli ktoś zadzwoni, kiedy spożywam posiłek, mogę odebrać i rozmawiać.
  • Jedzenie posiłków na mieście – mam głęboko w odwłoku, do jakiej knajpy pójdę, chyba że akurat naszła mnie ochota na coś konkretnego. Nie muszę znać menu wcześniej. Nie ingeruję w to, co ktoś planuje ugotować, kiedy mnie zaprasza. Nie chcę nawet wiedzieć, co to będzie. Jedynymi realnymi ograniczeniami są potrawy pikantne i smażone, co wynika z dolegliwości żołądkowych.
  • Jedzenie wszystkiego, co chcę – żółtego sera w każdej postaci, jajek, oliwy, majonezu, sałatki jarzynowej, wątróbki, ryb w oleju, masła, pizzy, burgerów, dań w restauracjach.
  • Wolność i ulga – bo mogę mówić o piętnastu latach choroby, zamiast chować się za kłamstwami, że nie jestem głodna albo muszę wracać do domu, bo jestem taaaka zmęczooona, kiedy w rzeczywistości chodzi o zjedzenie bezpiecznego posiłku.
  • Uzyskanie wsparcia bliskich – bałam się, że bliskie osoby nie zrozumieją i będą o mnie myśleć negatywnie. Póki co spotkałam się wyłącznie z pozytywnymi reakcjami. Sporo osób mnie wspiera. Nikt nie wyśmiał.
  • Skonfrontowanie się ze strachem – stanęłam oko w oko z koszmarami o tym, że przytyję. Przytyłam i żyję nadal. Mało tego, okazało się, że jest zupełnie w porządku.
  • Brak stresu w związku ze wzrostem wagi – od czerwca zważyłam się dwu- lub trzykrotnie. Za każdym razem widziałam kilka nowych kilogramów. Nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia.
  • Przejrzenie na oczy – bardziej podobam się sobie w wersji szczuplejszej niż obecna, natomiast kiedy patrzę na zdjęcia z ostatnich piętnastu lat, czuję niedowierzanie. Przysięgam, że nie wiedziałam, że byłam aż tak chuda. Tym bardziej nie rozumiem, jak bliskie osoby, szczególnie rodzice, mogli nie zareagować, kiedy miałam szesnaście, siedemnaście, osiemnaście lat. To wtedy ważyłam najmniej.
  • Osiągnięcie stabilności w procesie – jestem bardzo pewna decyzji i bardzo stabilna w procesie wychodzenia z zaburzeń odżywiania. Nie ma szans, że wrócę do tego, co było. Nie widzę innej drogi. Dosłownie albo wyleczę to gówno, pozbędę się bólu i uwolnię głowę, żeby używać umysłu do pięknych rzeczy, albo po śmierci Rubi się zabiję.
  • Ponowne marzenie i snucie planów – widzę przed sobą przyszłość. Byłam w tunelu, w którym panował tylko mrok. Nadal jestem w tunelu, ale teraz przynajmniej widzę światło.
  • Powrót potrzeby kontaktu z żywymi ludźmi – nie chcę już być samotna w codzienności.

Przejściowe problemy

  • Ból piersi – zaczął się w czerwcu, ale parę miesięcy później stał się nie do zniesienia. Myślałam, że jak ustabilizuje się okres, przejdzie. Nic z tego. Obecnie w lewej piersi mam stan zapalny. Obie są tak bolesne, że nie da się ich dotknąć rękami, nie mówiąc już o spaniu na nich. Na skórze obu piersi pojawiły się czerwone plamy zapalne. W obrazie USG nie ma śladu guzów, ale pozostaję pod obserwacją. Czekam na badania hormonów, bo ból może wynikać z nieprawidłowego stosunku estrogenów do progesteronu bądź zbyt wysokiego poziomu prolaktyny.
  • Ból stawów skokowych, kolan i łydek – mniemam, iż po tańcach sylwestrowych. Niestety trzyma się długo.
  • Extreme hunger – zgodnie ze zdobytą wiedzą to dziadostwo może mnie trzymać aż do momentu, w którym spłacę dług energetyczny i organizm ponaprawia wszystko, co zniszczyłam w imię chudości. Miło nie jest, ale rozumiem i akceptuję.
  • Stany depresyjne – związane z tym, że kiedyś moje życie było do bani i nie chciało mi się go kontynuować, ale przynajmniej nie bolało mnie tyle rzeczy. Teraz, kiedy chciałabym żyć i mieć piękne doświadczenia, momentami nie wytrzymuję bólu. Bywają dni, w których wyłącznie życie Rubi utrzymuje mnie przy zdrowych zmysłach.
  • Złe dni – wychodzenie z zaburzeń odżywiania to bardzo samotna droga, przynajmniej w moim przypadku. Są dni, w których czuję się źle. Boję się zmian lub dojeżdża mnie samotność. Bliscy mogą mnie wspierać, ale nikt nie rozumie, przez co przechodzę.
  • Nowe wydatki – kupuję znacznie więcej jedzenia, wychodzę do knajp, a niedługo będę musiała kupić nowe ubrania (całe szczęście, że przez lata wybierałam ciuchy over size, bo teraz są na mnie dobre; sporo jednak musiałam wyrzucić). Na wszystko to nałożyła się inflacja.
  • Strach, że ból nigdy nie minie – że nie będę mogła siedzieć na kości ogonowej ani tańczyć. Że nie pójdę do wesołego miasteczka ani nawet kina, bo nie jestem w stanie wytrzymać w fotelu.
  • Ogromna irytacja ludźmi, którzy siedzą w zaburzeniach odżywania i jojczą, że nie mogą z nich wyjść, bo […] – każda osoba ma inny powód, a każdy jest tylko łatwą do obalenia wymówką. Słyszałam je wszystkie. W pewnym sensie wszyscy jesteśmy tą samą osobą. Niestety jeśli sami nie zechcecie, nikomu nie uda się zechcieć za was. (Żeby było jasne: mam mnóstwo zrozumienia i ciepła dla osób walczących, ale chwilowo nie mogę znieść tych, którzy próbują z kamienną twarzą argumentować, że akurat oni są wyjątkowi i nie mogą podjąć wyzwania).
  • Obawa o związek – wychodzenie z zburzeń odżywania prowadzi do zmian w ciele, niekiedy dużych. W moim przypadku zdecydowanie dużych, bo nigdy nie byłam drobna sama z siebie. Boję się, że któregoś dnia zupełnie przestanę się podobać Marcinowi lub zacznie się mnie brzydzić. Spodobałam mu się dużo chudsza, a jeszcze trochę tycia mnie czeka. Strach jest podwójny, bo po pierwsze stracę kogoś, kogo kocham, a po drugie odrzucenie przez najbliższą osobę w sytuacji, w której sama nie będę się sobie podobać, może dać mi mocno po dupie. Oby wtedy byli przy mnie przyjaciele.
  • Strach przy zerkaniu na tabele kalorii – ponieważ nie liczę kalorii, nie patrzę na tabele. Czasem jednak nie mogę się powstrzymać i zapuszczę żurawia. Przechodzi mnie wówczas fala stresu. Muszę dojść do miejsca, w którym informacja o zawartości kalorii będzie dla mnie zupełnie neutralna.

Podczas złych dni spowodowanych przyrostem masy ciała, jesienią 2022 roku, napisałam wiersz:

Stałam się niewidzialna, choć nie zostałam superbohaterką.

Mam okrągłe biodra, na które nikt nie patrzy.

Miękkie usta, których nikt nie pragnie całować.

Puszczoną wolno dłoń, której nikt nie próbuje złapać.

Jestem niewidzialną kobietą.

Kiedy idę ulicą, ludzie patrzą przeze mnie.

Nie widzą nawet zagęszczonego powietrza, nie wyczuwają napięcia.

Bo jestem całkiem przezroczysta, złożona z przykrych myśli

przepływających z lewa na prawo i drążących trwałe ścieżki.

Także niewidzialne, choć dla mnie realne, ponieważ je czuję.

Nie możesz mi pomóc, bo nigdy mnie nie zobaczysz.

Jestem tu, ale nie istnieję.

Są więc tylko te słowa, nienależące do nikogo.

A może nawet ich wcale nie ma?

Wyzwania przyszłości

  • Ustabilizować wagę i nie zwariować – najpierw osiągnąć swój set point, potem wytrwać i zaakceptować wygląd, a koniec końców polubić/pokochać się taką, jaką jestem. Widzę dużo dobrego w ruchu body neutrality, niemniej nie przemawia do mnie. Nie wyobrażam sobie żyć w ciele, które jest dla mnie neutralne. Chcę i muszę się realnie lubić. Póki co idzie łatwiej, niż sądziłam, ale daleko mi do utrzymywania idealnej relacji z ciałem i zmianami. Zdarzają się złe dni, w których boję się i płaczę.
  • Nie dać się strachowi i wstydowi – które mogą się pojawić, kiedy przybędzie mi kolejne dużo kilogramów. Teraz jestem stabilna, ale nie wiem, jak będę się czuła, kiedy własne ciało będzie mnie obrzydzać. O ile będzie. Prawdopodobnie za dużo rozmyślam o złych scenariuszach, ale wolę mieć rozpracowaną każdą potencjalną ścieżkę.
  • Przetrwać najbliższe lato i wyjść na plażę w stroju bez płaczu – chcę mieć cudowne wakacje, podobne do poprzednich. Nie chcę zakrywać się ręcznikiem, opalać tylko na tarasie ani unikać zdjęć.
  • Nauczyć się zdrowego podejścia do jedzenia i ruchu – za rok lub więcej, jak już oczyszczę głowę i będę czuła, że jestem na końcu drogi. Przedwczesna próba manipulowania dietą i ruchem to chyba najgorsza rzecz, jaką można zrobić podczas wychodzenia z zaburzeń odżywiania.
  • Przemyśleć, co z fotomodelingiem – nie wiem, czy to było hobby należące do mnie żyjącej w poprzednim ciele, czy mnie ogółem. Muszę znaleźć odpowiedź. Jeśli postanowię zostać przy zdjęciach, będę musiała nauczyć się pozować niemal od nowa. Nie znam obecnego ciała i nie wiem, jak je układać. Nie mam pojęcia, jaka poza jak wychodzi na zdjęciu.
  • Zbudować poczucie siebie i własnej wartości na czymś innym niż wygląd – ze względu na przeszłość nigdy tak naprawdę nie chciałam być szczupła ani ładna. Chodziło o to, żeby znaleźć się jak najdalej od grubości. A szczupłość leży zbyt blisko grubości. Osiągając chudość, wpędziłam się w strach przed choćby małym kroczkiem w stare strony. I niestety stało się to częścią mnie. Muszę się przekonać, kim jestem i co mam poza chudym ciałem.
  • Wyleczyć choroby fizyczne – przede wszystkim te, które sprawiają mi ciągły ból. Chcę żyć, ale nie zamierzam żyć w bólu. Najpierw znosiłam to ze względu na Rubi i rodziców, potem już tylko z uwagi na Rubi. Obecnie, skoro opuściłam złe miejsce, mam nadzieję na poprawę zdrowia. Liczę nawet na cofnięcie osteoporozy, co według niektórych lekarzy jest możliwe przy osteoporozie wtórnej, czyli wynikającej z czynnika innego niż naturalny proces starzenia (u mnie: niedożywienia, braku okresu). Kolejny skan kości mam w kwietniu/maju.
  • Wyzdrowieć psychicznie w stu procentach – dopiero pod koniec zeszłego roku zaczęłam wierzyć, że da się wyjść z zaburzeń odżywania zupełnie. Wcześniej uważałam, że zawsze coś zostaje w głowie. Celuję wysoko. Nie chcę ani okruszka tego gówna w głowie.
  • Nigdy nie wrócić do tego bagna – chociaż już teraz wiem, że nigdy nie będzie ze mną tak źle, jak było. Grozi mi co najwyżej zatrzymanie się w miejscu i ustabilizowanie w nieco mniej doskwierających zaburzeniach odżywiania. Obecnie nie wyglądam na osobę cierpiącą na anoreksję, a przecież jeszcze przytyję, więc wystarczy, że jak każdy chory trochę poudaję, i bliscy uwierzą, iż wyzdrowiałam. Bardzo tego nie chcę. Utknięcia we własnej pułapce. Wolę żyć w ciele, które mi się nie podoba, ale nie mieć już tego wszystkiego w głowie, niż kontynuować bycie w zaburzeniach odżywiania.
  • Zwalczyć obawę, że ludzie mnie nie zaakceptują – wiem, że to głupie, ale boję się, iż ludzie będą mnie lubili mniej przez to, że nie jestem już chuda. Może i się tacy znajdą, ale to nie będzie świadczyć o mnie, tylko o nich. Byłoby miło, gdybym o tym pamiętała, jeśli taka sytuacja będzie miała miejsce.
  • Zadbać o relacje z ludźmi – nie chcę już być samotną wyspą.

76 myśli na temat “Historia moich zaburzeń odżywiania #2: Straty ED, zyski recovery, przejściowe problemy i wyzwania

  1. Czytam wpis i mam wręcz wrażenie, ze czytam o sobie. Niektórych problemów nie łączyłam z zaburzeniami odżywiania, zwłaszcza zaskoczyło mnie odbieranie siebie właśnie jako takiego obiektu, traktowanie wszelkich zbliżeń jako coś niewłaściwego – myślałam ze to ze mną jest po prostu coś nie tak, ale faktycznie zaczęłam tak się postrzegac w czasie mojej choroby, od niedawna nieco się poprawiło. Wciąż jednak mam pewne bariery. Czy powrót do takiego „poczucia bycia kobieta” pojawił się sam czy musiałaś mu jakoś pomoc? Coś sobie przestawić w głowie? Chciałabym siebie postrzegac tez po prostu jako kobietę która ma prawo do zbliżeń i nie musi traktować tego jaki coś złego, ale moja głowa wciąż stawia mi jakaś barierę.
    I wciąż, jestem strasznie dumna ze odważyłas się opublikować ten wpis, z pewnością pomoże wielu osobom <3

    1. Nie jestem Olgą, ale jestem prawie pewna, że na pewnym etapie zdrowienia, przy czułym partnerze wszystko wróci do normy. Daj sobie czas.

