Opowiadanie (albo coś): Całe życie pragnę

Całe życie pragnę znaleźć osobę, w której gra ta sama melodia, którą słyszę w sobie. Która przejrzy mnie na wylot i zrozumie ciemność wypełniającą moje wnętrze. Która leżąc ze mną twarzą w twarz i patrząc mi w głęboko w oczy, powie: wiem, i naprawdę będzie wiedziała. Marzę o stworzeniu z jednym człowiekiem świata, z którego będziemy chcieli wystawiać głowę tylko czasem. W którym spojrzenie wystarczy za tysiąc słów. W którym jeden dotyk dłoni przekona mnie, że jestem całym światem dla tego, który jest całym światem dla mnie.

Poznaliśmy się na jakimś wydarzeniu, może w czasie pracy albo w internecie. Z każdym kolejnym spotkaniem dowiadywaliśmy się o sobie coraz więcej, a ja zaczęłam rozpływać się w Twoich oczach, ustach i ramionach. Zgodnie z moim marzeniem, choć wcale Ci o nim wtedy nie powiedziałam, powołaliśmy do życia swój świat. Był piękny: pełny tańca w deszczu w czasie burzy, słów, które zostały we mnie na lata, dowodów nadzwyczajnej więzi. Pomyślałam, że możesz być osobą, której szukam.

Pokochałam Cię. Byłeś moim marzeniem i ideałem. Wygrałam Cię jak szczęśliwy los w miłosnej loterii. Uwielbiałam Twój nos, który przypominał mi strzałkę, i całego Ciebie. Pamiętam dziadkowe wino wyciągnięte nocą z szafy w pustym mieszkaniu i rozmowy o przyszłości, w której czekały na nas weselna wieża z Raffaello, Hania i Wojtuś. Uważałam Cię za bratnią duszę i drugą połowę serca. Nigdy wcześniej nie poznałam nikogo tak fascynującego ani pięknego. Chciałam, żebyś był obok mnie już zawsze.

Pokochałam Cię. Byłeś moim pragnieniem i ogniem. Zwabiona Twoimi płomieniami chciałam w nich spłonąć. Uwielbiałam Twoje oczy wpatrujące się we mnie w sposób, od którego rozpadałam się na kawałki. Pamiętam ciepło Twojego ciała, w które zasypiałam wtulona, i podróże czerwonym samochodem do mieszkania, które nazywałam drugim domem. Przy nikim dotąd nie czułam się w ten sposób. Wierzyłam w Twoje słowa, że nikt nie pokocha mnie tak jak Ty. Myślałam, że już nigdy nie będzie nikogo innego.

Pokochałam Cię. Byłeś moją zagadką i znaleziskiem. Wypatrzyłam Cię jak samotną planetę dryfującą na granicy pola widzenia. Uwielbiałam Twoje zęby z przerwą, które pokazywałeś w szczerym uśmiechu zawsze wtedy, kiedy wchodziłam do pokoju. Pamiętam tańce w świetle kolorowych LED-ów i przemierzanie Wrocławia wzdłuż i wszerz, zawsze w objęciach. Sądziłam, że nie znajdę nikogo bardziej dopasowanego do mnie, i nie zamierzałam szukać. Miałeś najpiękniejszy umysł, jaki kiedykolwiek poznałam.

Wierzyłam w nas. Byłeś moim wyborem i szczęściem. Myślą w ciągu dnia i snem w czasie spędzanych osobno nocy. Moją teraźniejszością, przyszłością i późną starością. Pamiętam, jak klęknąłeś przede mną na moście, nosiłeś mnie na rękach i troszczyłeś się o mnie. Zawsze jednak chowałeś część siebie w głowie. Patrzyłam w Twoje zlęknione, gniewne lub smutne oczy, marząc, żeby Cię zrozumieć. Chciałam Cię uratować. Przed tym, od czego uciekałeś. Przed tym, w co uciekałeś. Przed tym, czego nie rozumiałeś.

Im boleśniej doświadczałam zderzenia z murem, za którym się chowałeś, tym bardziej pragnęłam rozdrapać Ci skroń, wejść do głowy, poznać Twoje myśli i wyrwać te, które czynią Cię zagubionym lub złym, przez które nie pamiętasz. Próbowałam dotrzeć do środka, patrząc Ci w oczy, głaszcząc po twarzy i stykając nasze czoła. Wszystko na nic. Nie mogłam poznać Cię w pełni. Zawsze pozostawałeś oddzielną osobą. Nie drugą połową mnie, lecz kimś stojącym obok. Kiedy sobie to uświadamiałam, czułam pustkę i samotność.

Z pustki i samotności zaczęłam marzyć o tym, żeby rozpruć Ci brzuch i wejść do środka. Wczołgać się trochę wyżej i zwinąć w kłębek w sercu. Zamieszkać tam, gdzie – jak sobie wyobrażałam – jest ciepło i bezpiecznie. Najbliżej Ciebie, jak tylko da się być. Skoro nie mogłam poznać Twoich myśli, chciałam zostać w sercu i nigdy z niego nie wychodzić. Wymieszać się z Tobą i być częścią Ciebie. Ty stałeś się częścią mnie dużo wcześniej. Wiem, że nigdy się to nie zmieni.

Przez cały czas chciałam, żebyś podarował mi prawdę. Zniosłabym ją, jakakolwiek by była. Przecież mimo wszystkiego zawsze Cię wspierałam. Chciałam, żebyś zwrócił mi wolność. Nigdy bym jej nie nadużyła. Przecież to Ciebie wybrałam i wybierałam ciągle od nowa. Chciałam, żebyś pewnego dnia powiedział mi, że mnie kochasz, i naprawdę to poczuł. Pokazałabym Ci, że miłość jest najpiękniejszą rzeczą, jaka może się przydarzyć. Przecież i tak mówiłeś, że jestem dla Ciebie najważniejsza na świecie.

Może się pomyliłam, a Ty wcale nie byłeś osobą, której pragnę. A może nigdy nie chodziło o Ciebie. Obawiam się, że to ja dokądkolwiek idę, zabieram ze sobą swoją samotność. Nie ma znaczenia, jaką osobę poznam. Kogokolwiek pokocham i z kimkolwiek zacznę budować świat, zawsze będę sama. Poczucie osamotnienia drąży we mnie korytarze od dawna. Myślałam, że zagłuszę je Tobą, ale byłam w błędzie. Teraz chcę i muszę uwierzyć, że kochałeś mnie najbardziej, jak potrafiłeś. I muszę nauczyć się, choć nawet nie wiem, od czego zacząć, kochać samą siebie.

***

Tekst powstał na podstawie przemyśleń 24 ‎marca ‎2023 roku.

2 myśli na temat “Opowiadanie (albo coś): Całe życie pragnę

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.