Opowiadanie: W środowy poranek w Lidlu

W środowy poranek, około godziny ósmej, w jednej z podłużnych chłodziarek na mięso w Lidlu zobaczyłam nogę. Nie mam w zwyczaju robić zakupów tak wcześnie, lecz tym razem chciałam załatwić najpilniejsze sprawy przed pracą, by po jej zakończeniu móc spokojnie pójść na spacer, zrelaksować się, wyciszyć. Marzyły mi się popołudnie z książką i wieczór z kieliszkiem czerwonego wina. Kiedy jednak trafiłam na nogę, wszelkie plany relaksu odeszły w zapomnienie. Moje życie zmieniło się na zawsze.

Tymczasem wszystko dookoła mnie, o dziwo, pozostało takie samo. Sądziłam, że gdy ludzie odkryją to, co chwilę wcześniej odkryłam ja, zwariują. Będą krzyczeć, wymachiwać rękami i uciekać w panice ze sklepu. Tratować się jak na filmach fabularnych i prawdziwych nagraniach dostępnych na YouTubie. Może po drodze zupełnym przypadkiem ściągną z półki coś drogiego, chwycą torebkę osoby biegnącej tuż obok. Brak zasad wywołuje chaos, ten zaś sprzyja popełnianiu niemoralnych czynów. A skoro w chłodziarce znalazła się noga, zasady ewidentnie zostały złamane i nie trzeba już było się ich trzymać.

A jednak ludzie nie palili się do zamieszek. Wręcz przeciwnie, byli zamyśleni i zasłuchani, przez co sprawiali wrażenie nieobecnych. Znajdowali się w swoim świecie. Oczy mieli wlepione w smartfony, rzadziej w starodawne kartki z listą zakupów. Pole widzenia ograniczały im kaptury bluz i kurtek. Chociaż próbowałam nawiązać z nimi kontakt, nic z tego nie wyszło. Chrząkanie, kaszlenie ani wydawanie innych na ogół zwracających uwagę dźwięków także nie pomogło. Próżno spotkać dziś osobę, która w uszach nie ma słuchawek przewodzących muzykę czy głosy bohaterów podcastu. Zwłaszcza podczas wizyty w sklepie o tak wczesnej porze.

Długo walczyłam o atencję. Chodziłam dookoła chłodziarki, oddalałam się nieznacznie, wracałam. Nienaturalnie nachylałam się nad szybą i sugestywnie patrzyłam ludziom w oczy, próbując pochwycić ich wzrok i przenieść go na nogę. Wciąż bez skutku. Nawet jeśli udało mi się znaleźć na czyjejś linii wzroku, właściciel zdawał się patrzeć przeze mnie. W jego źrenicach napotykałam jedynie dylemat, co będzie lepsze: erytrytol czy stewia, serek wiejski czy twaróg, pudding czy kaszka, przy czym koniecznie bez tłuszczu i w wersji proteinowej. Cóż, takie czasy.

Wcale nie lepiej było ze sprzedawcami. Wyglądali jak zombie skrojone na miarę XXI wieku, nowoczesne żywe trupy gotowe do rzucenia się na pierwszą lepszą formę kofeiny. Zapewne przyszli do pracy bardzo wcześnie, o godzinie, która dla mnie jest jeszcze nocą. Na twarzach wypisaną mieli niekończącą się listę rzeczy koniecznych do zrobienia w ciągu najbliższych ośmiu godzin. Rozpakowywanie, przewożenie, wywożenie, obsługiwanie kas – nawet tych samoobsługowych, które potrzebują zatwierdzania części produktów – i wiele innych obowiązków, które rozciągają czas pracy niczym gumę.