    2. Poczucie kobiecości i seksualności wróciło samo, ale wymagało też pracy nad psychiką. Wyglądało to tak, że jak ruszyły hormony, zaczęłam czuć potrzebę bliskości. Jak przebywałam z Marcinem, ożywało mi całe ciało. Ale to było jeszcze za mało, bo samą ochotę na bliskość blokował strach, że moje ciało się zmieniło i na pewno wydam mu się obrzydliwa. Początkowo podczas rozbierania się przed nim miałam ochotę umrzeć ze wstydu. Czasem płakałam albo przestawałam się odzywać. Nie mogłam w ogóle spojrzeć mu w oczy. Musiałam się z tym oswoić i poczuć, że jestem bezpieczna i chciana. Niestety jak z jakichś powodów nie widzimy się przez tydzień, zdarza się, że pewność siebie mi się resetuje i znów czuję obawę przed odrzuceniem, kiedy się rozbieram. Zwłaszcza że wciąż tyję. Teraz już znika szybciej niż na początku, a przy regularnej aktywności nie pojawia się wcale. Twój chłopak wygląda na dobrego i czułego, tak go zresztą opisywałaś, więc wierzę, że uda Wam się nad tym wspólnie popracować. Tylko powiedz mu otwarcie, w czym tkwi problem i czego oczekujesz. Na początku cenne jest nawet rozebranie się przy sobie bez celu erotycznego, żeby przyzwyczaić się do odsłaniania ciała.

  2. Olgu mądry, piękny, odważny i kochany!
    Ponownie wzruszam się czytając Twój tekst, a wzruszenie to wyjątkowo nie ma nic wspólnego z moją niestabilnością emocjonalną (ok, pewnie trochę ma; cicho).
    Chociaż sam nie rozumiem w pełni świata ED, to uważam, że inspiracja wypływająca z Twojej walki jest na tyle uniwersalna, że dzieląc się swoją historią pomagasz o wieeeeeele większej liczbie osób niż podejrzewasz (wliczając w to wąsatych krowofilii).

  3. Mam problem ze sformułowaniem pytania w taki sposób, by wyrażało ono to, o co mi chodzi, ale mimo to spróbuję. Zastanawiam się, jaką rolę w tym wszystkim odgrywały słodycze (i blog). Że były one dla Ciebie czymś bardzo ważnym, mogę się domyślić chociażby na podstawie tego, jak bardzo celobrowłaś ich spożywanie, ale… no właśnie. Ale dlaczego słodycze? Co miała zapewniać Ci (zapewniała?) ich obecność w Twojej codzienności? Dlaczego akurat słodycze były dla Ciebie takie istotne? Kiedy zaczęłaś poświęcać im tyle uwagi? I jaki udział (o ile w ogóle jakikolwiek) miały one w przebiegu Twoich zaburzeń odżywiania?

    Z góry przepraszam, jeśli te pytania wydały Ci się głupie, jednak ciężko było mi się powstrzymać przed ich zadaniem.

    1. Słodycze stanowią zakazany owoc. To produkty o małej wartości odżywczej i dużej liczbie kalorii, poza tym wyzwalają hormony szczęścia. Kocham pisać i całkiem prawdopodobne, że prędzej czy później poprowadziłabym blog, niemniej na pewno nie o słodyczach. Jestem głęboko przekonana, że miażdżąca większość osób namiętnie piszących i czytających o słodyczach choruje na zaburzenia odżywiania lub cierpi z innych powodów, a cierpienie rozładowuje w ten sposób. Na pewno istnieją ludzie, którzy interesują się słodyczami niechorobowo – tak jak np. testerzy wina winem – natomiast uważam, że nie można tego powiedzieć o absolutnie żadnej osobie z zaburzeniami odżywiania. Jeśli ktoś się wyleczy i z jakiegoś powodu nadal będzie zainteresowany recenzowaniem, wtedy może to mieć postać niewinną, zdrową. Jednakowoż nie widzę powodu, dla którego zdrowa na umyśle osoba miałaby woleć poświęcać czas na takie aktywności, kiedy może po prostu zjeść baton w minutę i wyjść z domu na spotkanie z przyjaciółmi. Sama nie wiem, co zrobię z livingiem. Już teraz nie chce mi się pisać, bo wolę po prostu jeść bez rozmyślania nad produktami, a także zajmować się jakimikolwiek innymi rzeczami. Publikuję, bo szkoda mi bloga i poświęconych mu lat. Przyjemności nie mam z tego prawie żadnej.

      „Ale dlaczego słodycze?” – Bo są zakazane i wysokoprzetworzone, czyli stanowią produkty o najwyższej smakowitości.
      „Co miała zapewniać Ci (zapewniała?) ich obecność w Twojej codzienności?” – Szczęście, którego nie miałam już na żadnym innym polu.
      „Dlaczego akurat słodycze były dla Ciebie takie istotne?” – Jak w pytaniu pierwszym.
      „Kiedy zaczęłaś poświęcać im tyle uwagi?” – Niedługo po zachorowaniu zaczęłam otaczać się jedzeniem, głównie słodyczami. Czyli od razu.
      „I jaki udział (o ile w ogóle jakikolwiek) miały one w przebiegu Twoich zaburzeń odżywiania?” – Dawały mi komfort i szczęście, przez co oddalały mnie od walki o prawdziwe komfort i szczęście. Jeżeli jedynym szczęściem w życiu człowieka jest jedzenie, to z tym człowiekiem jest coś nie tak.

      Nie wydały mi się głupie :) Mam nadzieję, że odpowiedziałam na to, o co chciałaś zapytać. Jeśli nie, spróbuj zadać pytanie w inny sposób.

      1. W moim odczuciu w 100% wyczerpałaś temat. I tak, dokładnie tego chciałam się dowiedzieć, tzn. nie miałam pewności co do tego, jaka dokładnie będzie treść udzielonych przez Ciebie odpowiedzi, ale właśnie tego rodzaju wiedzę chciałam uzyskać :). Dziękuję!

  4. Hej Olga, na wstępie chciałabym bardzo podziękować za Twoją szczerość i odwagę podzielenia się swoją historią. Niestety ale też zmagam się z zaburzeniami odżywiania i związanymi z tym problemami :( a to co piszesz jest bardzo inspirujące. To smutne ale właśnie nasi rodzice mają ogromny wpływ na rozwój anoreksji, tak jak pisałaś. U mnie też mama się przyczyniła, głównie jej komentarze w dzieciństwie – zawsze byłam pulchnym dzieckiem, ona chyba chciała mnie zmotywować pozytywnie a wyszło jak wyszło… lata poźniej ropieprzona relacja z jedzeniem i głodówki. Najgorszy w tym wszystkim jest chory kult chudego ciała, niby coraz więcej się mówi o body positivity a z drugiej strony mam wrażenie że społeczeństwo ciągle ma jakąś skrzywioną wizję tego jak powinno wyglądać idealne ciało. Sama myślałam o recovery już długo, ale mój problem polega na ciągłym poczuciu, że nie zasługuję ponieważ nie jestem tak na prawdę krytycznie chuda. Niby niedowaga według bmi, bo utrzymuję ok. 16,5, a wszyscy mi mówią że wyglądam zdrowo i też sama czuję się po prostu szczupła, normalna a nie chuda :( Wyniki krwi w normie, niedoborów nie mam. A pamiętam jak wszyscy mi tylko gratulowali gdy waga leciała w dół jak schodziłam z bmi 23. Mama najbardziej. Nikt się nawet nie domyślił że coś jest nie tak. Smutne jest to że normalni ludzie wcale nie mają pojęcia o tym jak wiele osób zmaga się z zaburzeniami. Chyba musiałabym osiągnąć bmi 13 żeby ktokolwiek zauważył :(. Myślałam o terapii ale chyba by mnie tam też nie wzięli na poważnie. Ciężko wyzdrowieć jak otoczenie ciągle wychwala chudą sylwetkę jakby to było jakieś osiągnięcie i nie zauważa problemu. Ostatnio np. u lekarza usłyszałam, że powinnam zadbać o zdrową dietę i uprawiać sport, bo wyszedł mi za wysoki cholesterol… Masakra niby nic takiego ale strasznie mnie to dobiło, normalnie poczułam że 'udaję’ chorobę i znów straciłam motywację do zdrowienia. Ehh przepraszam za to użalanie się ale wiesz jak to jest, nie mam z kim o tym gadać w realu a to wszystko zżera od środka. Ale cieszę się bardzo że wychodzisz z tego bagna, trzymam kciuki i kibicuję całym sercem. Trzymaj się!!

    1. Ja od specjalisty, który wykrył osteoporozę, usłyszałam: „Dobrze, że przynajmniej jest pani chuda, bo ma pani mniejsze ryzyko złamania kości przy upadku”. Aż chce się żyć! O konieczności uprawiania sportu też słyszałam od wielu osób, w tym od mojego taty, który jest lekarzem. Próbuję sobie wytłumaczyć, że ci ludzie nie mają wiedzy o zaburzeniach odżywiania i wychodzeniu z nich, więc ich porady – dobre dla człowieka zdrowego – są kompletnie nieadekwatne do mojej sytuacji. Co do cholesterolu, to bardzo ciekawa sprawa. Czytałam, że nie jest jasna przyczyna, ale u osób z anoreksją i mających niedowagę występuje wysoki cholesterol niezwiązany z dietą. Ja też w przeszłości miałam bardzo wysoki i słyszałam, że powinnam jeść mniej tłustego, mimo iż w mojej diecie występowały minimalne ilości tłuszczu – wyłącznie ze słodyczy recenzowanych na blogu. U Ciebie może być podobnie, poczytaj o tym (zgoogluj: high cholesterol anorexia). Na koniec jeszcze kilka słów o body positivity. Kilka razy zajrzałam na ten hasztag na Instagramie, ale znalazłam wyłącznie idealne ciała szczupłych, wysportowanych dziewczyn. Rzeczywiście fajne wsparcie dla osób, które wychodzą z ED. Szkoda na to czasu. Podobnie jest z kontami typu recovery. Większość zawiera zdjęcia posiłków, którymi nie najadłby się nawet noworodek. Właściciele – głównie właścicielki – chcą utrzymać chorobę, a jednocześnie zbierać oklaski od obserwatorów, więc udają, że się starają i walczą. Mnie to frustruje, toteż któregoś dnia zrobiłam czystki w proponowanych postach i teraz mam same cziły, zdjęcia artystyczne, zabawne obrazki i inne rzeczy, które mnie interesują. Polecam zrobić to samo. Dbałość o psychikę opiera się również na takich drobiazgach :)

    2. Droga Nati! Po pierwsze tak chciałabym Cię przytulić i dodać sił do walki. Absolutnie rozumiem Twoja sytuację. Nie napisałaś czy jesteś pełnoletnia, mam nadzieję że tak. Nikt nie jest 'za mało chory’ by spróbować wyzdrowieć. Nie ma wagi która upoważnia Cię do rozpoczęcia leczenia. Zacznij walczyć. Jeśli jeden terapeuta Cię oleje, znajdź innego! Jeśli jesteś niepełnoletnia niestety musisz szczerze porozmawiać z co najmniej jednym rodzicem i przekonać go/ją jak poważny jest problem. Odkładanie leczenia robi krzywdę nie tylko Twojemu ciału, ale przede wszystkim psychice. Im dłużej w tym tkwisz tym głębsze będą wypaczenia i blizny, a leczenie trudniejsze. Zrób to dla siebie i jak najszybciej uwierz, że zasługujesz na zdrowie i szczęście!
      Z tym cholesterolem to wersje są rozne – jedna że to tryb awaryjny niedożywionej wątroby, inna że to po części efekt przechodzenia na tryb ketonowy, inna że wynika z przewlekłych zaburzeń hormonów stresu, jeszcze inna że zaburzony jest metabolizm wszystkich hormonów tłuszczowych (np hormony płciowe) i stąd wysokie stężenia we krwi. U niektórych nawet wątroba może się w usg wydawać jak stluszczala choć mniejsza. Nie czytałam zbyt wielu badań, ale raczej normalizuje się to przy dłuższym prawidłowym odżywianiu.

      1. Ach, nie odniosłam się do bycia za mało chorym, by podjąć walkę z zaburzeniami odżywiania. Oczywiście, tak jak napisała Dziwna ona, nie ma czegoś takiego. Każdy jest wart zdrowia i szczęśliwego życia. Jesteś świadoma problemów, a to już dobra podstawa do wejścia na właściwą ścieżkę.

        Dziwna ona, dziękuję za wyjaśnienie. Czytałam, że przyczyna jest niejasna, ale Twoje wersje mają sens.

  5. Nie do wypowiedzenia jest, ile emocji wzbudza we mnie to, co piszesz. Ile siły i odwagi wykrzesała dusza, która była tak poturbowana. Sięgaj po ten niesamowity bilans zawsze, kiedy chochlik w głowie będzie Ci podsuwał złe myśli! Trzymam kciuki i życzę Ci z całego serca odbicia się od dna. Wiem, że nie o to w tym wszystkim chodzi, ale wyglądasz przeslicznie. Mój mąż zajrzał mi bezwiednie bez kontekstu w telefon przez ramię i powiedział: „O, tu masz, proszę, to jest ładna figura, a nie…” Obyś zawsze miała przy sobie bliskich, wpierajacych Cię w tak nieziemsko trudnych momentach. Wielkie dzięki za ten wpis. Trzymaj się!

      1. Jestem z tych, którzy nie będą leczyć ED (jestem na terapii pogłębionej z innego powodu, też emocjonalnego, błagam uważaj na to winko, bo ja zjebałam również tę sprawę 😣), bo nadal mieszczą się w niskim, ale prawidłowym bmi. Nie ma wychudzenia = nie mam problemu. A że nienawidzę siebie i każdego kęsa jedzenia odkąd skończyłam 10 lat to tam chuj xD Po raz kolejny dostaję w pysk za ocenianie w głowie kogoś (” x jednostek biodrowych” – pisze chuda laska, która może żreć, co chce, nie toz co ja. Zapasy w szafkach? Ależ ona musi mieć normalną, zdrową relację z jedzeniem, nie to, co ja…). Zrobiłaś mi tymi wpisami szejka w mózgu. Dzięki.

        1. Życzę Ci zmiany myślenia i zrozumienia, że z ED też warto się leczyć. O wino ani inny alkohol się nie boję. Mam chory żołądek, więc nie mogę zbyt często pić, poza tym alkohol nie ma dla mnie takiego uroku jak kiedyś. Piję znacznie mniej niż przeciętny Polak. Niemal wcale. W ciągu roku spożywam może ze cztery butelki wina, a po inny alkohol nie sięgam, bo nie przepadam. Od co najmniej roku nie piłam piwa, wcześniej zdarzało się wypić kraftowe kilka razy do roku, zawsze w wakacje.

          PS Zaburzenia odżywiania ani choroba alkoholowa nie są „zjebaniem sprawy”. Nikt się nie prosi o zachorowanie.

  6. Nie spodziewałam, że kolejny wpis pojawi się tak szybko.
    Czytając go mogę wiele z tych aspektów odnieść do siebie. Choć nie wszystkie zachowania u mnie wystąpiły, to większość także się pojawiła. Stałe pory posiłków, odkładanie ich jak najpóźniej i ta czysta przestrzeń przy jedzeniu, żeby móc celebrować posiłek. Jeszcze z tym walczę, bo zdarza się, że ciągle muszę mieć umyte wszystkie garnki zanim zjem. Nie jest łatwo wyeliminować wszystkie swoje zachowania i mechanizmy, które kształtowały się przez lata. Pamiętam jeszcze, kiedy jakiś czas temu czytałam o Twoich posiłkach w ciągu dnia. Pisałaś, że nigdy nie zjesz nic, co przygotuje inna osoba. Osobiście sama wolę sobie gotować, ale na szczęście inni także mogą przyrządzić obiad, który zjem. Lubię też próbować dania z restauracji, choć zdarza mi się wybierać nie to na co mam ochotę, a te bezpieczniejsze, mniej kaloryczne opcje. Jednak pracuję nad tym. Jest trudno, bardzo trudno, ale jak sama piszesz to musi wyjść z czyjejś inicjatywy. I choć zdarzają się dni, kiedy czuję się jak beznadziejny przypadek, któremu nic nie pomoże, po jakimś czasie jest lepiej. Aktualnie próbuje polubić się z moim „nowym” większym ciałem. Zdrowa osoba tego nie zrozumie, ale każdy kto to przeżył na pewno.
    U Ciebie widzę naprawdę dużą zmianę, masz ogromną motywację! Nie jest łatwo, ale nie poddawaj się! Życzę Ci dużo siły i wytrwałości! Rubi Cię potrzebuje! Tak samo tłumaczę sobie, że jestem potrzebna mojemu Fredowi. To prawie roczny psiak, który chyba był jednym z przełomowych momentów na etapie wychodzenia z ed.
    Jeszcze raz powodzenia! <3

    1. Kiedy zaczęłam wychodzić do restauracji, nie potrafiłam oprzeć się strachowi i prawie zawsze wybierałam najmniej straszną opcję. Obecnie biorę to, na co mam ochotę. Co ważne, chorobowa myśl nadal się pojawia. Wierci mi dziurę w mózgu, że powinnam zmienić zamówienie. Tyle że potrafię ją zignorować, dzięki czemu pełznie na tył głowy i siedzi wkurzona.

      Żebyśmy się dobrze zrozumiały: z czyjejś inicjatywy, tj. z Twojej.

      Nie mam wątpliwości, że Twoja mała kulka futerkowego szczęścia bardzo Cię potrzebuje. Dlatego Tobie też życzę powodzenia <3

  7. Nie spodziewałam się kolejnej części tak szybko, ale bardzo cieszę się, że już jest. Zrobiłaś ogromną pracę, wykazałaś się niesamowitą odwagą. Mam wrażenie, że tylko do sobą przechodząca przez coś podobnego jest szczerze w stanie docenić na jaką głębinę się rzuciłaś. Serio podziwiam Cię, że zrobiłaś to bez półśrodków, bez 'bezpiecznego’ recovery, bez oszukiwania samej siebie. Nie pisałaś dosłownie, ale zrozumiałam, że to pierwsza próba walki z chorobą, tym bardziej Wow.
    W rzeczach straconych przez anoreksje dopisałabym jeszcze czas – doba wypełniona planowaniem (nie)jedzenia i oszustw strasznie się kurczy, druga rzecz to ślepota na innych – wszędzie, zawsze na pierwszym miejscu jest „ja”, a raczej 'moje chorobowe zachowania i potrzeby’.
    To przerażające, że choć każdy człowiek jest unikatem chorowanie czyni nas tak schematycznymi i powtarzalnymi. I to niezależnie od typu/podtypu ed tak naprawdę.
    Nie chce rozpisywać się o mojej historii, a tym bardziej jej porównywać, bo to miejsce o Tobie. I cieszę się, że wybrałaś wolność. I trzymam kciuki by przyniosła Ci szczęście. Życzę Ci odzyskania zdrowego ciała i wzmacniania zdrowego ducha. Oby Twoje obawy się nigdy nie zrealizowały.
    Ściskam.
    P. S. Wiesz, że zrobiłaś się bardziej wyrozumiała ostatnio? A przynajmniej takie wrażenie robią teksty si komentarze przez Ciebie pisane.

    1. Tak, pierwsza próba. I oby nie była to tylko próba ;) Przez wszystkie te lata wiedziałam, że jestem chora, ale wybierałam tkwienie w chorobie. Nic nie było ważniejsze niż chude ciało. Ani zdrowie psychiczne, ani zdrowie fizyczne, ani bliskie osoby, ani życie. Nic. Na szczęście zmieniłam zdanie i chcę żyć naprawdę.

      Stawianie siebie na pierwszym miejscu faktycznie nie pojawiło się wśród strat, ale mam nadzieję, że czytelnicy wywnioskowali to z wyznań, że przez konieczność ćwiczeń prawie spóźniłam się na pogrzeb babci oraz nie pobiegłam od razu pomóc mamie, kiedy zemdlała, a także że pozwoliłam rozpaść się przyjaźni. Stracony czas też mogłabym uwzględnić na liście, choć nie mogę napisać, że zawiesiłam życie w pełni. Utrzymałam część przyjaźni – internetowych, bo są łatwiejsze – byłam w związkach, prowadziłam blog, recenzowałam książki, chodziłam na sesje zdjęciowe, stand-upy, inne wydarzenia. Problem w tym, że żyłam życiem minimalnym. Przemykałam z jednego dnia do drugiego, co jakiś czas zahaczając się o coś zewnętrznego, żeby nie zwariować.

      Wszystkie ED wiążą się z tym samym – restrykcjami. Jedna osoba potrafi nie jeść i ma anoreksję. Inna nie może wytrzymać i rzuca się na jedzenie, po czym wymiotuje, przeczyszcza się lub dużo ćwiczy, więc ma bulimię. Jeszcze innej udaje się nie kompensować napadów, ale i tak je ma, w związku z czym choruje na napadowe objadanie się. Ale tak jak napisałaś, wszyscy mamy te same schematy. Mózg wykrzywia nam się w ten sam sposób, tylko ciało reaguje trochę inaczej z uwagi na cechy osobnicze.

      <3

      O, to ciekawe. W jakim sensie wyrozumiała? Mam wrażenie, że raczej jest we mnie więcej irytacji. Kiedyś miałam gdzieś, kto i na co choruje, bo sama chorowałam i było mi z tym "wygodnie". Obecnie jestem gotowa pomagać i doradzać każdej osobie, która tylko szczerze napisze, że chce. Natomiast wprost nie mogę znieść osób, które wypierają chorobę (mam wrażenie, że robią ze mnie debila) bądź które poważnie argumentują niemożność wyjścia z zaburzeń (bo brzydko im się rozkłada tłuszcz (sic!), bo pracują w fitnessie i przecież nie mogą zmienić branży, bo muszą zostać na diecie raw-vegan-eko-keto-sreto, bo coś tam innego). Ponieważ kilka takich osób mam wśród przyjaciół i znajomych, wybrałam nie poruszać z nimi tematu ED. Przeżyłam żałobę po ich zdrowiu i wolności, a następnie zaczęłam żyć, jakby tematu nie było. (Wiem, że jedna osoba przeczyta to dzisiaj wieczorem. Bardzo Cię kocham i czekam na Ciebie po tej stronie, jak kiedyś zmienisz zdanie).

      1. Bardziej wyrozumiała głównie w komentarzach – kiedyś (ale tak serio daaawno) byłaś straszną purystką językową (a przynajmniej tak Ciebie sprzed 5-6 lat kojarzę), a także brałaś część opinii bardzo do siebie. Od jakiegoś czasu zauważyłam, że masz więcej luzu wobec tego co piszą inni. Albo tylko mi się wydaje

  8. Myślę, że dzięki tym postom sprawiłaś, że bardzo dużo osób poczuło się mniej samotne i bardziej zrozumiane w tej chorobie. Mnie dałaś naprawdę dużo motywacji, by dalej brnąć w recovery, choć ostatnio miałam nawrót tego paskudztwa. Gratuluję przede wszystkim odzyskania miesiączki, to niesamowite! Aż Ci zazdroszę, bo jestem tylko kilka kg od nadwagi, a jego ani widu, ani słychu. :'(
    Jest parę pytań, które mi się nasunęły, proszę pomiń je, jeśli są dla Ciebie w jakiś sposób niekomfortowe.
    Jak radzisz sobie z extreme hunger? Gdy próbowałam jeść tyle ile chcę i kiedy chcę, kończyłam w ten sposób, że już po śniadaniu byłam wzdęta, ociężała i czułam się beznadziejnie, a z każdym kolejnym posiłkiem coraz gorzej, bo jak zaczęłam jeść, to ciężko mi było przestać. Teraz jestem w takim niefajnym stanie, że jak przyjdę z uczelni to jem ile chcę i to okropne uczucie przejedzenia towarzyszy mi tylko w drugiej połowie dnia, kiedy głównie siedzę i się uczę lub relaksuję. Nie potrafię jeść tyle, by czuć się komfortowo, jestem albo głodna, albo przeżarta i to dla mnie najcięższy aspekt recovery.
    Czy jesteś w pełni przekonana do metody Minnie Maud? Mam złe doświadczenia z nią, czułam się fizycznie i psychicznie źle i po prostu postanowiłam jednak jeść głównie zdrowe produkty, białko bez ograniczeń, węglowodanami i tłuszczami mam niestety opory. Po prostu mam tę świadomość, że przecież ludzie grubi znikąd się nie biorą, a nie chcę przechodzić z jednej skrajności w drugą.
    Czy jesz według jakiegoś określonego przez siebie jadłospisu, czy raczej ,,na czuja”?
    Jakie ostatnio jedzenie najbardziej Ci smakuje?
    Trzymam kciuki za skan kości. Niedługo będę miała swój, po roku od ostatniego, oraz po znaczym przytyciu i zmienieniu diety. Jeśli nie masz nic przeciwko, podzielę się chętnie z Tobą wynikami jeśli będzie jakaś zmiana. :)

    1. Extreme hunger – Zdarza się, że jestem tak najedzona, że jedzenie stoi mi już w gardle jak faszerowanemu indorowi. Niestety leptyna i grelina pokazują wtedy środkowy palec i mówią: „o nie, nie, ty masz jeść dalej!”. W takich sytuacjach piję herbatę, odpoczywam trochę i lecę dalej z jedzeniem. Zdecydowanie nie jem aż tyle, ile bym chciała mentalnie. Jestem głodna non stop, bez względu na ilość zjedzonego jedzenia. Nawet po najedzeniu się pod korek, kiedy jedzenie stoi mi zaraz za gardłem, czuję głód. Liczę, że to się z czasem zmieni, unormuje. Każda osoba ma inne doświadczenia – niektórzy w ogóle nie doświadczają extreme hunger, szczęściarze! – niemniej jedna dziewczyna opowiadała, że jej ekstremalny głód skończył się dopiero wtedy, kiedy zaliczyła overshoot i przez jakiś czas go utrzymała. Dla mnie to również najgorszy element recovery. Chyba nie mam lepszej rady dla Ciebie ani siebie, niż żeby po prostu to cholerstwo wytrzymać.

      Mnie Minnie Maud przekonuje na tyle, żeby mu zaufać. Eksperyment głodowy z Minnesoty jest jedynym, na którym możemy się opierać, bo – o ile mi wiadomo – więcej takich hardcore’owych badań nie zrobiono. Może mnie jest łatwiej, bo nie mam wielkiego ciśnienia na słodycze. Raczej mam przesyt z uwagi na wiele lat recenzowania i plebejskie, bardzo słodkie słodycze mnie odrzucają. Jakieś drożdżówki, domowe ciasta i przede wszystkim słodycze bez dodatku cukru o niskim poziomie słodyczy, których jem dużo, nie sprawiają mi problemu. Grubością będę się martwić kiedyś tam, o ile w ogóle. Co mi po akceptowalnym społecznie ciele, jeśli głowa zostanie popieprzona? Obecnie szacuję moje spożycie kaloryczne na o wiele więcej niż 2, 3 czy nawet 4 tysiące kalorii. Jem śniadanie, drugie śniadanie, obiad, deser i kolację, a między tym jeszcze coś dogryzam lub piję jogurty. Warzyw i owoców solo nie tykam, wolałabym umrzeć. Mam dość zapychania się niskokalorycznym shitem. Z tłuszczami problemu nie mam, codziennie jem margarynę, prawie codziennie masło i oliwę, a także inne tłuste produkty, np. ryby w oleju. Najwięcej spożywam węgli.