Czy zatem z litości odpuściłam sprzedawcom i nie zgłosiłam problemu, aby nie dorzucić im kolejnego zadania? Bynajmniej. Musiałam podzielić się z kimś niecodziennym i nawet nie tyle przerażającym, co szokującym odkryciem. Czułam narastającą potrzebę wyrzucenia tego z siebie. Próbując szczęścia, zwróciłam się do trzech pracowników w specyficznych granatowych koszulkach. Niestety i to na niewiele się zdało. Pierwszy – choć wyraźnie przeliterowałam: n o g a – zupełnie się nie zdziwił. Słuchał, ale jakby nie słyszał. Powiedział, że się tym zajmie, po czym wrócił do rozpakowywania dziesiątek czy setek serów.

Drugi pracownik usłyszał. Spojrzał na mnie nierozumiejącym wzrokiem i upewnił się: n o g a ? Potwierdziłam. Spuścił oczy i powtórzył to słowo kilka razy, jakby bardzo dawno go nie słyszał, jednocześnie marszcząc brwi i kiwając głową na boki. Sprawiał wrażenie osoby próbującej sobie przypomnieć, czym dokładnie jest noga i jaki ma kształt. Może zastanawiał się, ile waży dolna kończyna odseparowana od reszty ciała. I czy chodzi o całą nogę, czy może tylko jej fragment, np. udo lub stopę. Pod koniec monologu wypowiadane przez niego słowo brzmiało już bardziej jak mokka, wobec czego chciałam zaprotestować, jednak sprzedawca odwrócił się do mnie plecami. Najwyraźniej miał ważniejsze rzeczy do zrobienia.

W przypadku trzeciego pracownika trudno mówić o jakiejkolwiek reakcji. Gnał przez sklep, wydając komuś polecenia przez interkom. Kiedy otworzyłam usta i podniosłam rękę, bez zatrzymywania się pokazał mi dłonią gest mogący oznaczać zarówno „momencik”, jak i cokolwiek innego, po czym zniknął mi z pola widzenia za wysoką paletą napojów owocowych. Kiedy za nią zajrzałam, zobaczyłam tylko alejkę pełną zakapturzonych postaci. Mój obiekt ostatniej szansy rozpłynął się w powietrzu wypełnionym zapachem mydeł, płynów do kąpieli i innych środków higieny, których część akurat była w promocji.

Nie wiedziałam, co mam zrobić. Próbowałam udawać, że nic się nie wydarzyło, lecz nie byłam w stanie. Jak tylko wchodziłam w inną alejkę, by kontynuować zakupy, jakimś cudem znowu znajdowałam się przy chłodziarce. Wracałam do niej jak umiejętnie rzucony bumerang. Jak drobna igiełka przyciągana potężnym magnesem. Musiałam co chwilę spoglądać na nogę. Upewniać się, że wciąż tam jest. Że nie zwariowałam, nie wyobraziłam jej sobie ze względu na wczesną jak na mnie godzinę pobudki. Za każdym razem dochodziłam do niepokojącego wniosku, że wszystko się zgadza i jest ze mną w porządku. Jeżeli ktokolwiek postradał zmysły, musieli to być ludzie dookoła.

A może niekoniecznie? W pewnym momencie zaczęłam przypuszczać, że każdy widzi tę samą nogę co ja, tylko większość osób nie ufa swoim oczom. Istnieją przecież złudzenia optyczne, hologramy, nietypowe formy reklamy – a nuż była to jedna z nich. Dodatkowo wśród klientów mogli znajdować się i tacy, którzy zaufali oczom, lecz nie chcieli podnosić alarmu, żeby nie doświadczyć ostracyzmu, a tym bardziej nie stać się niechlubnymi bohaterami nagrania wrzuconego do internetu. Nie można było przecież wykluczyć, iż wszystko zostało przygotowane na potrzeby wciąż modnego w sieci rodzaju rozrywki – pranku.