      Nie mam żadnego jadłospisu. Sięgam po to, co sprawia mi radość. Przede wszystkim po to, czego odmawiałam sobie przez lata. Jem żółte sery, jajka, wspomniane wyżej tłuszcze, mięso, kaloryczne napoje, duże bułki z ziarnami. W ciągu dnia zamiast warzyw przegryzam np. parówki :D

      Od rozpoczęcia recovery najbardziej smakują mi bułki z różnymi dodatkami. Nie wyobrażam sobie lepszego drugiego śniadania niż duża bułka z czyś dobrym. Jak spędzam weekendy z Marcinem poza domem, chętnie korzystam z oferty bułkowej w Cafe Nero. Poza tym zakochałam się w pierogach z pieca, to takie duże pierogi w cieście pizzowym. W naszej ulubionej pierogarni byliśmy już kilkadziesiąt razy. A Ty co sobie upodobałaś? :)

      Baaaaaardzo chętnie poznam Twoje wyniki. Jakie były poprzednie? Poza tym bardzo mnie cieszy, że też walczysz, przytyłaś i jesteś na dobrej drodze do odzyskania zdrowia (z okresem włącznie, na pewno przyjdzie!). Jak będziesz miała jakieś rozterki recovery’owe, chętnie z Tobą popiszę. Czuję się bardzo samotna, bo nie mam kogo zapytać, czy ktoś ma/miał podobnie jak ja etc. Czasem mam wrażenie, że jestem jedyną osobą na świecie, która przechodzi taki dyskomfort.

      Mimo wszystko – gdyby ktoś to przeczytał i się wystraszył – uważam, że warto. Gdybym tak nie uważała, nie opublikowałabym dwóch ostatnich wpisów, tylko wróciłabym po cichu do restrykcji.

      1. ,,Co mi po akceptowalnym społecznie ciele, jeśli głowa zostanie popieprzona?’
        Też tak sobie wmawiam, ale dla mnie to jak na razie puste słowa. Wygląd jest dla mnie bardzo ważny i wiem, że jeżeli nie będę się sobie totalnie podobać, to głowa wciąż będzie popieprzona, tylko że w inny sposób. Jak na razie jest dobrze, bo pomimo moich wcześniejszych przypuszczeń, że w nowej wadze będę wyglądać jak świnia, jeszcze w miarę lubię swoją sylwetkę. Ale z każdym kilogramem jest niestety coraz trudniej, bo nie jest tak łatwo zmienić swoje preferencje, ale liczę, że dojrzeję do momentu, by cenić zdrowie nad niepłaski brzuch.
        ,,Obecnie szacuję moje spożycie kaloryczne na o wiele więcej niż 2, 3 czy nawet 4 tysiące kalorii.”
        Łał. Podchodzisz do wszystkiego w życiu bardzo rzetelnie, również do Minnie Maud. To niesamowite.
        U mnie między dwoma a trzema tysiącami to pewnie zwykle jest, choć na początku pewnie i cztery się zdarzały.
        ,,Warzyw i owoców solo nie tykam, wolałabym umrzeć. Mam dość zapychania się niskokalorycznym shitem.”
        Ja nie potrafię z tym skończyć. Codziennie idąc na zakupy obiecuję sobie kupić to, co zawsze sobie odmawiałam: bułki, niekrojony chleb, ciasta, ciasteczka, batony, chrupki, drożdżówki… A ostatecznie zawsze wychodzę z mrożonymi truskawkami, warzywami, mnóstwem skyrów i jogurtem zero. Dzisiaj myślałam że się poryczę jak znowu odłożyłam jakieś pierniczki na ladę sklepową, bo stwierdziłam, że nie będę płacić za sam cukier i olej palmowy, przez które będę tylko gruba i brzydka.
        ,,Z tłuszczami problemu nie mam, codziennie jem margarynę, prawie codziennie masło i oliwę, a także inne tłuste produkty, np. ryby w oleju.”
        Ja z tłuszczami mam ten problem, że autentycznie nie lubię jego źródeł. Jak używasz oliwę? To głupie pytanie, ale naprawdę nie mam pojęcia jak ją jeść.
        ,,Sięgam po to, co sprawia mi radość.”
        Chyba że to mój chory umysł coś przeinaczył, to sorry.
        Jak jesz mięso? Poza parówkami. ;) Dla mnie często jest dosyć obrzydliwe, chrząski w pierogach i te sprawy czynią mnie wobec niego trochę nieufną. Masz jakieś ulubione wędliny, a może przygotowujesz świeże mięso – jeśli tak, to w jaki sposób?
        ,,Od rozpoczęcia recovery najbardziej smakują mi bułki z różnymi dodatkami. Nie wyobrażam sobie lepszego drugiego śniadania niż duża bułka z czyś dobrym.”
        Ja też nie, co nie zmienia faktu, że nigdy nie jem ani bułek, ani drugich śniadań.
        Te pierogi z pieca brzmią zajebiście. <3
        Tyję głównie na chudym zapychającym shicie jedzonym w ramach postu przerywanego, po prostu jedzonym w chorych ilościach. Nie wiem jak z tym skończyć.
        W marcu tamtego roku miałam skan, wyszła mi osteoporoza, wskaźnik T najgorszego kręgu -2,5. Miałam iść za miesiąc na kolejną, tak aby był pełny rok, ale chyba pójdę jutro po zajęciach, bo bardzo chciałabym zobaczyć, czy to moje marne recovery cokolwiek dało. Jak pójdę, napiszę Ci na pewno. ^_^
        ,,Jak będziesz miała jakieś rozterki recovery’owe, chętnie z Tobą popiszę. Czuję się bardzo samotna, bo nie mam kogo zapytać, czy ktoś ma/miał podobnie jak ja etc. Czasem mam wrażenie, że jestem jedyną osobą na świecie, która przechodzi taki dyskomfort.''
        Ja też. Ale naprawdę, dzięki Twoim dwóm ostatnim postom i wyznaniom tylu przechodzących przez to cholerstwo dziewczyn czuję się dużo lepiej i mam nową siłę, by walczyć. <3

        1. „Też tak sobie wmawiam, ale dla mnie to jak na razie puste słowa.” – Dla mnie momentami, kiedy mam złe chwile lub dni, też, ale nawet wtedy je powtarzam, żeby pamiętać.

          „Wygląd jest dla mnie bardzo ważny i wiem, że jeżeli nie będę się sobie totalnie podobać, to głowa wciąż będzie popieprzona, tylko że w inny sposób.” – Dla mnie też, dlatego wspomniałam we wpisie, że nie wyobrażam sobie traktować ciała neutralnie. Muszę się sobie podobać. Tyle że już wiem, że da się pracować nad głową, a nie dręczyć ciało i ciągle dopasowywać do wizji mnie, którą nie mogę być w sposób zdrowy.

          „Łał. Podchodzisz do wszystkiego w życiu bardzo rzetelnie, również do Minnie Maud. To niesamowite.” – To połączenie determinacji z faktem, że gdybym próbowała trzymać kaloryczność przeciętnego człowieka, byłabym wściekle głodna i bardzo nieszczęśliwa. Zresztą brak ED to brak restrykcji, więc nie da się wyjść z ED, zachowując chorobowe restrykcje.

          „Jak używasz oliwę?” – Przestałam korzystać z sosów z torebki (zostało mi chyba jeszcze pięć z przeszłości). Moimi domowymi obiadami nadal jest „psie żarcie”, bo bardzo lubię takie mieszanki. Jedna z moich aktualnie ulubionych to czarny ryż z Biedronki + gotowana wątróbka drobiowa + trio warzyw na parze + oliwa jako sos lana prosto z butelki.

          „Chyba że to mój chory umysł coś przeinaczył, to sorry.” – Tego nie rozumiem. Do czego się odnosisz?

          „Jak jesz mięso? Poza parówkami. ;) Dla mnie często jest dosyć obrzydliwe, chrząski w pierogach i te sprawy czynią mnie wobec niego trochę nieufną. Masz jakieś ulubione wędliny, a może przygotowujesz świeże mięso – jeśli tak, to w jaki sposób?” – Przypominam na początek, że nie potrafię i nie lubię gotować, więc nie próbuję nowych sposobów :P Na obiad jadam kurczaka, indyka, wątróbkę albo ryby z puszek (tuńczyka w oleju lub sosie własnym, do tego pierwszego nie używam już oliwy). Pierogów ani pyz z mięsem nie kupuję, bo tam jest jakiś podmiot szatana, a nie mięso. Chrząstki i jakieś trzęsące się galarety odpychają mnie. Za to w grudniu podczas pobytu u rodziny Marcina zajadałam się kartaczami z mięsem robionymi przez jego tatę – zero chrząstek, czyste pyszne mięso. Do wędlin robiłam kilka podejść, ale te marketowe są jakieś śliskie i obleśne. Zrobiłam też podejście do kiełbasy, ale mnie obrzydziła i zrobiłam tylko kilka gryzów. Przyjaciółka poleciła suszoną Morlin, więc jeszcze tej dam szansę.

          Nie jadasz drugich śniadań przez ED czy przez coś innego? Ja na przykład przed śniadaniem zawsze piję czarną kawę. Można by się upierać, że to objaw ED, ale uwielbiam zaczynać dzień od gorzkiej kawy w ustach, więc nie chcę sobie odbierać tej przyjemności.

          „Tyję głównie na chudym zapychającym shicie jedzonym w ramach postu przerywanego, po prostu jedzonym w chorych ilościach. Nie wiem jak z tym skończyć.” – Usiądź któregoś dnia spokojnie i pomyśl o tym. Będziesz żałować, że przytyłaś do miejsca, w którym się sobie nie podobasz, a mimo tego niczego nie odkręciłaś w głowie. Będziesz musiała zacząć w pewnym sensie od nowa, co przedłuży czas cierpienia i choroby.

          Ja miałam skan w dwóch miejscach. W jednym mam -2,8, a w drugim średni -2,9, przy czym w najgorszym kręgu (L3) -3,2.

      2. Jestes tak wielka inspiracja dla mnie w tym momencie ! Dziekuje Ci za te posty, trzymaja mnie przy walce. Jesli chcesz pogadac to ja tez jestem chetna, bo brakuje mi kogos kto faktycznie rozumie przez co przechodze.
        Pozdrawiam <3

        1. Cieszę się i życzę utrzymania się na właściwej drodze. Jeżeli rozmowy pomogą Ci tak samo jak czytanie moich wpisów, z wielką przyjemnością z Tobą porozmawiam! Chcesz pisać na FB czy w jaki sposób? Niestety nie mam aplikacji WhatsApp ani Telegram (mam tylko Messenger).

  9. Chciałabym Ci dużo powiedzieć w tym temacie, temacie Twojej choroby, ale w sumie to się trochę boję. Nawet więcej, niż trochę. Ale jak będziesz chciała kiedyś pogadać, to wiesz gdzie mnie szukać ;-)
    PS. I na wino/pizzę/sushi/kanapkę z serem też jakby co jestem chętna!

  10. Hej! Mam do Ciebie kilka pytań. Bardzo cenię Ciebie, to co robisz i robiłaś. Śledzę Cię anonimowo od bardzo, bardzo dawna. Szczerze kibicuję Ci wyjścia z Z.O. i mam poczucie, że mi to się nigdy nie uda…

    Jak reagowałaś na głosy swoich znajomych – obcych osób, że jesteś chuda? Czy ludzie Ci to mówili?
    Czy codziennie się ważyłaś? Jadłaś dziennie jakieś 1500 kcal. To niby nie jest tak mało, prawda? A mimo wszystko utrzymywałaś niską wagę… Jak to się działo?
    Czy BMI pokazywało Ci niedowagę, czy wychudzenie? Jak reagowałaś, kiedy widziałaś to BMI, jak się z tym czułaś?
    Czy bliskie Ci osoby były świadome Twoich zaburzeń odżywiania?
    Czy lubiłaś siebie wtedy? Czy lubisz siebie teraz?
    Co czujesz, kiedy teraz patrzysz na chude osoby?
    Jakie nowe smaki odkryłaś, odkąd pozwoliłaś sobie jeść więcej?
    Co poza kawą na czczo zostało z Tobą odkąd podjęłaś decyzję o wyjściu z tego bagna (chodzi o nawyki żywieniowe, albo konkretne produkty)?
    Czy zauważasz jakąś zmianę jeśli chodzi o myślenie – że np. myślisz bardziej trzeźwo, potrafisz się skupić, więcej pamiętasz, itd.?
    Czy nadal lubisz płatki na mleku?
    Czy sądzisz, że dalsze recenzje produktów hamowałoby Twoje postępy? (Uwielbiam je czytać)
    Czy kiedy byłaś chuda miałaś mniej sił, by np. chodzić, ruszać się, itd.?
    Bardzo bym chciała zobaczyć, jak wygląda Twój jadłospis np. z tygodnia teraz.

    Bardzo dziękuję, jeśli zdecydujesz się odpowiedzieć na te pytania.
    Powodzenia!

    1. „Jak reagowałaś na głosy swoich znajomych – obcych osób, że jesteś chuda? Czy ludzie Ci to mówili?” – Tak, mówili. W większości przypadków było to dla mnie komplementem – nawet jeśli nie zostało wypowiedziane z intencją komplementowania – i utwierdzało mnie w przekonaniu, że dobrze robię, bo osiągnęłam cel.

      „Czy codziennie się ważyłaś?” – Na początku tak, ale potem przez lata nie. Po zachorowaniu ważyłam się kilka-kilkanaście razy dziennie. Później raz na kilka miesięcy, może ze cztery razy w roku. Nie miałam potrzeby.

      „Jadłaś dziennie jakieś 1500 kcal. To niby nie jest tak mało, prawda? A mimo wszystko utrzymywałaś niską wagę… Jak to się działo?” – Po pierwsze to jest mało. Po drugie część kalorii jest spalana przez ruch. Gdyby to nie było mało, nie chorowałabym, nie miałabym niedoborów wszystkiego, nie straciłabym okresu etc.

      „Czy BMI pokazywało Ci niedowagę, czy wychudzenie? Jak reagowałaś, kiedy widziałaś to BMI, jak się z tym czułaś?” – Nie ma znaczenia, co pokazywało. Nie lubiłam tego widzieć. Wtedy bałam się o zdrowie, życie, przyszłość. Na początku pewnie sprawdzałam BMI częściej, ale w przez jakieś trzynaście ostatnich lat sprawdziłam może ze dwa razy.

      „Czy bliskie Ci osoby były świadome Twoich zaburzeń odżywiania?” – Zależy kto. Rodzina podobno nie. Bliscy niektórzy podejrzewali. Przyjaciółka wie od dawna i swoim facetom zawsze mówiłam, że mam problem z jedzeniem, nie nazywając go jednak.

      „Czy lubiłaś siebie wtedy? Czy lubisz siebie teraz?” – Nie potrafię powiedzieć, czy kiedykolwiek się lubiłam. To jest tak trudne pytanie, że nawet nie wiem, jak się zabrać za przemyślenie odpowiedzi.

      „Co czujesz, kiedy teraz patrzysz na chude osoby?” – Podejrzewam je o zaburzenia odżywiania. Nie wszystkie. Nienaturalna chudość jest inna od naturalnej.

      „Jakie nowe smaki odkryłaś, odkąd pozwoliłaś sobie jeść więcej?” – Prawdę mówiąc, chyba żadnych. Zachorowałam w wieku 16-17 lat, więc wcześniej jadłam mnóstwo rzeczy, do których po prostu wróciłam.

      „Co poza kawą na czczo zostało z Tobą odkąd podjęłaś decyzję o wyjściu z tego bagna (chodzi o nawyki żywieniowe, albo konkretne produkty)?” – Tutaj muszę zaznaczyć, że kawę zaczęłam pić jeszcze przed zachorowaniem. Jedyna różnica jest taka, że wtedy chodziłam do szkoły, więc nie miałam jak wypić jej przed śniadaniem. Tak samo po zachorowaniu, jak chodziłam do liceum, piłam dopiero po powrocie. Co jeszcze mi zostało? Z przyzwyczajenia zawsze ładuję na bułkę i chleb tonę warzyw. Potem się okazuje, że nie chcę/potrzebuję już tyle, ile jadłam przez ostatnie lata, i ściągam. Zapewne lubię sporo produktów, które poznałam w czasie chorowania, ale nie wiążę tego z chorobą.

      „Czy zauważasz jakąś zmianę jeśli chodzi o myślenie – że np. myślisz bardziej trzeźwo, potrafisz się skupić, więcej pamiętasz, itd.?” – Póki co chyba tylko to, co wymieniłam we wpisie.

      „Czy nadal lubisz płatki na mleku?” – Owszem, nadal zaczynam od nich dzień. Tyle że teraz jem znacznie więcej płatków, nie ważę ich, a po odpoczęciu chwilę dojadam coś, na co mam ochotę.

      „Czy sądzisz, że dalsze recenzje produktów hamowałoby Twoje postępy? (Uwielbiam je czytać)” – Nie, w ogóle. Pisanie o jedzeniu ani nie trzyma mnie w chorobie, ani nie pomaga mi w zdrowieniu. W tej chwili jest tylko irytującą powinnością, bo szkoda mi lat pracy.

      „Czy kiedy byłaś chuda miałaś mniej sił, by np. chodzić, ruszać się, itd.?” – Trudno mi to ocenić, natomiast prawdopodobnie tak, skoro miałam mniej mięśni i dostarczałam za mało kalorii, by pokryć zapotrzebowanie.

      „Bardzo bym chciała zobaczyć, jak wygląda Twój jadłospis np. z tygodnia teraz.” – W tym nie pomogę. Wychodzenie z zaburzeń polega na tym, że masz jeść to, czego potrzebuje Twój organizm. Jeśli odmawiałaś sobie słodyczy, teraz jest czas, żeby odkręcić wszystkie strachy. Jeżeli wyłączyłaś grupy produktów, teraz musisz się z nimi zmierzyć. Nie chcę pisać, co jem ja, bo ktoś może mieć mylne wrażenie, że jem poprawnie i w taki sposób powinien jeść każdy w recovery. Dieta przy wychodzeniu z zaburzeń odżywiania jest indywidualna. Na co masz ochotę, to jesz, o ile tylko uwzględniasz w jadłospisie produkty, których się boisz – najlepiej w dużych ilościach. Nie wyzdrowiejesz, unikając strachu. Jak sto razy zjesz coś strasznego, przestanie być straszne. Osobom odczuwającym extreme hunger jest pewnie trochę łatwiej niż osobom nieczującym głodu w ogóle. Te drugie powinny się zmuszać, by jeść MINIMUM 2,5-3,5 tys. kcal dziennie w zależności od wieku. Im więcej, tym lepiej. W organizmie jest duuużo do ponaprawiania.

      1. Przede wszystkim: dziękuję, że odpowiedziałaś i to tak dokładnie. Co czułaś, odpowiadając na te pytania? Jeśli za bardzo Cię męczę, to zrozumiem, jeśli nie odpowiesz.

        „Jak reagowałaś na głosy swoich znajomych – obcych osób, że jesteś chuda? Czy ludzie Ci to mówili?” – Tak, mówili. W większości przypadków było to dla mnie komplementem – nawet jeśli nie zostało wypowiedziane z intencją komplementowania – i utwierdzało mnie w przekonaniu, że dobrze robię, bo osiągnęłam cel.
        – A co im odpowiadałaś?

        „Jadłaś dziennie jakieś 1500 kcal. To niby nie jest tak mało, prawda? A mimo wszystko utrzymywałaś niską wagę… Jak to się działo?” – Po pierwsze to jest mało. Po drugie część kalorii jest spalana przez ruch. Gdyby to nie było mało, nie chorowałabym, nie miałabym niedoborów wszystkiego, nie straciłabym okresu etc.
        – Rozumiem. A czy alkohol też ważyłaś, kiedy tak pijałaś to wino? Były rzeczy, których nie liczyłaś?

        „Czy BMI pokazywało Ci niedowagę, czy wychudzenie? Jak reagowałaś, kiedy widziałaś to BMI, jak się z tym czułaś?” – Nie ma znaczenia, co pokazywało. Nie lubiłam tego widzieć. Wtedy bałam się o zdrowie, życie, przyszłość. Na początku pewnie sprawdzałam BMI częściej, ale w przez jakieś trzynaście ostatnich lat sprawdziłam może ze dwa razy.
        – A lekarze nie obliczali Ci BMI? A może nie chodziłaś do lekarzy?

        „Czy bliskie Ci osoby były świadome Twoich zaburzeń odżywiania?” – Zależy kto. Rodzina podobno nie. Bliscy niektórzy podejrzewali. Przyjaciółka wie od dawna i swoim facetom zawsze mówiłam, że mam problem z jedzeniem, nie nazywając go jednak.
        – Sama przed sobą mówiłaś/myślałaś: mam anoreksję? Jak często przychodziła taka autorefleksja?

        „Czy lubiłaś siebie wtedy? Czy lubisz siebie teraz?” – Nie potrafię powiedzieć, czy kiedykolwiek się lubiłam. To jest tak trudne pytanie, że nawet nie wiem, jak się zabrać za przemyślenie odpowiedzi.
        – Chciałabyś spróbować, czy odpuścić to pytanie?

        „Co czujesz, kiedy teraz patrzysz na chude osoby?” – Podejrzewam je o zaburzenia odżywiania. Nie wszystkie. Nienaturalna chudość jest inna od naturalnej.
        – I co czujesz, jak już tak je podejrzewasz?

        „Jakie nowe smaki odkryłaś, odkąd pozwoliłaś sobie jeść więcej?” – Prawdę mówiąc, chyba żadnych. Zachorowałam w wieku 16-17 lat, więc wcześniej jadłam mnóstwo rzeczy, do których po prostu wróciłam.
        – są rzeczy, których nadal nie zjesz? Chętnie łączysz jakieś nowe smaki? Np. gdyby ktoś Ci zaproponował pizzę z bananem curry, to spróbowałabyś?

        Z przyzwyczajenia zawsze ładuję na bułkę i chleb tonę warzyw. Potem się okazuje, że nie chcę/potrzebuję już tyle, ile jadłam przez ostatnie lata, i ściągam.
        – wcześniej przesadzałaś z warzywami?

        Zapewne lubię sporo produktów, które poznałam w czasie chorowania, ale nie wiążę tego z chorobą.
        – Nadal jesz np. Skyr?

        „Czy nadal lubisz płatki na mleku?” – Owszem, nadal zaczynam od nich dzień. Tyle że teraz jem znacznie więcej płatków, nie ważę ich, a po odpoczęciu chwilę dojadam coś, na co mam ochotę.
        – Nadal z mlekiem 1,5%, czy to się zmieniło?

        „Czy sądzisz, że dalsze recenzje produktów hamowałoby Twoje postępy? (Uwielbiam je czytać)” – Nie, w ogóle. Pisanie o jedzeniu ani nie trzyma mnie w chorobie, ani nie pomaga mi w zdrowieniu. W tej chwili jest tylko irytującą powinnością, bo szkoda mi lat pracy.
        – Masz taką samą przyjemność z jedzenia, czy większą- mniejszą? Jak byś to określiła?

        „Bardzo bym chciała zobaczyć, jak wygląda Twój jadłospis np. z tygodnia teraz.” – W tym nie pomogę. Wychodzenie z zaburzeń polega na tym, że masz jeść to, czego potrzebuje Twój organizm. (…)
        – Dziękuję za to. Cenne.

        Jeszcze zapytam, czy słodzisz herbatę i pijesz słodkie – nie „zero” napoje?
        Czy znajomi komentują Twój wygląd aktualnie?
        Czy wczesniej ukrywałaś jedzenie, by inni myśleli, że zjadłaś (pod stół, itd.)?
        Czy zdarzało Ci się wyjść poza 1500 kcal?
        Jak reagowałaś, kiedy ktoś dawał Ci w prezencie coś do jedzenia?
        Czy jeśli ktoś wcześniej poczęstował Cię cukierkiem, albo czymś, to nigdy nie zjadłaś?
        Czy przychodziły Ci do głowy jakieś pomysły z cheat day?
        Czy jedzenie zajmuje Ci teraz dużo czasu w ciągu dnia?

        1. Na początek ja mam do Ciebie jedno zasadnicze pytanie: Po co Ci ta wiedza? Odnoszę silne wrażenie, że zarówno te pytania, jak i poprzednie podyktowane zostały chorobą i mają karmić chorobę, nie zaś pomagać Ci z niej wyjść. Przykładowo jakie znaczenie ma to, jakie mleko piję, czy jem skyr, czy zdarzało mi się wyjść ponad spożywaną liczbę kalorii (nie napisałam, że było to 1500) albo co czuję, gdy podejrzewam kogoś o zaburzenia odżywiania? Bardzo chętnie odpowiem Ci na wszystkie pytania, które będą Ci w stanie pomóc, dlatego proszę o jeszcze jeden komentarz z wyselekcjonowaniem takich pytań. Wydaje mi się, że obecnie zadajesz pytania, dzięki którym będziesz mogła porównać swoją chorobę do mojej, a nie na tym rzecz polega. Nieważne, czy jesteś w lepszej, czy gorszej sytuacji zdrowotnej, powinnaś sięgnąć po zdrowie teraz, bez zwlekania. Poza tym wydaje mi się – mam nadzieję, że niesłusznie – iż szukasz wymówek w stylu „Olga robi tak, to ja też tak mogę”. Przykładowo owszem, nadal jadam skyry. Ale czy Ty możesz jeść skyry, jeśli nie będziesz jadła żadnych innych jogurtów lub spożywała 1500 kcal dziennie? Nie, wtedy nie możesz. Jeżeli zaczniesz jeść 3 tys. kcal lub więcej i stawiać czoła strachom, a dodatkowo zjesz skyr, bo lubisz, wtedy owszem, możesz jeść skyr.

          1. Na początek ja mam do Ciebie jedno zasadnicze pytanie: Po co Ci ta wiedza?
            W pierwszym momencie mam ochotę szczerze odpowiedzieć: kieruje mną ciekawość, jak wyglądają mechanizmy myślenia u osoby z zaburzeniami odżywiania, czy u każdego wygląda to podobnie, jak to się zmienia pod wpływem zdrowienia. .
            Wiem, że na podstawie Twojej osoby nie mogę szukać „praw ogólnych”, a dowiem się tylko (dla mnie aż), jak to wygląda u Ciebie.
            Nie miałam okazji rozmawiać z osobą, która ma zaburzenia odżywiania i o tym mówi bez oszukiwania i popisywania się. Uznałam, że wykorzystam tę okazję i popytam. Nie liczyłam na to, że potraktujesz moje pytania poważnie.
            Ja mam zaburzenia odżywiania od 13 lat. Nikt o tym nie wie. Z wieloma rzeczami wygrałam, ale do normalności sporo mi brakuje. Czy mam motywację, by z tego wyjść? Chyba nie… Tym bardziej jesteś dla mnie inspiracją, bo przez to, co przeczytałam od Ciebie, zaczęłam to w ogóle rozważać.
            Przepraszam jeśli powiedziałam coś, przez co czujesz się niekomfortowo. Naprawdę Ci kibicuję.

                1. „A co im odpowiadałaś?” – Albo nic, albo coś w stylu żartu: „Bez przesady, nie jestem aż taka chuda”.

                  „A czy alkohol też ważyłaś, kiedy tak pijałaś to wino? Były rzeczy, których nie liczyłaś?” – Wszystko. Nie istniały rzeczy, których nie ważyłam. Ważyłam każdy dodany na kanapkę liść sałaty, zioła prowansalskie sypane na pomidora, tabletki na gardło podczas choroby.

                  „A lekarze nie obliczali Ci BMI? A może nie chodziłaś do lekarzy?” – Kiedy zachorowałam, byłam już prawie dorosła, a osoba dorosła musi dbać o siebie sama, inaczej nikt o nią nie zadba. Jeśli lekarz potrzebował moją wagę z jakiegoś powodu, zawsze podawałam o co najmniej 5 kg wyższą.

                  „Sama przed sobą mówiłaś/myślałaś: mam anoreksję? Jak często przychodziła taka autorefleksja?” – Wiedziałam, że mam anoreksję, ale na co dzień o tym nie myślałam, tak samo jak nie myśli się o innych rzeczach, do których się przywyka. Nie myślę o tym, że jestem blondynką, kobietą, mam dwie ręce czy wątrobę. To dla mnie coś oczywistego, choroba też stała się oczywistością, której nie było sensu poświęcać uwagi.