Najgorsza jednak wydała mi się myśl, iż część kupujących jest po prostu obojętna. Dookoła dzieje się tyle zła, że kolejny jego przejaw nie robi już na ludziach wrażenia. W końcu czym jest jedna noga w obliczu tysięcy porozrzucanych nóg za wschodnią granicą? Każdy ma swoje problemy: a to finansowe, a to zdrowotne, a to związane z wychowaniem dzieci, opieką nad sędziwymi rodzicami czy utrzymaniem związku z partnerem. Dlaczego więc ktoś miałby się przejmować cudzą nogą, na dodatek całkiem czystą i ułożoną elegancko w chłodziarce w Lidlu? Mogło być gorzej, skoro zaś nie było, po co robić aferę?

Rozmyślając o tym wszystkim, ponownie wróciłam do chłodziarki. Nie wiedziałam kiedy ani jak. W jednej chwili przyglądałam się cenie papieru toaletowego znajdującego się dokładnie po przeciwnej stronie Lidla, w drugiej stałam niczym słup soli, natarczywie wpatrując się w nogę. Pragnęłam dostrzec delikatne zakłócenie w transmisji hologramu lub element świadczący o syntetycznym materiale wykonania. Przystałam nawet na to, by stać się viralowym pośmiewiskiem na YouTubie lub Facebooku. Niestety noga uparcie pozostawała nogą. Bladą, bezwłosą, pokrytą czymś w rodzaju gęsiej skórki, gładko odpiłowaną od reszty ciała.

Kierowana obawą, że jeśli jednak ludzie uświadomią sobie, co widzą, świat zmieni się nieodwracalnie – ale też niesiona jakimś pierwotnym zewem – wyjęłam nogę z chłodziarki i udałam się w stronę kas. Odpuściłam dalsze zakupy, bo zwyczajnie nie miałam na nie siły. Byłam zmęczona jak po całym dniu fizycznej aktywności. Czułam się też głodna. Spojrzałam na kasowany właśnie w kasie samoobsługowej kawał mięsa i zachciało mi się śmiać na myśl o mającym miejsce kilka lat wcześniej okresie prowadzenia diety wegetariańskiej.

Wracając do domu, niewiele różniłam się od ludzi wokół. Na głowę naciągnęłam kaptur, który chronił mnie przed wiatrem i drobnym deszczem. W uszach miałam słuchawki podające mi prosto do uszu najnowsze piosenki opublikowane na kanałach youtube’owych, które subskrybuję. Lewą dłonią podtrzymywałam dość ciężką płócienną torbę wiszącą na ramieniu, prawą zaś obsługiwałam telefon, w którego ekran wbiłam wzrok od razu po wyjściu z Lidla. Wydawałam się odcięta od świata i obojętna.

W środku jednak wrzałam od emocji. Choć nie było to przyjemne, pozwoliło mi zrozumieć, iż mogłam niesłusznie zarzucić obojętność innym kupującym. Skoro tak łatwo pochłonęły mnie bieżące sprawy, prawdopodobnie ich spotkało to samo. Co prawda nie wiedziałam, czym zajmowali się oni, ale ja wytrwale scrollowałam wyniki wyszukiwania, próbując znaleźć prostą i szybką inspirację obiadową. Jako laik kulinarny zaklinałam los, by przepis na udko kurczaka okazał się adekwatny także do innych rodzajów nóg.

Jak to się mawia, pieniądze na drzewach nie rosną. Musicie też zrozumieć, że taka noga swoje waży, a kiedy płaci się za produkty w zależności od ich wagi, nie zaś jednostkowo, na rachunku zbiera się niemała suma. Dla niektórych pocieszający mógłby być fakt, że im więcej się wydaje, tym więcej punktów otrzymuje się w zamian, niestety ja ich nie zbieram. Zawsze bardziej interesuje mnie zdrapka, która pojawia się w aplikacji Lidla niedługo po zrobieniu zakupów. Byłam niezwykle ciekawa, co trafi mi się tym razem. Może ręka?

***

Opowiadanie powstało 24 kwietnia 2023 roku.

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.