                  „Chciałabyś spróbować, czy odpuścić to pytanie?” – Spróbować nie. Chciałabym się tego nauczyć na stałe i żyć, lubiąc się, do końca życia :)

                  „I co czujesz, jak już tak je podejrzewasz?” – Niczego nie czuję. Nie znam tych osób. Myślę: „szkoda”, i idę dalej. Nie da się rozwiązać cudzych problemów za tych ludzi, zwłaszcza gdy są to problemy psychiczne. Bardzo współczuję ludziom, którzy muszą się zmagać z chorym odmawiającym leczenia. I szczerze podziwiam osoby takie jak Marcin, które podejmują wyzwanie, mimo iż nie muszą. (Rodzina niejako musi, bo jest związana emocjonalnie, a partner na wieść o problemie może się po prostu ulotnić).

                  „Są rzeczy, których nadal nie zjesz? Chętnie łączysz jakieś nowe smaki? Np. gdyby ktoś Ci zaproponował pizzę z bananem curry, to spróbowałabyś?” – Nie zjem garmażeryjnych pyz ani pierogów z mięsem, bo tam zamiast mięsa jest jakieś obrzydlistwo. Nie zjem tatara ani zupy czerniny. Zakładam jednak, że nie pytasz o rzeczy, których nie lubię, tylko które wynikają z ED. Wśród tych drugich nie ma produktów, których nie zjem. Oczywiście część będę jadła ze strachem, np. wielką zapiekankę grubo posmarowaną masłem i zasypaną serem, ale zjem.

                  „Wcześniej przesadzałaś z warzywami?” – Na pewno. Ładowanie 200 g pomidora albo ogórka na dwie kanapki nie jest normalne. Zakładam, że jeśli nie każda osoba z ED, to znaczna większość przesadza z warzywami, bo to produkty niskokaloryczne o dużej objętości.

                  „Nadal jesz np. Skyr?” – Nadal jem skyr i nie planuję przestać, chyba że kiedyś przestanie mi smakować. Skyr jest fajny. Oczywiście nie jem samego skyru – dodaję masło orzechowe, kakao i pestki, powidła, inne rzeczy. Ponadto poza skyrem jem inne jogurty. Skyr jest jedynym produktem beztłuszczowym, który kupuję. Gdyby miał tłuszcz, nadal bym go kupowała. Po prostu bardzo go lubię.

                  „Nadal z mlekiem 1,5%, czy to się zmieniło?” – Z mlekiem 2%. Kupiłam też 3,2% do testu, ale smakowo nie czuję różnicy, a mleko 2% ma więcej wapnia.

                  „Masz taką samą przyjemność z jedzenia, czy większą- mniejszą? Jak byś to określiła?” – Nie widzę różnicy.

                  „Jeszcze zapytam, czy słodzisz herbatę i pijesz słodkie – nie „zero” napoje?” – Nie słodzę kawy ani herbaty, bo lubię gorzkie. Od czasu do czasu pijam Pepsi Max i energetyki zero. Poza tym jednak pije soki owocowe i marchwiowe, napoje owocowe, smoothies i napoje mleczne.

                  „Czy znajomi komentują Twój wygląd aktualnie?” – Zdarza się. Mimo iż wszyscy wiedzą, z czym się zmagam, nie wszyscy zachowują się fajnie. Od koleżanki usłyszałam, że większy tyłek mi służy, co było bardzo miłe, tak samo jako komplement kolegi o powiększeniu się biustu. Natomiast jedna osoba napisała mi: „ty gruba dupo”, co w jej mniemaniu stanowiło żart, inna powiedziała, że „nie może się przyzwyczaić, że jestem większa”. Dwa razy zostałam złapana i wytarmoszona za policzek, co raz wiązało się z komentarzem, że „mam pućki”. Myślę, że takie osoby mają mózg w dupie.

                  „Czy wczesniej ukrywałaś jedzenie, by inni myśleli, że zjadłaś (pod stół, itd.)?” – Nie, nigdy.

                  „Czy zdarzało Ci się wyjść poza 1500 kcal?” – Zdarzało mi się wyjść poza kaloryczność, którą sobie obliczyłam. Czułam wtedy strach, wyrzuty sumienia.

                  „Jak reagowałaś, kiedy ktoś dawał Ci w prezencie coś do jedzenia?” – Było mi miło, szczególnie kiedy to były słodycze. Sama często mówiłam, że chcę w prezencie urodzinowym bon do sklepu albo jakieś konkretne słodycze.

                  „Czy jeśli ktoś wcześniej poczęstował Cię cukierkiem, albo czymś, to nigdy nie zjadłaś?” – Nigdy. Zabierałam do domu i zjadłam w ustalonym przez siebie czasie.

                  „Czy przychodziły Ci do głowy jakieś pomysły z cheat day?” – Nie. Ten pomysł zawsze wydawał mi się głupi. Mogłam zjeść wszystko, co chciałam, jeśli udało mi się wliczyć to w bilans.

                  „Czy jedzenie zajmuje Ci teraz dużo czasu w ciągu dnia?” – Różnie, ale na pewno więcej niż wcześniej. Skoro są okresy, w których jem co pół godziny lub godzinę, muszę robić przerwy. Na szczęście nie utrudnia mi to pracy jakoś szczególnie, bo w chwilach, w których nie mogę pisać, czytam materiały do artykułów.

  11. „A co im odpowiadałaś?” – Albo nic, albo coś w stylu żartu: „Bez przesady, nie jestem aż taka chuda”.
    – I właściwie tak czułaś, bo np. pod tymi zdjęciami, gdzie wyglądasz bardzo chudo – mówisz, że nadal widziałaś gdzieś jakiś tłuszcz.

    „A czy alkohol też ważyłaś, kiedy tak pijałaś to wino? Były rzeczy, których nie liczyłaś?” – Wszystko. Nie istniały rzeczy, których nie ważyłam. Ważyłam każdy dodany na kanapkę liść sałaty, zioła prowansalskie sypane na pomidora, tabletki na gardło podczas choroby.
    – Koszmar, naprawdę.

    „Chciałabyś spróbować, czy odpuścić to pytanie?” – Spróbować nie. Chciałabym się tego nauczyć na stałe i żyć, lubiąc się, do końca życia :)
    – Szczerze Ci tego życzę!

    „I co czujesz, jak już tak je podejrzewasz?” – Niczego nie czuję. Nie znam tych osób. Myślę: „szkoda”, i idę dalej. Nie da się rozwiązać cudzych problemów za tych ludzi, zwłaszcza gdy są to problemy psychiczne. Bardzo współczuję ludziom, którzy muszą się zmagać z chorym odmawiającym leczenia. I szczerze podziwiam osoby takie jak Marcin, które podejmują wyzwanie, mimo iż nie muszą. (Rodzina niejako musi, bo jest związana emocjonalnie, a partner na wieść o problemie może się po prostu ulotnić).
    – Dla bliskich wiąże się to z bezsilnością i różnymi trudnymi emocjami… Zastanawiam się, czy Marcin w jakimś stopniu zachęca Cię, byś jadła, czy to wyłącznie Twoja decyzja – on się nie wtrąca.

    „Są rzeczy, których nadal nie zjesz? Chętnie łączysz jakieś nowe smaki? Np. gdyby ktoś Ci zaproponował pizzę z bananem curry, to spróbowałabyś?” – Nie zjem garmażeryjnych pyz ani pierogów z mięsem, bo tam zamiast mięsa jest jakieś obrzydlistwo. Nie zjem tatara ani zupy czerniny. Zakładam jednak, że nie pytasz o rzeczy, których nie lubię, tylko które wynikają z ED.
    – Nie tylko o to pytałam, bo to, co mowisz też jest ciekawe. Dzięki.

    Wśród tych drugich nie ma produktów, których nie zjem. Oczywiście część będę jadła ze strachem, np. wielką zapiekankę grubo posmarowaną masłem i zasypaną serem, ale zjem.
    – A jest coś, czego się obawiałaś, ale zjadłaś i Ci mocno zasmakowało i wiązało się to z przyjemnymi emocjami koniec końców? Czy wyrzuty sumienia zawsze się pojawiają, czy czasem zaskakująco nie?
    „Masz taką samą przyjemność z jedzenia, czy większą- mniejszą? Jak byś to określiła?” – Nie widzę różnicy.

    „Jeszcze zapytam, czy słodzisz herbatę i pijesz słodkie – nie „zero” napoje?” – Nie słodzę kawy ani herbaty, bo lubię gorzkie. Od czasu do czasu pijam Pepsi Max i energetyki zero. Poza tym jednak pije soki owocowe i marchwiowe, napoje owocowe, smoothies i napoje mleczne.
    – Napoje mleczne, czyli kakao? Sama sobie robisz? Gotowane, czy rozpuszczalne?

    „Czy znajomi komentują Twój wygląd aktualnie?” – Zdarza się. Mimo iż wszyscy wiedzą, z czym się zmagam, nie wszyscy zachowują się fajnie. Od koleżanki usłyszałam, że większy tyłek mi służy, co było bardzo miłe, tak samo jako komplement kolegi o powiększeniu się biustu. Natomiast jedna osoba napisała mi: „ty gruba dupo”, co w jej mniemaniu stanowiło żart, inna powiedziała, że „nie może się przyzwyczaić, że jestem większa”. Dwa razy zostałam złapana i wytarmoszona za policzek, co raz wiązało się z komentarzem, że „mam pućki”. Myślę, że takie osoby mają mózg w dupie.
    – Rzeczywiście, słabe mowić takie rzeczy…

    „Czy zdarzało Ci się wyjść poza 1500 kcal?” – Zdarzało mi się wyjść poza kaloryczność, którą sobie obliczyłam. Czułam wtedy strach, wyrzuty sumienia.
    – I następnego dnia obcinałaś kalorie, czy przechodziłaś jednak do porządku dziennego?

    „Czy jeśli ktoś wcześniej poczęstował Cię cukierkiem, albo czymś, to nigdy nie zjadłaś?” – Nigdy. Zabierałam do domu i zjadłam w ustalonym przez siebie czasie.
    – A teraz bez problemu to robisz?

    „Czy jedzenie zajmuje Ci teraz dużo czasu w ciągu dnia?” – Różnie, ale na pewno więcej niż wcześniej. Skoro są okresy, w których jem co pół godziny lub godzinę, muszę robić przerwy. Na szczęście nie utrudnia mi to pracy jakoś szczególnie, bo w chwilach, w których nie mogę pisać, czytam materiały do artykułów.
    – Czy ten nieokiełznany głód pojawil się jak pozwoliłaś sobie jeść wszystko, czy właściwie wcześniej Ci towarzyszył, ale nie zwracałaś na niego uwagi? Pamiętam, jak w filmie mówiłaś o tym, że nie czułaś sytości…

    Zastanawiam się jeszcze, czy miałaś satysfakcję, patrząc na grubsze osoby – nawet trochę. Z drugiej strony, czy czułaś dyskomfort, kiedy ktoś był od Ciebie chudszy.
    Czy starałaś się tuczyć bliskich? Mówiłaś, że gotowałaś nie dla siebie. Co wtedy, gdybyś gotowała, a ktoś nie jadł?
    Jeszcze mam takie pytanie, czy Twoje zęby ucierpiały na anoreksji?

    1. „I właściwie tak czułaś, bo np. pod tymi zdjęciami, gdzie wyglądasz bardzo chudo – mówisz, że nadal widziałaś gdzieś jakiś tłuszcz.” – Tak, w sumie masz rację.

      „Szczerze Ci tego życzę!” – Dziękuję i nawzajem ;*

      „Zastanawiam się, czy Marcin w jakimś stopniu zachęca Cię, byś jadła, czy to wyłącznie Twoja decyzja – on się nie wtrąca.” – Moja. Gdybym nie dbała o jedzenie, mogłabym znów mało jeść, a pewnie nawet by nie zauważył. Przez długi czas chciałam, żeby mnie cisnął w sprawie jedzenia, ale nie udało nam się tego wypracować. Może to i dobrze, że bo nie można polegać na kimś i jego sile. Trzeba mieć swoją siłę, którą musiałam wypracować, bo inaczej tkwiłabym w miejscu.

      „A jest coś, czego się obawiałaś, ale zjadłaś i Ci mocno zasmakowało i wiązało się to z przyjemnymi emocjami koniec końców? Czy wyrzuty sumienia zawsze się pojawiają, czy czasem zaskakująco nie?” – Obawiałam się wszystkiego o dużej zawartości kalorii. Pizzy, burgerów, makaronów z sosami. Mówię o daniach w knajpach. Początkowo zdarzało mi się popłakać nad talerzem w knajpie, raz właśnie nad makaronem. Koniec końców zawsze wszystko mi smakowało. Wyrzuty sumienia chyba jeszcze pojawiają się zawsze, ale są znaaacznie lżejsze i krótsze niż na początku. Obecnie czuję się lekko zestresowana, a na początku potrafiłam płakać po powrocie od domu i zastanawiać się, czy na pewno powinnam jeszcze zjeść kolację tego dnia.

      „Napoje mleczne, czyli kakao? Sama sobie robisz? Gotowane, czy rozpuszczalne?” – Nie, napoje mleczne typu mleko smakowe, jogurty pitne, maślanki, kefiry. Kakao może kiedyś zrobię, ale jestem zbyt leniwa, by ugotować mleko :D

      „I następnego dnia obcinałaś kalorie, czy przechodziłaś jednak do porządku dziennego?” – Niekoniecznie następnego, czasem parę dni później. Nie wiem, czy zawsze, ale chyba przeważnie tak. Nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie z pewnością, bo nie pamiętam.

      „A teraz bez problemu to robisz?” – Bez problemu nie, ale robię. I też nie zawsze. Czasem faktycznie nie chcę, bo np. za chwilę będę jadła coś swojego i mi ta proponowana rzecz nie pasuje, a czasem wygrywa chorobowa myśl. To jedna z rzeczy, nad którymi pracuję.

      „Czy ten nieokiełznany głód pojawil się jak pozwoliłaś sobie jeść wszystko, czy właściwie wcześniej Ci towarzyszył, ale nie zwracałaś na niego uwagi? Pamiętam, jak w filmie mówiłaś o tym, że nie czułaś sytości…” – Zawsze byłam nieustannie głodna, ale to był inny głód niż obecnie. Tamten głód dało się ignorować. Obecny głód jest czymś, co przesłania wszystkie myśli, nie daje ci się skupić, myśleć, pracować, spędzać z kimś czasu. Obecny głód jest jak maksymalnie wypchany pęcherz. Póki się nie wysikasz, będziesz myślała tylko o tym, że musisz natychmiast znaleźć toaletę.

      „Zastanawiam się jeszcze, czy miałaś satysfakcję, patrząc na grubsze osoby – nawet trochę.” – Nigdy. Z uwagi na moją przeszłość jestem bardzo opiekuńcza wobec grubszych osób i przewrażliwiona na punkcie żartów z grubych osób. Nie tylko mnie nie śmieszą, ale ich wręcz nienawidzę.

      „Z drugiej strony, czy czułaś dyskomfort, kiedy ktoś był od Ciebie chudszy.” – Zależy, o jaki dyskomfort pytasz. O zazdrość? Nigdy. Zatrzymałam się w punkcie, który był dla mnie maksymalną akceptowalną chudością. Ciała chudsze od mojego były dla mnie przerażające i nie chciałam do nich dojść. Od wagi, w której się ustabilizowałam, nie próbowałam już zejść niżej. Na początku tak, ale mi przeszło. Zresztą ustabilizowałam się kilka kilogramów wyżej od najniższej wagi.

      „Czy starałaś się tuczyć bliskich? Mówiłaś, że gotowałaś nie dla siebie. Co wtedy, gdybyś gotowała, a ktoś nie jadł?” – Nie sądzę, ale nie dam gwarancji, bo nie pamiętam. Chyba nigdy nie miałam potrzeby tuczenia innych. Rzadko gotowałam, tylko okazjonalnie. Gdyby nikt nie chciał jeść mojego jedzenia, to bym po prostu nie gotowała.

      „Jeszcze mam takie pytanie, czy Twoje zęby ucierpiały na anoreksji?” – Na szczęście jest to jeden z tematów, w których mi się upiekło. Żadnych ubytków, dziur, próchnicy. Nigdy nie miałam kanałowego leczenia, nie mam żadnych martwych zębów. Akurat tydzień temu byłam u dentysty, żeby sprawdzić co i jak. Jedyny problem mam z lekko odsłoniętymi szyjkami, co może wynikać z różnych czynników, do których należą m.in. problemy z żołądkiem, stres, czynniki genetyczne, problemy laryngologiczne (z zatokami, przegrodą nosową). Być może zatem jest to związane z ED, a być może nie. Problem wynika z zaciskania zębów. Faktycznie zaciskam, ale nie zdawałam sobie z tego sprawy i nie umiem tego kontrolować. Muszę się nauczyć trzymać szczękę luźno.

      1. Dziękuję. Jeśli jesteś już zmęczona moimi pytaniami, to zrozumiem – nie chciałabym wywoływać u Ciebie dyskomfortu.

        Moja. Gdybym nie dbała o jedzenie, mogłabym znów mało jeść, a pewnie nawet by nie zauważył. Przez długi czas chciałam, żeby mnie cisnął w sprawie jedzenia, ale nie udało nam się tego wypracować. Może to i dobrze, że bo nie można polegać na kimś i jego sile. Trzeba mieć swoją siłę, którą musiałam wypracować, bo inaczej tkwiłabym w miejscu.
        – Komentuje jakoś Twój wygląd? Widzisz w jego oczach, że np. bardziej mu się podobasz? Dawniej dawał Ci do zrozumienia, że jesteś za chuda i się martwi, czy mu się to podobało?
        Ja niestety mam taki problem, że mojej najbliższej osobie bardzo podoba się moja chudość. Zupełnie nie wie, że mam problem z jedzeniem. Sam będąc szczupły mówi, że czuje się grubo…

        Obawiałam się wszystkiego o dużej zawartości kalorii. Pizzy, burgerów, makaronów z sosami. Mówię o daniach w knajpach. Początkowo zdarzało mi się popłakać nad talerzem w knajpie, raz właśnie nad makaronem. Koniec końców zawsze wszystko mi smakowało.
        – Zawsze zjadasz do końca, czy zostawiasz? Czy zdarza Ci się samej chodzić do knajpy/restauracji?
        Współczuję, bo wyobraziłam sobie, jak popłakałaś się nad tym makaronem…

        Wyrzuty sumienia chyba jeszcze pojawiają się zawsze, ale są znaaacznie lżejsze i krótsze niż na początku. Obecnie czuję się lekko zestresowana, a na początku potrafiłam płakać po powrocie od domu i zastanawiać się, czy na pewno powinnam jeszcze zjeść kolację tego dnia.
        – Ale głód czujesz i zjadasz, tak?

        „Napoje mleczne, czyli kakao? Sama sobie robisz? Gotowane, czy rozpuszczalne?” – Nie, napoje mleczne typu mleko smakowe, jogurty pitne, maślanki, kefiry. Kakao może kiedyś zrobię, ale jestem zbyt leniwa, by ugotować mleko :D
        – Można pić to rozpuszczalne, wtedy nawet nie trzeba gotować…

        Bez problemu nie, ale robię. I też nie zawsze. Czasem faktycznie nie chcę, bo np. za chwilę będę jadła coś swojego i mi ta proponowana rzecz nie pasuje, a czasem wygrywa chorobowa myśl. To jedna z rzeczy, nad którymi pracuję.
        – Spontaniczne jedzenie nie jest łatwe…

        Zawsze byłam nieustannie głodna, ale to był inny głód niż obecnie. Tamten głód dało się ignorować. Obecny głód jest czymś, co przesłania wszystkie myśli, nie daje ci się skupić, myśleć, pracować, spędzać z kimś czasu. Obecny głód jest jak maksymalnie wypchany pęcherz. Póki się nie wysikasz, będziesz myślała tylko o tym, że musisz natychmiast znaleźć toaletę.
        – To brzmi przerażająco…

        „Zastanawiam się jeszcze, czy miałaś satysfakcję, patrząc na grubsze osoby – nawet trochę.” – Nigdy. Z uwagi na moją przeszłość jestem bardzo opiekuńcza wobec grubszych osób i przewrażliwiona na punkcie żartów z grubych osób. Nie tylko mnie nie śmieszą, ale ich wręcz nienawidzę.
        – Miałam na myśli raczej osoby trochę grubsze, ale wciąż bez żadnych problemów z nadwagą – tylko „zdrowo – naturalnie wyglądające”.

        – Zależy, o jaki dyskomfort pytasz. O zazdrość? Nigdy. Zatrzymałam się w punkcie, który był dla mnie maksymalną akceptowalną chudością. Ciała chudsze od mojego były dla mnie przerażające i nie chciałam do nich dojść. Od wagi, w której się ustabilizowałam, nie próbowałam już zejść niżej. Na początku tak, ale mi przeszło. Zresztą ustabilizowałam się kilka kilogramów wyżej od najniższej wagi.
        – Skąd wiesz, że była ciągle ta sama, skoro się nie ważyłaś?

        „Jeszcze mam takie pytanie, czy Twoje zęby ucierpiały na anoreksji?” – Na szczęście jest to jeden z tematów, w których mi się upiekło. Żadnych ubytków, dziur, próchnicy. Nigdy nie miałam kanałowego leczenia, nie mam żadnych martwych zębów. Akurat tydzień temu byłam u dentysty, żeby sprawdzić co i jak. Jedyny problem mam z lekko odsłoniętymi szyjkami, co może wynikać z różnych czynników, do których należą m.in. problemy z żołądkiem, stres, czynniki genetyczne, problemy laryngologiczne (z zatokami, przegrodą nosową). Być może zatem jest to związane z ED, a być może nie. Problem wynika z zaciskania zębów. Faktycznie zaciskam, ale nie zdawałam sobie z tego sprawy i nie umiem tego kontrolować. Muszę się nauczyć trzymać szczękę luźno.
        – Będziesz coś robić z tymi szyjkami, czy da się żyć?
        A co do zaciskania zębów, to mówimy o takim nocnym – bruksizmie?

        Zastanawiam się jeszcze, czy dalej jadasz różne rzeczy w taki rytualny sposób, jak np. te płatki z mlekiem, albo ptasie mleczko, albo inne słodycze, które najpierw obgryzałaś, itd.? Czy zmienił się sam sposób jedzenia?

        1. Już nie mogę, nie gniewaj się. Te pytania ciągną się w nieskończoność :P Jeśli kiedyś będziesz potrzebowała pomocy i zapytasz o coś, co naprawdę może Ci pomóc, wtedy z wielką chęcią odpowiem :)

  12. Gdzieś pisałaś, że przez te wszystkie lata gdy cierpiałaś na ed utrzymywałaś wagę i jadłaś zgodnie z zapotrzebowaniem. Czy nie miałaś ciągle myśli, które zachęcały do zejścia w coraz to niższą wagę i obcinania kalorii? Pytam, bo sama męczę się z ed i szczerze mówiąc chciałabym utrzymać wagę, którą mam teraz i nie schodzić już niżej, ale właśnie te myśli nie dają mi spokoju i nie wiem, jak sobie z nimi radzić. Co Ciebie motywowało, żeby jednak trzymać wagę i już dalej nie chudnąć? Ja np. bardzo chciałabym umieć nie słuchać tych wszystkich myśli, ale nie potrafię. Jestem w takim punkcie, gdzie zdrowotnie nie jest najgorzej, bo brakuje mi tylko 4-5 kg do wagi prawidłowej, więc wychudzona nie jestem. Chciałabym ,,stać w miejscu” a nie ciągle schodzić niżej (ze względu na zdrowie). Jednak te wszystkie myśli i poczucie winy nie dają mi spokoju, jestem wobec nich totalnie bezsilna. Ostatnio codziennie muszę mieć chociaż mały deficyt, inaczej wpadam w ogromne poczucie winy. Jak Ty sobie z tym wszystkim radziłaś?

    1. Nie mogę ani nie chcę doradzić Ci w tej sprawie, bo nie jesteś w sytuacji, w której utrzymywanie wagi jest dobrym rozwiązaniem. Powinnaś chcieć wyjść z zaburzeń, czyli odpuścić myślenie o wadze, co prawie na pewno wiąże się z przytyciem do wagi, której nie chcesz. Jeśli doradzę Ci, jak utrzymać obecną, preferowaną przez Ciebie wagę, utkniesz w ED na kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt lat, może całe życie. Tego chcesz? Mieć szczupłą sylwetkę, ale zniszczone całe życie? Umierać z myślą, że niczego nie przeżyłaś, bo najważniejsze było utrzymanie szczupłego/chudego ciała? Zachęcam do stawienia czoła największemu strachowi i podjęcia recovery.

  13. Po przeczytaniu komentarzy, a raczej udzielonych przez Ciebie odpowiedzi na zadane pytania, coś jeszcze przyszło mi do głowy – będzie mi szalenie miło, jeśli się do tego odniesiesz.
    1. Napisałaś, że 'wszystkie ED wiążą się z tym samym – restrykcjami’ oraz 'brak ED to brak restrykcji’. A co np. z modelkami wybiegowymi, które w kwestii jedzenia muszą na co dzień bardzo się pilnować? Czy Twoim zdaniem wszystkie one mają w takiej sytuacji zaburzenia odżywiania?
    2. Metoda Minnie Maud, a właściwie to eksperyment głodowy z Minnesoty – pobieżnie zapoznałam się z tematem i ciekawi mnie, czy liczysz na to, że po ustąpieniu extreme hunger Twoja masa ciała ulegnie obniżeniu, stabilizując się na nieco niższym niż maksymalnie osiągnięty w okresie jej przyrostu poziomie?

    1. 1. Według mnie można być jakiejś diecie celem zachowania obecnego ciała, ale nie mieć chorej głowy i podchodzić do diety luźno, bez presji. Chorobę definiuję procesami myślowymi i reakcjami, jakie zachodzą w głowie. Negatywne myśli o sobie i jedzeniu świadczą o tym, że coś jest nie tak. Jeżeli jesteś gotowa pić ocet, jeść waciki czy coś, żeby tylko zachować wagę i utrzymać pracę, zdecydowanie coś poszło nie tak. (Edit: jeszcze przyszło mi do głowy takie sformułowanie – każde ED to restrykcje, ale nie wszystkie restrykcje to ED).

      Dodatkowo uważam, że czym innym są restrykcje wewnętrzne, czym innym zewnętrzne. Jeśli definiujemy anoreksję jako zaburzenie psychiczne, to nie każda wychudzona osoba ma anoreksję lub inne ED. Przykładem mogą być więźniowie obozów koncentracyjnych lub uczestnicy wspomnianego eksperymentu. Może także część modelek? Nie jestem pewna, bo one akurat wybierają zawód z własnej woli. Gdyby odpadł czynnik zewnętrzny, nie byłoby problemu. Dopiero kiedy zinternalizuje się restrykcje i uważa, że „ja muszę” bez względu na warunki, choruje się na ED. Rozróżniam zaburzoną relację z jedzeniem od zaburzeń odżywania. Jeszcze posłużę się analogią do więzienia, w którym osoby tej samej płci z braku laku uprawiają ze sobą seks, mimo iż przed i po pobycie w więzieniu nigdy nie spojrzałyby na przedstawiciela tej samej płci w sposób erotyczny. Można być zatem okresowo zmuszonym przez warunki zewnętrzne do pewnych zachowań (restrykcyjnych, seksualnych). Jeśli warunki się zmienią, a ty pozostaniesz przy zachowaniach – cóż, ewidentnie je zinternalizowałaś i masz problem. Tyle że, jak wspomniałam, raczej nie wiązałabym tego z modelkami, bo dobrowolnie wybierają zawód.

      2. Tak, liczę na to. Ponieważ jestem wiecznie głodna, jem dużo tysięcy kalorii dziennie. Jak wszystko wewnątrz mi się ponaprawia, ustabilizuje się głód, a wraz z nim waga, bo nie będę już potrzebowała jeść tony jedzenia. Kiedyś tam wrócę do ruchu, więc jakość ciała się poprawi. Nie mam gwarancji, że tak będzie, ale Twoje pytanie brzmiało: czy na to liczę. Tak, liczę właśnie na to. Ach, i na pewno nie liczę na to, że schudnę poniżej wagi sprzed ED. Ewidentnie mój organizm ją lubił.

      1. Dokładnie to siedziało mi w głowie: czy według Ciebie wszystkie restrykcje to ED czy też tak, jak napisałaś: „każde ED to restrykcje, ale nie wszystkie restrykcje to ED”. Dziękuję za wyjaśnienie!
        I naprawdę bardzo Ci kibicuję w kwestii osiągnięcia komfortu psychicznego i fizycznego oraz podziwiam za walkę, którą postanowiłaś podjąć. Hmmm… a czy był jakiś punkt zwrotny, jakiś moment, w którym zdecydowałaś się na zmiany (a raczej życiową rewolucję!), czy też dojrzewałas do tego stopniowo?

        1. Z każdą nową chorobą i dolegliwością mój komfort życia był coraz mniejszy. Czarę goryczy przepełnił problem z kręgosłupem, który pojawił się pod koniec 2020 roku, bo z tym dziadostwem zaczęło mi się żyć po prostu tragicznie. Decyzję o zabraniu się za siebie podjęłam już na początku 2021 roku, jednak początkowo jak to osoba silnie zaburzona kombinowałam, co tu zrobić, żeby za dużo nie przytyć. Nadal liczyłam kalorie, ale stopniowo dodawałam, utrzymywałam nową kaloryczność i dodawałam znowu. Przełamywałam strachy raz na kilka tygodni czy miesięcy. W takim tempie wyzdrowiałabym z ED, mając tysiąc lat. Na szczęście w czerwcu ubiegłego roku dopadł mnie extreme hunger i niejako wymusił skok na głęboką wodę. Mogłam nadal kontrolować kalorie, ważyć jedzenie i robić wszystko, co robiłam, tylko byłam już tak bardzo zdenerwowana i zmęczona, że nie miałam najmniejszej ochoty. Marzyłam o tym, żeby zerwać z tym gównem jak najszybciej. I wtedy z dnia na dzień po prostu przestałam angażować się w wykonywane latami działania. Trzy miesiące później wrócił okres, niedługo potem zrobiłam badania krwi i wyszły poprawne. I tak sobie żyję i walczę dalej.

          1. Czasem bywa właśnie tak, że nie mamy pojęcia, iż coś, co jest źródłem naszych zmartwień, obaw czy lęków (w Twoim przypadku był to strach przed przytyciem) w pewnym momencie przestanie być naszym głównym problemem (u Ciebie czymś znacznie gorszym niż wzrost masy ciała stały się liczne choroby i dolegliwości). Przechodziłam przez to w zeszłym roku, tyle że na innym polu.

            Jeszcze raz dużo zdrowia Ci życzę. I ściskam, szczerze wierząc w to, że odnajdziesz spokój i szczęście :*.

  14. Pszepraszam jeśli to zbyt osobiste i rozumiem jeśli nie chcesz odpowiadać, ale z ciekawości zapytam. Czy musiałaś stosunkowo dużo przytyć od poprzedniej wagi żeby wrócił Ci okres? Wiem że to indywidualna kwestia, nie ma się co porównywać i u każdego jest inaczej, ale tak jak napisałam pytam z ciekawości. Sama próbuję odzyskać mój, ale jeszcze się nie udało.

    1. Kilkanaście kilo. Myślę, że powrót okresu wynika z połączenia dwóch czynników: 1) zwiększenia tkanki tłuszczowej, 2) regularnego spożywania dużej liczby kalorii, w tym tłuszczu. W diecie na odzyskanie okresu zaleca się jeść dużo tłuszczu zwierzęcego, czerwone mięso, sardynki, jajka, wątróbkę, masło, pełnotłuste mleko.

  15. Aż musiałam poczekać na wolne, żeby móc w spokoju przeczytać drugą część. Cóż, ja od wielu lat jestem po tej ciemnej stronie, ale nie jest mi przykro, bo nie chcę po prostu z tego wyjść. Tak to sobie tłumaczę, bo inaczej nie umiem. Niemal każdy punkt z rozdziału strat jest mi znajomy. Czytałam wszystko z przyspieszonym biciem serca, bo wszystko to tak bardzo mnie dotyczy. Jestem w tym już dekadę, od tego czasu nie czuję się kobietą, nawet to słowo wzbudza we mnie pewien rodzaj wstydu. Czuję się jakoś tak (nie wiem czy nie zabrzmi to ekstremalnie dziwnie) obojnaczo (nie wiem czy można się tak czuć), bezosobowo? Myślę, że minęło tak dużo czasu, że przywykłam i nie zmienię już nic. Nie planuję długo żyć (może do 30), ostatnio pisałam, że mam wrażenie że nic mnie już nie czeka. Jeden cel przez Ciebie przedstawiony sprawił, że autentycznie zmiękły mi nogi. Chodzi o zbudowanie poczucia siebie i własnej wartości na czymś innym niż wygląd. Jest to dla mnie tak niesamowite i tak nieosiągalne, aż dostałam rumieńców. Dawno czegoś takiego nie poczułam. Może gdzieś to sobie zapiszę. Bardzo jest mi miło czytać tak mądre słowa, czytać że ktoś walczy i dobrze mu idzie. Bardzo Ci kibicuję. Trzymaj się.

    1. Przykro mi czytać, że wybierasz chorobę mimo ogromu strat, które zauważasz. Bardzo smutne jest planowanie życia do konkretnego momentu. Doskonale to znam. Życzę Ci impulsu, który zmieni Twoje zdanie. Wiesz… w najgorszym razie możesz wrócić do tego, co było. Do restrykcji, chorób, fantazjowania o śmierci. Zanim jednak zrezygnujesz z siebie na dobre, przynajmniej daj sobie szansę. A nuż się okaże, że uznasz, iż da się żyć normalnie i przyjemnie.

  16. A ja mam takie pytanie, mianowicie czy ED wpłynęło jakoś na Twoją tarczycę? Już tłumaczę, skąd to pytanie. Ja parę lat temu zaczęłam intensywnie trenować, ale nie poszło to w parze z rozsądnym odżywianiem. Jadłam za mało i w końcu „dorobiłam się” niedowagi, a przy okazji paru wymienionych w Twoim poście i komentarzach przypadłości, m.in. wieloletni brak okresu czy wysoki cholesterol. No i kiepskie wyniki tarczycy, choć wcześniej ani ja ani nikt w rodzinie nie miał takich problemów. Zastanawiam się, czy ma to związek z niewłaściwym odżywianiem.
    Pozdrawiam, i życzę zdrowia.

    1. Niestety nie badałam tarczycy przed ED, więc nie mam danych, czy coś się zmieniło. W badaniach zrobionych w ostatnich latach (1-2) wszystko było okej, o ile dobrze pamiętam. W wolnej chwili przeszukam teczkę z dokumentami medycznymi. Może jednak znajdę coś z wczesnych lat ED.

      PS Badania hormonów tarczycy i płciowych będę miała za miesiąc. Miałam mieć teraz, ale dopadło mnie zapalenie zatok.

  17. Moja kochana,
    Życzę Ci wszystkiego cudownego!!!!
    Przyznam, że od jakiegoś czasu przestałam czytać Twój blog, gdyż nużyło mnie czytanie wokołomacieju o jedzeniu. Uwielbiam Twój sty, to, jak piszesz. Ale o niebonieboniebo bardziejbardziejbardziej kochałam czytać o innych aspektach Twojego życia i ogólnie o życiu. I mam nadzieję, że gdy pisanie o jedzeniu jeszcze bardziej Ci zbrzydnie, będziesz prowadziła living nadal. Ale o czymś innym. Na pewno Będziesz miała na to pomysły. Na pewno. Przecież to livingonmyown. 💪 Proszę….

    1. W maju wpadnie kilka opowiadań, a nuż Cię zainteresują. O innych rzeczach też mogę pisać, tylko pewnie rzadziej, bo to zajmuje duuużo czasu.

      Dziękuję ;*

      1. Chciałabym Cię poznać kiedyś osobiście 😃
        Nie jestem pewna, czy mogę sobie pozwolić na pytanie – na wszystkich zdjęciach masz cudowne, gęste włosy. Czy nigdy nie miałaś z nimi problemów, tzn czy nie wypadały Ci? Niestety znam to zjawisko. Osobiście. Koszmar niewyobrażalny. Panika i przerażenie. Dla mnie wypadanie włosów było tym, co ostatecznie spowodowało, że zaczęłam… no – po prostu jeść. U Ciebie natomiast widzę WŁOSY – powtórzę się, ale – gęste, cuuudowne!

        1. Marzy mi się wielkie spotkanie wszystkich czytelników, którzy chcieliby mnie poznać. Wspólny wypad na jedzonko, nad rzekę, do parku albo wynajęcie domku na weekend i chillowanie. Mmm :)

          Nie wiem, czy mam gęste włosy. Zawsze miałam bardzo proste, więc odnosiłam wrażenie, iż raczej jest ich umiarkowana ilość. W latach choroby wypadały trochę bardziej niż wcześniej, natomiast nigdy nie miałam takich problemów, o jakich czytałam/słyszałam od innych. Nigdy nie zostawały mi w rękach garści włosów, nigdy też nie miałam łysych placków. Widocznie u mnie choroba wolała żywić się innymi partiami ciała niż włosami.

  18. Dziękuję Ci bardzo za odpowiedź.
    Pamiętam o tych planach wspólnego wyjazdu Jednorożan (?? hm nie jestem pewna tej nazwy…), pisałaś o tym lub nawet mówiłaś 😊 Cudowny wspólny dzień, a wieczorem każdy miał iść do swojego, jednoosobowego pokoju 😊
    Mam nadzieję, że nie odebrałaś źle tego, że napisałam, wcześniej, że przestałam czytać Twój blog, bo tu ciągle o jedzeniu. To chyba nie zabrzmiało zbyt miło, ale nie miałam takich zamiarów. Po prostu kiedyś potrzebowałam tego, czytałam i pochłaniałam każde słowo (zamiast pochłaniać pożywienie). Teraz już tego nie potrzebuję, jedzenie mi spowszedniało i nie mam potrzeby o nim czytać (sama to widzisz – Ty nie masz potrzeby o nim pisać). Hm tak jeszcze myślę, że naprawdę jedzenie spowszedniało mi za bardzo… smuci mnie to, nie odczuwam już super cudownej przyjemności, jedząc cokolwiek, a dawniej tak było – kawałek ciasta, czekoladki, – jedząc, czułam jakbym była w niebie. Obecnie zjadam ciasto, czekoladkę, cokolwiek, i często nawet tego nie zauważam… Brakuje mi tamtego uczucia… 🤦‍♀️

    1. Nazwa poprawna, zgadza się :) Niee, nie odebrałam tego źle. Cieszę się, że przedkładasz jedzenie nad czytanie o jedzeniu. Właśnie tak powinno być. Jeśli spowszednienie jedzenia jest ceną za brak syfu w głowie, moim zdaniem warto taką cenę zapłacić.

  19. Jej, na tego bloga wpadłam czystym przypadkiem 4 lata temu i od tego czasu sporadycznie wpadałam, gdyż zauroczyła mnie pieska i bardzo spodobały mi się treści lifestylowe oraz materiały”fotomodelingowe”, czasami też lubiłam czytać recenzje nowości słodyczowych, ponieważ jestem straszną Grażyną i szkoda mi kasy na drogie i paskudniaste produkty spożywcze. Przez cały ten czas nawet nie przeszło mi przez głowę, że możesz cierpieć na zaburzenia odżywiania. Życzę powodzenia w walce z problemem i dużo zdrówka. Zawsze byłaś śliczna, a teraz wręcz promieniejesz!

  20. Cześć :) Bardzo odważny i potrzebny wpis <3 Jak dlugo trwał/trwa u Ciebie extreme hunger? Mam wrażenie, że ten etap u mnie to niekończące się męki i nigdy nie odzyskam sytości…

    1. Od czerwca ubiegłego roku trochę się obniżył, ale z naciskiem na trochę. To mój największy koszmar recovery. Bliska znajoma podpowiedziała, że regulacja hormonów nie następuje zbyt szybko, a skoro leptyna jest produkowana w tkance tłuszczowej, od momentu odzyskania zawartości tkanki tłuszczowej, w której organizm czuje się bezpiecznie, do ustabilizowania głodu/sytości mija sporo czasu. Trzeba być dzielnym, innej drogi nie ma, chyba że ma się ochotę wrócić do największego koszmaru, czyli ED. Trzymam kciuki ;*

  21. Od czasu do czasu tutaj zaglądam, nigdy nie komentowałam, ale chyba teraz muszę. Wciąż jestem w szoku po przeczytaniu obu Twoich wpisów, choć przyznaję, że miałam pewne podejrzenia już wcześniej. Ja wciąż jestem po tej drugiej stronie. Trwa to kilkanaście lat mimo wielokrotnych prób wychodzenia z tego – hospitalizacji, terapii różnego rodzaju, samodzielnych działań. Po ostatniej, dwa lata temu, stwierdziłam, że chyba już nie chcę więcej próbować. Zawsze kończy się to tak samo, a obsesja tylko się nasila. Może przyczyna takiego stanu rzeczy tkwi w tym, że w moim życiu nigdy nie działo się specjalnie dobrze, nawet (a raczej zwłaszcza) przed chorobą, więc „nie ma do czego wracać”. Może dzieje się tak dlatego, że problemy zdrowotne, których się nabawiłam, nie dały mi dostatecznie mocno po tyłku. Nie wiem. Wiem tylko jedno – pragnę, żeby to się wszystko skończyło, żebym przestała istnieć, czuć i pamiętać. Trzymam mocno kciuki, życzę dużo siły i jednocześnie zazdroszczę samozaparcia. Pewnie wciąż tego nie dostrzegasz, ale jesteś piękna – nie tylko na zewnątrz, ale też w środku.

    1. Żadna liczba podjętych prób nie jest zbyt wielką liczbą i zawsze warto podjąć jeszcze jedną. Przez piętnaście lat nie wierzyłam, że kiedykolwiek będę potrafiła funkcjonować inaczej. Już teraz jest o niebo lepiej, a przecież nawet nie dotarłam do mety. Przeczytaj ponownie moją listę strat. Każdą pozycję po kolei. Wydrukuj ją sobie i powieś obok łóżka. Nie pozwól, żeby z biegiem czasu stała się Twoją listą. Dużo samozaparcia życzę <3

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.